Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 stycznia 2020

Trzy Królowe Pienin

Poniższy tekst napisałam około godziny 6.00 rano, zgrabiałymi z zimna palcami na ławeczce pod szczytem K3- czyli Trzech Koron. Tym, co mnie znają, dziwnym zapewne się wyda tak wczesne zerwanie się z piernatów. Powszechnie znaną prawdą jest, bowiem, fakt, że kocham spać i nic mnie ze snu nie wyrwie. 

Otóż pragnę poinformować ogół, że znalazło się coś, co przerwało mój wspaniały sen.

Nocleg wypadł mi dokładnie na ławeczce pod szczytem Trzech Koron- tym, którzy byli nie trzeba tłumaczyć, że ławeczki te są  cholernie wąskie. 


Był początek listopada- Święto Zmarłych- w nocy już nie było przymrozków tylko "wgłąbmrozki", a szczyt opatulony był czapą mgły. Z tego zimna, tuż nad ranem postanowiłam opatulić się mocniej śpiworem i... rymsnęłam jak długa na ziemię. Prosto twarzą w te ostre kamienie. Moją opuchniętą twarz moja ukochana siostra skomentowała później: "co, porobiły ci się odciski od gadania...?" Pół godziny straciłam na tamowanie krwi, bo nie uśmiechało mi się późniejsze pranie śpiwora, a potem nie opłacało mi się już kłaść spać. 
Klimat mgły i połyskujących w szronie konarów drzew i niedawno spadłych liści, że trzęsącymi się z zimna rękami wyciągnęłam długopis...
Efekty widzicie poniżej...

piątek, 26 stycznia 2018

Urok Opuszczonych Dolin


Wykorzystując wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy, opuściłyśmy rodziców i słodkości świąteczne. Uciekłyśmy w Beskid Niski. Rodzice mieli w planach towarzyszenie nam z pomocą ogumienia, ale jednak nic z planów nie wyszło. I Dzięki Bogu. Niemożliwa byłaby, bowiem przeprawa przez wezbrane roztopami wody tutejszych potoczków.


Przez rwącą rzekę


Tak myślałyśmy sobie z Moniką, kiedy doszłyśmy do Wołowca. Samotnie pięłyśmy się przez góry do wioski rozpoczynającej ciąg najpiękniejszych dolin. Marsz szedł nam opornie, gdyż w lesie zalegało jeszcze sporo śniegu, więc co chwile wpadałyśmy w niego na tyle głęboko, że trudno się było wydostać. Śnieg był mocno rozmoczony, właściwie szło się po białej kaszce z mlekiem, a pod spodem płynęły rzeki.

Mokre byłyśmy nieprawdopodobnie, także siadłyśmy w słoneczku na pierwszej napotkanej polance. Cisza i spokój królowały wszędzie, z wyjątkiem okolic stawku, gdzie rechot świeżo rozbudzonych żab roznosił się echem po kamieniach. Dwie opuszczone chyże stoją u wrót doliny. Kiedy w sierpniu byłam tu ze Śmiałym i Ojcem Rafałem mieszkały tu dwie rodziny z dziećmi. Teraz mają okna zabite deskami i sprawiają mocno przygnębiające wrażenie.

Przeszłyśmy przez zamieszkałą część Wołowca i ruszyłyśmy w kierunku Nieznajowej. Minęłyśmy cerkiew stojącą na wzgórzu, otoczoną kępą lip. (Notabene szukanie starych drzew jest najlepszą metodą na szukanie miejsca po cerkwi w nieznanej miejscowości). Charakterystyczne, cebulaste hełmy na kopule mają charakteryzować języki ognia płomiennej modlitwy, a ruska poprzeczka na krzyżu...

Cóż... jej pochodzenie znaczenie nie zostało jeszcze wyjaśnione, a sprawą tą  od lat zajmują się badacze kultury łemkowskiej. Nie ma ona stałego duszpasterza, ale kilka razy do roku odprawia nabożeństwa ksiądz z Bartnego.

