piątek, 26 stycznia 2018

Urok Opuszczonych Dolin


Wykorzystując wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy, opuściłyśmy rodziców i słodkości świąteczne. Uciekłyśmy w Beskid Niski. Rodzice mieli w planach towarzyszenie nam z pomocą ogumienia, ale jednak nic z planów nie wyszło. I Dzięki Bogu. Niemożliwa byłaby, bowiem przeprawa przez wezbrane roztopami wody tutejszych potoczków.


Przez rwącą rzekę


Tak myślałyśmy sobie z Moniką, kiedy doszłyśmy do Wołowca. Samotnie pięłyśmy się przez góry do wioski rozpoczynającej ciąg najpiękniejszych dolin. Marsz szedł nam opornie, gdyż w lesie zalegało jeszcze sporo śniegu, więc co chwile wpadałyśmy w niego na tyle głęboko, że trudno się było wydostać. Śnieg był mocno rozmoczony, właściwie szło się po białej kaszce z mlekiem, a pod spodem płynęły rzeki.

Mokre byłyśmy nieprawdopodobnie, także siadłyśmy w słoneczku na pierwszej napotkanej polance. Cisza i spokój królowały wszędzie, z wyjątkiem okolic stawku, gdzie rechot świeżo rozbudzonych żab roznosił się echem po kamieniach. Dwie opuszczone chyże stoją u wrót doliny. Kiedy w sierpniu byłam tu ze Śmiałym i Ojcem Rafałem mieszkały tu dwie rodziny z dziećmi. Teraz mają okna zabite deskami i sprawiają mocno przygnębiające wrażenie.

Przeszłyśmy przez zamieszkałą część Wołowca i ruszyłyśmy w kierunku Nieznajowej. Minęłyśmy cerkiew stojącą na wzgórzu, otoczoną kępą lip. (Notabene szukanie starych drzew jest najlepszą metodą na szukanie miejsca po cerkwi w nieznanej miejscowości). Charakterystyczne, cebulaste hełmy na kopule mają charakteryzować języki ognia płomiennej modlitwy, a ruska poprzeczka na krzyżu...

Cóż... jej pochodzenie znaczenie nie zostało jeszcze wyjaśnione, a sprawą tą  od lat zajmują się badacze kultury łemkowskiej. Nie ma ona stałego duszpasterza, ale kilka razy do roku odprawia nabożeństwa ksiądz z Bartnego.

Tuż za Wołowcem dopiero zaczyna się szopka...Szlak żółty przechodzi na drugą stronę rzeczki Zawoi. W lecie jest ona do przejścia jedną nogą i to w dodatku suchą. Teraz po roztopach ogromna kipiel odstrasza. Rzeka szeroko rozlała na około 4 metry, a głęboka jest na ponad metr.

Zakasałam spodnie, ściągnęłam buty i zamarzłam. 
Był pierwszy kwietnia, a temperatura wody nie przekraczała 4 stopni Celcjusza. Jednym słowem było lodowato. Maksymalnie szybko przeszłam na drugą stronę, mocno pilnując, żeby się nie poślizgnąć. Oczyma wyobraźni widziałam już siebie siedzącą nad ogniskiem suszącą WSZYSTKO, poczynając od spodni, kończąc na rozmiękłym makaronie.

Monika ruszyła tuż za mną. Była inteligentniejsza. Ściągnęła spodnie i przewiązała je naokoło szyi, żeby nie spadły. Łemkowie w nieodległej chałupie patrzyli ciekawie, ale nie powiedzieli, że szlak za 50 metrów przechodzi z powrotem...

Wiosenne chaszczenie

Kiedy zobaczyłam przed sobą rozszalałą kipiel po raz drugi, zerknęłam na mapę. Tuż przed Nieznajową szlak przechodzi na nasz brzeg. Monika też miała chwilowo dość wody, więc chaszczyłyśmy się tym brzegiem. "Chaszczyłyśmy"- to absolutnie adekwatne stwierdzenie. Krzaki zagradzały nam drogę, ostrężyny kłuły po nogach, gałązki drzew biły po twarzach. Cały urok Beskidu Niskiego miałyśmy tu w całej okazałości.

-Jesteśmy nienormalne- powiedziała Monika i chyba miała rację.-Tam taka piękna dolina. Ptaszki śpiewają, słoneczko świeci, płaściutko, a my się tutaj przedzieramy jak jakieś zbiry...

Wiedziałyśmy już jednak, że za skarby świata nie powtórzymy trasy z zeszłego roku- wiązało by się to ze zbyt częstym przechodzeniem przez tą  upiorną Zawoję. 
-Trzeba zmodyfikować szlak- stwierdziłyśmy wspólnie, leżąc już w namiocie w Nieznajowej. 
-Przejdziemy sobie Madejową kładką do tej chałupy Fizyków, a potem pójdziemy na Feszówkę i Dąb. Olejemy Radocynę i pójdziemy od razu do Ciechani. 

Chałupa Fizyków ile razy tutaj byłam, była zamknięta. Przewodnik Grzesika i Traczyka informuje, że jest otwarta w czasie studenckich przerw w nauce. Ani we wrześniu, kiedy byłam tu ze Śmiałym i Ojcem Rafałem, ani rok później, gdy byłam tu z Żyłką, w chałupie nikogo nie było. Za to w wakacje, kiedy przyjechałyśmy tu na rowerach, zamierzając spać w bacówce u zaprzyjaźnionego bacy, spotkałyśmy tu takie fantastyczne towarzystwo, że chcąc, nie-chcąc zostałyśmy kilka dni ponad plan. (Beatko i Waldku! dziękuję za szarlotkę, pyszne jedzonko i opiekę nad moja ukąszona przez osę siostrą....)

Nie ma już mojego bacy

We wrześniu pasł tu swoje owce baca z Nowego Targu. przesympatyczny góral z trójką uroczych dzieci. Nad dolina roztaczał się zapach oscypków i żentycy,, a nad lasem unosił się dym z komina. Zabawy dzieci i beczenie owiec wypełniały ciszę dolinki... 

Ale kiedy przyjechałam po roku nic nie usłyszałam...

Magurski Park Narodowy nie przedłużył zezwolenia na wypas owiec, zostawiając jedną, jedyną bacówkę w nieodległym Czarnem...
Zamierzałyśmy ominąć i tą  bacówkę...

Uparta Radocyna

Okazało się jednak, że Radocyna nie da tak łatwo o sobie zapomnieć... 

W zeszłym roku, idąc ze Śmiałym i Rafałem, odwiedziliśmy wszystkie trzy dolinki, zwiedzając przy okazji barak w Radocynie, szumnie nazwany hotelem. Potem zaatakowaliśmy górujący nad okolicą Dębi Wierch, gdzie rosną najlepsze w całym Niskim ostrężyny. Myślałam o powtórzeniu trasy głównie ze względu na te ostrężyny. 

Idąc za ledwo widocznymi w zeszłorocznych trawach ścieżkach doszłyśmy z Monią na Dąb. Roztoczył się przed nami tak przepiękny widok na Długie i dolinkę Radocyny, że stałyśmy jak oszołomione. Oszołomiło nas zresztą tak radykalnie, że przez długa chwilę nie rozumiałam co widzę. Nie mogłam dopasować tego widoku do niczego znanego. Kompletne zaćmienie. dopiero, gdy już zeszłyśmy do dolinki Długiego pojęłyśmy, że powinnyśmy się były kierować w przeciwną stronę niż początkowo zamierzałyśmy... Jednak było już za późno... Doszłyśmy do skrzyżowania z Radocyną. Śmiała się do nas i mówiła:

"Chciałyście mnie opuścić? Myślałyście, że mnie nie odwiedzicie?... ha, ha, ha"

Zdenerwowała mnie niebotycznie. Jak to może być, że jakaś dolinka miesza mi szyki i tak mąci w głowie, że chcąc, nie-chcąc, jednak przez nią idę?!

-Zawracamy!- powiedziałam do Moniki
- Ale...
- nie ma żadnych "ale", nie będzie mi byle jaka dolinka mówić co mam robić. 
Monika jest Moją siostrą od lat szesnastu i doskonale zna moje stany, pomysły i wyobraźnię, teraz tez nie zaprzeczała.
- Radocyna wcale nie jest byle jaka...-zamruczała tylko cicho.
Niewątpliwie miała rację.

Koń w piwnicy

Obraziłyśmy się jednak na Radocynę śmiertelnie i dałyśmy sobie na nią embargo. Obróciłyśmy się na pięcie i zamiast iść przez czarowne krzaki Dębiego Wierchu i snuć się po płytkich strumyczkach, dopływach Wisłoki, postanowiłyśmy przejść nieużytkami rolnymi i pozostałościami po PGR-ze, aż do Grabia. Dalej trwając w zamiarze omijanie wszelkich zbiorników wodnych, choćby miała być nim kałuża, nie podchodzimy pod Nad Tysowym. Nie, nie i nie... Na uparte kobiety nie ma rady...

