środa, 22 stycznia 2014

Kesze wokół Bukowiny

Michał patrzył na mnie jak na nierozgarniętą dziewoję, która z obłędem w oku szukała CZEGOŚ GDZIEŚ TUTAJ. Czego - obłąkana dziewoja nie wiedziała. Gdzie dokładnie - takoż.
Kesz pod Domem Strachów oparł się zakusom. Już drugi raz. Chodzę i chodzę i do teraz nie wiem gdzie on jest. Chyba najwyższy czas sprawdzić na geocaching.com podpowiedzi i spojlery. Bo bez tego nie ujedzie...
Kesz pt Szkieletor 2 również się oparł, bo zrobiłam dokładnie to co zrobiłam w Cisnej pod Honem. Mianowicie - chcąc otworzyć opis skrytki na mpoim GPSie niechcący zrobiłam MOVE. A jak się zrobi MOVE i przesunie tzw. waypointa o nawet ułamek milimetra to kicha, bo siłą rzeczy nie znajdzie się dokładnego miejsca. A brutalnie rzecz ujmując - CTRL + Z w GPS nie działa.

Jedyny keszyk, który nam się nie oparł to Kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny.
Trochę pomacałam murek, trochę poszperałam w dziurach i jest! Zamaskowany całkiem zacnie. PRawie jak keszyki Bambeloona. Choć "prawie jak" jest określeniem niesprawiedliwym. Dokładnie jak keszyki bambeloona. 
A po co w ogole są te keszyki?
Nie czarujmy się - kto z Was jadąd na Uniwersytet Ekonomiczny, na cmentarz Rakowicki, czy wręcz do Bukowiny przy Topolowej 42 zastanawiał się nad dziejami kościoła na skrzyżowaniu Rakowickiej? Znam odpowiedz. NIKT.
Ja też nie, pomimo tego ze kościołami, zabytkami i historiami różnych zapomnianych budowli jestem co najmniej kopnięta. Zastanowiłam się dopiero, kiedy przeczytałam opis skrytki na geocaching.com

Kościół spektakularny nie jest. Szczególnie jeśli chodzi o Kraków, bo zapewne gdyby stał np w Więciórce to takim byłby. W Krakowie - w tłumie innych zabytków - trudno go zauważyć.
A przecież jego historia siega początków 20 wieki. Budowę rozpoczęto już w 1910 roku - kościół i klasztor karmelitów bosych, z czerwonej cegły, miał już wtedy część prezbiterium i wieżę z zegarem. 
Jednak wybuchła I Wojna światowa i ostatecznie budowlę ukończono na przełomie lat 20-tych i 30tych.
W kościele warto zwrócić uwage na marmurowe płyty, kryjące cząstki relikwii św. brata Alberta Chmielowskiego - po beatyfikacji w 1983 roku przeniesiono je do kościoła Ecce Homo na Prądniku Czerwonym. W kościele przy Rakowickiej 18 znajdują się też relikwie św. Rafała Kalinowsskiego.
 Warto też zwrócić uwagę na alabastrowe ołtarze i ambonę.
Zdjęcie pochodzi z Wikipedii.

wtorek, 21 stycznia 2014

Jak dać kotu tabletkę

Koleżanka z pracy ma kota...
A właściwie dwa. Kartezjusza i Atenę. 
Zwariowała na ich punkcie bardziej niż ja na punkcie Szeli... Chociaż...? Czy to możliwe?:P

