środa, 1 listopada 2000

Refleksje na cmentarzu

Wokół wysokiego krzyża przy wejściu Cmentarza Podgórskiego palą się znicze. Zapach dymu unosi się w powietrzu, blask płomieni otula najbliższą okolicę...


Idziemy tradycyjnie całą rodziną. Co roku, w Święto Zmarłych odwiedzamy groby dziadka, prababci, cioć i wujków. Kiedy odchodzili z tego świata byłam jeszcze malutka i szczerze mówiąc nie za bardzo ich pamiętam, ale tata corocznie zaprowadza nas na ich groby, mówiąc, że kiedy jego zabraknie, pewnie nawet na nie trafimy. Będziemy chodzić tylko na groby dziadków i rodziców i nasze dzieci będą robić tak samo- czyli za jakieś trzy pokolenia nikt nie znajdzie grobu ojca mojego ojca- nie będzie komu o nim pamiętać...

Jednakże ten rok jest dla mnie rokiem innym, można by rzec wyjątkowym,, ale w znaczeniu pejoratywnym. W zeszłym roku zmarł mój znajomy, Johann. W maju byliśmy wspólnie na wyjeździe i Johann prezentował się jak okaz zdrowia. 

W czerwcu już nie żył.

W tym roku również nagle zmarł ojciec mojego najlepszego przyjaciela, Marcina, fotograf Dziennika Polskiego i dziennikarz. Człowiek, którego zawsze chciałam poznać, ale niestety nie zdążyłam. Człowiek, który nade wszystko kochał swoją rodzinę. Po śmierci udało mu się pogodzić skłóconą parę przyjaciół: Marcina i mnie. 

Zostawił trójkę synów i kochającą żonę.

W tym roku znalazłam grób mego kolegi z liceum, Wojtka Zielińskiego. Był najlepszy z chemii i matematyki, potrafił niejednokrotnie zapędzić w kozi róg nauczycieli, nawet profesorów z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jako olimpijczyk został przyjęty bez egzaminów na chemię na UJ, a słyszałam pogłoski, że również zdał egzaminy na Harvard. Był wysoce wysportowany, miał nawet czepek ratownika i instruktora jazdy na nartach. 

Utopił się na zalewie Kryspinowskim. 

Miał 20 lat...

W tym roku również na grani Żuławskiego pod Mont Blanc zginął student politechniki krakowskiej- kolega mojej koleżanki z roku. Miał dwadzieścia parę lat i wielkie plany na zdobycie Nanga Parbat- największej ściany świata. Góry, której nie udało się zdobyć nawet najlepszym. Kilkukrotnie atakowali ją wspinacze z ekipy świętej pamięci Andrzeja Zawady...

Marek miał marzenia i możliwości... 

Porwała go lawina.
***

Dzień wszystkich Świętych to dzień w którym przypominamy sobie o ludziach, którzy nie byli naszymi najbliższymi, ale, choć niekiedy nawet ich nie znaliśmy osobiście, zostawili po sobie pustkę i nieutulony żal. 

Johann właściwie był znajomym moich rodziców, Marka ani ojca Marcina nie znałam, a Wojtka nawet nie lubiłam. Zawsze był skryty tajemniczy i odstający od reszty klasy. Jednak to z nim szłam do poloneza na studniówce i to on był geniuszem klasowym. Może nie był zbyt koleżeński, ani uśmiechnięty, ale był nasz. Jego śmierć uświadomiła nam, jakby nie było dwudziestolatkom, że "nie wiadomo komu z brzega" i że każdego z nas może czekać nieuchronna śmierć dziś, jutro lub pojutrze...Uświadomiła nam, że nie jesteśmy tacy młodzi, szczęśliwi i beztroscy jak nam się wydawało. Że należy żyć pełnią życia bo nie wiadomo kiedy ono się skończy...

Dzień Wszystkich Świętych jest dniem zadumy i refleksji. O naszych najbliższych pamiętamy zawsze, ale ten jedyny dzień w roku zmusza nas do odwiedzenia grobów osób zdecydowanie dla nas dalszych, jeżeli nie powiedzieć obcych. 