Tuż za Wołowcem dopiero zaczyna się szopka...Szlak żółty przechodzi na drugą stronę rzeczki Zawoi. W lecie jest ona do przejścia jedną nogą i to w dodatku suchą. Teraz po roztopach ogromna kipiel odstrasza. Rzeka szeroko rozlała na około 4 metry, a głęboka jest na ponad metr.

Zakasałam spodnie, ściągnęłam buty i zamarzłam. 
Był pierwszy kwietnia, a temperatura wody nie przekraczała 4 stopni Celcjusza. Jednym słowem było lodowato. Maksymalnie szybko przeszłam na drugą stronę, mocno pilnując, żeby się nie poślizgnąć. Oczyma wyobraźni widziałam już siebie siedzącą nad ogniskiem suszącą WSZYSTKO, poczynając od spodni, kończąc na rozmiękłym makaronie.

Monika ruszyła tuż za mną. Była inteligentniejsza. Ściągnęła spodnie i przewiązała je naokoło szyi, żeby nie spadły. Łemkowie w nieodległej chałupie patrzyli ciekawie, ale nie powiedzieli, że szlak za 50 metrów przechodzi z powrotem...

Wiosenne chaszczenie

Kiedy zobaczyłam przed sobą rozszalałą kipiel po raz drugi, zerknęłam na mapę. Tuż przed Nieznajową szlak przechodzi na nasz brzeg. Monika też miała chwilowo dość wody, więc chaszczyłyśmy się tym brzegiem. "Chaszczyłyśmy"- to absolutnie adekwatne stwierdzenie. Krzaki zagradzały nam drogę, ostrężyny kłuły po nogach, gałązki drzew biły po twarzach. Cały urok Beskidu Niskiego miałyśmy tu w całej okazałości.

-Jesteśmy nienormalne- powiedziała Monika i chyba miała rację.-Tam taka piękna dolina. Ptaszki śpiewają, słoneczko świeci, płaściutko, a my się tutaj przedzieramy jak jakieś zbiry...

Wiedziałyśmy już jednak, że za skarby świata nie powtórzymy trasy z zeszłego roku- wiązało by się to ze zbyt częstym przechodzeniem przez tą  upiorną Zawoję. 
-Trzeba zmodyfikować szlak- stwierdziłyśmy wspólnie, leżąc już w namiocie w Nieznajowej. 
-Przejdziemy sobie Madejową kładką do tej chałupy Fizyków, a potem pójdziemy na Feszówkę i Dąb. Olejemy Radocynę i pójdziemy od razu do Ciechani. 

Chałupa Fizyków ile razy tutaj byłam, była zamknięta. Przewodnik Grzesika i Traczyka informuje, że jest otwarta w czasie studenckich przerw w nauce. Ani we wrześniu, kiedy byłam tu ze Śmiałym i Ojcem Rafałem, ani rok później, gdy byłam tu z Żyłką, w chałupie nikogo nie było. Za to w wakacje, kiedy przyjechałyśmy tu na rowerach, zamierzając spać w bacówce u zaprzyjaźnionego bacy, spotkałyśmy tu takie fantastyczne towarzystwo, że chcąc, nie-chcąc zostałyśmy kilka dni ponad plan. (Beatko i Waldku! dziękuję za szarlotkę, pyszne jedzonko i opiekę nad moja ukąszona przez osę siostrą....)

Nie ma już mojego bacy

We wrześniu pasł tu swoje owce baca z Nowego Targu. przesympatyczny góral z trójką uroczych dzieci. Nad dolina roztaczał się zapach oscypków i żentycy,, a nad lasem unosił się dym z komina. Zabawy dzieci i beczenie owiec wypełniały ciszę dolinki... 

Ale kiedy przyjechałam po roku nic nie usłyszałam...