Specjalnie dla Gosi, Ateny i Kartezjusza... Wydłubane z netu:
Jak dać kotu tabletkę
  1. Weź kota na ręcę i otocz go lewym ramieniem tak, jak się trzyma niemowlę. Umieść palec wskazujący i kciuk prawej reki po obu stronach pyska i nacisnij lekko trzymajac tabletke w pozostalych palcach prawej reki. Gdy kot otworzy pysk wpuść tabletkę, pozwol kotu zamknąć pysk i przełknąć.
  2. Podnieś tabletkę z podłogi i wyciągnij kota spod tapczanu. Ponownie otocz kota lewym ramieniem i powtórz caly proces jeszcze raz.
  3. Wyciągnij kota z sypialni i wyrzuć rozmamlaną już tabletkę.
  4. Wyjmij nową tabletkę z opakowania, otocz kota lewym ramieniem jednocześnie trzymając lewą ręką wierzgające tylne nogi. Rozewrzyj pysk kota i palcem wskazującym prawej ręki wepchnij tabletkę tak głęboko, jak się da. Przytrzymaj kotu zamknięty pysk i policz do dziesięciu.
  5. Wyciągnij tabletkę z akwarium a kota z garderoby. Zawołaj żonę do pomocy.
  6. Przyduś kota do podłogi klinując go między kolanami jednocześnie trzymając wierzgające przednie i tylnie łapy. Nie zwracaj uwagi na niskie warczące odgłosy wydawane w tym czasie przez kota. Niech żona przytrzyma głowę kota jednocześnie wpychajac mu drewnianą linijkę między zęby. Następnie wsuń tabletkę wzdłuż linijki między rozwarte zęby i intensywnie pogłaszcz kota po gardle co skłoni go do przełknięcia.
  7. Wyciągnij kota siedzącego na karniszach i rozpakuj nową tabletkę. Zanotuj sobie, żeby wymienic firanki. Pozbieraj kawałki porcelany z potłuczonej wazy, możesz je posklejać później.
  8. Owiń kota w ręcznik kąpielowy, a następnie niech żona położy się na kocie tak, żeby tylko jego głowa wystawała spod jej pachy. Umieść tabletkę w środku plastikowej rurki do napojów. Przy pomocy ołówka otwórz kotu pysk i wcisnąwszy rurkę między rozwarte zęby mocno wdmuchnij tabletkę do środka.
  9. Sprawdź na opakowaniu, czy tabletki nie są szkodliwe dla ludzi, a następnie wypij jedną butelkę piwa, żeby pozbyć się nieprzyjemnego smaku w ustach. Zabandażuj żonie rozdrapane ramię, a następnie przy pomocy wody z mydłem usuń plamy krwi z dywanu.
  10. Przynieś kota z altanki sśsiada. Rozpakuj następną tabletkę. Przygotuj następną butelkę piwa. Umieść kota w drzwiczkach od kredensu tak, żeby przez szczelinę wystawała tylko jego glowa. Rozewrzyj mu pysk łyżeczką od herbaty i przy pomocy gumki recepturki strzel tabletką miedzy rozwarte zęby.
  11. Przynieś śrubokręt i przykręć wyrwane zawiasy z drzwiczek na swoje miejsce. Wypij piwo. Weź butelkę wódki. Nalej do kieliszka i wypij. Przyłóż zimny kompres do policzka i sprawdź, kiedy ostatnio byłeś szczepionyna tężec. Przemyj policzek wódką w celu zdezynfekowania rany i wypij kolejny kieliszek aby ukoic ból. Podartą koszulę możesz już wyrzucić.
  12. Zadzwoń po straż pożarną, żeby sciągnęli tego pier… kota z drzewa. Przeproś sąsiada, który wjechał samochodem w płot próbując ominąć kota przebiegającego przez ulicę. Wyjmij kolejną tabletkę z opakowania.
  13. Skrępuj tego drania przy pomocy sznurka od bielizny zwiazujac razem przednie i tylnie łapy, a następnie przywiąż go do nogi od stołu. Weź grube, skórzane rękawice ogrodnicze. Wciśnij tabletkę kotu do gardła popychając dużym kawałkiem polędwicy wieprzowej. Już nie musisz być delikatny. Przytrzymaj głowę kota pionowo i wlej mu dwie szklanki wody wprost do gardła, żeby spłukać tabletkę.
  14. Wypij pozostałą wódkę z butelki. Pozwól żonie zawieźć się na pogotowie. Siedź spokojnie, żeby doktor mógł zaszyć ci ramię i wyjać resztki tabletki z oka. Po drodze do domu wstąp do sklepu meblowego i kup nowy stół.
  15. Zadzwoń do schroniska dla zwierząt, żeby zabrali tego mutanta z piekła rodem i sprawdź, czy w pobliskim sklepie zoologicznym nie mają chomików.
JAK ZAAPLIKOWAĆ PSU TABLETKĘ
Zawiń tabletkę w plaster szynki i zawołaj psa.

czwartek, 9 stycznia 2014

Jak nie dojechaliśmy na Żeleźnikową...