Na cmentarzu Rakowickim, tuż obok grobu mojej rodziny, stoi zapomniany grób pani Marii. Nazwisko na płycie nagrobnej zatarł deszcz i nieubłagany czas . Widoczna jest, oprócz imienia tylko data jej śmierci. Dziesięć lat przed narodzinami mojej babci. Nawet w święto zmarłych nie stoi tutaj żaden znicz- na tym świecie nie ma już nikogo, kto pamiętałby o pani Marii. Być może nigdy nie było- na płycie nagrobnej widnieje tylko jedno nazwisko, co nieubłaganie świadczy o braku rodziny. Co roku stawiamy na jej grobie bukiet kwiatów i zapalamy lampkę, ale jest to tylko symbol- tak naprawdę nikt z nas nie wspomina pani Marii- nawet przecież jej nie znaliśmy...
***

Pamięć ludzka jest rzeczą straszną. Najwięcej zniczy pali się zawsze pod pomnikami żołnierzy, którzy traktowani są  jako całość. Nikt nie wie, że tu leży Józek, tam Staszek- pojmowani są  jako zbiorowość. Znicze pali się zawsze na grobach ludzi znanych. Oni będą trwać w naszej pamięci, ale nie jako Józiu Ignaś, tylko jako Józef Ignacy Kraszewski, nie jako Adaś, tylko jako autor Pana Tadeusza itd. Na cmentarzu pod Osterwą- cmentarzu wspinaczy tatrzańskich, każdy grób jest pojedynczy. Tu leży ten, kory zginął atakując rysy zimą, tam zdobywca Mnicha od strony Morskiego Oka. czasem są  to groby symboliczne-ich ciał nigdy nie znaleziono. Oprócz rodziny nikt nie będzie o nich pamiętał, ale zawsze jakiś wspinacz, czy turysta przyjdzie i zapali lampkę.
Ku pamięci wszystkich wspinaczy. 
WSZYSTKICH wspinaczy.

Dzień Wszystkich Świętych to dzień, w którym uświadamiamy sobie jacy jesteśmy ulotni. Za nie dalej jak trzy pokolenia NIKT nie będzie o nas pamiętał... Staniemy się napisem na opuszczonym grobie... 

Listopad'2000- Kraków

niedziela, 8 października 2000

Wisła - Królowa rzek

Wisła - aorta Krakowa
Każda rzeka to przestrzeń publiczna miasta, wszyscy mogą jej używać. Na przedwojennych zdjęciach Krakowa widać, jak na nadwiślańskich plażach pod Wawelem mieszczanie tłoczą się jak w kurorcie nad morzem. Rybacy i flisacy parkowali tam swoje barki, nabrzeże tętniło życiem. 
Późniejsze zdjęcia pokazują coś innego - przemysł, transport i brud, z powodu którego rzeka nie zamarzała.
Wisła przepływa między wzgórzami, na których stoją najstarsze polskie klasztory: Benedyktynów w Tyńcu i Kamedułów pięknie położony na szczycie srebrnej góry. Rzeka płynącą pod Wawelem, tam zakręcająca i rozcinająca stare dzielnice: Kazimierz i Podgórze. Rzeka, która jest prawdziwą duszą Krakowa.

sobota, 8 lipca 2000

Szlak Uroczysk Brdy



"Wędrówką jedną życie jest człowieka..."
 Stare Dobre Małżeństwo




Być może, że Górą biegł jakiś szlak...
...być może, że dało się go przejść suchą nogą....
...być może...

My jednak poszłyśmy zgodnie z mapą, kompasem i logiką (naszą, kobiecą) i okazało się, że robota kocha głupiego. Zamiast żwirową, wygodną drogą, szłyśmy po korzeniach, błocie i trawach.
Ale choć nieco nadłożyłysmy drogi, choć błoto nadal chlupocze w butach, opłacało się bardzo.

Gdzieniegdzie zwalony stuletni Dąb straszy wyrwanymi z ziemi korzeniami.

Gdzieś obok grab zwyczajny, strzelista topola, drżąca osika.
Tuż przed nami brzoza omszała zwisa z kilkumetrowej skarpy, mocząc gałęzie w szerokich wodach Brdy.

Ciemna rzeka sunie leniwie, kierując długie, zielone, wodorostowe włosy na południe...

Choć nie do końca skorzystałyśmy z wytyczonej ścieżki "Uroczyska Brdy", ale odkryłyśmy nasze własne uroczyska, które tylko w części znalazły się na niebieskiej trasie PTTK.

Choć nasi znajomi z przerażeniem złapią się za głowę, ale ..

...to są  nasze wakacje,

nasza kąpiel w tafli Jeziora przy temperaturze 10 stopni

i nasza herbata z jeziornej wody gotowana na ognisku.

