Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dorzecze górnej Wisłoki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dorzecze górnej Wisłoki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2020

CW 60 na przełęczy Małastowskiej


 


https://www.geocaching.com/geocache/GC7YZJ7

Cmentarz z I wojny światowej znajdujący się na Przełęczy Małastowskiej w zachodniej części przysiółka Pętna miejscowości Małastów położonej w województwie małopolskim, w powiecie gorlickim, w gminie Sękowa.. Jest jednym z 400 zachodniogalicyjskich cmentarzy wojennych zbudowanych przez Oddział Grobów Wojennych C. i K. Komendantury Wojskowej w Krakowie.


Cmentarz zaprojektowany został przez słowackiego architekta Dusana Jurkovicza na planie dwunastoboku. Obecnie cmentarz otoczony jest przez dorodny las. Zaprojektowano go jednak na terenie otwartym, aby był widoczny z daleka.


Centralnym elementem jest drewniana, zbudowana z grubych bali funkcjonalna budowla, przypominająca ołtarz lub jakąś warownię. Góra zwieńczona kompozycją z krzyży. Pośrodku niej drewniana płaskorzeźba Matki Boskiej Częstochowskiej autorstwa Adolfa Kašpara , jednego z wybitniejszych czeskich grafików książkowych XX wieku (odnowiona w 2014 r.) Cmentarz ma kształt dwunastoboku, ogrodzenie z potężnych drewnianych bali na podmurówce. Krzyże drewniane. Cmentarz utrzymany w bardzo dobrym stanie. Obiekt często odwiedzany przez turystów, ponieważ znajduje się w pobliżu schroniska i wyciągów narciarskich oraz przy drodze z Gorlic do przejścia granicznego w Koniecznej.

Na kaplicy poniżej obrazu znajduje się tablica inskrypcyjna w j. niemieckim o następującej treści:


BLEIB EINGEDENK IN EURES GLÜCKES TAGEN,
DASS DIESER GRUND VON HEISSEM KAMPFGEGLÜHT,
DASS TODESWUNDEN TAUSENDE GETRAGEN,
DAMIT DER SONNE SEGEN EUCH EMBLÜHT.

Co można przetłumaczyć jako:


PAMIĘTAJCIE W SWOICH PEŁNYCH SZCZĘŚCIA DNIACH,
ŻE NA TEJ ZIEMI GORZAŁ ZACIEKŁY BÓJ,
ŻE TU TYSIĄCE ODNIOSŁO ŚMIERTELNE RANY,
ABY WOKÓŁ WAS ROZKWITAŁO BŁOGOSŁAWIEŃSTWO SŁOŃCA.

Na cmentarzu w 4 grobach zbiorowych oraz w 63 pojedynczych, spoczywa 174 żołnierzy armii austro - węgierskiej, w tym 138 znanych z nazwiska. Polegli w 1915 r. w czasie operacji gorlickiej.


Cmentarz był wielokrotnie remontowany, nie zawsze staranie i obecnie nie posiada wszystkich pierwotnych elementów (m.in. furtki w bramie oraz dwóch dużych krzyży na kwaterach bezpośrednio przed pomnikiem. Unikatowym elementem jest drewniana macewa żołnierza austriackiego wyznania mojżeszowego (Mendel Brod z 4. Batalionu Strzelców Polowych) - zazwyczaj żydzi chowani byli na osobnych, wyznaniowych cmentarzach. Jest to kopia, postawiona w 2003 w miejscu oryginalnej, której nie odtworzono podczas któregoś z remontów.

[Autorem opisu jest Pan Aleksander Gucwa, www.sekowa.info]

środa, 2 września 2020

Nieznajowa - trochę historii

https://www.geocaching.com/geocache/GC4742N


Nieznajowa jest obecnie nieistniejącą wioską u ujścia Zawoi do Wisłoki. Obecnie nad Wisłoką stoją tylko dwa domy. Jeden z nich użytkuje koło PTTK z Politechniki Warszawskiej w okresie wakacji akademickich możliwość noclegu. W centrum wioski stała zbudowana za czasów austriackich karczma, prowadził ją Żyd. W Nieznajowej znajdowały się dwa sklepy, jeden w centrum prowadził Żyd, a drugi w końcu wioski Łemko . Można było kupić podstawowe towary. 


W 1945 r. łemkowscy mieszkańcy wsi dobrowolnie wyjechali do ZSRR, zaś miejscowi Polacy przenieśli się do Czarnego. Od 1969 r. do stanu wojennego na terenie Nieznajowej gospodarował zakład karny. Około 500 m na zachód od ujścia Zawoi znajdują się pozostałości cmentarza; kilkanaście ciekawych nagrobków, m.in. jeden z podpisem miejscowego rzeźbiarza Iwana Szatańskiego z 1911 r. Nagrobki były konserwowane w 1986r. przez działaczy Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Tuż obok miejsce po drewnianej cerkwi unickiej pw. śś Kosmy i Damiana, zbudowana w 1780r. przez Teodora Rusinkę z Biesiadki ze Słowacji. Była to jedna z najładniejszych cerkwi zachodniołemkowskich. Uległa zniszczeniu po 1965 roku. Pochodzący stąd polichromowany portal z przedstawieniami śś Piotra i Pawła oraz rzeźbione ściągi zwieńczenia nawy znajdują się w muzeum w dawnej unickiej cerkwi w Bartnem. 


Widoczne ruiny niedaleko drogi do Rostajnego to pozostałość dużego tartaku, w którym kocioł parowy napędzał trak, żarna młyńskie i prądnicę. Obok stały stajnie i mieszkali pracownicy , zarabiali 15-20 groszy na godzinę. Przed II wojną światową całość dzierżawił Żyd. W 1939 roku kocioł wywieziono, podobno przyczyną był za mały przerób młyna. 