Do Ciechani docieramy dość dziwnie bo od góry, od strony Żydowskiego. Co myśmy się natrudziły, żeby tam podejść i pokonać wszelkie zakręty, na których śnieg i lód były bezwzględnymi władcami- ludzkie słowo nie opisze. Najbardziej przeszkadzał nam pan strażnik, który z natarczywością komara pytał, a skąd idziemy, a dokąd, a dlaczego nie szlakiem (wygodnym!!!), a gdzie będziemy spać... Nerwów można było dostać. W Ciechani, ponieważ mamy kupę czasu, zatrzymujemy się na chwilę na Dworcu Głównym- tak stwierdziła Monika. Tak naprawdę była to podmurówka domu gromadzkiego, ale dla nas jest to ciechański Dworzec Główny i cześć. Monika poszła siusiu w kierunku ruinek i zaraz po całej dolince poniósł się krzyk:

- Chodź tu, szybko, szybko!!!

Przerażona, odpowiedzialna siostra, pobiegła... A Monia po prostu trafiła na jakąś piwnicę, która była do połowy zalana wodą, a pod nią... Dlaczego nie przyszłyśmy tutaj w tamtym roku- miałabym egzamin z osteologii zdany jak w banku!!! Cała piwnica zawierała szczątki konia. Jednego, ale za to całego... Nasz łup wyniósł dwie kości miedniczne i z połówki szczęki dolnej (w następnych latach wyniosłyśmy jeszcze kręgi i kości biodrowe)

Nerwowość spowodowana natarczywością pana strażnika spowodowała, że nie spałyśmy w budce. Tak naprawdę powód był trochę inny: budka stała po drugiej stronie rzeki i już nie miałysmy sił przechodzić na drugi brzeg. Cały dzień szamotałyśmy się tam i z powrotem, usiłując nie zamoczyć nóg, plecaków i ciuchów. Udało się, ale przez łażenie po zwalonych omszałych pniach mocno opóźniła się nasza wycieczka... Spałyśmy wtedy na zakolu rzeki, na kawałku trawiastym.

Masz tu kości? Na plecach? To chyba Ci zęby połamałam

Obsesja wodna spowodowała zmianę planów na tyle, że nie poszłyśmy do Ropianki przez Baranie, bo spod szczytu, sączył się ledwo widoczny strumyczek Baranie. Był wodą i postanowiłyśmy go okrążyć szerokim łukiem... Poszłyśmy przez Polany, co było o tyle nierozsądne, że ponad 10 kilometrów szłyśmy asfaltem i o tyle rozsądne, że przez ponad 10 kilometrów nie musiałyśmy się obawiać o strumyki, rzeki i tym podobne paskudztwa... Kiedy miałyśmy akurat postój na picie i czekoladę szła koło nas babcia i trochę się dziwnie popatrzyła. Przeszła akurat w momencie, kiedy Monika wydała z siebie pisk i przepraszająco powiedziała:

- Masz tu kości? Na plecach? To chyba Ci zęby połamałam...- w plecaku znajduje się szczęka konia, a Monia na tym plecaku siadła...

Tam też spotkałyśmy księdza, który pojechał na jogging z chłopcem opóźnionym w rozwoju. ksiądz nam wytłumaczył, że Daniel musi biegać, więc on mu pomaga. Daniel podbiegł do nas przywitał się i szybciuteńko zniknął za zakrętem...

Pokój czy śmietnik?

I tam, w przydrożnym rowie zaczęła się druga obsesja tego wyjazdu... Znalazłam na wpół rozwaloną czas zkę barana. Nie było siły. Wzięłam go ze sobą. Nie wiem co wtedy myślałam, choć niektórzy uważają, ze wątpliwe jest żebym wtedy myślała, ale wiedziałam, ze zajmie on honorowe miejsce w moim pokoju. 

Mój pokój według niektórych pedantów wygląda jak śmietnik i zbiorowisko wszelkich możliwych ciarachów. Oprócz niezliczonej ilości muszelek, zdjęć i korzeni na ścianach miedzy innymi wisi stary zardzewiały garnek, który znalazłam w chałupie u dziadka w Gorcach (nie gotuję w nim herbaty, bo ma dziurę w dnie), tabliczki ze szlaków ( tylko te odpadłe i zastąpione nowymi), wielki znak "zakaz wyprowadzania psów", który bezczelnie ukradłam, szabla, znaleziona podczas  czyszczenia strychu, kołpak, który odpadł jakiemuś gościowi, który mnie gdzieś tam podrzucał, części konia, którego za każdym pobytem wyciągamy po kawałku z jednej piwnicy w Ciechani, no i niezliczona ilość gałązek i liści. Na wizję lokalną zapraszam... 

Jeszcze nie wiedziałam, że w Niskim też kwitnie handel wymienny i baran nie zajmie honorowego miejsca... 
Zbierając po drodze wszystkie możliwe śmieci, dotarłyśmy pod zamknięte drzwi Malucha- cóż studenci święta Wielkiej Nocy spędzają w domu... Nie pozostawało nam nic innego jak iść dalej i dotrzeć do opuszczonej dawno dolinki Wilszni. I wszystko byłoby dobrze- dolinka opuszczona jak wiele innych, resztki podmurówek, piwnice i drzewa owocowe, już zdziczałe- gdyby nie świeży krzyż, stojący w centrum dolinki na wzniesieniu. Wiedząc, że naokoło nie ma nikogo, a jakiejkolwiek cywilizacji w promieniu 15 kilometrów się nie znajdzie, rozbiłyśmy namiot...

Strachy nie na Lachy

Zaczęło się ściemniać. Razem z Moją młodszą o cztery lata siostrź, rozpoczęłyśmy jakieś głupie gry i zabawy, w efekcie których oba brzuchy były obolałe ze śmiechu. Ale w końcu trzeba było zrobić kolację. Wyciągnęłam rękę za namiot po nóż...

- wiesz co Monda, a co by było, gdybym teraz poczuła tam czyjąś rękę. Nie zimną, ale taką normalną, żywą ciepłą rękę
-Przestań

Zaczęłyśmy się straszyć, czego efekt był taki, że wyobraziłyśmy sobie jak ten wyimaginowany ktoś obok mówi:
-Oj cicho już bądźcie, nie można spać- i całą noc spędziłyśmy skulone ze strachu. Dopiero rano doszłyśmy do wniosku, że to wszystko przez to że nie poświeciłyśmy jajek i zjadłyśmy je takie niepoświęcone..

A potem była już tylko Zyndranowa i Czeremcha. 

W tej drugiej - urodą dorównującej Ciechani - Monika powiedziała:
- nie lubię jak śmieci się walają po łąkach. Idę podnieść ten worek- leżał od niej jakieś 200 metrów.
-Kaśka - rozdarła się za chwilę .- To nie jest worek to dwie czaszki.

W efekcie znaleziska u mnie leży czaszka dzika, u Moni jelenia, a mój baran poszedł do Moniki w zamian za małą czas zkę króliczka i połowę tabliczki PTTK-u z niebieskiego szlaku na Kamień i do Jasiela.

Cholerna linia Dukla-Barwinek znowu dała o sobie znać i nie pozwoliła dokończyć trasy. Tym razem swoją dezaprobatę objawiła czaszkami i obdartymi do krwi udami (a trzeba było Kasiu w środę galopować na Naprawie??!!!). W podziękowaniu, że tak łatwo dałyśmy się wykurzyć sprezentowała nam całą skrzynkę pustych butelek po piwie, które niosłyśmy przez ponad 5 kilometrów, zamierzając zostawić na każdym większym zakręcie. Kiedy jednak dotachałyśmy ją do sklepu, okazało się, że zakupiłyśmy za kaucję piernik kasztelański, 2 duże Kubusie i jeszcze po jakimś batoniku. 

Linia Dukla-Barwinek nie wiedziała, że właściwie i tak nam się już wolne kończyło- Monia miała nazajutrz do szkoły... 


Tajemnice Łąckiej śliwowicy

źródło: e-gory.pl

Cyrankiewicz, jezioro i płynny zabytek

Jak poznać, że zbliżamy się do Łącka? W kasie na stacji benzynowej obok napojów i pamiątek znajdziemy skórzane opakowania na butelki śliwowicy.

Z produkcją śliwowicy jest podobnie jak z kawą w wierszu Gałczyńskiego: "Weź dobrej kawy i syp dużo w garnek". Weź śliwek węgierek ze stoków nasłonecznionych, następnie... Nie, nie, żadnej instrukcji. Niech zostanie tajemnicą górali. Za wszystko powinno wystarczyć zapewnienie, że chemia, cukier i inne bezbożne wynalazki w procesie tworzenia udziału nie mają.

zdjecie z sliwowica.blogspot.com


Historia śliwkowego trunku obrasta mitami. Wiemy jednak na pewno, że dawno temu górale sądeccy, grzeszni jak wszyscy, pokutowali pożytecznie, gdyż proboszcz Jan Piaskowy sady zakładać nakazywał. Za każdy grzech- drzewko owocowe. Już w średniowieczu suszone owoce spławiano Dunajcem i Wisłą do Gdańska, by sprzedawać je w innych krajach. 
Mocny trunek ze śliwek znano tu od XVII stulecia, lecz dopiero na przełomie XIX i XX wieku powstała gorzelnia z prawdziwego zdarzenia. 