Pierwszy raz nie dojechałam na Żeleźnikową, bo zwyczajnie nie miałam pieniędzy na podróż. 

Co prawda, autostop sprawdza się w każdych warunkach, jednakże nie w zimowych, kiedy w kieszeni jedna wielka dziura, a na koncie debet... Skoro TRZEBA jechać stopem i nie ma innej opcji, wtedy na pewno przyjdzie siarczysty mróz i wysiadka z autostopu nastąpi na początku Nowego Sącza, dzięki czemu trzeba będzie dreptać, a dreptać... Przeciwko dreptaniu nic nie mam, ale w mrozie lub słocie, kiedy zegarek nieubłaganie odlicza minuty, a tam, w chacie juz się bawia, już śpiewają, już mama Szymona stawia kawę - najlepszą z możliwych, już tata Szymona pali w piecu, już gitarzyści sie stroją, a ty tu stoisz na rozdrożu lub dreptasz, mając nadzieję na podwózkę.
Przy braku pieniędzy w kieszeni na ewentualny autobus prawie gwarantowane jest że nic się nie złapie...

Drugi raz nie dojechałam na Żeleźnikową, bo zwyczajnie zepsuł się samochód.
Prawdopodobnie taki skład grał na Żeleźnikowej, kiedy nie dojechałam po raz drugi...

Mogliśmy w teorii pojechać od razu z Bukowiny krakowskiej wraz z Ziutem, który sam nie wiedział dokąd jedzie, ale wiedział że ma wziąć gitarę. Mogliśmy jechać z Kamilem, Włodkiem, Martą bądź ostatecznie autobusem za jasności. Ale w praktyce nie mogliśmy, bo Michał kucharzył na imprezie opłatkowej działkowców. Kucharzy tak od kilku lat - co mu zresztą nad wyraz dobrze wychodzi.

Zatem po imprezie, dopakowaliśmy niezbędny osprzęt do plecaków i o godzinie mocno po ósmej wieczorem, ruszyliśmy Sieną w kierunku Nowego Sącza. Kierunek wypadł trochę lewo, bo Zakopianką - uznaliśmy bowiem, że nieco dalej, ale za to szybciej.
Świeżo ściągnięty z ładowania akumulator, wykazywał iż najedzony nie jest. Czym się specjalnie nie przejęłam, bo już nieraz takie sztuki wyczyniał, a palił od kopa. Tym razem też odpalił od kopa.

Odwidziało mu się dopiero na Zakopiance. Zaczął przerywać, krztusić się - zupełnie jakby nie miał gazu. Wg wskazań licznika miał go jeszcze na jakieś 50 km. Benzyny było ponad pół baku, co nie zmienia faktu, że przełączenia z gazu na benzynę moja szacowna Siena nie zauważyła i dalej przerywała.

Ostatecznie przerwała na podjeździe z Mogilan pod Gaj. Przerwała i zdechła.
Tyle tylko, że udało mi się zjechać na pobocze i włączyć awaryjne.

Nieco ponad godzinę zajęło nam pchanie samochodu (dobra, przyznaję - Michałowi zajęło. Ja siedziałam za kierownicą i usiłowałam trzymać się pobocza. Z trzymaniem nie do końca wyszło - rychło okazało się, że mój ojciec, który do tej pory służyl mi przy cofaniu za nawigatora, rozumie hasło "Prostuj" jako "prostuj koła". Michał zaś rozumie to samo hasło jako prostuj samochód.  W efekcie, słuchając rad nawigatora, bo przecież w lusterkach nic nie widziałam, poza potworami nadjeżdżającymi z tyłu (potwory - ciężarówki lub busy, które beztrosko jechały prawym pasem, mając lewy wolny, i za nic nie chciały go zmienić.) jechałam slalomem.