Drugi tartak wodny, prowadził Polak - Julian Dobrzański. Położony był w zakolu Wisłoki około 800 m powyżej ujścia Zawoi. Wodę doprowadzano kanałem ziemnym. Działała prądnica 110w, światło było zainstalowane w tartaku i w domu obok. W roku 1945 Niemcy wysadzili tartak i dom mieszkalny. Zachował się młyn, bo był umieszczony w podziemiach. Właściciel uruchomił go po wojnie i mieszkał w odbudowanym domu Na terenie Nieznajowej zachowała się spora liczba starych krzyży przydrożnych i kapliczek. Jedna z nich stoi przy drodze do Wołowca i pochodzi z końca XIX w. Nad Zawoją zachowała się kamienna ,duża rzeźba Matki Bożej ze śladami malowania ( ma ona czarne włosy i oczy oraz niebieską sukienkę). Przy drodze do Rostajnego stoi figura Św. Rodziny z 1901 roku. Na jej cokole znajdują się trzy płaskorzeźby świętych: Mikołaja, Piotra i Pawła.





wtorek, 6 lutego 2018

Nocne brzmienie ektenii

Wielkanoc prawosławna w Beskidzie Niskim

Marcin Żyła


Kiedy tuż po świętach odbierałem telefony z pytaniami, co też będę robił w następny weekend, moi znajomi nie kryli zaskoczenia. Doprawdy dziwię się ich zdziwieniu. Odpowiadałem przecież zgodnie z prawdą: jadę na Wielkanoc. są  bowiem w Polsce takie miejsca, w których Bożą Mękę wspomina się dwa razy w roku...



Wieś Bartne w zachodniej części Beskidu Niskiego, dziesiąty kwietnia, kwadrans po szóstej wieczorem. W grupie kilkunastu osób, które wysiadają z autobusu PKS czujemy się z Kasią więcej niż niepewnie. Przyzwyczajeni do długich wędrówek z wypchanymi po brzegi plecakami, ostrożnie stawiamy kroki na skropionej świeżą mżawką asfaltowej szosie. Jedyne co ze sobą mamy to sprzęt fotograficzny i stertę starych, zakurzonych zdjęć, które kilkanaście lat temu zrobił w Bartnem mój ojciec. 

Czy uda się odnaleźć któregoś z uwiecznionych na nich mieszkańców, czy tacy zechcą z nami poroz- Mawiać? 

Pasażerowie pekaesu odchodzą w górę wsi. Kierowca zapuszcza silnik i zawraca pojazd, który chwilę potem znika w zaś łonie z deszczu. Swoisty urok mają miejscowości, do których autobusy przyjeżdżają ledwie dwa razy na dzień.

Zabawa w skojarzenia kończy się rozmaicie. Turyści nazwę Bartne łączą zazwyczaj z jednym z niewielu schronisk górskich w okolicy, etnografowie z zamieszkującymi wieś Łemkami, zaś zafascynowani ludo- wym rzemiosłem historycy regionu gorlickiego pamiętają o tutejszych kamieniarzach, o których wyroby bito się ogniś podczas  wielu karpackich targów. Dziś jednak nie oglądamy przydrożnych kapliczek, które jeszcze na początku XX wieku wykonywano z Magurskiego piaskowca – to możemy robić przez cały rok. 

Przyjechaliśmy, by poznać religijne, prawosławne oblicze Bartnego. Wszak całonocnego na-bożeństwa ze specjalną, wydłużoną liturgią nie odprawia się w cerkwi w każdą niedzielę...

Na zdjęciach pierwsza rozpoznała się kobieta, którą  spotkałem pod świątynią. Kilka lat temu gościła w swoim domu turystów, zafascynowanych Łemkowszczyzną – fotoreportera krakowskiego dziennika oraz zakochanego w buczynie poetę. Dziś jest zajęta przygotowaniem wnętrza świątyni do nocnego nabożeństwa, nie przeszkadzamy jej teraz pytaniami. Spoglądam na zdjęcia ojca, przypominam sobie ulubione wiersze Harasymowicza... To wystarcza za odpowiedź...

Wokół nas gromadzą się inni mieszkańcy Bartnego. Poznają na czarno-białych fotografiach stare, nieist- niejące zabudowania i ich mieszkańców. – Niewiele się tu zmieniło – powie ktoś ze stojących i z pewnością będzie miał rację. Stare, drewniane chałupy rozpadają się w całej wsi, od turystycznej bacówki po pierwsze domy Bodaków w dole szosy. Przypominają o niełasce, w jakiej wszystkie łemkowskie wsie żyły w czasach komunistycznych. 

Garstka mieszkańców Bartnego, która po akcji "Wisła" w 1947 r. pozostała lub wróciła do swoich domów długo była gnębiona przez ówczesne władze. Utrudniano remonty, opóźniano podejmowanie ważnych dla ludzi decyzji. Nie przypadkowo asfaltowa szosa połączyła Bartne z, odległą o osiem kilometrów, Ropicą dopiero w 1987 roku... Skazane na zapomnienie, żyło Bartne same ze swoimi proble- Mami. Mieszkańcy – zrazu nieufni, potem już tylko życzliwi –  przyjmowali do swoich domów wędrow-ców, zapuszczających się w doliny Beskidu. Taką właśnie pocztą pantoflową rozchodziła się wśród studentów "fama" o uroku Łemkowszczyzny i krzywdzie, która spotkała jej mieszkańców.

Późno już, czas  na nas. Trzeba wyjść z ciepłej chaty na zewnątrz, na zimno i deszcz. Idąc schowaną w ciemnościach szosą, która od zawsze była kręgosłupem wsi, osią, wzdłuż której toczyło się życie, mija- My kolejne gospodarstwa. czasem ktoś cicho przemknie obok, spiesząc się na nabożeństwo. czasem szczeknie pies.

