piątek, 26 kwietnia 2019

Między morzem, a jeziorem- Słowińcy

Skansen Słowińców w Klukach jest swego rodzaju uroczyskiem. Wieś, wbita miedzy przyjeziorne lasy i pola, nie ma żadnych oznak turystycznych. No, może poza rozległym parkingiem i małą budka z hamburgerami. A przecież w sezonie, niemal codziennie przyjeżdżają tu tłumy wczasowiczów, czy to w ramach rodzinnej wycieczki, czy wycieczki fakultatywnej, wykupionej w łebskim biurze podroży.


Tylko dwie kobiety

We wsi Kluki mieszkają jedynie dwie kobiety, które mogą poszczycić się w pełni słowińskim pochodzeniem, p. Elza Reinmannowa i Irena Zajączkowska. Obie panie są  już mocno po osiemdziesiątce i w sezonie unikają turystów. Nie mają już siły być eksponatami muzealnymi. Chociaż w Klukach mieszka dziś nieco ponad 100 osób, te dwie panie przeżywają prawdziwe najazdy pseudobadaczy, chcących zdobyć wiedzę o Słowińcach. A przecież niemal wszystkiego można dowiedzieć się w Muzeum Wsi Słowińskiej oraz z publikacji naukowców zajmujących się tą  tematyką (specjalizuje się w tym Uniwersytet im Adama Mickiewicza w Poznaniu).

Dziś o Słowińcach mówi się jedynie w czasie przeszłym. Ostatnie Słowinki żyją co prawda jeszcze w Klukach, ale na nich niestety kończy się linia tej grupy etnograficznej. Taka sytuacja trwa od początku XX wieku, od początku germanizacji tych terenów. Ostatnie zgermanizowane wsie to Gardna (1845r) , Charbrów (1871 r) i Główczyce (1886). W świetle tych informacji dziwić może fakt, że nazwa "Słowińcy" pojawiła się dopiero w 1856 roku, za sprawą Aleksandra Hilferdinga. 

Jak powstały Kluki?

O powstaniu Kluków opowiada mało romantyczna legenda.

Pewien chłop o nazwisku Grzenałta wędrował po świecie szukając pięknego, ustronnego miejsca na chatę, w której mógłby zamieszkać. Długo wędrował aż doszedł do brzegów Jeziora Łebsko. 

Wody, wydmy, lasy, łąki tak go zauroczyły, że tu postanowił założyć gniazdo rodzinne. Na łące blisko rzeczki zbudował checz i osiadł w niej wraz z żoną. To miejsce wszyscy nazywali Grzenałtą. Wody rzeki jednak często wzbierały i podmywały chatkę. Pewnego razu wylały tak mocno że zalały cały dom i Grzenałta został bez dachu nad głową. Nie chciał jednak opuszczać tego pięknego miejsca i nieopodal na wzgórzu wybudował kolejną Checz. Ten dom i całe gospodarstwo nazwano górnym. 

Dobytek Grzenałty rósł. Wraz z żoną ciężko pracowali a ich córka pomagała im jak mogła, ale rąk do pracy i tak było za mało. Wzięli więc do pomocy chłopaka o imieniu Kleka. Został z nimi kilka lat i pracował w gospodarstwie. Potem ożenił się z córką Grzenałty. Miał z nią aż siedmiu synów, których wychował na dobrych i pracowitych ludzi.

Najstarszy syn dostał chatę po ojcu, położoną na górze. Drugi zbudował dom na piaszczystej polanie, dlatego też gospodarstwo nazywano piaskowym. Trzeci syn Kleki mieszkał obok dębu w drewnianym domku. Czwarty syn osiedlił sie na mokradłach. Chaty piątego z synów strzegła sięgająca nieba chojna. Gospodarstwo szóstego syna znajdowało się na pustej łące. Najmłodszy syn Kleki zamieszkał w miejscu w którym wiele lat później była karczma. 

Tak więc wszyscy chłopi którzy mieszkali niegdyś wśród drzew, łąk i piasków nad południowym brzegiem Jeziora Łebsko nosili nazwisko Kleka. Dlatego osadę nazywano Klekami a później Klukami. 