Produkcja idzie pełną parą- trwa zlewanie sfermentowanych śliwek do parnika, w którym będą się gotować przed destylacją Jej właściciel, Samuel Grossbard, gdy szlachetny napitek dojrzał w dębowych beczkach, rozsyłał go w świat. Tak było do II wojny światowej. 
Później górale sami troszczyli się o podtrzymanie tradycji. Tak intensywnie, że Czasami milicja, szukając beczek, kłuła widłami siano w stodołach, a miejscowa władza dopraszała się dostaw, by załatwiać ważne rzeczy w Warszawie. 
Śliwowicy właściwie należy się pomnik. 
W latach 60. ubiegłego wieku postanowiono Łącko i okolicę zalać wodami Dunajca. 

Mieszkańcy przytomnie zorganizowali Święto Kwitnącej Jabłoni i zaprosili premiera Cyrankiewicza. Ów, upojony śliwkowym trunkiem, kazał zalać wieś Czorsztyn. 
Na pamiątkę tego wydarzenia w maju organizuje się Święto Kwitnącej Jabłoni, a we wrześniu, już bez okazji, Święto Owocobrania. Już od dawna trunek nosi dumną nazwę "niematerialnego dobra kultury" i przez wojewódzkiego konserwatora umieszczony jest w rejestrze zabytków. Przyjezdni naiwnie chcą go kupić w sklepach i dziwią się, że nie mogą. Bardziej uparci w końcu gdzieś kupią za 40-, 45 złotych pół litra z dobrej partii. Pytania o akcyzę, koncesję i podatki są  niestosowne.

Wydaje się, że ten stan nikomu nie przeszkadza. Przeciwnie, można pokusić się o stwierdzenie, że jest pożądany. Mądrym nie trzeba, a innym nie warto tłumaczyć. Czy śliwowica dobra jest? O, tak! Czy można ją pić, aby się upić? Lepiej nie. Jak piją ją miejscowi? Do herbaty i na smak. Co w niej jest? 60-70% mocy i aromat, którego nie da się z niczym porównać.
Smacznego.

Rzecz o Tatrach

Autor: Wojciech


...Są najwyższym pasmem górskim w Karpatach, a dokładniej w Karpatach Zachodnich. W porównaniu z całymi Karpatami, Tatry zajmują niewielka powierzchnię, bo niespełna 800 kilometrów kwadratowych z czego nieco ponad 20% leży w granicach Polski, pozostała część to już Słowacja. Długość Tatr mierzona od wschodu do zachodu ma w lini prostej około 60 kilometrów

Umownie Tatry dzieli się na Zachodnie z Bystrą (2248 mnpm) i Starorobociańskim Wierchem (2176m) i Wschodnie. Te drugie z kolei na Bielskie (Hawrań, 2152) i Wysokie- z najwyższym szczytem Tatr, Gerlachem (2655m, Słowacja) oraz najwyższym szczytem Polski- Rysy (2499m). Granicę pomiędzy Tatrami Wschodnimi, a Zachodnimi stanowi linia biegnąca z północy przez dolinę Suchej Wody, przełęcz Liliowe i dolinę Cichą po słowackiej, południowej stronie.

Tatry powstały głównie w czasie fałdowania alpejskiego, zostały wydźwignięte w okresie późnej kredy, a ostatnie wypiętrzenie miało miejsce w miocenie (jakieś 10-15 mln lat temu). W związku z tym charakteryzuje je tak zwana młoda rzeźba terenu.  Jest to typowa rzeźba alpejska (rzeźba terenu oczywiście) utworzona wspólnie przez tektoniczne wyniesienia i lodowce łażące po tym wyniesieniu przez kilka ostatnich zlodowaceń (plejstocen). Zbudowane są  głównie z granitoidów datowanych na karbon (jakieś 290 mln lat wstecz), a w Tatrach Zachodnich również ze skał metamorficznych. Granitu właściwego jest niewiele i występuje głównie w rejonie Hali Goryczkowej. W swej przeszłości Tatry kilkakrotnie stanowiły dno morza, było ono  oczywiście na różnej głębokości w związku z czym skały osadowe, czyli to po czym dzisiaj chodzimy mają bardzo zróżnicowany charakter.

Tatry są wododziałem pomiędzy Bałtykiem na północy (dorzecza Popradu i Dunajca), a Morzem Czarnym (dorzecza Orawy i Wagu) otacza je z północy i zachodu obniżenie orawsko-podhalańskie, a z południa i wschodu obniżenie liptowsko- spiskie. Dna dolin tatrzańskich (najpopularniejsze – Chochołowska, Kościeliska, Roztoki czy Pięciu Stawów Polskich, a po słowackiej stronie Cicha Liptowska, Mięguszowiecka czy Białej Wody) znajdują się na wysokości około 600mnpm, a wysokości względne otaczających ich szczytów dochodzą do 2000 metrów. W tatrach doliczono się niemal 200 stawów. Największy czyli Morskie Oko ma blisko 35 ha powierzchni, słowackie Szczyrbskie Jezioro czy Wielki Staw Hińczowy mają jakieś 20 ha, ale taki na przykład Zadni Stawek Mnichowy ma zaledwie 0,04 ha.

Rysy żłobiące żlebami zbocza Niżnych Rysów, Wyżnego Żabiego i Żabiego Mnicha dały nazwę najwyższemu szczytowi Polski. Tym samym nie jest prawdą powszechnie powtarzana historia nazwy biorąca się od pojedynczego skośnego żlebu widocznego w masywie szczytu. Jeden z klejnotów Korony Gór Polski składa się z trzech wierzchołków. Najwyższy z nich, tak zwany środkowy, leżący po słowackiej stronie i mierzy sobie 2503 mnpm. Najniższy, także po słowackiej stronie ma 2473 metry, a ten polski (a właściwie polsko- słowacki, bo leżący na granicy państw) ma 2499 metry i jest najwyższym szczytem w Polsce.

Szczyt znajduje się w głównym grzbiecie Tatr, a ściślej rzecz ujmując w Tatrach Wysokich na południe i lekko na wschód od Morskiego Oka, największego Jeziora w Tatrach powszechnie zwanego stawem.

Pierwszym zdobywcą był zapewne ktoś o kim historia już zdążyła zapomnieć, a na pewno nie odnotowała tego faktu. Pierwszym natomiast zapisanym zdobywcą jest Eduard Blasy i przewodnik Jan Ruman Driecny, a wydarzyło się to 30 lipca 1840 roku. Pierwsze zimowe wejście jest natomiast przypisywane Theodorowi Wundtowi z przewodnikiem Jakobem Horvayem, a stało się to prawie cztery lata później 10 kwietnia. Wspinaczka na Rysy jest jednym z punktów biografii między innymi Marii Skłodowskiej i Piotra Curie, a także Lenina (stąd sławetny w swoich latach Rajd Leninowski będący spędem kwiatu młodzieży z całej Polski). Zimowe wejścia na szczyt, ze względów na słowackie przepisy możliwy tylko z polskiej, trudniejszej strony. Jest on jednak bardzo niebezpieczny (średnie nachylenie stoku 30 stopni i częste lawiny). Najtragiczniejszy wypadek miał miejsce właśnie zimą, 28 stycznia 2003 roku. Pod lawiną i w wodach Czarnego Stawu Gąsienicowego zginęło wówczas  8 osób z 13, będących uczestnikami młodzieżowej wycieczki.

Na szczyt wiodą dwie drogi. Od północy czerwonym szlakiem, od schroniska nad Morskim Okiem przez Bulę pod Rysami – średnio potrzeba na to około 4 godzin, albo od słowackiej strony szlakiem niebieskim, od schroniska nad Popradzkim Stawem do Żabich Stawów Mięguszowieckich i dalej czerwonym do Chaty pod Rysami i przez przełęcz Waga na szczyt – na tą  drogę potrzeba około 3,5 godziny.

Ze względu na przepiękne panoramy roztaczające się z wierzchołków szczytu  (bywa, że widoczność przekracza 100 kilometrów, czyli widać Kraków) Rysy są  bardzo często celem wędrówek piechurów. I choć nie jest to Giewont to niestety nie brakuje wśród nich "niedzielnych" turystów. Wysokość względna liczona od Morskiego Oka przekracza 1100 metrów, średnie nachylenie powyżej Czarnego Stawu to około 30 stopni, długo zalegający śnieg, czy gwałtowne załamania pogody wymagają naprawdę dobrego przygotowania kondycyjnego i wspinaczkowego. Raki i kask powinny być obowiązkowym wyposażeniem (a dziej się tak niestety sporadycznie).

Biorąc jednak pod uwagę symboliczne znaczenie tej góry (najwyższy szczy Polski), przepiękne widoki ze szczytu, przebogatą florę alpejską i jakby nie patrzeć możliwość sprawdzenia się to... warto.