Magurski Park Narodowy nie przedłużył zezwolenia na wypas owiec, zostawiając jedną, jedyną bacówkę w nieodległym Czarnem...
Zamierzałyśmy ominąć i tą  bacówkę...

Uparta Radocyna

Okazało się jednak, że Radocyna nie da tak łatwo o sobie zapomnieć... 

W zeszłym roku, idąc ze Śmiałym i Rafałem, odwiedziliśmy wszystkie trzy dolinki, zwiedzając przy okazji barak w Radocynie, szumnie nazwany hotelem. Potem zaatakowaliśmy górujący nad okolicą Dębi Wierch, gdzie rosną najlepsze w całym Niskim ostrężyny. Myślałam o powtórzeniu trasy głównie ze względu na te ostrężyny. 

Idąc za ledwo widocznymi w zeszłorocznych trawach ścieżkach doszłyśmy z Monią na Dąb. Roztoczył się przed nami tak przepiękny widok na Długie i dolinkę Radocyny, że stałyśmy jak oszołomione. Oszołomiło nas zresztą tak radykalnie, że przez długa chwilę nie rozumiałam co widzę. Nie mogłam dopasować tego widoku do niczego znanego. Kompletne zaćmienie. dopiero, gdy już zeszłyśmy do dolinki Długiego pojęłyśmy, że powinnyśmy się były kierować w przeciwną stronę niż początkowo zamierzałyśmy... Jednak było już za późno... Doszłyśmy do skrzyżowania z Radocyną. Śmiała się do nas i mówiła:

"Chciałyście mnie opuścić? Myślałyście, że mnie nie odwiedzicie?... ha, ha, ha"

Zdenerwowała mnie niebotycznie. Jak to może być, że jakaś dolinka miesza mi szyki i tak mąci w głowie, że chcąc, nie-chcąc, jednak przez nią idę?!

-Zawracamy!- powiedziałam do Moniki
- Ale...
- nie ma żadnych "ale", nie będzie mi byle jaka dolinka mówić co mam robić. 
Monika jest Moją siostrą od lat szesnastu i doskonale zna moje stany, pomysły i wyobraźnię, teraz tez nie zaprzeczała.
- Radocyna wcale nie jest byle jaka...-zamruczała tylko cicho.
Niewątpliwie miała rację.

Koń w piwnicy

Obraziłyśmy się jednak na Radocynę śmiertelnie i dałyśmy sobie na nią embargo. Obróciłyśmy się na pięcie i zamiast iść przez czarowne krzaki Dębiego Wierchu i snuć się po płytkich strumyczkach, dopływach Wisłoki, postanowiłyśmy przejść nieużytkami rolnymi i pozostałościami po PGR-ze, aż do Grabia. Dalej trwając w zamiarze omijanie wszelkich zbiorników wodnych, choćby miała być nim kałuża, nie podchodzimy pod Nad Tysowym. Nie, nie i nie... Na uparte kobiety nie ma rady...

Do Ciechani docieramy dość dziwnie bo od góry, od strony Żydowskiego. Co myśmy się natrudziły, żeby tam podejść i pokonać wszelkie zakręty, na których śnieg i lód były bezwzględnymi władcami- ludzkie słowo nie opisze. Najbardziej przeszkadzał nam pan strażnik, który z natarczywością komara pytał, a skąd idziemy, a dokąd, a dlaczego nie szlakiem (wygodnym!!!), a gdzie będziemy spać... Nerwów można było dostać. W Ciechani, ponieważ mamy kupę czasu, zatrzymujemy się na chwilę na Dworcu Głównym- tak stwierdziła Monika. Tak naprawdę była to podmurówka domu gromadzkiego, ale dla nas jest to ciechański Dworzec Główny i cześć. Monika poszła siusiu w kierunku ruinek i zaraz po całej dolince poniósł się krzyk:

- Chodź tu, szybko, szybko!!!