Trzy "podwsie"

Może dlatego, że jest tak mało romantyczna, zawiera w sobie trochę prawdy. Do niedawna zachował się podział administracyjny wsi na trzy "podwsie": Kluki Smołdzińskie, Kluki Żeleskie i Kluki Ciemińskie. 
Kluki Smołdzińskie zachowały się do dziś; była to osada hodowlana Otok (Wottock). Kluki Żeleskie po raz pierwszy pojawiły się w dokumentach jako Selendschke Kluki i w tradycji słowińskiej zapisały się jako Zapotok, zaś Kluki Ciemińskie tradycja miejscowa nazywa Ciemińsko. Do tych ostatnich zalicza się także teren nad rzeką Pustynką- Błotnicki.

Słowińcy należeli do ludności kaszubskiej. Do początków XX wieku mówiono tu językiem słowińskim, w efekcie germanizacji tych ziem, język słowiński był coraz mniej używany, aż w końcu naturalna koleją rzeczy, zniknął z użycia. Słowińcy zamieszkiwali ziemie nad jeziorem Gardno i Łebsko, zajmowali się głównie hodowla bydła, rybołówstwem i rolnictwem. 

Przed rokiem 1945 na 660 mieszkańców w 154 gospodarstwach, aż w 117 zajmowano się rolnictwem. Dziwić może, że na wieś położoną niemal nad morzem było tylko 32 rybaków posiadających 24 łodzie i 10 żaglówek!!!

Po Drugiej Wojnie Światowej rozpoczęły się wysiedlenia. W wyniku wcześniejszych działań germanizacyjnych wielu mieszkańców wyjechało dobrowolnie (ogromna ilość małżeństw mieszanych). Dzięki pomocy niemieckiego nauczyciela Feliksa Rogaczewskiego (pojawił się we wsi w 1945 roku)ograniczono deportacje, jednak chęć pozostania w Polsce wykazało jedynie 100 osób. Pomimo opieki organizacji społecznych i pomocy dziennikarzy (Feliksa Boldmanna i Lecha Badkowskiego)działania repolonizacyjne nie powiodły się i w latach 70-tych wyjechało zalednie 122 osoby (z czego 57 z rodzin mieszanych). 

Muzeum Wsi Słowińskiej

Muzeum Wsi Słowińskiej powstało w 1963 roku z inicjatywy koszalińskich i słupskich muzealników. Dziś składa się z trzech chałup in situ (w pierwotnej lokalizacji)oraz bogatej ekspozycji stałej. Będąc w wielu tego typu placówkach, śmiem twierdzić, że skansen w Klukach jest jednym z niewielu, gdzie można cofnąć się w czasie i przeżywać historię i bogate zwyczaje mieszkańców. Muzeum organizuje wiele imprez folklorystycznych (szczegółowe informacje dostępne są  na stronie muzeum- patrz linkownia), jak "czarne wesele", pokazy prac gospodarskich, jak wypiek chleba, smołowanie łodzi czy wianie zboża. 

Zainteresowani tematyką kultury słowińskiej, wiele informacji zdobędą w skansenie oraz od lokalnych przewodników. Natomiast tym, którzy chcieliby zgłębiać tą  kulturę polecam prace prof. Bożeny Stelmachowskiej (m.in: "Słowińcy i ich kultura", "słowińska wieś- kluki")

środa, 24 kwietnia 2019

Czarownice spod Babiej Góry

Wierzono, że 13 grudnia i wigilia tego dnia to czas  szczególnie sprzyjający praktykom czarownic.

Autorka: Anna Grochowska

Mówiło się, że za pomocą czarnej magii mogą poruszyć powietrze, sprowadzić gradobicie, przepowiedzieć przyszłość, odebrać owoc i mleko jednej osobie i dać je innej oraz czynić niezliczone cuda. 