O autorze:
Wojciech to człowiek z pewnością nietuzinkowy- obce mu są  hotele, SPA i inne. On bierze aparat i zapycha w góry. Dobrze że córki dbają o tatusia, bo o kartach do aparatu i zapasowych bateriach pamięta, ale z chlebem czy latarką, to może mieć już problem:) Najważniejszy jest aparat i przeżycia. Czyli- właściwy człowiek we właściwym miejscu:)

Prawie wyjście na Rysy

Autor: Wojciech

... jadąc późnym czerwcowym popołudniem z Krakowa w kierunku Tatr pogoda wcale nie pozwalała sądzić, że wejście na Rysy zakończy się choćby próbź, nie mówiąc o sukcesie. Jednak poranek następnego dnia, kiedy można było zobaczyć najwyższe wierzchołki powyżej Czarnego Stawu tchnął nieco optymizmu. Tradycyjny, asfaltowy odcinek do Morskiego Oka pozostawia jak zwykle nie najlepsze wspomnienia i jednostajnie płaski ucisk na stopach. Okropność. Pozostaje rozglądać się za nielicznie dostępną z tej drogi fauną i budzącą się z zimowego snu florą.

Chmurzyska nad szczytami nie obiecują pięknego dnia, ale będąc tutaj nie można nie spróbować, tym bardziej, że resztki śniegu odbijające się w płaskiej tafli Morskiego Oka obiecują jeszcze lepsze widoki na poziomie Czarnego Stawu, a i leniwie przedzierający się błękit tatrzańskiego nieba też ciągnie do góry.

Powierzchnia Czarnego jest jak stół, z którego wystają jednak drzazgi resztek kry. Kolory i kontrasty warte są wejścia tutaj nawet gdyby nie miałoby juz być ciągu dalszego. Słonko jednak coraz śmielej sobie poczyna i grzebienie szczytów nad lewym brzegiem ciągną coraz bardziej. Jest też coraz więcej pozostałości niedawnej zimy. Coraz większe łachy mokrego, ciężkiego śniegu zdecydowanie nie ułatwiają marszu. To nie jest "normalne", przewodnikowe wchodzenie. Można zapomnieć, że cztery godziny od schroniska i najwyższy szczyt Polski ma się pod stopami.

Wprawdzie to kondycja poszła gdzieś się opalać, ale widoki za plecami są też doskonałym pretekstem do przystanięcia, do odpoczynku, do nacieszenia oczu niesamowitymi darami natury. Widok Czarnego Stawu z góry jest niesamowity. Jednak trochę wyżej, trochę potu więcej i można podziwiać razem z Czarnym Morskie Oko. Jeśli przyjrzeć się mocniej to widać ludków, którzy zadali sobie trud i dali sobie przyjemność oglądania Czarnego, a parę minut lotu orła dalej schronisko z nieco wprawdzie przysłodką, ale jakże zawsze przepyszną szarlotką.

Kolejne metry do góry, chmury zaczynają zwyciężać dzisiejszą bitwę ze słonkiem. Nic to, trzeba iść dalej. Wprawdzie nogi zaczynają słabnąć, każdy niemal krok kończy się uślizgiem. Nie wiem czy bardziej to wkurzające czy bardziej męczące. No i przychodzi niestety moment kiedy trzeba powiedzieć dość. Nieposiadanie raków jest równie wielką głupotą jaką byłaby dalsza wspinaczka. RozSądek bierze górę. Zawsze przecież można tu wrócić jeśli nogi będą jeszcze działały, jeśli nieokuta w kask głowa nie walnie w wystające ze śniegu głazy podczas  nieuchronnego, kilkudziesięcio- czy stukilkudziesięcio- Metrowego, niekontrolowanego zjazdu, po którymś z kolejnych uślizgów. A może to nie rozsadek, może to najzwyklejszy na świecie pretekst żeby zawrócić, żeby już się nie męczyć, nie kompromitować własną słabością, brakiem kondycji i przygotowania....


Na pociechę pozostaje wspaniały widok pod nogami podczas  powrotu. Kaczeńce nad brzegiem wody już nie w promieniach słońca, choć burza  przeszła gdzieś bokiem, ostatni rzut oka na niedokończoną trasę, a i kaczki pozostają same. Siklawa jak zwykle robi wrażenie, orzechówka dotrzymuje przez jakiś czas  towarzystwa, a budząca się na dobre do życia przyroda i obecne tradycyjnie na swoim miejscu Wodogrzmoty Mickiewicza dodają nieco słodyczy do skwaszonego humoru po... prawie wejściu na Rysy.

O autorze:
Wojciech to człowiek z pewnością nietuzinkowy- obce mu są  hotele, SPA i inne. On bierze aparat i zapycha w góry. Dobrze że córki dbają o tatusia, bo o kartach do aparatu i zapasowych bateriach pamięta, ale z chlebem czy latarką, to może mieć już problem:) Najważniejszy jest aparat i przeżycia. Czyli- właściwy człowiek we właściwym miejscu:)

Inkowie w Pieninach


W połowie osiemnastego wieku potomek węgierskiej rodziny Sebastian Berevicy wyruszył do Ameryki Południowej w poszukiwaniu przygód- i zapewne majątku. Po latach osiadł w Peru i tam ożenił się z Indianką ze szlachetnego rodu z krwi dawnych władców państwa Inków. Mieli jedną córkę imieniem Umina, która w wieku piętnastu lat wyszła za młodzieńca z równie świetnej inkaskiej rodziny, imieniem Tupak Amaru. W roku 1780 w Peru wybuchło powstanie przeciwko Hiszpanom, a na jego czele stanął krewny męża Uminy. Po upadku powstania Hiszpanie mścili się na wszystkich, którzy brali udział lub mu sprzyjali. Sebastian Berzevicy wraz z Uminą i jej mężem uszli do Europy, zabierając ponoć ze sobą część legendarnego skarbu Inków, przynależnego z mocy prawa rodzinie Tupak Amaru. 


Ale i w Europie dosięgła ich zemsta Hiszpanów- męża Uminy zasztyletowano w weneckim zaułku. Na krótko przed jego śmiercią Umina urodziła syna. Stary Berzevicy postanowił wraz z Uminą i wnukiem powrócić do zamku nad Dunajcem. Po roku w niedzickim zamku Uminę zasztyletowano na dziedzińcu przed wejściem do kaplicy- podobno pochowano ją pod kaplicą w srebrnej trumnie. Aby ocalić wnuka, Berzewicy kazał go zaadoptować swym dalekim kuzynom Beneszom, przepisując na nich majątek. 
Tak mówi historia. 

Część dalsza tej pasjonującej opowieści nie znajduje potwierdzenia w dokumentach, co jednak nie wyklucza ich prawdziwości. 

Antoni- potomek Uminy i Tupac Amaru- znał tajemnicę swego pochodzenia i skarbu Inków. Dokument adopcyjny, odnaleziony ponoć w kościele św. Krzyża w Krakowie, mówi tez o  testamencie i skarbach Inków na dnie Jeziora Titicaca. Na łożu śmierci Antoni zaklinał swych synów, aby nie szukali bogactw władców Peru, gdyż ciąży na nich przekleństwo. 

Kipu jednak zostało odnalezione w latach 70-tych XX wieku- do tej pory nie odpowiedziano na pytanie czy jest prawdziwe. Istnieje spore prawdopodobieństwo, iż znaleziono nie inkaskie pismo węzełkowe, a rodzimego pochodzenia sznury, na których górale liczyli swoje owce. Powiadają również, że jest mistyfikacją.

Co jest prawdą? 
Nie wiadomo. 
Faktem jednak pozostaje, że wokół legendy o inkaskim skarbie wyrósł przemysł turystyczny- przewodnicy chętnie opowiadają o zjawie i legendzie, a amatorów skarbów nie brakuje.
Pewnym jest, że skarbu nie ma ani w Niedzicy, ani w nieodległym Tropsztynie (nad jeziorem Rożnowskim)- przebadano go bowiem gruntownie i jedynym 'śladem inkaskim' jest tam współczesna ścieżka edukacyjna "śladami inków". Być może skarb do teraz spoczywa w którejś rozpadlinie skalnej, dziś na dnie Jeziora Czorsztyńskiego? A może w zakamarkach pienińskich szlaków?

[EN] - This is historical truth that one of Polish land owners went to South America looking for adventures.(...) Is it also truth that they took the legendary Inkas treasure going back to Poland? 

czwartek, 25 stycznia 2018

CZAR POŁONIN


Bieszczady kojarzone są  przede wszystkim z połoninami. I słusznie. Chociaż w malutkich jeziorkach osuwiskowych taplają się ptaszki, Chociaż prześliczne lasy bukowe przyciągają wzrok, choć na każdym kroku można spotkać ślady dawnego życia, zaszyć się w jakąś dziurę i nie myśleć, to jednak połoniny są  tym magnesem przyciągającym rzesze turystów...



Dlaczego tu jest tak pięknie?