Nasz sznurek rozciągnięty miedzy dwoma brzózkami

i nasze pranie, które nie wyschło, bo w momencie wypłukania lunął deszcz...
I nasze kozaki znalezione przy wczorajszym szukaniu drewna...

To wszystko jest nasze i nikogo więcej.

Może jeszcze należy do tych kilku wariatów, którzy zaraz odejdź od komputera, książki, czy telewizora, spakują plecak i wyjadą dokądś.

Dokądkolwiek.

Na piechotę, na rowerze, paralotni, w kajaku i Bóg wie w czym jeszcze....


lipiec'2000-Tuchola

Przebieg szlaku (znaki niebieskie):
Sokole Kuźnica – Zamrzenica- Piła- Młyn- uroczysko "Piekło"- Świt- Tuchola
opis szlaku

NASZA TRASA W BORACH TUCHOLSKICH:
 Koronowo > Pieczyska > Sokole-Kuźnica > leśniczówka Zamrza > Zamrzenica > Piła- Młyn > rez. Piekło > leśniczówka Świt > Tuchola


LOKALIZACJA:
53°24'55"N   17°56'6"E


Jezioro Koronowskie, do którego wpływa rzeka Brda znajduje się 20 km na północ od Bydgoszczy. Szlak Uroczysk Brdy biegnie od Tucholi do Sokole-Kuźnica. Znaki niebieskie. 21 km.



W sieci:
www.parki.kujawsko-pomorskie.pl/tpk
www.borytucholskie.pl


Warto zobaczyć:


  • Szlak uroczysk Brdy
  • Jezioro Koronowskie
  • Kościół w Tucholi
  • Bory Tucholskie jako takie:)
  • rynek w Koronowie
  • rynek w Tucholi 

Mysz kopytna


Właściwie jechałyśmy odwiedzić Kasię, Moją koleżankę ze studiów. Pracowała przez wakacje w Jastarni, na lotnisku. Ale przecież nie mogłyśmy tylko przejechać obok ogromnej połaci lasów. Wysokie na 20 metrów sosny przeglądały się władczo w krystalicznie czystej toni Zalewu Koronowskiego, a wyżej na północy, nad cudownie czystą Brdą. 
Nie mogłyśmy przejechać obojętnie...



Rozstałam się z dziewczynami pod Toruniem. Złapać stopa na trzy osoby z plecakami graniczy z cudem, dlatego umówiłyśmy się w Koronowie. Wydawało się nam- o biedne naiwne!- że dojazd zajmie nam może godzinę, wszak odległość wynosiła niewiele ponad dwadzieścia kilometrów.  Może i tak by było, ale przegapiłyśmy jeden fakt: w trasę wybierała się Ligia i ja- to powinno już wszystko wytłumaczyć. Bo trzeba Wam wiedzieć, drodzy Czytelnicy, że jest nas właściwie trójka: Ligia, Patrycja Powodzianka i ja. Żadnej z osobna nic się nie dzieje, ale kiedy się spotkamy, kłopoty i nieprzewidziane sytuacje mnożą się jak króliki na wiosnę...

Słoń w Koronowie


Siedziałam w centrum, na ślicznym ryneczku, ponad godzinę, kiedy dziewczyny w końcu dojechały. Pojechały przez Kotomierz i Pieczyska, nadrabiając tak z 15 kilometrów, ja zaś pojechałam przez Samociążek, skracając drogę o 5 kilometrów. Postanowiłyśmy się już nie rozdzielać, bo zaczynał już zapadać zmrok i ruszyłyśmy na poszukiwanie jeziora. 
Gdy idzie się z plecakami po wsiach podgórskich najwyżej jakiś gazda zapyta: "A chce wam się tak?", tutaj, gdzie wszyscy urlopowicze przyjeżdżają samochodami, wzbudziłyśmy ogromną sensację. Każdy, ale dosłownie każdy, oglądał się za nami, a jakieś dziecko z nabożeństwem w głosie zawołało: "ciocia! patrz!"  Obawiam się, że gdyby nagle ciasnymi uliczkami Koronowa zaczął paradować słoń, wzbudziłby z pewnością mniejsze zainteresowanie.......!

Wieczorne darcie dziobów

Pierwszy obóz nad jeziorem założyłyśmy nad Zalewem Koronowskim w miejscowości Pieczyska. Jak to szumnie brzmi: "W miejscowości"!!!! Tak naprawdę na Pieczyska składały się dwa sklepy działające w sezonie i ogromne pole biwakowe. Odsunęłyśmy się od gwaru tam panującego i po niecałym kilometrze natknęłyśmy się na kolejny gwar. 
Tym razem był to jednak gwar naturalny. 