Cofanie po nocy na Zakopiance z pełnym ruchem, na wyłączonym silniku (bo akumulator wystarczył na trzy odpalenia, a potem się zwurdził) to przeżycie nie do opisania.
Udało nam się (i tu mogę śmiało powiedzieć, że nam - też pchałam Sienę, aczkolwiek moja pomoc była nikczemnie nikła) ustawić auto na podjeździe miłej pani w Mogilanach, która co prawda mocno się wystraszyła, kiedy zakamuflowany zbir (ja:) w czapce, goretexie i czarnych portkach) podszedł do okna... Zbir gnąc się w ukłonach, poprosił o możliwość zostawienia auta, na co Pani, odetchnąwszy, że nie prosi ów zbir o pieniądze albo życie, wyraziła zgodę.

Niemniej jednak zrobiła się godzina późna, a my dalej byliśmy bardziej w Krakowie, niż w Nowym Sączu.
Wróciliśmy stopem z trójką młodych ludzi, którzy jechali sobie na imprezę z Tychów do Krakowa.
Tym sposobem nie dojechałam na Żeleźnikową po raz drugi...

Trzeci raz...
Nie!
Do trzech razy sztuka. Trzeci raz dojadę.


sobota, 4 stycznia 2014

Symbol szuka sponsora

Nie trzeba być etnologiem, żeby zauważyć zmierzch kultury ludowej jako takiej. Przez wiele wieków kultura ludowa istniała w ciasnych ramach wsi, wiek XVIII przyniósł zainteresowanie się nią wielu badaczy, pojawiły się nowe nauki: etnologia, socjologia i inne nauki humanistyczne. Nie minęło dwieście lat i w dziedzinie ludowej, przynajmniej z mojego punktu widzenia, nastąpił kataklizm. 

Chałupy drewniane zniknęły z krajobrazu wsi, we wsiach podbeskidzkich trudno dopatrzeć się nawet krowy, a o wyrobie sera, czy wypieku chleba nie ma co nawet wspominać. W koszykach wielkanocnych królują ciasta ze sklepu, pomarańcze i banany. Grupy kolędnicze owszem chodzą jeszcze po wsi, ale tylko za pieniądze, a na pytanie o obrzędy bożonarodzeniowe i o jakiekolwiek wróżby nawet starsi ludzie odpowiadają „"Eeee tam Pani, to bujdy jakieś ludzie tylko propagandę sieją”." Wydaje się, że wraz z wkroczeniem tak zwanej cywilizacji do wsi podbeskidzkich kultura ludowa jako nieatrakcyjna dla mas, umiera śmiercią naturalną. Istnieje jednak druga strona medalu.

 