W sezonie grzbietami Wetlińskiej i Caryńskiej ciągną tasiemcowe kolejki. Gdyby można popatrzeć na nie z lotu ptaka zobaczyłoby się wielką kolorową dżdżownicę sunącą poprzez trawy. We wrześniu, kiedy podpołonińskie lasy zaczynają się złocić, powietrze jest przejrzyste, a w górach panuje niczym nie zmącona cisza i spokój, na połoninach pozostają tylko rozdeptane ścieżki.. Siadamy wtedy w wysokich trawach połoniny Wetlińskiej i obserwujemy najbardziej niesamowite zjawisko.

Z najwyższego punktu połoniny - południowej grzędy Roha (1251m n.p.m.) przepięknie widać skupisko połonin. Na południu wał Działu, przedzielający dolinę Wetliny od wyludnionej trzy wieki temu wsi Moczarne, trochę dalej kopułę Wielkiej Rawki, gdzieś w oddali nikną ukraińskie Bieszczady z Pikujem, najwyższym szczytem Bieszczad na czele. Wschodnią część polskich połonin, gniazdo Tarnicy skutecznie zasłania połonina Caryńska. Amor latający nad traworoślami połonin trafił nas swoja strzałą nie raz, a tysiące razy...

Aktualny widok połonin "zawdzięczamy" wypasowi bydła. To przez 3500 sztuk krów i buhajów granica lasu obniżyła się o ponad 100 metry!. Na początku lat 20-tych liczba ta spadła do 1000.

Bydło pędzono w grupach 20-30 sztuk, a każde stado pilnowane było przez 4 do 5 pastuchów, którym żywność przynoszono z dołu. Wsie podpołonińskie były najbardziej zacofane, a wszelkie reformy przychodziły z ogromnym opóźnieniem. Centrum kulturalne stanowiły parafie greckokatolickie, brakowało szkół, a większość mieszkańców było analfabetami. Pastuszkowie potrafili jedynie liczyć pieniądze, które dostawali za bydło na targach 19 sierpnia w Lutowiskach. 

Bydło wypasano od maja do sierpnia. W lecie noce były ciepłe, ale w maju zdarzały się często ( i dalej zdarzają) przymrozki. Ludzie spali jednak pod prymitywnymi daszkami, a jedyny szałas, który postawiono, został z czasem przerobiony na bazę wojskową. Stąd żołnierze obserwowali niebo, czy aby nie zbliżają się balony ze stonką, czy z imperialistycznymi ulotkami. Po nich barak przejęli harcerze, a potem Lutek Pińczuk, który w schronisku na Wetlińskiej mieszka od 1967 roku i jest najstarszym kierownikiem schroniska. 

Nie zawsze jest różowo...

Jednak nie zawsze jest tu różowo. zimą'99 spadł tu taki śnieg, że na zewnątrz wychodziło się przez okienko w dachu, a okien nie było w ogóle widać. Nie miałam szczęścia być tu wtedy. Razem z ekipą z Hawiarskiej Koliby stacjonowaliśmy 40 kilometrów dalej, w Hoszowie i, choć na połoniny przyjeżdżaliśmy codziennie, nigdy nie udało nam się zajść dalej niż do połowy wyznaczonej na lato trasy... Z całej sylwestrowej ekipy na połoninę Caryńską zdecydowała się tylko czwórka: Adaś, Krzyś, Robert i ja. Uczynny pan podwiózł nas do przełęczy Wyżniańskiej. Stąd prowadzi najkrótsza droga na połoniny. Mieliśmy bowiem w planach przejść grzbietem aż do Ustrzyk.

Szlak był, wbrew ponurym przypuszczeniom, przetarty. W lesie śniegu leżało mniej więcej półtora metra, gdyż pomocnicze barierki tonęły w śnieżnobiałym puchu. Śnieżnobiałym, bo w rejonie Bieszczad nie uświadczysz takich zanieczyszczeń, jak w reszcie kraju. Jest to efekt wysiedleń, a w związku z tym braku przemysłu. Nieliczne zakłady przemysłowe, takie jak Igloopol, popadały we wczesnej fazie socjalizmu i dotychczas, dzięki Bogu, nikt nie wpadł na pomysł wznowienia działalności...

Jeszcze w lesie spotkaliśmy grupę chłopaków, którzy z uporem maniaka tarli szlak na połoninę trzy godziny temu.
- Po co niesiesz ten aparat? Na górze mgła...
Cóż, mieli racje.... W szarym mleku początkowo poszliśmy w kierunku na Berehy Górne. Ostry szron chrupał pod nogami, lodowaty wiatr bił po twarzach odłamkami lodu, a szare mleko otulało nawet najbliższe słupki. Ręce w grubych narciarskich rękawiczkach zamarzły mi już prawie na kość. Przeszliśmy może 5 kilometrów, a ponieważ szlaku się "zagubił", podejmuję decyzje powrotu. Wyszliśmy z naszego domu jak na każdy zimowy spacer. Każdy miał jakieś bandaże, plastry, trochę jedzenia, herbatę, niezliczoną ilość ciuchów, latarki, ale nikt z nas nie miał sprzętu przystosowanego do zimowego noclegu w górach. Opatuliwszy się kurtkami nie zamarzlibyśmy, ale nocleg ten nie należałby do przyjemnych. Nie mam najmniejszej ochoty, żeby szukał mnie potem GOPR. Niestety nie ma najmniejszych warunków na wędrówkę, a nie chce być kolejną ofiarą ostrej zimy w Bieszczadach...
Chłopcy bardzo opornie i z dużym ociąganiem poszli za mną.

Gdyby nie Krzemień...

W piątek warunki trochę się poprawiły, więc w trójkę poszliśmy na Tarnicę przez Szeroki Wierch. Oprócz mnie i Moniki poszedł jeszcze Łukasz. Reszta ekipy się wypięła i została w knajpie. Jeszcze w lesie natknęliśmy się na chatkę, która kiedyś była zwykłą wiatą, ale teraz obłożona klocami śniegu, spełniała wszystkie warunki przytuliska dla wariatów. Chyba podobnie sadzili chłopcy spod Caryńskiej, schodzący teraz z Szerokiego Wierchu.
- Na górze mgła.- powiedzieli- zgubiliśmy Tarnicę i wracamy.

My poszliśmy dalej. Po drodze minęliśmy oczywiście cztery zmyłki. Każda wydaje się być już Szerokim Wierchem i każda okazuje się nim nie być... Wszystkie ślady prowadziły prosto, tylko samotne obuwie schodziło w bok.

- Ktoś zrobił sobie skróty, ale my jesteśmy grzeczni i idziemy za szlakiem- zaśmialiśmy się. Rychło okazało się, że ślady, za którymi poszliśmy, są  śladami pięcioosobowej ekipy, która pobłądziła wczoraj. Znaleziono ich dopiero dzisiaj rano po 24 godzinach spędzonych w górach... Zrobiliśmy dziwne kółko i przez chwilę nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Szczerze mówiąc, była to długa chwila. 

- Łukasz! - krzyknęłam w przód - Jesteśmy z powrotem pod Szerokim Wierchem, musimy iść za tymi śladami pojedynczymi. <br />

Zorientowałam się dzięki ledwo widocznym skałkom na Krzemieniu. (ogłupienie, jakie na nas spadło nie pozwoliło nam wyciągnąć kompasu).Takie skalne grzebienie są  jedyne w całych Bieszczadach. Od nich, notabene Krzemień wziął swoją nazwę, gdyż "hreben" po ukraińsku znaczy grzebień, a przerobienie tej nazwy "zawdzięczamy" tylko i wyłącznie niedbalstwu austriackich kartografów. 

"Niepozorny" Kińczyk

Mniej więcej w czasie zimowego zdobywania połonin, zachorowałam na Kińczyk...Bynajmniej nie jest to choroba, aczkolwiek zarazić się może nim każdy, kto choć raz wejdzie na najwyższy szczyt polskich Bieszczad i spojrzy w kierunku południowo wschodnim...

Oto ON. 

Niepozorny na mapie, jeden w ciągu połonin, nie wyróżniający się właściwie...

Co ja piszę!?...

Wyróżniający się! najpiękniejszą kopułką jaką oko turysty kiedykolwiek oglądało! Kiedy dzieci robią dekoracje na torcie zawsze zostaje resztka, która układa się na szczycie w charakterystyczny dziubek. I tak właśnie wygląda Kińczyk. Na wieki usadowiony między połoniną Bukowską, a Rozsypańcem zdaje się wołać "czekam na ciebie!". Może to głupie i dziecinne, ale ta góra śniła mi się od tej pory po nocach, wołała, przyzywała. Niestety Bieszczadzki Park Narodowy oraz straż graniczna zakazały wstępu na niego. Już byłam bardzo zdesperowana i chciałam pójść tam nielegalnie, narażając się w razie złapania na 500 zł. kary, kiedy nagle mój nieodzowny przyjaciel, Marcin, zorganizował zezwolenie... zasypał dyrekcję parku niezliczoną ilością dokumentów z uczelni, organizacji turystycznych, ekologicznych i stowarzyszeń studenckich, w których kiedyś działaliśmy, bądź to wspólnie, bądź osobno- dość, że teraz legalnie mogliśmy tam pójść. 

"Nie pójdzie Pani na Kińczyk!"