Wierzono, że 13 grudnia i wigilia tego dnia to czas  szczególnie sprzyjający praktykom czarownic. podczas  długiej nocy szkodziły one ludziom i zwierzętom, dlatego przed pójściem na wieczorny spoczynek gospodarze udawali się do stajen opatrując krowy święconymi ziołami i okadzając woskiem, aby złe uroki w szkodzeniu bydłu nie miały mocy.



 W stajniach czarownice wydajały krowy jednak tylko wtedy, kiedy na jakąś gospodynię wyjątkowo się uwzięły. chcąc odebrać mleko krowom czarownice wychodziły zazwyczaj w nocy na łąki, na których pasło się bydło i rozpostarłszy powązkę na zroszonej łące ciągnęły ją, mówiąc: "Biorę pożytek, ale nie wszystek". Była to formuła zaklęcia, która umożliwiała im zebranie mleka z łąki i sprawiała, że krowy z pastwisk powracające doić przestawały. Pewnego dnia zdarzyło się, że chłop pasący niedaleko stada bydła konie spostrzegł kobietę, do ziemi pochyloną, idącą wolnym krokiem i mamroczącą formuły. Pchnięty ciekawością podsunął się na tyle blisko, aby widzieć co baba robi i słyszeć co ta mówi. Po odejściu czarownicy, w miejscy po którym ona powązkę ciągnęła, on uzdą przeciągnął mówiąc: "A ja niestatek biorę ostatni". Przyszedł do domu, uzdę w stajni powiesił, a z tej uzdy mleko zaczęło się sączyć. W ten sposób chłop poznał tajemnicę zbioru mleka przez czarownice, ale baby nie wydał, bojąc się, że ta urok na niego rzuci.


Ludzie bezbronni byli, dopóki czarownicy nie poznali. Dopiero wtedy mogli jej atakom zapobiec. 

Sposobów na rozpoznanie czarownicy wśród wiejskich bab było kilka.

Można było od grabarza wziąć trumienną deskę, której sęk wypadł. Patrząc przez dziurę sękową na procesję idącą do kościoła na Rezurekcję odkrywało się, która z pielgrzymujących osób para się czarną magią. Można było również od wigilii dnia świętej Łucji (czyli od 12 grudnia) do jutrzni Bożego Narodzenia strugać stołek. czas  trzeba było tak wymierzyć, aby gotowy był on nie wcześniej i nie później niż w wigilię Bożego Narodzenia.


Z wystruganym stołkiem należało wejść na chór w kościele</b>, siąść na nim i obserwować ludzi zgromadzonych na nabożeństwie. Czarownice bowiem w dzień Bożego Narodzenia na jutrznię nie twarzą do ołtarza, ale twarzą do chóru obrócone stały. Zamiast stołka można było od wigilii świętej Łucji do Bożego Narodzenia pleść nową miotłę, z którą  to należało o północy udać się do kościoła i na mszy pasterskiej stanąć za ołtarzem. W noc tę za ołtarzem spotykały się wszystkie czarownice ze wsi. 


Pamiętać należało, aby się odpowiednio ziołami i amuletami przed atakiem złych czarów zabezpieczyć, bo inaczej zatłuczonym na śmierć zostało się swoją nową miotłą przez rozzłoszczone czarownice. Równie skutecznym sposobem było odkładanie każdego dnia od wigilii świętej Łucji do wigilii Bożego Narodzenia drzazg. Należało je układać na osobnym miejscu przed każdym gotowaniem wieczerzy, a o północy w wigilię Bożego Narodzenia ugotować w nowym garnku. Wszystkie czarownice, ile ich tylko było we wsi, zbiegały się z krzykiem okropnym, szturmując pomieszczenie, aby je wpuścić.



Nie ma czarnej magii bez udziału w sabacie. 