KOMERCJALIZACJA KULTURY

Kultura ta jako twór osadzony dość mocno w realiach wiejskich postanowiła sama się bronić. Wykorzystała narzędzie, którym usiłowano ją zabić. Pieniądze. Patrząc w aktualne oblicze kultury ludowej, że posłużę się słowami Jerzego Kryszaka, widać znak wodny, a w oczach lśni jej mennica. Wystarczy spojrzeć na Koniaków- wieś na pograniczu Beskidu Żywieckiego i Ślęskiego- znany chyba w całej Europie z pięknych wyrobów koronkowych. Nie chodzi o to, że Koniakowianie sprzedają swoje wyroby turystom i z utęsknieniem wypatrują kolejnego autobusu na niemieckich numerach. Chodzi o to, że koronkowe serwetki o regionalnych wzorach zastąpiły stringi, obcisłe body i inne wyroby mające z tradycją tyle wspólnego, że są wykonywane przez te same kobiety, które kilkadziesiąt lat temu robiły regionalne serwetki. Drewniane chałupy, dzwonnice, kościoły są dziś do oglądnięcia prawie wyłącznie w skansenach, a za ich zwiedzanie pobierane są oczywiście pieniądze. (Zaznaczam jednak, że celem tej pracy nie jest ogólna negacja pieniądza i komercji tylko spowodowanie dyskusji nad aktualnym stanem kultury i jej perspektywami na przyszłość, gdyż niemal pewnym jest, że do stanu sprzed osiemnastego wieku już nie powróci.). Przypadek kościółka w Tokarni jest niestety jednym z licznych przykładów na nieliczenie się z niczym w momencie, kiedy w grę wchodzą pieniądze. Kościółek w Tokarni (Beskid Makowski, na pograniczu pasma Zembalowej i Kotonia) jest drewnianą świątynią z końca XVI wieku. Leży w dolinie rzeki Krzczonówka w starym w parku, nieopodal ślicznego dworu z końca XVIII wieku. Otoczenie do niedawna było cudowne, a wierni chętnie przychodzili właśnie do tego kościoła, chociaż nieopodal postawiona jest nowa świątynia parafii w Krzczonowie. Ale przyszedł nowy proboszcz i dnia na dzień zarządził budowę ogromnego kościoła ceglanego nijak pasującego do okolicy (prosta zasada Krzczonów ma, to my nie możemy być gorsi) Plany budowy zachodzą na teren starego kościoła. Wypowiedź proboszcza do miejscowej gazety jest co najmniej znamienna: „zawsze może się spalić. A okolicy potrzebny jest nowy kościół, bo turyści w Niedzielę Palmową nie mogą się pomieścić.” Turyści przyjeżdżają do Tokarni, żeby zobaczyć najdłuższe oprócz wsi Łyse na Kurpiowszczyźnie i Lipnicy Murowanej w Beskidzie Sądeckim, palmy wielkanocne. Palmy te potem są sprzedawane, a odpust trwający w tym czasie jest największym źródłem dochodów parafii. Przykłady można mnożyć.

Najpiękniejsze przejawy kultury ludowej giną na naszych oczach, a zastępują ją wyroby tworzone tylko i wyłącznie na sprzedaż. Rzeczy, których sprzedaż jest trudna, nikną z wiejskich domów: Czy to maselnice, czy osełki, czy zwykłe kosy, zastępują je maszynowo robione egzemplarze z podpisem „Zakopane 2003’. Będąc na Ukrainie w starej opuszczonej chałupie znaleźliśmy drewnianą ręcznie robioną balię i cebrzyk. Gdy przywieźliśmy je do Polski znajomi powiedzieli „ A po co to targaliście jak tu na placu można takie kupić tylko, że nowe za niecałe 200 zł”. Znaleźliśmy również urządzenie do robienia gontów; w Polsce już takiego nigdzie nie ma, zniknęło w latach 40stych wraz ze śmiercią ostatniego gonciarza we wsi Bartne w Beskidzie Niskim. 

Powyższe przykłady są tylko pojedynczymi przypadkami, ale wystarczy się rozejrzeć, żeby zauważyć, że takich przypadków jest wiecej. Pytanie o przyszłość kultury ludowej ciśnie się na usta. Materialna jej strona ma jeszcze szansę przetrwania w sklepach i na bazarach, a co z kulturą duchową. Na jakiekolwiek pytanie o obrzędy i wierzenia nawet starzy ludzie wzruszają ramionami i odchodzą. Uważają etnografów, za „głupich i staromodnych”, którzy „jeszcze w takie bujdy wierzą”. Skomercjalizowana kultura to tylko jedna z nowych twarzy kultury ludowej.