Naprzeciwko cypelka, gdzie bezczelnie, tuż nad wodą rozłożyłyśmy namiot, na małej szuwarowej wysepce urządziły swoją rezydencję ptaki. Bóg jeden raczy wiedzieć, ile ich tam było, dość że śpiewały. A właściwie to darły się.

Kiedy zbierałyśmy drewno na ognisko, miałyśmy cichź nadzieję, że po zapadnięciu zmroku osobliwy koncert się zakończy. Ale gdzie tam!  Ostatnie, co pamiętam przed zaśnięciem to ptaki, pierwsze, co usłyszałam po przebudzeniu, to ptaki... 
Miejsce na wpół urokliwe opuściłyśmy mocno po południu.
Już poprzedniego dnia ustaliłyśmy trasę i plany na najbliższe 24 godziny- chciałyśmy dojść do Zamrzenicy. Oczywistym jest, że nie doszłyśmy....

Prom, którym przeprawiałyśmy się na drugą stronę, o dziwo nie zatonął, ale na tym skończyły się sukcesy. Zamiast pójść, jak nakazywało PTTK, za niebieskim szlakiem w lewo, my poszłyśmy prosto. Zorientowałyśmy się  po kilku metrach, że coś jest nie tak, ale ogromne połacie borówek i inne dobrodziejstwa natury niejako zmusiły nas do kontynuowania trasy na nosa i czuja w trochę innym kierunku. 
Nie, nie doszłyśmy do Klonowa, tak daleko zmiana trasy się nie posunęła.

Za to dotarłyśmy na kilkanaście metrów kwadratowych w całości pokrytych krzakami malin. Ale jakie maliny tam rosły!!! Wielkości pół palca, soczyste i pyszniutkie, o kolorze, jakby nie było, malinowym!!  W końcu jednak trzeba było oderwać się od tych cudów natury i wrócić z powrotem na szlak. Udało nam się to bez problemów, co zapowiadało kłopoty w przyszłości.

Węgorz z piersiówką

Idąc za szlakiem dotarłyśmy do ośrodka "Celuloza". Szlak biegł wzdłuż Jeziora, wchodził na kładkę i już z niej nie schodził. Urywał się nagle i... nie odnawiał. Chodziło zapewne o to, żeby turyści, w drastyczny sposób pozbawieni szlaku, zostali na nocleg w ośrodku. 

Ale nie z nami takie numery, Brunner!

Kilku minutowy postój na znalezienie szlaku przerodził się w godzinną przerwę na fotografowanie łabędzi, robienie kanapek i herbaty i na umawianie się z wędkarzem.

Niestety jest pewien minus kobiecych wypraw, szczególnie nad jeziora. W miejscach mało dostępnych, czyli takich, które my kochamy, czatują wędkarze. Broń Boże nie na turystki! Czekają na ryby, ale jak już taka turystka przyjdzie i zakłóci nieskazitelną ciszę, czują się niejako w obowiązku zaczepiania. Mnie to akurat nie przeszkadza, bo uwielbiam rozmowy ze starszymi wędkarzami, może dlatego, że mój tatuś jest wędkarzem. A poza tym uwielbiam ludzi i lubię dowiadywać się różnych dziwnych rzeczy. (Kiedyś całą trasę z Krakowa do Warszawy przegadałam o stopniach wojskowych, o których nie miałam bladego pojęcia, ale po tej rozmowie już mam. Zielone, bo zielone, ale mam.)

Nasz wędkarz nie wiedział, gdzie wychodzi szlak, więc zamotałyśmy się w dróżki ośrodkowe. W końcu zmuszone byłyśmy przejść przez siatkę i wtedy...wyszłyśmy na niebieski szlak. Po drodze nazbierałyśmy jeszcze malin i wiśni ze zdziczałego sadu i w końcu, po trzech godzinach marszu upiornie monotonną drogą, zdecydowałyśmy się na zmianę.
Bory Tucholskie mają to do siebie, że cały las pocięty jest w kratkę niezliczoną ilością identycznych dróg. Pięknych, ale takich samych. Dlatego następnym razem wybiorę się tutaj na rowerze. Nasza zmiana polegała na skręceniu w pierwszą- lepszą wydeptaną dróżkę. 