Przerażona, odpowiedzialna siostra, pobiegła... A Monia po prostu trafiła na jakąś piwnicę, która była do połowy zalana wodą, a pod nią... Dlaczego nie przyszłyśmy tutaj w tamtym roku- miałabym egzamin z osteologii zdany jak w banku!!! Cała piwnica zawierała szczątki konia. Jednego, ale za to całego... Nasz łup wyniósł dwie kości miedniczne i z połówki szczęki dolnej (w następnych latach wyniosłyśmy jeszcze kręgi i kości biodrowe)

Nerwowość spowodowana natarczywością pana strażnika spowodowała, że nie spałyśmy w budce. Tak naprawdę powód był trochę inny: budka stała po drugiej stronie rzeki i już nie miałysmy sił przechodzić na drugi brzeg. Cały dzień szamotałyśmy się tam i z powrotem, usiłując nie zamoczyć nóg, plecaków i ciuchów. Udało się, ale przez łażenie po zwalonych omszałych pniach mocno opóźniła się nasza wycieczka... Spałyśmy wtedy na zakolu rzeki, na kawałku trawiastym.

Masz tu kości? Na plecach? To chyba Ci zęby połamałam

Obsesja wodna spowodowała zmianę planów na tyle, że nie poszłyśmy do Ropianki przez Baranie, bo spod szczytu, sączył się ledwo widoczny strumyczek Baranie. Był wodą i postanowiłyśmy go okrążyć szerokim łukiem... Poszłyśmy przez Polany, co było o tyle nierozsądne, że ponad 10 kilometrów szłyśmy asfaltem i o tyle rozsądne, że przez ponad 10 kilometrów nie musiałyśmy się obawiać o strumyki, rzeki i tym podobne paskudztwa... Kiedy miałyśmy akurat postój na picie i czekoladę szła koło nas babcia i trochę się dziwnie popatrzyła. Przeszła akurat w momencie, kiedy Monika wydała z siebie pisk i przepraszająco powiedziała:

- Masz tu kości? Na plecach? To chyba Ci zęby połamałam...- w plecaku znajduje się szczęka konia, a Monia na tym plecaku siadła...

Tam też spotkałyśmy księdza, który pojechał na jogging z chłopcem opóźnionym w rozwoju. ksiądz nam wytłumaczył, że Daniel musi biegać, więc on mu pomaga. Daniel podbiegł do nas przywitał się i szybciuteńko zniknął za zakrętem...

Pokój czy śmietnik?

I tam, w przydrożnym rowie zaczęła się druga obsesja tego wyjazdu... Znalazłam na wpół rozwaloną czas zkę barana. Nie było siły. Wzięłam go ze sobą. Nie wiem co wtedy myślałam, choć niektórzy uważają, ze wątpliwe jest żebym wtedy myślała, ale wiedziałam, ze zajmie on honorowe miejsce w moim pokoju. 

Mój pokój według niektórych pedantów wygląda jak śmietnik i zbiorowisko wszelkich możliwych ciarachów. Oprócz niezliczonej ilości muszelek, zdjęć i korzeni na ścianach miedzy innymi wisi stary zardzewiały garnek, który znalazłam w chałupie u dziadka w Gorcach (nie gotuję w nim herbaty, bo ma dziurę w dnie), tabliczki ze szlaków ( tylko te odpadłe i zastąpione nowymi), wielki znak "zakaz wyprowadzania psów", który bezczelnie ukradłam, szabla, znaleziona podczas  czyszczenia strychu, kołpak, który odpadł jakiemuś gościowi, który mnie gdzieś tam podrzucał, części konia, którego za każdym pobytem wyciągamy po kawałku z jednej piwnicy w Ciechani, no i niezliczona ilość gałązek i liści. Na wizję lokalną zapraszam... 