W prawosławiu Wielkanoc jest najważniejszym świętem w roku. Przypada nieregularnie – kilka dni po święcie katolików. Wierni rozpoczynają obrzędy o zmierzchu, w wigilię pierwszego dnia świąt. Celebrują wtedy mszę świętą, która trwa aż do świtu, do ceremonii poświęcenia pokarmów przed cerkwią. Prawosławnych, którzy z różnych przyczyn nie mogą w niej uczestniczyć, odwiedza ksiądz w ich własnych domach. Także dzisiaj słychać w Bartnem motor żółtego "malucha", z którego korzysta dojeżdżający tu z Gorlic duchowny.

Nabożeństwo trwa od kilku minut. Przybyło sześćdziesiąt osób. Nie dla wszystkich starczyło miejsca w nawie, niektórzy stoją z tyłu, w części świątyni zwanej babińcem. Cerkiew aż skrzy się od gromnic, które oświetlają wnętrze.

Prawosławny ksiądz, który wzywa właśnie do modlitwy stoi tyłem do wiernych. Tylko on i kilkoro mężczyzn, którzy pomagają mu w różnych czynnościach mają wstęp do sanktuarium, najważniejszej części świątyni. Jeszcze chwila i rozpocznie się procesja na zewnątrz cerkwi.

Nie byliśmy pewni, jak przyjmą nas z aparatem fotograficznym. Wprawdzie jedna ze spotkanych wieczorem kobiet poprosiła księdza o pozwolenie na robienie zdjęć, lecz i tak jesteśmy tu tylko gośćmi. Wszyscy traktują nas jednak bardzo wyrozumiale, niektórzy doradzają nawet, co i w jaki sposób fotografować. Potwierdzają się opinie o uprzejmości Łemków. Wiele osób nie zwraca na nas uwagi, w skupieniu przeżywając mszę. 

Po trzykrotnym obejściu cerkwi wchodzimy z powrotem do środka. Rozpoczynają się ektenie – najbardziej charakterystyczny element prawosławnej liturgii. są  to wielokrotnie wznoszone do Pana prośby o łaskę. Wierni odpowiadają samym śpiewem, bo korzystanie z instrumentów muzycznych jest tu zaka-zane. Głosy roznoszą się po cerkwi tak zgodnie i równo, że dla nie przyzwyczajonych do tego uszu zdają się nawet budzić podejrzenia co do ich autentyczności. 

Chór wiernych, tradycyjne oświetlenie wnętrza, dym z kadzidła... Uczestnictwo w prawosławnej mszy wiąże się z przeżyciem duchowym. O ile obrządek katolicki akcentuje tylko intelektualny wymiar religii, o tyle kościół wschodni karmi swych wiernych mistyczną atmosferą liturgii. ksiądz jest na dalszym planie, a kazanie jest często ostatnim, jakby najbardziej przyziemnym, punktem mszy. Duchowni, bardziej niż pośrednikami między Bogiem a ludźmi, są w karpackich cerkwiach po prostu jednymi z wielu wiernych. 

W świąteczną niedzielę w góry wróciła słoneczna pogoda. Uczestnicy nocnej mszy rozchodzą się do swoich domów. Być może kilku z nich mieszka w Bartnem od niedawna, w ostatnich latach Łemkowie wracają bowiem w swoje strony. Przyjeżdżają z zachodniej Polski: ze Śląska, Wielkopolski, Pomorza. Nie wszystkim jest łatwo oderwać się od tamtych okolic, w których żyli od kilkudziesięciu lat. Ale zda-rza się coraz częściej, że ktoś przyjedzie do rodzinnej wsi, odnajdzie swój stary dom, a może na wiosnę, kiedy śniegi stopnieją, postawi fundamenty pod nowy...

O Autorze:

Marcin Żyła
Dziennikarz i socjolog. Zafasynowany geopolityką i kulturą słowiańską- ze szczególnym uwzględnieniem Serbii. Współtwórca idei MUWITu.

NIEZNAJOWE UJŚCIE ZAWOI

Wysiedlona wieś Nieznajowa



Jest sierpień, więc schronisko turystyczne stoi otworem. Wstępujemy w gościnne progi... Studenci zajęci są  suszeniem drewna, które zniosły, wezbrane po ostatnich ulewach, wody Wisłoki. Przy odrobinie szczęścia starczy na ogrzewanie chałupy przez miesiąc. Zaledwie 15 kilometrów od źródeł Wisłoka wykazuje ogromną zmienność. podczas  suszy szerokość nie przekracza 50 cm, po opadach niejednokrotnie przekracza 5 metrów. "Madejowa kładka- ułatwiająca przejście na drugą stronę, wisi półtora metra nad wodą. Po lipcowych opadach rozszalała rzeka pędziła 20 cm pod nią.






Jedyni świadkowie- gwiazdy

Siedzę na progu chatki.
Ciemno. 
Miliardy gwiazd patrzą w dół. Od zarania dziejów spoglądają na koleje losu wsi Nieznajowa. Patrzyły, kiedy w połowie XVI wieku przybył tu Steczko Oleśko ze Świątkowej dzierżąc w dłoni pozwolenie od Zygmunta I na lokowanie wsi na prawie wołoskim. 

Prawo to zostało stworzone specjalnie dla pasterzy wołosko- ruskich i było połączeniem dotychczas  panującego na tych ziemiach, prawa niemieckiego i zwyczajów pasterskich Wołochów. Osadącą ziemi był kniaź, a zarządcą kilku wsi (krainy), krajnik. Czynsz płacono w naturze, tzn. panu należał się: "dziesiąty wieprz, dwudziesty baran-, danina w serach i huniach- samodziałowym suknie.

Gwiazdy były świadkami pobytu we wsi rosyjskich żołnierzy, patrzyły również, gdy w 1914 roku przez liczącą podówczas  trzystu mieszkańców wieś, przeszły oddziały węgierskie. Widziały całonocne obchody unickiej Wielkanocy i masowe przejście na prawosławie w 1927 roku.