Strzemno i mysz kopytna

Wyszłyśmy nad przepiękną odnogę Jeziora Koronowskiego- jezioro Strzemno. W lesie było tyle suchego drewna, że można byłoby upiec stado baranów, a nie tylko kisiel z wsadką. Miałyśmy się wykąpać, ale Ligia powiedziała cudowne słowa.
-Jutro spadnie deszcz i nie będziemy mieć problemów z zanurzeniem- Ligia jest, żeby to piorun spalił!, szczególnie utalentowana w kierunku przepowiadania przyszłości...
Oczywiście deszcz spadł, ale z gatunku nachalnych, małych deszczyków, przed którym nawet nie warto chować się pod sztormiakiem. Małe kropelki sukcesywnie przenikały przez wszystko i już po kilku minutach byłyśmy przemoczone do suchej nitki. Deszcz nie opuścił nas ani na chwilę...

A jeszcze w nocy...


Przyzwyczajona jestem do noclegów w Bieszczadzkim Parku Narodowym, gdzie każdy szmer może oznaczać strażnika. Kiedy coś zaczęło trzeszczeć i tupać, odstraszyło nas w tempie rekordowym od ogniska. Analiza przerażających odgłosów doprowadziła nas do wniosku iż "owym strasznym" była średniej wielkości mysz...

"...no bo ty się boisz myszy..."

Kiedy już leżałyśmy w namiocie jakiś kopytny potwór podszedł do jeziorka napić się wody, cudem tylko nie zabijając się o linki namiotowe. 
Kretyńskie miejsce sobie znalazłyśmy, akurat na trasie do wodopoju...
Zgodnie stwierdziłyśmy, że była to mysz kopytna... 

lipiec'2000-Tuchola

NASZA TRASA W BORACH TUCHOLSKICH:
 Koronowo > Pieczyska > Sokole-Kuźnica > leśniczówka Zamrza > Zamrzenica > Piła- Młyn > rez. Piekło > leśniczówka Świt > Tuchola


LOKALIZACJA:
53°24'55"N   17°56'6"E


Jezioro Koronowskie, do którego wpływa rzeka Brda znajduje się 20 km na północ od Bydgoszczy. Szlak Uroczysk Brdy biegnie od Tucholi do Sokole-Kuźnica. Znaki niebieskie. 21 km.



W sieci:
www.parki.kujawsko-pomorskie.pl/tpk
www.borytucholskie.pl


Warto zobaczyć:


  • Szlak uroczysk Brdy
  • Jezioro Koronowskie
  • Kościół w Tucholi
  • Bory Tucholskie jako takie:)
  • rynek w Koronowie
  • rynek w Tucholi 




poniedziałek, 3 lipca 2000

HISTORIA 24- GODZINNEJ SZARLOTKI - PIEC

Ogień cicho buzuje w przepastnym brzuchu pieca. Podkowa powoli się nagrzewa. Za kilka godzin może będzie już w kranie ciepła woda. Ale nic nie jest pewne.
Kaflowe piece mają bowiem swoje fanaberie. Mają swoje dobre i złe dni. Przyjaciół i wrogów.
Jak ludzie.



Problem suchego drewna, a właściwie jego braku przewija się przez wszystkie chaty i bacówki. Tym razem, kiedy ze świeżo porąbanych bali kapie woda, nie udaje się nam szarlotka. Już od sześciu godzin siedzi w piekarniku, w którym temperatura nie przekracza stu stopni!


Piec nieznajowski swoje fanaberie uzewnętrznia brakiem cugu. Raz buzuje w nim jak w piekle, innym razem-to znaczy wtedy, kiedy nam ślinka cieknie na szarlotkę- wygasa wewnętrzny żar i piec zapada w długotrwałą śpiączkę. 

Za nic nie daje się przebłagać.

Nie reaguje na danie z miękkich sosnowych gałązek, krztusi się potężnymi bukowymi pniami, a na wilgotną jarzębinę dostaje czkawki. Jedynym człowiekiem potrafiącym w nim napalić jest Józef, ale dzisiaj i on złożył broń.

Tak, piece mają swoje fanaberie... 

Pamiętam stary piec w Hawiarskiej Kolibie. Stał w kuchni od niepamiętnych czasów, aż do momentu, kiedy nowi dzierżawcy chatki postanowili zrobić remont. Rozpoczęli... od zburzenia starego pieca. W jego miejsce postawili nowy, o lśniących kaflach, dwa razy mniejszy i bez historii. Przebudowa na nic się nie zdała.