Miejscem zgromadzeń czarownic w Beskidzie Makowskim i jego okolicach była polana Hałeczkowa. O sabacie na Babiej Górze mówi góralska przyśpiewka: Na tej Hałeczkowej zielone ulice/ Wiliją Świętej Łucji jadą czarownice/ Hojna, ino hojna, w Hałeczkowej wojna/ Czarownica dobra, każda krowa dojna/ Na tej Hałeczkowej wszystkie były śmiałe/ Bo sobie Koprę za wójta obrały. Polana Hałeczkowa porośnięta jest kwiatami i ziołami do czarowania niezbędnymi. Przed dwunastą godziną sporządzały czarownice z babiogórskiego ziela, krwi nietoperza, strużyn z dzwonu i sadzy maść lub sadło. Rozgniatały te składniki w kociołku stojącym na ogniu z werbeny, wymawiały zaklęcia i przygotowaną miksturą smarowały widły, miotły i łopaty, które nabierały zdolności lotu i niosły czarownice na polanę – miejsce uczty i tańców. Niektóre baby smarowały tę maścią parobków przemieniając ich w konie. Tak działo się w Ludźmierzu.


U jednego majętnego gospodarza służyło dwóch parobków: Jan i Staszek. Jan zauważył, że Staszek dawniej czerstwy i zdrowy chłop zaczął nagle słabnąć, chudnąć, wreszcie wybiedzony włóczył się jak mara po wsi. Staszek zapytany przez Jana opowiedział mu, że w wigilię świętej Łucji staje się koniem, ktoś go dosiada i wiatrem pędzi daleko. Jan podpatrzył, że gospodyni jego maścią Staszka nasmarowawszy, ulatuje na koniu. Postanowił przyjaciela z biedy wybawić. 

Kiedy dzień świętej Łucji nadchodził, po kryjomu wziął mazidło od gospodyni i nasmarowawszy nią dobrze czarownicę, siadł na kobyłę i wybrał się w drogę. Szkapa mu się często po drodze potykała, kazał ją więc w pobliskiej wsi okuć i tak bez szwanku na Hałeczkową zajechał. Zbiegły się czarownice na przyjazd parobka, powitały go radośnie i wzięły z sobą na ucztę i do tańca. 

Podpił sobie Jan zdrowo, a dziwując się nad bogatą zaś tawą z zadziwienia wyrzekł imię Jezusa Chrystusa. Przeżegnał się, a wtedy wszystkie czarownice znikły i spostrzegł, że kosztowności, które go zadziwiały, niczym innym nie były, jak cielęcymi racicami, końskimi kopytami i czaszkami. Nie miał co dłużej robić, będąc sam jeden z kobyłą swoją na polanie, wrócił więc do wsi. Zajechawszy do domu kobyła przemieniła się w kobietę. Jan ułożył gospodynię do łóżka, przykrył pierzyną i udał się do swojej izby. Baba leżąc stękała mocno i skarżyła się na ból niezmierny. Gospodarz dziwił się co za licho ją opanowało, bo rano całkiem zdrową była. Jan kazał wtedy gospodarzowi pod pierzynę zajrzeć i opowiedział historię całą. Od tego czasu zaprzestała czarownica wszelkich schadzek na Hałeczkowej i wyrzekła się szkodzenia sąsiadom.


Czary nie są wierzeniem, którego źródło i początek giną w pomroce dziejów, ani przesądem, lecz pewnym wyobrażeniem świata rzeczywistego niewidzialnych sił, które go ożywiają. Dawniej każda wioska miała swoją czarownicę lub czarownika, każdy książę swojego astrologa, wszystkie damy kazały sobie wróżyć, opętanych było co niemiara. Nie było zamku, w którym w określone dni nie pojawiałaby się wróżka. Zgadywano, kto widział diabła lub komu uda się go zobaczyć. Bez tych rozrywek zanudzono by się na śmierć w długie zimowe wieczory. Nie zdajemy sobie sprawy, jak niewyczerpane bogactwo stanowiły wszystkie te tajemnice. Możemy tylko żałować, że nie ma już w dzisiejszych czasach czarownic, magów, astrologów czy duchów.


Okazją do przypomnienia dawnych wierzeń, legend, baśni może stać się nadchodzący dzień świętej Łucji przypadający na 13 grudnia. Z datą tą  oprócz czarów i guseł wiązał się też zwyczaj przepowiadania pogody na nadchodzący rok. Gospodarze uważali, że mogą ją poznać, obserwując dwanaście kolejnych dni, które zostały do Bożego Narodzenia. Każdy z nich odpowiadał jednemu miesiącowi w nadchodzącego roku. Stąd powiedzenie: "Od Łucyi dni dwanaście policz sobie do Wilii, patrz na słonko i na gwiazdy, a przepowiesz miesiąc każdy".