Ze zdziwieniem spoglądały jak pewnej, pięknej nocy mieszkańcy zakradli się do cerkwi unickiej i w ciągu niecałych ośmiu godzin przenieśli całe wyposażenie cerkiewne do czasowni prawosławnej- postawionej "zastępczo- do czasu wybudowania świątyni. Zdecydowana większość mieszkańców była już wtedy wyznania prawosławnego, ale władze wciąż nie chciały się zgodzić na zbudowanie cerkwi. Nabożeństwa w tym czasie odbywały się w domu prywatnym, a wyposażenie cerkiewne stało spokojnie w czasowni.


Teraz nie ma tutaj nic 

Migoczące w górze światełka były świadkami rozwoju Nieznajowej.
W okresie międzywojennym znajdowały się tu dwa sklepy, szkoła, w której wykładowcą był Polak, karczma, posterunek Policji, tartak. Cztery razy do roku odbywały się tu targi: na Wniebowzięcie, 13 sierpnia, 10 września i 30 października. Na skup bydła jechali Żydzi z Gorlic, Żmigrodu i okolic. 

Nieznajowa tętniła życiem...

Zachowało się wprawdzie kilka kapliczek na drodze do Rostajnego, 99 letnia figura świętej rodziny oraz cmentarz łemkowski, ale jest to żałośnie mało, jak na wieś, będącą jednym z centrów łemkowskiego świata. Gdzie podziali się mieszkańcy? 

Znana jest historia barbarzyńskiej akcji "Wisła-, której efektem było wysiedlanie znacznych połaci Beskidu Niskiego, pod pretekstem walki z UPA- Ukraińską Armią Powstańczą. Ale akcja "Wisła" została rozegrana w 1947 roku, kiedy w Nieznajowej nie było już żywego ducha.- Dlaczego?

Odpowiedzi należy szukać w historii II Wojny Światowej. Kiedy w sąsiedniej Ciechanii i Żydowskiem toczyły się walki, leśniczówkę w Nieznajowej zajął niemiecki sztab. Rodzina gajowego i uciekinierzy z Grabia i Rostajnego mieszkali wtedy w zabudowaniach gospodarczych. Niemcy mieli w Nieznajowej duże składy amunicji, a na górze Żydówce w ciemności górującej nad wsią, wybudowali drewniane schrony, potem wykorzystywane przez UPA. Dlatego wyprowadzili się dopiero w 1945 roku. Mieszkańcy niedługo potem wyjechali do Związku Radzieckiego. Podobno nie było przymusu- wyjeżdżali znęceni obietnicą raju za wschodnią granicą.

Walki o dom i o prawo do życia

Jeden z mieszkańców wsi, w roku 1943 wywieziony na roboty do Niemiec, relacjonuje:

"Wróciłem w 46 i już nikogo nie było we wsi.(...). Wszystkie domy stały, cerkwie, wszystko było. .(...) Cała moja rodzina jest w Rosji. Najpierw wywieźli ich gdzieś w głąb, ale oni zobaczyli jak tam jest i wrócili do granicy. Dalej ich nie puścili. Dużo osób z Nieznajowej jest w Kałuszu, na Podolu, na Wołyniu. .(...) I co mogłem zrobić? Wyjechałem zaraz na zachód. mieszkam we Wrocławiu. Przyjechałem tutaj pod koniec lat 50-tych, była jeszcze cerkiew...." 

Cerkiew w Nieznajowej była uważana za najładniejszą w typie zachodniołemkowskich. Stała koło cmentarza, drewniana, subtelna, wtopiona w krajobraz. W wyniku braku opieki i, nie ukrywajmy, pewnych zaniedbań w roku 1964 po 184 świątynia zawaliła się. W 10 lat później runęła drewniana dzwonnica. Zarówno cerkiew, jak i cmentarz leżały w części doliny szeroko rozłożonej nad niewielką, acz zadziwiającą rzeczką Zawoją. Na pozór spokojna i cicha, ostatnimi czasy wyżłobiła sobie nowe koryto. Nie opływa już, jak jeszcze przed rokiem, zabudowań leśniczówki, ale zuchwale przerywa spokojną, uległą dolinę, wyrywając z brzegów wielkie gliniaste kawały ziemi. Na tym niewielkim terenie Zawoja pokazuje, kto tak naprawdę tutaj rządzi.

W jej ponurym szumie czai się wiedza i strach. Obawa przed zaginięciem w przepastnym brzuchu Wisłoki. Obok w bacówce pusto...

Taki pikny orlik pirzgnął mi spod nóg

Baca, który jeszcze w zeszłym roku wypasał tu swoje 500 owiec, teraz nie powrócił. Najprawdopodobniej, Magurski Park Narodowy nie przedłużył mu dzierżawy. Chodzą słuchy, że zarząd postanowił te grunta sprzedać. Wszyscy szukają pieniędzy, ale w rozszalałym pędzie Zawoi, daje się odczytać bunt, protest, jęk, że wszystko tak bardzo ukochane, przepadnie gdzieś w mrokach biznesu i pieniężnych machlojek. Nasz bacula nie popędzi już swych owiec ku halom, mała Natalia nie poleje psom żentycy do misek, a jasnowłosy, może 11-letni Jacuś nie przybiegnie z okrzykiem:<br />

-Tata, tata, taki pikny orlik piżgnął mi spod nóg!

W okolicy działa już tylko jedna bacówka- w Czarnem i tylko tam można jeszcze zobaczyć białe plamy wełny na zielonym kobiercu traw. Znam życie i wiem, że prędzej, czy później terenem tym zawładną domki letniskowe, motele i stadniny. 

Oficjalnie nazywa się to powrotem Łemków do ojczyzny, ale spójrzmy prawdzie w oczy. Jedynie nieliczni wrócą, reszta nie będzie chciała rzucać dobytku, rodzin i przyjaciół, żeby wrócić do domu ojców. Ich domy zostały spalone, rodziny pomordowane lub wywiezione za wschodnią granicę. Okolica jest biedna, możliwości zarobkowe znikome. 