Piec dymił tak jak wcześniej.

Dlaczego dymił?


Na to pytanie nikt nie potrafił dać jednoznacznej odpowiedzi. Snuto przypuszczenia, że nie jest szczelny, że nie ma ciągu, wreszcie, że z niewiadomych powodów do niczego się nie nadaje i jedynym ratunkiem jest go rozebrać. Rady tego zidiociałego wandala niestety posłuchano... Kafle zajęczały, komin krzyknął i piec się zdematerializował. Została po nim kupka gruzu na podłodze.

A gdyby jeszcze stał...

Poznałam go trzy lata temu. Stał sobie w kącie. Wysoki, barczysty, z ogromnym brzuchem. Stał w kącie i milczał. Badał. Sprawdzał, kim jestem i czego tu chcę. Dopiero po pół roku udało mi się w nim prawidłowo rozpalić. Zdobyłam jego zaufanie. Dopuścił mnie do spółki. Mnie i Roberta. Robert znał ten piec. Od pięciu lat mieszkał w Kolibie i przez ten czas  wysłuchał niezliczonych klątw na niego rzucanych. Sam tylko wkładał kilka szczapek, jedna ręką zapalał zapałkę, a drugą głaskał piec po blasze. Zawsze działało. 

Nowy piec w Kolibie nie ma historii- tym razem moje wspomnienia sięgają dalej niż jego, ale chyba czuje się przez to trochę niepotrzebny. To on ma mi wszystko opowiadać, a nie ja jemu. Ma dobry ciąg, łatwo się nagrzewa, ale nie jest to już ten stary, dobry piec z pożółkłymi kaflami. A stary piec...

W samotne zimowe wieczory w jego dymie widziałam garnki, które na jego blasze stawiała babcia, zupy, które wykipiały. Poznał ich smak, woń, kolor. Podpłomyki spalone na blasze i ciasto czekające w szabaśniku. Śmierdzące buty wiszące na sznurku i wilgotne kubraki, zza których ledwo widział resztę kuchni.

Stary, kaflowy piec. 

Ile historii mógłby nam opowiedzieć, gdyby tylko umiał mówić! Ilu zdarzeń był świadkiem! W kuchni, zadymionej i czarnej, toczy się przecież całe życie.

Ale piece mają swój język. Jeśli umie się wsłuchać w syk ognia, trzask szczap, zrozumie się.

Trzeba umieć wysłuchać żale i wyjąć z przepastnego brzucha popiół. Piec lubi czuć się potrzebny i zadbany.

To nie jest kominek, który pobudza się do życia węglem drzewnym, kupionym na stacji. To jest "drzewolub".

I musi mieć specjalne drzewo- takie, które przyniosło się własnoręcznie z lasu i pociupało na mniejsze szczapki, specjalnie dla niego.

To egoista. 

Nie znosi epi-gazów, ani reszty przenośnych butli, ustawianych obok niego przez niektórych turystów, nie mających ochoty czekać na wrzątek.

ON musi nam wszystko dać.

I herbatę i obiad i suche skarpety.

czasem się zdenerwuje. Zatka rurę, pozwoli zagnieździć się kawkom w kominie. Trzeba umieć go wtedy przebłagać, ale osoby do przebłagania wybiera sobie sam. Co ja się namęczyłam, żeby napalić w diable na Niemcowej! Błagałam, prosiłam, wynosiłam popiół, rżnęłam bale na malutkie szczapki. Na nic! Przyszedł nikomu nie znany chłopak, ledwo dotknął drzwiczek, piec zamruczał i już po chwili w kuchni było cieplutko. "Miał rękę do pieców powiedzieli znawcy, a piec wymruczał "lubię go".

Układałam na blasze kawałki drewna, zniesione przez wodę, żeby choć trochę przeschły. Nagle stary piec jęknął i wydobył z siebie kłąb dymu. W oparach zobaczyłam grono partyzantów, pochylonych nad jakąś mapą i szepczących o nadejściu wojsk okupanta. 

Zobaczyłam umierającego starca i kobietę, która przed chwilą urodziła na przypiecku dziecko. 

Zobaczyłam konie i świnie w jednej izbie z ludźmi. 

Zobaczyłam całą historię XX wieku- taką jakiej nie znajdzie się w podręcznikach.

Historię życia.

Kiedy runie ostatni kaflowy piec w izbie, zamknie się pewien okres historii. Nigdy już nie zobaczymy życia... 

Lipiec'2000- Nieznajowa