Oczywiście poszliśmy przez Sianki. Musiałam odwiedzić moich drwali i pokazać leśniczemu zezwolenie. No i nie rozczarowałam się! Z Jaśkiem i Zbyszkiem zdążyliśmy już wypić półroczny zapas wina z jeżyn, kiedy do kuchni wszedł Tadek.
- A pani tu znowu? Nie pójdzie pani na Kińczyk!- Nie można powiedzieć, żeby Tadek mnie lubił.
- A właśnie, że pójdę! Proszę bardzo. Mam zezwolenie...
- Co pani ma?! Chyba fałszywe?- spytał z nadzieją.

W życiu nie zapomnę jego miny, gdy oglądał najprawdziwszy w świecie podpis dyrektora parku... Chociażby dla jego niedowierzania, warto było mocno nadrobić drogi i iść przez Sianki... Wyruszyliśmy następnego dnia. jeszcze chwiejąc się na nogach po wczorajszym winie dotarliśmy na Opołonek- najdalej wysunięty na południe kraniec Polski. Słupek w środku lasu- nic więcej, za to kiedy droga skręca dość gwałtownie na północny zachód otwiera się widok na Rozsypaniec, Stijną i ...
no dobrze nie będę po raz "en plus pierwszy" wymieniała tej nazwy, choć mi ona w duszy gra i na usta się ciśnie z siła nieprzemożną... 

Widoki, jakie rozpościerają się z owej grupy połonin po prostu zapierają dech w piersiach: Tarnica, Rozsypaniec (ten przy czerwonym szlaku), Halicz, Połoniny obu Rawek, a od strony Ukraińskiej rozprzestrzeniają się od połoniny Równej, przez Ostrą Horę, po połoninę Borżawy ze Stohem w roli głównej. Mieliśmy na tyle szczęścia, że widzieliśmy nawet Gorgany i Czarnohorę. Pogoda zrobiła nam te uprzejmość i zepsuła się dopiero po naszym zejściu z Góry Snów...

Wróciłam z połonin. Ledwo z nich zeszłam, a już zatęskniłam z powrotem. Chociaż zdaję sobie sprawę, że połoniny to unikat, któremu grozi powolne zadeptanie przez ludzi, Chociaż na własnych butach wyniosłam kawałek połoniny, nie mogę się powstrzymać... I myślę, że nikt, kto choć raz odwiedził bieszczadzkie połoniny, nie powstrzyma się i pojedzie tam jeszcze nie raz, nie dwa, nie pięć.... 

Sierpień 2007- Wetlina

Szlak Ikon Podkarpacia

W cerkwiach na miłośników historii sztuki czekają unikatowe ikony, czyli malowane na drewnie obrazy sakralne. W Polsce ikony powstawały głównie w XV-XVI wieku na ziemiach wschodnich i południowo- wschodnich, właśnie na terenie Gminy Sanok

Po prostu musisz to zobaczyć!

Piesze, czy rowerowe wędrówki wyznaczone biało- niebieskim szlakiem, to wspaniała możliwość, aby zobaczyć najwspanialsze zabytki sztuki sakralnej. Szlak biegnący Doliną Sanu jest szlakiem dydaktycznym (znakowany na niebiesko) i prowadzi z Sanoka do najstarszej drewnianej cerkwi w Polsce (w Uluczu). łączna długość szlaku wynosi 70 km i umożliwia zwiedzenie 10 cerkwi i 2 muzeów. Szlak można pokonywać pieszo, konno, rowerem górskim, szosowym, oraz płynąc doliną Sanu. Główne atrakcje turystyczno- krajoznawcze tego szlaku to:


  • Sanok- Muzeum Ikon mieści się w sanockim zamku, pierwotnie był to ruski gród, na którego miejscu stanął Kazimierzowski zamek gotycki, który został przebudowany w latach 1523  1548, w stylu renesansowym. W jego salach wyeksponowanych jest 106 ikon, z ok. 700 posiadanych przez muzeum, reszta zostanie wyeksponowana po zakończeniu remontu pozostałych pomieszczeń. Posiadana przez placówkę kolekcja jest największą w Polsce. Dodatkowo muzeum oferuje: malarstwo Z. Beksińskiego oraz dzieła innych współczesnych artystów, eksponaty archeologiczne i historyczne związane z regionem.


  • Sanok- katedra - Prawosławna cerkiew katedralna p.w. Św. Trójcy, siedziba biskupa Diecezji Przemyskiej i nowosądeckiej, murowana, zbudowana w 1784 r.
  • Sanok- Muzeum Budownictwa Ludowego- Skansen zajmuje powierzchnię 38 ha, prezentuje ok. 120 obiektów architektury drewnianej z terenu Bieszczadów, Beskidu Niskiego i Pogórzy, m.in. cerkiew z Ropek  1801 r., z Grąziowej  1731 r., z Rosolina  1750 r., kościół z Bączala Dolnego 1667 r.. Skansen posiada również około 500 ikon z których część znajduje się w wyżej wymienionych cerkwiach zaś pozostałe są wyeksponowane w oddzielnym budynku. Sanocki skansen jest największą tego typu placówką w Polsce.



  • Międzybrodzie- dawna cerkiew parafialna grecko-katolicka p.w. Trójcy Św. murowana, wzniesiona w latach 1899- 1900, obok której znajduje się grobowiec rodziny Kulczyckich w kształcie piramidy.
  • Tyrawa Solna- drewniana cerkiew p.w. Jana Chrzciciela, zbudowana w 1837 r. Obecnie użytkowana jako kościół rzymsko-katolicki.
  • Hłomcza - cerkiew grecko-katolicka p.w. Soboru NMP, drewniana, wzniesiona w 1859 r. W latach 1946-1960 użytkowana przez kościół rzymsko-katolicki, następnie przez cerkiew prawosławną a od 1991 r. odbywają się tam nabożeństwa obrządku bizantyjsko-ukraińskiego.
  • Łodzina- dawna cerkiew filialna grecko-katolicka pod wezwaniem Narodzenia NMP, wzniesiona w 1743 roku, obecnie kościół filialny rzymsko-katolicki. Obok cerkwi piękny stary Dąb.
  • Dobra Szlachecka - dawna cerkiew parafialna grecko-katolicka p.w. św. Mikołaja, drewniana, zbudowana w 1879 r. obecnie kościół filialny rzymsko-katolicki p.w. Podwyższenia Krzyża. Przed cerkwią cenna, trójkondygnacyjna obronna brama- dzwonnica z XVII w. z kaplicą na piętrze oraz dzwonami z 1624 i 1625 r.
  • Ulucz- najstarsza, drewniana cerkiew w Polsce p.w. Wniebowstąpienia Pańskiego, zbudowana w 1510 r. Wchodziła w skład zespołu klasztornego bazylianów. Obecnie filia MBL w Sanoku. Położona na szczycie stromego, owianego legendami wzgórza "Dębnik", na północnym krańcu wsi.
  • Siemuszowa- drewniana, filialna cerkiew grecko-katolicka p.w. Przemienienia Pańskiego, zbudowana w 1841 r. Obecnie użytkowana jako kościół rzymsko-katolicki.
  • Sanok- Olchowce- dawna cerkiew parafialna p.w. Wniebowstąpienia Pańskiego, drewniana, wzniesiona w 1844 r. Obecnie użytkowana przez kościół rzymsko-katolicki.
  • Park Krajobrazowy Gór Słonnych- został powołany rozporządzeniem Wojewody Krośnieńskiego z 27 marca 1992 r. Leży w północno-wschodniej części województwa, na północ od Sanoka, Zagórza, Leska i Ustrzyk Dolnych. Obejmuje Obszar Gór Słonnych, południową część Pogórza Przemyskiego. Najwyższe szczyty to Góry Słonne 672 m n.p.m.. oraz Chwaniów 685 m. n.p.m.. Jest to obszar wyjątkowo cenny ze względu na jego walory przyrodnicze i kulturowe. Malowniczo uformowane grzbiety górskie przybierają układ rusztowy. Odwadnia je gęsta, kratowo ułożona sieć rzek i potoków. Atrakcyjność tego terenu podnosi bardzo słabe zaludnienie, co gwarantuje niezakłócony kontakt z przyrodą.

  • Dolina Sanu- malownicze meandry rzeki, która na tym odcinku oddziela strome, zalesione zbocza Gór Słonnych i Pogórza Przemyskiego od nieco łagodniejszych wzgórz Pogórza Dynowskiego, stanowiąc dużą atrakcję dla kajakarzy, miłośników wędkowania oraz amatorów kąpieli. Przewidziana w latach pięćdziesiątych do zalania wodami zbiornika, który miał powstać po zbudowaniu zapory w Niewistce, jest obecnie bardzo słabo zurbanizowana, a w efekcie zachowała swój naturalny dziewiczy charakter.
  • Wychodnie skalne- oryginalne formy piaskowcowe na grzbietach Gór Słonnych, tworzące fantastyczne kształty, przywodzące na myśl upiory z ludowych podań. Na szlaku znajdują się dwie z nich- Orli Kamień oraz Kamień na Granickiej.