Łatwo przewidzieć scenariusz: oddadzą swoje ziemie za bezcen, a tu wybudują domki letniskowe bogaci z Nowego Sącza, Rzeszowa i Warszawy...
I tylko pierzasta Czerszla u wrót doliny wciąż będzie cicho spoglądać na zmiany w najpiękniejszej z dolin.

I tylko gwiazdy będą uparcie spoglądać w dół, na powrót życia, życia w trochę innym wydaniu...


Sierpień'2000- Nieznajowa

piątek, 26 stycznia 2018

Urok Opuszczonych Dolin


Wykorzystując wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy, opuściłyśmy rodziców i słodkości świąteczne. Uciekłyśmy w Beskid Niski. Rodzice mieli w planach towarzyszenie nam z pomocą ogumienia, ale jednak nic z planów nie wyszło. I Dzięki Bogu. Niemożliwa byłaby, bowiem przeprawa przez wezbrane roztopami wody tutejszych potoczków.


Przez rwącą rzekę


Tak myślałyśmy sobie z Moniką, kiedy doszłyśmy do Wołowca. Samotnie pięłyśmy się przez góry do wioski rozpoczynającej ciąg najpiękniejszych dolin. Marsz szedł nam opornie, gdyż w lesie zalegało jeszcze sporo śniegu, więc co chwile wpadałyśmy w niego na tyle głęboko, że trudno się było wydostać. Śnieg był mocno rozmoczony, właściwie szło się po białej kaszce z mlekiem, a pod spodem płynęły rzeki.

Mokre byłyśmy nieprawdopodobnie, także siadłyśmy w słoneczku na pierwszej napotkanej polance. Cisza i spokój królowały wszędzie, z wyjątkiem okolic stawku, gdzie rechot świeżo rozbudzonych żab roznosił się echem po kamieniach. Dwie opuszczone chyże stoją u wrót doliny. Kiedy w sierpniu byłam tu ze Śmiałym i Ojcem Rafałem mieszkały tu dwie rodziny z dziećmi. Teraz mają okna zabite deskami i sprawiają mocno przygnębiające wrażenie.

Przeszłyśmy przez zamieszkałą część Wołowca i ruszyłyśmy w kierunku Nieznajowej. Minęłyśmy cerkiew stojącą na wzgórzu, otoczoną kępą lip. (Notabene szukanie starych drzew jest najlepszą metodą na szukanie miejsca po cerkwi w nieznanej miejscowości). Charakterystyczne, cebulaste hełmy na kopule mają charakteryzować języki ognia płomiennej modlitwy, a ruska poprzeczka na krzyżu...

Cóż... jej pochodzenie znaczenie nie zostało jeszcze wyjaśnione, a sprawą tą  od lat zajmują się badacze kultury łemkowskiej. Nie ma ona stałego duszpasterza, ale kilka razy do roku odprawia nabożeństwa ksiądz z Bartnego.

Tuż za Wołowcem dopiero zaczyna się szopka...Szlak żółty przechodzi na drugą stronę rzeczki Zawoi. W lecie jest ona do przejścia jedną nogą i to w dodatku suchą. Teraz po roztopach ogromna kipiel odstrasza. Rzeka szeroko rozlała na około 4 metry, a głęboka jest na ponad metr.

Zakasałam spodnie, ściągnęłam buty i zamarzłam. 
Był pierwszy kwietnia, a temperatura wody nie przekraczała 4 stopni Celcjusza. Jednym słowem było lodowato. Maksymalnie szybko przeszłam na drugą stronę, mocno pilnując, żeby się nie poślizgnąć. Oczyma wyobraźni widziałam już siebie siedzącą nad ogniskiem suszącą WSZYSTKO, poczynając od spodni, kończąc na rozmiękłym makaronie.

Monika ruszyła tuż za mną. Była inteligentniejsza. Ściągnęła spodnie i przewiązała je naokoło szyi, żeby nie spadły. Łemkowie w nieodległej chałupie patrzyli ciekawie, ale nie powiedzieli, że szlak za 50 metrów przechodzi z powrotem...

Wiosenne chaszczenie

Kiedy zobaczyłam przed sobą rozszalałą kipiel po raz drugi, zerknęłam na mapę. Tuż przed Nieznajową szlak przechodzi na nasz brzeg. Monika też miała chwilowo dość wody, więc chaszczyłyśmy się tym brzegiem. "Chaszczyłyśmy"- to absolutnie adekwatne stwierdzenie. Krzaki zagradzały nam drogę, ostrężyny kłuły po nogach, gałązki drzew biły po twarzach. Cały urok Beskidu Niskiego miałyśmy tu w całej okazałości.

-Jesteśmy nienormalne- powiedziała Monika i chyba miała rację.-Tam taka piękna dolina. Ptaszki śpiewają, słoneczko świeci, płaściutko, a my się tutaj przedzieramy jak jakieś zbiry...

Wiedziałyśmy już jednak, że za skarby świata nie powtórzymy trasy z zeszłego roku- wiązało by się to ze zbyt częstym przechodzeniem przez tą  upiorną Zawoję. 
-Trzeba zmodyfikować szlak- stwierdziłyśmy wspólnie, leżąc już w namiocie w Nieznajowej. 
-Przejdziemy sobie Madejową kładką do tej chałupy Fizyków, a potem pójdziemy na Feszówkę i Dąb. Olejemy Radocynę i pójdziemy od razu do Ciechani. 