KULTURA JAKO NARZĘDZIE WALKI NACJONALISTYCZNEJ

Inne, bardzo specyficzne oblicze kultury widoczne jest na Bałkanach. Tamtejsze kraje przez wieki przeżywały okresy rozpadu i wspólnej egzystencji, co spowodowało wymieszanie kultur tak dokładne, ze w dzisiejszych czasach trudno o mówić o specyficznie chorwackiej, czy specyficznie serbskiej jej części. Po krwawym konflikcie w 1995 roku rozpoczęła się niepomiernie dłużej trwająca wojna na symbole, wojna kulturowa. Klasycznym przykładem jest tu paprenjak- pierniczek wielkości palca, najczęściej w kształcie serca, z cukrową polewą. O niego toczą się komiczne kłótnie, mające zabarwienie nacjonalistyczne. 
Podobnie rzecz się ma z „typowymi” instrumentami. Serbowie od lat mieli swój narodowy instrument, gęśle. Po 1995 roku Chorwaci na siłę znaleźli swój- lirę, przy czym gdybyśmy zapytali pierwszego napotkanego Chorwata mało prawdopodobne, żeby potrafił odpowiedzieć na pytanie o narodowy instrument. Kłótnie nacjonalistyczne trwają nawet o muzykę popularną. Chorwaci mają swojego Parni Valjaka, Serbowie, swoją Silvanę. Obydwaj wykonawcy kopiują nawzajem swoje utwory, z tym, ze w Chorwacji są śpiewane głosem męskim, a w Serbii- kobiecym. Jest to właściwie jedyna różnica. Fanom to jednak nie przeszkadza, bo Chorwat nie będzie słuchał Silvany, a Serb Valjaka. Wiele jest również elementów kultury, zarówno duchowej jak i materialnej, wspólnych obu narodom. W obu krajach występują one jednak jako typowe i przynależne tylko temu narodowi. Na tym tle rozgrywa się kolejna, cicha wojna. O jej wymiarach świadczyć może próba napisania pracy doktorskiej nt. ”Przenikania się kultur”. Po pierwsze: niemożliwością jest przeprowadzenie badań terenowych, ze względu na przekonanie wszystkich zainteresowanych, że każdy element jest przynależny tylko i wyłącznie do kultury chorwackiej (względnie serbskiej), a sąsiedzi, nie mając własnych symboli bezczelnie je ukradli. Po drugie żaden badacz kultury tamtych terenów, mający tam znajomych, przyjaciół i współpracowników nie podejmie się bycia promotorem takiej pracy. O poszukiwaniu promotora pracy na terenie Serbii czy Chorwacji nie ma nawet co mówić.

(* tekst ten był pisany tuż po wojnie na terenie byłej Jugosławii - teraz, na szczęście, podejście "zwykłych obywateli" się zmieniło, co napawa optymizmem. Po długich dyskusjach z Serbem mieszkającym w Polsce, artystą, muzykiem i choreografem, Darko Bugarićiem, zaczęłam się zastanawiać, czy ten tekst publikować. Postanowiłam jednak go opublikować - z adnotacją o czasie napisania - oraz stworzyć tekst drugi - jak to wygląda dziś. Ale do tego muszę się tam znowu pojawić i wówczas spodziewajcie się, drodzy Państwo, tekstu weryfikacyjnego)
 
Śmieszna dla europejskiego obserwatora wojna na symbole nie jest bynajmniej zabawna dla bezpośrednich uczestników. Symbole narodowe służą nie tylko identyfikacji narodowej, ale również są wykorzystywane do podjudzania społeczeństwa przeciwko sąsiadom.

Symboli materialnych w kulturach krajów byłej Jugosławii jest ogromna ilość.: Chorwacka plecionka na zabytku z XII wieku (Baśćanska ploća) który dumnie wskazuje na tradycje głagolickie i na fakt, że na ziemiach chorwackich głagolica utrzymała się najdłużej., wspomniany paprenjak, który choć można go kupić zarówno w Serbii jak i Bośni czy Chorwacji przeszedł do kultury jako element chorwackim, czy nawet długopis, który wedle tradycji chorwackiej skonstruował pan Penkalla i stąd nazwa (długopis po chorwacku to właśnie Penkalla)

Ciekawym jest również fakt, że niektóre elementy kultury (np. dania) chociaż pochodzą z kultury azjatyckiej wymieniane są jako chorwackie, bądź serbskie. Tak rzecz się ma na przykład z tureckimi ćevapcići- roladami z mięsa, czy z burekiem- serem zapiekanym w formie chleba. Pierwszy „należy” do Serbów, drugi do Chorwatów. I nie ma dla nich żadnego znaczenia, ze dania te pojawiły się na Bałkanach wraz z najazdem tureckim i początkowo były postrzegane jako element kultury wrogiej. W momencie, kiedy znajduje się inną wrogą kulturę (w tym wypadku sąsiadów) każdy krok jest dozwolony, aby tylko dowieźć własnej wyższości.