Tylko dla Orłów

Autor: Łukasz Majerczyk

Czym są  góry? Zielonymi w lecie, białymi w zimie wzniesieniami określanymi mianem szczytów? Siedliskiem wilgoci, mgieł, deszczu, ciemności, zapachu świerkowego runa o poranku? Wschodem słońca po burzowej nocy, którą  przespałeś pod cienkim śpiworem, bo zapomniałeś wziąć pod uwagę długość wrześniowych dni oznaczających nieuchronnie zbliżającą się jesień? Można tak długo przytaczać różne określenia. Nie zmieni to jednego. Góry wołają człowieka zakochanego w nich od dzieciństwa. Góry kojarzone z sianem, plackami krowimi na polnej drodze, szumiącym lasem i potokiem, zabawami na kamieńcu, budowaniem tam z kamieni w celu opanowania żywiołu. 

Tych moich gór jest coraz mniej. Żeby do nich dotrzeć, pokłonić się im, muszę przecisnąć się przez tłum deptakowy u ich podnóża. Obojętnie czy to Wisła, czy Zakopane. Kręcę się wśród tandetnych reklam modnych sklepów i butików, wdycham woń oleju z Pizza Hut i Góral Burgera przesłaniającą Giewont. A on wydaje się patrzeć w dół i śmiać się z niedowierzaniem w krzyżu. Odwraca głowę ku słowackiej stronie. Tam spokojniej, mniej zjeżdżających ludzi dziwnego autoramentu, przenoszących zwyczaje warszawskie pod Tatry. Moje Tatry, które najmocniej brzmią we mnie gdy jestem daleko..

Koziniec, Antałówka – w dole widzę to miasto. Brzydkie, zapyziałe, chaotycznie rozplanowane, odpychające. W sam raz do zakopania. Z roku na rok podzielam opinię Witkacego, genialnie opisujący stosunki miasta leżącego między Trzaską a Karpowiczem. Nie lubię Zakopanego. Jest przykrą koniecznością. Przedpokojem, przez który trzeba przejść by wkroczyć na salony tatrzańskie. One zaczynają się dla mnie na granicy Bystrego. Kiedy szum gałęzi smreków pokonuje odgłosy cywilizacji, kiedy reglowe masywy walź się człowiekowi na głowę, kiedy muszę zadzierać głowę wysoko aż do bólu karku. Słyszę znajomy turkot kamieni spod okutych wibramem butów, wiatr i cisza wypełniają całego mnie, serce bije miarowo, słyszę je dobrze. Tak bije serce na widok Ukochanej nie widzianej od dawna. Wzrok nabiera jasnego spojrzenia. Radość wypełnia piękno każdego szczytu, każdej skały, każdego powalonego przez halny drzewa.

Granica między oczekiwaniem na szczęście a ekstazą zaczyna się powyżej 1500 m. Powyżej granicy lasu. Za Halź Gąsienicową, za "Mokiem", za Siklawą. Wreszcie ktoś odwzajemnia powitanie, ktoś pyta się jak daleko gdzieś tam, ile trzeba iść, czy trudno. Wreszcie widzę granitowe głazy pokryte zielonkawą odcienią mchów i porostów. Wreszcie woda szumi daleko, lekkim szmerem. Oznacza to, że cały mój zwykły świat został za mną. Nie tęsknię. Do kłopotów, wątpliwości, obowiązków, ferdydurkowskich gęb przepełnionych falszem. Oczyszcza mnie świątobliwy Mnich, nowe horyzonty otwierają się za Wrotami Chałubińskiego, czeluść Koprowej przytłacza majestatem ludzką zwykłość kłębiącą się w dole. Hruby jakby przyznawał mi rację. Patrzymy na siebie i wiemy obaj, że jesteśmy ponad to. Orzeł wypatrujący w przestrzeni zdobyczy, nawołuje swego pobratymca nadlatującego od strony Zaworów. Witają się charakterystycznym dźwiękiem, który nie sposób pomylić z żadnym z ptaków. 
Powitanie na wysokościach powyżej 2000 m. 
Dla wybranych. 
Tylko dla orłów. 
Wraz z nimi rzucam się w przestrzeń. 

O autorze: 
Historyk z wykształcenia i chyba zamiłowania, bo nikt nie zabiera się za kontrowersyjny temat Ognia-partyzanta z Podhala, nie kochając historii jako takiej

środa, 24 stycznia 2018

Cmentarz przeklętych pod Dzwonkówką

Na podstawie książki Krzysztofa Kopra "Z dziejów Krościenka nad Dunajcem".

O zapomnianym cmentarzu pod Dzwonkówką krążą różne historie. Niewielkie wzniesienie, ukryte w gęstym lesie, kryje wiele tajemnic. To tam przez wiele lat górale porzucali ciała samobójców. 

Wisielce - przeklęte miejsce. 

Cmentarz przeklętych. O zapomnianym cmentarzu pod Dzwonkówką krążą różne historie. Niewielkie wzniesienie, ukryte w gęstym lesie, kryje wiele tajemnic. To tam przez wiele lat górale porzucali ciała samobójców. Wiele ciekawostek na ten temat można wyczytać we właśnie opublikowanej książce Krzysztofa Kopra "Z dziejów Krościenka nad Dunajcem". Na Podhalu jest kilkanaście takich miejsc, jak to w Krościenku. Po większości z nich pozostały jedynie nazwy. W Gorcach nad Nowym Targiem natknąć się można na Wisielakówkę, w Falsztynie na Spiszu na Wisielaki. W Ochotnicy Dolnej znajduje się Przełęcz Zabite oraz Obwisie.

Na cmentarzach samobójców rzadko pojawiały się krzyże. Ludzie z niechęcią mówili o tych, którzy targnęli się na swoje życie. 
Dawniej nie tylko samobójców, ale także ich ciała traktowano z wielką pogardą. By nie ściągnąć na siebie oraz całą wiejską społeczność złych mocy, górale przestrzegali kilku zasad. Po pierwsze osoba, która znalazła ciało wisielca, musiała zmarłemu wymierzyć policzek lub trzykrotnie uderzyć go w głowę. 

Po drugie ciała samobójcy nie wolno było przed pochówkiem myć ani też przebierać w inne ubranie. "Dawniej ludzie bali się nawet dotknąć takiego człowieka, bo myśleli, że zginął z Rąk diabła"- opowiada w książce Aniela Foltyn, mieszkanka Ochotnicy Górnej.

Przy pochówku starano się nie wynosić ciała samobójcy drzwiami, ale przeciągano go pod progiem, do czego miał służyć specjalnie zrobiony otwór. 

Zdarzało się, że wykorzystywano okna, przez które po prostu wyrzucano ciało z domu. Zabieg taki gwarantował ochronę przed piorunem, gradem i powrotem umarłego. 

Według górali samobójca nie zasługiwał na pogrzeb. Pochówek miał być cichy, bez udziału księdza. Trumny z ciałem nie można było wnieść do kościoła czy też na cmentarz. 

Dlatego też zmarłych grzebano w górach, przeważnie nocą. "Pogrzeb był skromny i cichy, rodzina wstydziła się tego czynu i chciała go jak najszybciej wymazać z pamięci"- wspomina inna z bohaterek książki, Franciszka Jamińska z Ochotnicy. 

"Ta otwarta manifestacja pogardy, ale i strachu wobec aktu samobójczej śmierci powodowała, że oprócz najbliższych nikt w nim nie uczestniczył"- pisze Koper. 

Twarzą do ziemi

"Zwłoki samobójcy wkładano choćby w deszczułkę, wiązano i wywożono wołami w góry"- to kolejna relacja, tym razem Wojciecha Zawilińskiego, który powołuje się na zasłyszane w dzieciństwie opowieści. 

By odstraszyć złe moce, ciała samobójców przykrywano stosem kamieni i obsadzano cierniem- dziką różą, głogiem, czasem też makiem. 

Zwłoki przebijane, nakłuwane kolcami, krępowane, kawałkowane, układane twarzą na dół, także palone- w odczuciu żyjących miały gwarantować wieczny spokój. 

Tradycja także zalecała na grobie samobójcy położyć garść siana, słomy, kawałek drzewa, pojedynczy kamień czy grudkę ziemi. 
<br />
Gest ten miał dwojakie znaczenie. Po pierwsze przynosił ulgę pokutującej duszy. Po drugie rzucanie różnych przedmiotów na przeklęte mogiły stanowiło swoisty substytut pogrzebu, miało też uniemożliwić wychodzenie upiora spod ziemi"- pisze autor. 

Większość górali bała się miejsc, gdzie chowano samobójców. O górach, w których ich chowano, krążyły różne, przerażające historie: "Dawno temu dwie kobiety wracały od siana spod Dzwonkówki. Po minięciu rozstajów dogonił je młody, elegancko ubrany na czarno człowiek. 
Zaczął miłą rozmowę na różne tematy i tak przeszli wspólnie kilkaset metrów. Wtedy tajemniczy przybysz pożegnał się i wrócił ścieżką do lasu, w kierunku Wisielców. 
Po chwili jedna z kobiet odwróciła się i ku swojemu przerażaniu dostrzegła u oddalającego się nieznajomego wzbijające kurz kopyta". 