Chałupa Fizyków ile razy tutaj byłam, była zamknięta. Przewodnik Grzesika i Traczyka informuje, że jest otwarta w czasie studenckich przerw w nauce. Ani we wrześniu, kiedy byłam tu ze Śmiałym i Ojcem Rafałem, ani rok później, gdy byłam tu z Żyłką, w chałupie nikogo nie było. Za to w wakacje, kiedy przyjechałyśmy tu na rowerach, zamierzając spać w bacówce u zaprzyjaźnionego bacy, spotkałyśmy tu takie fantastyczne towarzystwo, że chcąc, nie-chcąc zostałyśmy kilka dni ponad plan. (Beatko i Waldku! dziękuję za szarlotkę, pyszne jedzonko i opiekę nad moja ukąszona przez osę siostrą....)

Nie ma już mojego bacy

We wrześniu pasł tu swoje owce baca z Nowego Targu. przesympatyczny góral z trójką uroczych dzieci. Nad dolina roztaczał się zapach oscypków i żentycy,, a nad lasem unosił się dym z komina. Zabawy dzieci i beczenie owiec wypełniały ciszę dolinki... 

Ale kiedy przyjechałam po roku nic nie usłyszałam...

Magurski Park Narodowy nie przedłużył zezwolenia na wypas owiec, zostawiając jedną, jedyną bacówkę w nieodległym Czarnem...
Zamierzałyśmy ominąć i tą  bacówkę...

Uparta Radocyna

Okazało się jednak, że Radocyna nie da tak łatwo o sobie zapomnieć... 

W zeszłym roku, idąc ze Śmiałym i Rafałem, odwiedziliśmy wszystkie trzy dolinki, zwiedzając przy okazji barak w Radocynie, szumnie nazwany hotelem. Potem zaatakowaliśmy górujący nad okolicą Dębi Wierch, gdzie rosną najlepsze w całym Niskim ostrężyny. Myślałam o powtórzeniu trasy głównie ze względu na te ostrężyny. 

Idąc za ledwo widocznymi w zeszłorocznych trawach ścieżkach doszłyśmy z Monią na Dąb. Roztoczył się przed nami tak przepiękny widok na Długie i dolinkę Radocyny, że stałyśmy jak oszołomione. Oszołomiło nas zresztą tak radykalnie, że przez długa chwilę nie rozumiałam co widzę. Nie mogłam dopasować tego widoku do niczego znanego. Kompletne zaćmienie. dopiero, gdy już zeszłyśmy do dolinki Długiego pojęłyśmy, że powinnyśmy się były kierować w przeciwną stronę niż początkowo zamierzałyśmy... Jednak było już za późno... Doszłyśmy do skrzyżowania z Radocyną. Śmiała się do nas i mówiła:

"Chciałyście mnie opuścić? Myślałyście, że mnie nie odwiedzicie?... ha, ha, ha"

Zdenerwowała mnie niebotycznie. Jak to może być, że jakaś dolinka miesza mi szyki i tak mąci w głowie, że chcąc, nie-chcąc, jednak przez nią idę?!

-Zawracamy!- powiedziałam do Moniki
- Ale...
- nie ma żadnych "ale", nie będzie mi byle jaka dolinka mówić co mam robić. 
Monika jest Moją siostrą od lat szesnastu i doskonale zna moje stany, pomysły i wyobraźnię, teraz tez nie zaprzeczała.
- Radocyna wcale nie jest byle jaka...-zamruczała tylko cicho.
Niewątpliwie miała rację.

Koń w piwnicy

Obraziłyśmy się jednak na Radocynę śmiertelnie i dałyśmy sobie na nią embargo. Obróciłyśmy się na pięcie i zamiast iść przez czarowne krzaki Dębiego Wierchu i snuć się po płytkich strumyczkach, dopływach Wisłoki, postanowiłyśmy przejść nieużytkami rolnymi i pozostałościami po PGR-ze, aż do Grabia. Dalej trwając w zamiarze omijanie wszelkich zbiorników wodnych, choćby miała być nim kałuża, nie podchodzimy pod Nad Tysowym. Nie, nie i nie... Na uparte kobiety nie ma rady...

Do Ciechani docieramy dość dziwnie bo od góry, od strony Żydowskiego. Co myśmy się natrudziły, żeby tam podejść i pokonać wszelkie zakręty, na których śnieg i lód były bezwzględnymi władcami- ludzkie słowo nie opisze. Najbardziej przeszkadzał nam pan strażnik, który z natarczywością komara pytał, a skąd idziemy, a dokąd, a dlaczego nie szlakiem (wygodnym!!!), a gdzie będziemy spać... Nerwów można było dostać. W Ciechani, ponieważ mamy kupę czasu, zatrzymujemy się na chwilę na Dworcu Głównym- tak stwierdziła Monika. Tak naprawdę była to podmurówka domu gromadzkiego, ale dla nas jest to ciechański Dworzec Główny i cześć. Monika poszła siusiu w kierunku ruinek i zaraz po całej dolince poniósł się krzyk:

- Chodź tu, szybko, szybko!!!

Przerażona, odpowiedzialna siostra, pobiegła... A Monia po prostu trafiła na jakąś piwnicę, która była do połowy zalana wodą, a pod nią... Dlaczego nie przyszłyśmy tutaj w tamtym roku- miałabym egzamin z osteologii zdany jak w banku!!! Cała piwnica zawierała szczątki konia. Jednego, ale za to całego... Nasz łup wyniósł dwie kości miedniczne i z połówki szczęki dolnej (w następnych latach wyniosłyśmy jeszcze kręgi i kości biodrowe)

Nerwowość spowodowana natarczywością pana strażnika spowodowała, że nie spałyśmy w budce. Tak naprawdę powód był trochę inny: budka stała po drugiej stronie rzeki i już nie miałysmy sił przechodzić na drugi brzeg. Cały dzień szamotałyśmy się tam i z powrotem, usiłując nie zamoczyć nóg, plecaków i ciuchów. Udało się, ale przez łażenie po zwalonych omszałych pniach mocno opóźniła się nasza wycieczka... Spałyśmy wtedy na zakolu rzeki, na kawałku trawiastym.