Jednakże problem symboliki nie dotyczy li i tylko symboli materialnych. Bardzo ciekawa dla badacza jest duchowa strona kultury ludowej. Bogactwo epickich pieśni, mitów, opowiadań i legend nie ma sobie równych chyba w całej Europie. Ale i tu pojawiają się animozje i wzajemne podkradanie pieśni, postaci, czy zdarzeń. Niekiedy duch narodu przechodzi do działań politycznych i do najnowszej historii. Legenda i tradycja nakazała Chorwackiemu (i serbskiemu również) królewiczowi Marko wraz z wiernym towarzyszem – koniem, zostawić ślady stóp na głównym placu w Zagrzebiu. Ta sama legenda, acz w innymi bohaterami znalazła swoje odbicie podczas zamachu w Sarajewie (Stolica Bośni) rozpoczynającym pierwszą wojnę światową. Podobnie jak królewicz Marko Gavrilo Prinzip zostawił odcisk swoich stóp na placu w Sarajewie.

Gavrilo Prinzip, wykonawca zamachu na księcia Franciszka Jozefa I był chłopcem na posyłki organizacji Mlada Bosna – głównej organizatorki zamachu. Historia zakpiła sobie z twórców i głównych przedstawicieli organizacji zostawiając pamięć jedynie po tym niewydarzonym człowieczku. Gavrilo Prinzip, chudy niewydarzony człowieczek, chory umysłowo i niesprawny fizycznie trzymał pistolet tylko dlatego, że proponowany do tego celu zabójca zginął dzień wcześniej z rąk konkurencyjnej organizacji, a wszyscy liczący się w organizacji Mlada Bosna byli zaangażowani przy organizacji zamachu. Legenda i tradycja kazała tej ofierze losu zostawić ślady godne wielkich epickich postaci. Czyż to nie kolejny przykład na odwieczną rywalizację na symbole i kulturę?!

Symbole narodowe urastają z czasem do mitów, które w efekcie niejednokrotnie stają się narzędziem walki narodowościowej, niejednokrotnie krwawej i okrutnej. Najbardziej klasycznym przykładem jest oczywiście mit Kosowego Pola- mit, którego mocne zakorzenienie w świadomości serbskiej doprowadziło do krwawych rozgrywek albańsko serbskich. Historycznie była to wielka porażka wojsk serbskich pod dowództwem księcia Lazara w bitwie przeciwko potędze tureckiej, ale w świadomości serbskiej zapisała się jako wielkie zwycięstwo duchowe. Książe Lazar wybrał dla siebie i dla swojego narodu Królestwo Niebieskie. Do współczesnej mitologii serbskiej przeszedł jako serbski Leonidas (chorwackim Leonidasem jest ban Nikola Zrinski z obrony Śigetu – twierdzy na Węgrzech). Zaś Miloś Obilić, na pół mityczna postać, zapisał się jako bohater narodowy, kiedy podstępem zabił Sułtana w jego namiocie. Oczywiście natychmiast poniósł śmierć. Co ciekawe, gdyby wiadomość o śmierci sułtana przedostała się do żołnierzy losy potyczki na Kosowym Polu mogłyby zupełnie inaczej wyglądać. Jednakże Serbom nie zależało na zwycięstwie. Już wybrali Królestwo Niebieskie. W dzisiejszej świadomości dzień Św. Wida (Vidovdan) czyli dzień Kosowego Pola jest chyba najważniejszym dniem. Również wszelkie gry polityczne odwołują się do tradycji, w tym szczególnie do tradycji Kosowego Pola.

Idea, że „polityka to, w największej mierze, sprawa symboli” nie jest bynajmniej ideą nową. Od dawna obecna jest w antropologii i filozofii politycznej, odnaleźć ją można u Rousseau („władza obywateli też ma swoją świecką religię”), czy w totalitarnych systemach i ich metodach manipulacji masami. Symboliczny aspekt polityki ujawnia się też w tworzeniu systemów demokratycznych, tak jak w krajach powstałych po rozpadzie Jugosławii .