Sznur dla złodziei

"Dużo gorzej zakończyła się wędrówka samotnej kobiety, idącej na bliższe z Krościenka przez Tylkę do Sromowiec Wyżnych. Przy granicy miejscowości, na ścieżce koło Diablej Skałki czekał szatan. 
Przekaz mówi, że chwycił ją za nogi i wlókł wysoko, na kilkunastometrowy szczyt. Następnego dnia nieszczęsną kobietę znaleziono martwą na dole. 
Widocznie musiała zacząć się głośno modlić i wtedy szatan ją puścił, zabijając na miejscu"- to cytowana w książce relacja mieszkańców Tylek. 

Z samobójcami wiązało się wiele innych przesądów. Podobno kawałek wisielczego sznura miał przynosić szczęście i gwarantować sukces osobie, która go przy sobie nosiła. 
Niezwykle cennym przedmiotem miał być zwłaszcza dla osób trudniących się tzw. złodziejską profesją.

Wisielce - cmentarz samobójców pod Dzwonkówką:

Najbardziej znane i dokładnie zlokalizowane miejsce grzebania zwłok samobójców (do końca XIX wieku) jest położone około 10 minut marszu od kulminacji Dzwonkówki (podążając głównym szlakiem beskidzkim od strony Krościenka). 
Na rozstaju stanowiącym rejon starej granicy czterech dziedzin: Krościenka, Tylmanowej, Obidzy i Szczawnicy należy skręcić w prawo i po około 100 metrach zejść w okolice śródleśnej polanki (na prawo od ścieżki). 
Niewielka, płaska, dość mocno zarośnięta dziś olchź i leszczyną przestrzeń o nieregularnym kształcie (ok. 80 x 100 metrów) leży na północ od kulminacji szczytu Wisielec (873 m). Do niedawna znajdowały się tam trzy niewielkie krzyże wbite w ziemię w niewielkich odstępach od siebie, a wykonane w prymitywny sposób z cienkich żerdzi. W kwietniu 2003 roku zachowany był już tylko jeden.

Autor książki:
Krzysztof Koper - Absolwent historii i filologii polskiej Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Współzałożyciel Komisji Historii Wojskowości i nowotarskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego. Autor internetowego serwisu, poświęconego historii Krościenka. Nauczyciel historii w krościeńskim gimnazjum.

Dźwięki z Mofety


Pełny tytuł tego wydawnictwa brzmi : "Dźwięki z głębi Ziemi- muzyka mofety w Złockiem k/Muszyny".

Co to mofeta?

Miejsce uchodzenia dwutlenku węgla z głębokich warstw geologicznych. Dwutlenek węgla to gaz nieco cięższy od powietrza, trujący dla człowieka i niebezpieczny, bo bezbarwny i bez zapachu. W naturze wydostaje się przez całe kilometry naszej litosfery, szczelinami skalnymi i najczęściej na końcu łączy się z ujściami wody wzbogacając źródła pękającymi banieczkami i srebrnymi "bąblami". czasem mamy do czynienia z tzw. suchą ekshalacją dwutlenku węgla czyli zjawiskiem wydobywania się gazu bez pośrednictwa wody. Największa mofeta w polskich Karpatach, będąca zespołem kilku ujść wodnych i suchej ekshalacji gazu, znajduje się na granicy miejscowości Jastrzębik i Złockie ponad Muszyną.
Jeszcze kilka lat temu była to zaśmiecona i porośnięta krzakami "paryja" (to małopolskie określenie na wąwóz utworzony przez niewielki ciek wodny) ale dzisiaj stanowi zagospodarowaną i udostępnioną dla zwiedzających atrakcję geologiczną Gminy Muszyna. 

Najciekawsze jednak pozostawiam na koniec... każde ujście gazu ma inne brzmienie, a przy wnikliwszym przysłuchiwaniu się odkryć można pewną periodyczność dźwięków i ich głośności. Bulgotanie i odgłos pękających banieczek gazu oraz odgłosy wydobywania się na powierzchnię ziemi kolejnych porcji dwutlenku węgla robią wrażenie, największe tam na miejscu, wystarczy na chwilę posłuchać "gadania" mofety, dochodzącego z kilku różnych miejsc! To naturalny "ambient" o brzmieniu wypracowywanym przez awangardę nowych brzmień w pocie czoła!

Przy opracowywaniu opisów stanowiska geologicznego jakim jest dla fachowców mofeta, nadano nazwy kilku ujściom gazu i wykorzystano przy tym skojarzenia dźwiękowe. Mamy więc : źródło "Bulgotka" i "Dychawka", oraz nazwane od charakteru miejsca ujście CO2 :"Zatopione". Wraz z Mirkiem Badurą, wybraliśmy się w październiku 2005 roku na miejsce, aby zanotować cyfrowo te niezwykłe odgłosy. Tak powstała jedna z najciekawszych naszych "Flagowych" płyt o numerze katalogowym 008, wydana jeszcze tego samego- 2005 roku.

Interesujące są  dalsze losy tego wydawnictwa. Czując potencjał promocyjny i niezwykłość zapisu dźwięków mofety, zaproponowałem stworzenie z nagrań unikalnego elementu promocji regionu. Dla wytłumaczenia się z kontekstu tej propozycji opisałem wyczerpująco ideę w lokalnym (ale bardzo dobrze wydawanym) "Almanachu Muszyny" (rocznik 2006) i wysłałem próbki do firmy zajmującej się butelkowaniem miejscowej wody...
 I... NIC! 
Od załamania nerwowego (traktujcie ten zwrot żartobliwie, bo takie sytuacje przerabiałem już wielokrotnie i posiadam antyciała pozwalające przetrwać...) uratowała mnie krakowska AGH i międzynarodowa konferencja fizjogeograficzna... Naukowcy z całego świata (także z Polski) byli mofetą i płytą niezwykle zainteresowani i leży ona (płyta) na niejednym stole.

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt mofety- odkłada się tam tzw. rudawka, mieszanina glinek i związków żelaza, która jest substancją wyjściową do wytworzenia się naturalnej ochry. 

Ochra to jeden z najstarszych barwników na świecie. 
W obiegowej kulturze, ochra kojarzy się ze sztuką Aborygenów i malowidłami naskalnymi. Obecność ochry o pięknym, rudo-brązowym kolorze w okolicach Muszyny, wydała mi się bardzo interesująca. Wiele osób kiwało z powątpiewaniem głowami (kiwanie takie nic nie kosztuje, a sprawia wrażenie głębokiego namysłu i mądrości) i dlatego sprawę drążyłem dalej. Napotkałem w katalogu pewnej niemieckiej firmy, handlującej naturalnymi pigmentami, na produkt o nazwie : ochra karpacka, a jako miejsce pochodzenia podano tam...Polskę! Pobiegłem zaraz do specjalistycznego (he,he,he...) sklepu z naturalnymi pigmentami na krakowskim Kazimierzu i tam zniecierpliwiony Pan (typ : wiem- wszystko- najlepiej-prostaczku) wyjaśnił mi łaskawie, że nie ma takiego pigmentu, a ochra bierze się z pieca hutniczego... Oj nasi specjaliści! Tak więc badania zakończyłem konstatacją, że Polacy malują ochrą z pieca hutniczego (czyli imitacją ochry naturalnej), a na tzw. Zachodzie mogą sobie kupić ochrę karpacką z Polski. Pozostaje otwartym pytanie (dla pana z opisywanego sklepu) z jakich to pieców hutniczych wydobywali ochrę Aborygeni tysiące lat temu?

No cóż, ja maluje piękną ochrą karpacką i jest mi obojętne, że moim współziomkom jest to obojętne... Chciałbym tylko, aby ktoś kiedyś sobie przypomniał te informacje i podane na tacy przez World Flag Records produkty regionalne. Bo kiedyś zostaną one "odkryte"W toku ewolucji społeczności lokalnych.

Bogdan Kiwak pięknie opracował plastycznie płytę, wykorzystując fotografie wykonane przez Bognę Badurę i siebie. Niestety, w chwili kiedy piszę o naszym wydawnictwie, nie ma już "Dychawki"... zniknęła za sprawą zniszczeń, które dotykają periodycznie cały obiekt pomnika przyrody "Mofeta w Złockiem k/Muszyny" za sprawą wrednego charakteru kilku żałosnych ludzi. Kilka tygodni temu nasłuchując uważnie odnalazłem jej inne usytuowanie ale podczas  późniejszych odwiedzin tego miejsca przez Mirka Badurę sucha ekshalacja w tym miejscu nie była słyszalna. Mamy "rękę na pulsie" karpackiej mofety i znowu kiedyś uzupełnimy bank nagrań o westchnienia i oddechy z wnętrza Ziemi... W studiu próbki dźwięków mofety wykorzystaliśmy na naszych regularnych płytach : "Mirrors" (www.vivo.pl) oraz w stanie naturalnym i przetworzonym w interesujące "drony" i środowiska dźwiękowe, także w innych nagraniach i wydawnictwach, np. Na "Cyber Totem" i na dvd pt. "Kompromis"