Masz tu kości? Na plecach? To chyba Ci zęby połamałam

Obsesja wodna spowodowała zmianę planów na tyle, że nie poszłyśmy do Ropianki przez Baranie, bo spod szczytu, sączył się ledwo widoczny strumyczek Baranie. Był wodą i postanowiłyśmy go okrążyć szerokim łukiem... Poszłyśmy przez Polany, co było o tyle nierozsądne, że ponad 10 kilometrów szłyśmy asfaltem i o tyle rozsądne, że przez ponad 10 kilometrów nie musiałyśmy się obawiać o strumyki, rzeki i tym podobne paskudztwa... Kiedy miałyśmy akurat postój na picie i czekoladę szła koło nas babcia i trochę się dziwnie popatrzyła. Przeszła akurat w momencie, kiedy Monika wydała z siebie pisk i przepraszająco powiedziała:

- Masz tu kości? Na plecach? To chyba Ci zęby połamałam...- w plecaku znajduje się szczęka konia, a Monia na tym plecaku siadła...

Tam też spotkałyśmy księdza, który pojechał na jogging z chłopcem opóźnionym w rozwoju. ksiądz nam wytłumaczył, że Daniel musi biegać, więc on mu pomaga. Daniel podbiegł do nas przywitał się i szybciuteńko zniknął za zakrętem...

Pokój czy śmietnik?

I tam, w przydrożnym rowie zaczęła się druga obsesja tego wyjazdu... Znalazłam na wpół rozwaloną czas zkę barana. Nie było siły. Wzięłam go ze sobą. Nie wiem co wtedy myślałam, choć niektórzy uważają, ze wątpliwe jest żebym wtedy myślała, ale wiedziałam, ze zajmie on honorowe miejsce w moim pokoju. 

Mój pokój według niektórych pedantów wygląda jak śmietnik i zbiorowisko wszelkich możliwych ciarachów. Oprócz niezliczonej ilości muszelek, zdjęć i korzeni na ścianach miedzy innymi wisi stary zardzewiały garnek, który znalazłam w chałupie u dziadka w Gorcach (nie gotuję w nim herbaty, bo ma dziurę w dnie), tabliczki ze szlaków ( tylko te odpadłe i zastąpione nowymi), wielki znak "zakaz wyprowadzania psów", który bezczelnie ukradłam, szabla, znaleziona podczas  czyszczenia strychu, kołpak, który odpadł jakiemuś gościowi, który mnie gdzieś tam podrzucał, części konia, którego za każdym pobytem wyciągamy po kawałku z jednej piwnicy w Ciechani, no i niezliczona ilość gałązek i liści. Na wizję lokalną zapraszam... 

Jeszcze nie wiedziałam, że w Niskim też kwitnie handel wymienny i baran nie zajmie honorowego miejsca... 
Zbierając po drodze wszystkie możliwe śmieci, dotarłyśmy pod zamknięte drzwi Malucha- cóż studenci święta Wielkiej Nocy spędzają w domu... Nie pozostawało nam nic innego jak iść dalej i dotrzeć do opuszczonej dawno dolinki Wilszni. I wszystko byłoby dobrze- dolinka opuszczona jak wiele innych, resztki podmurówek, piwnice i drzewa owocowe, już zdziczałe- gdyby nie świeży krzyż, stojący w centrum dolinki na wzniesieniu. Wiedząc, że naokoło nie ma nikogo, a jakiejkolwiek cywilizacji w promieniu 15 kilometrów się nie znajdzie, rozbiłyśmy namiot...

Strachy nie na Lachy

Zaczęło się ściemniać. Razem z Moją młodszą o cztery lata siostrź, rozpoczęłyśmy jakieś głupie gry i zabawy, w efekcie których oba brzuchy były obolałe ze śmiechu. Ale w końcu trzeba było zrobić kolację. Wyciągnęłam rękę za namiot po nóż...

- wiesz co Monda, a co by było, gdybym teraz poczuła tam czyjąś rękę. Nie zimną, ale taką normalną, żywą ciepłą rękę
-Przestań

Zaczęłyśmy się straszyć, czego efekt był taki, że wyobraziłyśmy sobie jak ten wyimaginowany ktoś obok mówi:
-Oj cicho już bądźcie, nie można spać- i całą noc spędziłyśmy skulone ze strachu. Dopiero rano doszłyśmy do wniosku, że to wszystko przez to że nie poświeciłyśmy jajek i zjadłyśmy je takie niepoświęcone..

A potem była już tylko Zyndranowa i Czeremcha. 

W tej drugiej - urodą dorównującej Ciechani - Monika powiedziała:
- nie lubię jak śmieci się walają po łąkach. Idę podnieść ten worek- leżał od niej jakieś 200 metrów.
-Kaśka - rozdarła się za chwilę .- To nie jest worek to dwie czaszki.

W efekcie znaleziska u mnie leży czaszka dzika, u Moni jelenia, a mój baran poszedł do Moniki w zamian za małą czas zkę króliczka i połowę tabliczki PTTK-u z niebieskiego szlaku na Kamień i do Jasiela.

Cholerna linia Dukla-Barwinek znowu dała o sobie znać i nie pozwoliła dokończyć trasy. Tym razem swoją dezaprobatę objawiła czaszkami i obdartymi do krwi udami (a trzeba było Kasiu w środę galopować na Naprawie??!!!). W podziękowaniu, że tak łatwo dałyśmy się wykurzyć sprezentowała nam całą skrzynkę pustych butelek po piwie, które niosłyśmy przez ponad 5 kilometrów, zamierzając zostawić na każdym większym zakręcie. Kiedy jednak dotachałyśmy ją do sklepu, okazało się, że zakupiłyśmy za kaucję piernik kasztelański, 2 duże Kubusie i jeszcze po jakimś batoniku. 