Nic w tym dziwnego, że politycy nawołując do wojny etnicznej (gdyż w takim aspekcie należy rozpatrywać wszelkie konflikty na Bałkanach) grali na strunach narodowej tradycji, przywołując te elementy kultury i tradycji narodowej, które w społeczeństwie były mocno zakorzenione. Wystarczy przypomnieć sylwetkę Radovana Karadžicia, który w swoim wystąpieniu telewizyjnym, nawołującym do wojny w Bośni grał na gęślach (narodowym instrumencie serbskim) na tle portretu Vuka Karadžicia. Vuk Karadžić jest postacią z samego szczytu panteonu serbskiego. Jako reformator cyrylicy i gramatyki zapisał się w tradycji jako ojciec języka serbskiego. Wykorzystanie tego samego nazwiska (jego domniemane pokrewieństwo z Vukiem jest wciąż nie sprawdzone), przez przywódcę bośniackich Serbów dowodzi, cokolwiek by o tym człowieku nie powiedzieć, doskonałej znajomości serbskiej tradycji, serbskiego społeczeństwa i perfekcyjnego opanowania manipulacji symbolami.

Również Slobodan Milošević rozpoczynając XX-wieczną bitwę o Kosowo, powoływał się na Vuka Karadžićia, choć nieco w innym sensie. Srbi svi i svuda „manifest” Vuka z 1836 roku , mający na celu zjednoczenie Serbów wszystkich trzech wyznań (Srbi sva tri zakona) w czasach Miloševicia przerodził się w manifest polityczny służący do eliminacji wszystkich nie- Serbów, żyjących w granicach Serbii. A granice Serbii nie oznaczają tu wcale granic politycznych (o etnomicie granicy pisał Ivan Ćolović), tylko miejsca, które Serbowie jako naród kiedykolwiek na przestrzeni wieków zamieszkiwali. „Serbowie wszyscy i wszędzie” oraz „granice Serbii wyznaczają serbskie groby” to nie są zwykłe zdania, są to hasła nacjonalistyczne, padające na bardzo podatny grunt społeczny.

Nacjonalistyczne oblicze kultury zostało bezpardonowo wykorzystane w konfliktach etnicznych na Bałkanach, czy mówimy o wypędzeniu Serbów z Vojnej Krainy w Chorwacji, czy o szturmie wojsk serbskich na bogu ducha winne bośniackie wioski, czy wreszcie na albańsko serbski konflikt na równinie kosowskiej. Wracając do kłótni nacjonalistycznych na tle kulturowo- symbolicznym warto na koniec przytoczyć wypowiedź pewnego emerytowanego profesora albańskiego, który jako jeden nielicznych żyje z Serbami w zgodzie i ma wśród nich przyjaciół. (zamieszczono w artykule Any Uzelac „Serbska Jerozolima” w gazecie wyborczej.). „Dziś nawet nietrudno spotkać wykształconego Serba i wykształconego Albańczyka, którzy pokłócą się o to kto był większym bohaterem serbski książę Marko, czy albański Skanderberg. I odejdą obrażeni z postanowieniem nie odzywania się do drugiego do końca życia. A prawda jest taka, że i Marko i Skanderberg byli tureckimi wasalami….” Równie dobrze to zdanie można odnieść do stosunków chorwacko- serbskich, jak i innych narodów bałkańskich.

Powyższe, z konieczności krótkie, wizerunki kultury ludowej nie wyczerpują oczywiście tematu. Nowych wizerunków kultury jest zapewne dużo wiecej i są równie ciekawe. Wydaje się, że kultura ludowa choć straciła swoje osiemnastowieczne oblicze, przekształca się w twór nie mniej interesujący i wieloaspektowy. Moim zdaniem najwyższy czas, aby etnolodzy przestali wchodzić w drogę socjologom i innym badaczom społecznym, a powrócili do badania swojego tematu, lekko tylko przekształconego.