Jeszcze nie wiedziałam, że w Niskim też kwitnie handel wymienny i baran nie zajmie honorowego miejsca... 
Zbierając po drodze wszystkie możliwe śmieci, dotarłyśmy pod zamknięte drzwi Malucha- cóż studenci święta Wielkiej Nocy spędzają w domu... Nie pozostawało nam nic innego jak iść dalej i dotrzeć do opuszczonej dawno dolinki Wilszni. I wszystko byłoby dobrze- dolinka opuszczona jak wiele innych, resztki podmurówek, piwnice i drzewa owocowe, już zdziczałe- gdyby nie świeży krzyż, stojący w centrum dolinki na wzniesieniu. Wiedząc, że naokoło nie ma nikogo, a jakiejkolwiek cywilizacji w promieniu 15 kilometrów się nie znajdzie, rozbiłyśmy namiot...

Strachy nie na Lachy

Zaczęło się ściemniać. Razem z Moją młodszą o cztery lata siostrź, rozpoczęłyśmy jakieś głupie gry i zabawy, w efekcie których oba brzuchy były obolałe ze śmiechu. Ale w końcu trzeba było zrobić kolację. Wyciągnęłam rękę za namiot po nóż...

- wiesz co Monda, a co by było, gdybym teraz poczuła tam czyjąś rękę. Nie zimną, ale taką normalną, żywą ciepłą rękę
-Przestań

Zaczęłyśmy się straszyć, czego efekt był taki, że wyobraziłyśmy sobie jak ten wyimaginowany ktoś obok mówi:
-Oj cicho już bądźcie, nie można spać- i całą noc spędziłyśmy skulone ze strachu. Dopiero rano doszłyśmy do wniosku, że to wszystko przez to że nie poświeciłyśmy jajek i zjadłyśmy je takie niepoświęcone..

A potem była już tylko Zyndranowa i Czeremcha. 

W tej drugiej - urodą dorównującej Ciechani - Monika powiedziała:
- nie lubię jak śmieci się walają po łąkach. Idę podnieść ten worek- leżał od niej jakieś 200 metrów.
-Kaśka - rozdarła się za chwilę .- To nie jest worek to dwie czaszki.

W efekcie znaleziska u mnie leży czaszka dzika, u Moni jelenia, a mój baran poszedł do Moniki w zamian za małą czas zkę króliczka i połowę tabliczki PTTK-u z niebieskiego szlaku na Kamień i do Jasiela.

Cholerna linia Dukla-Barwinek znowu dała o sobie znać i nie pozwoliła dokończyć trasy. Tym razem swoją dezaprobatę objawiła czaszkami i obdartymi do krwi udami (a trzeba było Kasiu w środę galopować na Naprawie??!!!). W podziękowaniu, że tak łatwo dałyśmy się wykurzyć sprezentowała nam całą skrzynkę pustych butelek po piwie, które niosłyśmy przez ponad 5 kilometrów, zamierzając zostawić na każdym większym zakręcie. Kiedy jednak dotachałyśmy ją do sklepu, okazało się, że zakupiłyśmy za kaucję piernik kasztelański, 2 duże Kubusie i jeszcze po jakimś batoniku. 

Linia Dukla-Barwinek nie wiedziała, że właściwie i tak nam się już wolne kończyło- Monia miała nazajutrz do szkoły... 


Prawie wyjście na Rysy

Autor: Wojciech

... jadąc późnym czerwcowym popołudniem z Krakowa w kierunku Tatr pogoda wcale nie pozwalała sądzić, że wejście na Rysy zakończy się choćby próbź, nie mówiąc o sukcesie. Jednak poranek następnego dnia, kiedy można było zobaczyć najwyższe wierzchołki powyżej Czarnego Stawu tchnął nieco optymizmu. Tradycyjny, asfaltowy odcinek do Morskiego Oka pozostawia jak zwykle nie najlepsze wspomnienia i jednostajnie płaski ucisk na stopach. Okropność. Pozostaje rozglądać się za nielicznie dostępną z tej drogi fauną i budzącą się z zimowego snu florą.