Linia Dukla-Barwinek nie wiedziała, że właściwie i tak nam się już wolne kończyło- Monia miała nazajutrz do szkoły... 


czwartek, 1 października 2015

Halifax FS-P (JP295)

27 sierpnia 1944 r. z lotniska Campo Cassale koło Brindisi na południowym wschodzie Włoch wystartował samolot typu HP Halifax FS-P (JP295) celem dostarczenia zaopatrzenia powstańcom walczącym w Warszawie. 

Załoga samolotu w składzie: kpt. nawigator Franciszek Omylak, ppor. pilot Kazimierz Widacki, ppor. bombardier Konstanty Dunin-Horkawicz, ppor. strzelec pokładowy Tadeusz Mroczko, sierżant mechanik pokładowy Wilhelm Balcarek, sierżant radiooperator Jan Ozga, sierżant strzelec pokładowy Józef Skorczyk należała do 1586 Eskadry do Zadań Specjalnych (S.D.F.) utworzonej na bazie 301 dywizjonu bombowego stacjonującego we Włoszech. Eskadra posiadała własne samoloty, jednak do tego lotu został wypożyczony od 148 dywizjonu do zadań specjalnych RAF samolot Handley Page H.P. 59 HALIFAX B Mark II Series 1A. Po wystartowaniu z lotniska kontakt z samolotem został zerwany, nie odebrano z samolotu żadnych sygnałów, dlatego też przebieg lotu nie jest znany. Po wykonaniu zadania podczas lotu powrotnego samolot rozbił się w rejonie Banicy koło Gładyszowa, w Beskidzie Niskim. W katastrofie zginęła cała załoga samolotu. Znalezione szczątki części ciał członków załogi samolotu pochowane zostały przez miejscową ludność w miejscu katastrofy, ponieważ Niemcy zabronili pogrzebać je na cmentarzu. Po zakończeniu wojny szczątki złożono w dwóch trumnach na cmentarzu we wsi Krzywa.

Z dokumentacji niemieckiej wynika, że samolot Halifax zostal zestrzelony nad Banicą na wysokości 8 kilometrów w nocy 28 sierpnia około godz. 2.33 przez niemiecki myśliwiec Ju 88 pilotowany przez obfw. Rudiego Dudinga. Całe dziesięciolecia po wojnie przypuszczano, że pod Banicą rozbiła się załoga samolotu kpt. pil. Zygmunta Pluty na Liberatorze VI GR-R (EW275). Dopiero w 2006 r. - po przeprowadzeniu dokładnych badań na miejscu upadku samolotu - wykazano, że pod Banicą zginęła załoga kapitana Franciszka Omylaka na Halifaxie, natomiast rozbicie Liberatora należy łączyć z inną katastrofą, która miała miejsce w nocy z 16 na 17 sierpnia 1944 r. w miejscowości Olszyny koło Biecza.

28 sierpnia 2009 r. został odsłonięty nowy pomnik autorstwa Zdzisława Tohla upamiętniający to wydarzenie. Na cokole pomnika tym razem widnieją nazwiska członków załogi samolotu Halifax, którzy zginęli w katastrofie. Na tablicach poglądowych ustawionych obok pomnika możemy poznać historię ostatniego lotu załogi kapitana F. Omylaka oraz krótkie życiorysy wszystkich członków załogi samolotu.

poniedziałek, 17 marca 2008

Śnieżne trasy przez lasy

Stowarzyszenie Rozwoju Sołectwa Krzywa zaprasza w Beskid Niski do Banicy,
Pętnej, Małastowa i Wołowca na narty biegowe. Panują znakomite warunki
śniegowe, ok. 50 km tras jest ubitych skuterem.

Stowarzyszenie przygotowało projekt "Śnieżne trasy przez lasy", polegający
na wytyczeniu i oznakowaniu 97 km tras do narciarstwa biegowego. Projekt
zyskał akceptację i dofinansowanie z Małopolskiego Urzędu
Marszałkowskiego. Niebawem nastąpi podpisanie umowy, a w okresie wiosennym
rozpoczną się prace terenowe. W sezonie zimowym 2010/11 miłośnicy
turystyki narciarskiej, a także sportowcy uzyskają możliwość uprawiania
narciarstwa biegowego i śladowego na sieci blisko 100 kilometrów tras.

Na razie, wykorzystując znakomite w bieżącym sezonie warunki śniegowe,
członkowie Stowarzyszenia dokonują wizji lokalnych, aby uzupełnić niuanse
dokumentacyjne. Skuterem zostało ubitych ok. 50 km. Sporo osób już z tego
korzysta i zalicza poszczególne trasy. W pobliskich gospodarstwach
agroturystycznych można przenocować i wypożyczyć sprzęt. Można również
skorzystać z nauki jazdy na biegówkach.
Beskid Niski- Krzywa i Małastów zapraszają.

poniedziałek, 3 lipca 2000

Historia 24-godzinnej szarlotki - Piec

Ogień cicho buzuje w przepastnym brzuchu pieca. Podkowa powoli się nagrzewa. Za kilka godzin może będzie już w kranie ciepła woda. Ale nic nie jest pewne.
Kaflowe piece mają bowiem swoje fanaberie. Mają swoje dobre i złe dni. Przyjaciół i wrogów.
Jak ludzie.

rys. Wonder ©


Problem suchego drewna, a właściwie jego braku przewija się przez wszystkie chaty i bacówki. Tym razem, kiedy ze świeżo porąbanych bali kapie woda, nie udaje się nam szarlotka. Już od sześciu godzin siedzi w piekarniku, w którym temperatura nie przekracza stu stopni! Piec nieznajowski swoje fanaberie uzewnętrznia brakiem cugu. Raz buzuje w nim jak w piekle, innym razem-to znaczy wtedy, kiedy nam ślinka cieknie na szarlotkę- wygasa wewnętrzny żar i piec zapada w długotrwałą śpiączkę.

Za nic nie daje się przebłagać.