Chmurzyska nad szczytami nie obiecują pięknego dnia, ale będąc tutaj nie można nie spróbować, tym bardziej, że resztki śniegu odbijające się w płaskiej tafli Morskiego Oka obiecują jeszcze lepsze widoki na poziomie Czarnego Stawu, a i leniwie przedzierający się błękit tatrzańskiego nieba też ciągnie do góry.

Powierzchnia Czarnego jest jak stół, z którego wystają jednak drzazgi resztek kry. Kolory i kontrasty warte są wejścia tutaj nawet gdyby nie miałoby juz być ciągu dalszego. Słonko jednak coraz śmielej sobie poczyna i grzebienie szczytów nad lewym brzegiem ciągną coraz bardziej. Jest też coraz więcej pozostałości niedawnej zimy. Coraz większe łachy mokrego, ciężkiego śniegu zdecydowanie nie ułatwiają marszu. To nie jest "normalne", przewodnikowe wchodzenie. Można zapomnieć, że cztery godziny od schroniska i najwyższy szczyt Polski ma się pod stopami.

Wprawdzie to kondycja poszła gdzieś się opalać, ale widoki za plecami są też doskonałym pretekstem do przystanięcia, do odpoczynku, do nacieszenia oczu niesamowitymi darami natury. Widok Czarnego Stawu z góry jest niesamowity. Jednak trochę wyżej, trochę potu więcej i można podziwiać razem z Czarnym Morskie Oko. Jeśli przyjrzeć się mocniej to widać ludków, którzy zadali sobie trud i dali sobie przyjemność oglądania Czarnego, a parę minut lotu orła dalej schronisko z nieco wprawdzie przysłodką, ale jakże zawsze przepyszną szarlotką.

Kolejne metry do góry, chmury zaczynają zwyciężać dzisiejszą bitwę ze słonkiem. Nic to, trzeba iść dalej. Wprawdzie nogi zaczynają słabnąć, każdy niemal krok kończy się uślizgiem. Nie wiem czy bardziej to wkurzające czy bardziej męczące. No i przychodzi niestety moment kiedy trzeba powiedzieć dość. Nieposiadanie raków jest równie wielką głupotą jaką byłaby dalsza wspinaczka. RozSądek bierze górę. Zawsze przecież można tu wrócić jeśli nogi będą jeszcze działały, jeśli nieokuta w kask głowa nie walnie w wystające ze śniegu głazy podczas  nieuchronnego, kilkudziesięcio- czy stukilkudziesięcio- Metrowego, niekontrolowanego zjazdu, po którymś z kolejnych uślizgów. A może to nie rozsadek, może to najzwyklejszy na świecie pretekst żeby zawrócić, żeby już się nie męczyć, nie kompromitować własną słabością, brakiem kondycji i przygotowania....


Na pociechę pozostaje wspaniały widok pod nogami podczas  powrotu. Kaczeńce nad brzegiem wody już nie w promieniach słońca, choć burza  przeszła gdzieś bokiem, ostatni rzut oka na niedokończoną trasę, a i kaczki pozostają same. Siklawa jak zwykle robi wrażenie, orzechówka dotrzymuje przez jakiś czas  towarzystwa, a budząca się na dobre do życia przyroda i obecne tradycyjnie na swoim miejscu Wodogrzmoty Mickiewicza dodają nieco słodyczy do skwaszonego humoru po... prawie wejściu na Rysy.

O autorze:
Wojciech to człowiek z pewnością nietuzinkowy- obce mu są  hotele, SPA i inne. On bierze aparat i zapycha w góry. Dobrze że córki dbają o tatusia, bo o kartach do aparatu i zapasowych bateriach pamięta, ale z chlebem czy latarką, to może mieć już problem:) Najważniejszy jest aparat i przeżycia. Czyli- właściwy człowiek we właściwym miejscu:)