Bibliografia:
- Ferenc E., 1998, Polskie tradycje świąteczne, Poznań

- Sallman J., 1994, Czarownice. Oblubienice szatana., Wrocław

wtorek, 23 kwietnia 2019

Jaś i Małgosia - nowa wersja starej bajki

Podczas  deszczu i długich zimowych wieczorów w schronisku, pomysłowość ludzkiej wyobraźni nie zna granic. Zapraszamy do poznania nowej, nieco zmodyfikowanej wersji znanej skądinąd bajki...

Stworzone podczas deszczu na Niemcowej
praca zbiorowa - Trufla & Co


Nie wiadomo, czy Jaś bił Małgosię za to że piła, czy tez Małgosia rozpiła się bo codziennie dostawała tęgie lanie od Jasia. Możliwe, ze wpadli w nałogi jednocześnie, znużeni prymitywną, bajkową rzeczywistością, gdzie wszystko jest albo doskonale czarne, albo doskonale białe. W każdym razie skrzaty-kronikarze zgadzają się co do tego, ze w roku 234 przed Królewną Śnieżką stosunki między rodzeństwem były bardzo napięte. Historia z Babą Jagą zdarzyła się w roku 230 p.K.Ś.

Jaś i Małgosia spacerowali wtedy w lesie. Skończył się właśnie sezon polowań na postacie fikcyjne i po raz pierwszy od długiego czasu spacer taki nie groził poważnymi konsekwencjami las jak to las. Przez kilkaset metrów wydawał się znajomy: zwalone drzewo, dziupla, szkielet myśliwego, lecz nagle stał się dziki i groźny. W innych okolicznościach dzieci zapewne zawróciłyby,ale teraz silniejsza od własnego strachu była świadomość, ze współtowarzysz również się boi oraz przeświadczenie że boi się bardziej (jest to szczególna postać rachunku ekonomicznego: satysfakcja, jako odmiana zysku, to dokładna różnica między strachem twoim a przeciwnika)

 Po kwadransie dotarli do polanki, gdzie, jak wszyscy doskonale wiedzą, znajdowała się chatka czarownicy, w całości wykonana z materiałów łatwozjadalnych. Jaś i Małgosia podeszli ostrożnie do obiektu, oderwali kawałek i pospiesznie wepchnęli w pyszczek przebiegającemu zajączkowi. Kiedy nie pojawiły się żadne objawy zatrucia przystąpili do konsumpcji. 

 Baba Jaga przyleciała wieczorem, opadła na polankę lotem ślizgowym, nie potrafiąc opanować szarpania. Baba- jak to baba- potrąciła przy okazji kilka wróbelków i wylądowała na grzbiecie ryjącego w ziemi dzika. Z pojmaniem Małgosi nie miała żadnych problemów, gorzej poszło jej z Jasiem, gdyż był to młodzieniec wprawny w biciu. 

 Zamknięcie rodzeństwa w jednej celi, z całą jaskrawością ukazało siłę wzajemnych animozji. Zamiast drążyć solidarnie w jednym miejscu, Jaś wgryzał się w ścianę z jednej strony, podczas  gdy Małgosia usiłowała skonsumować jakąś prowizoryczną aparaturę do fermentacji słodkości. Baba Jaga postanowiła skłócić ich jeszcze bardziej, powiększając tym sposobem ilość krążącego po świecie zła. Ogłosiła, ze zje tylko jedno z nich, a drugie puści wolno. Twierdziła przy tym, ze wyboru dokona za kilka dni, po przeprowadzeniu rozmów wstępnych z więźniami.

 Jaś i Małgosia znakomicie przygotowali się do wystąpień. Jaś zwrócił uwagę na fakt, ze szkoda by było marnować tak wspaniałe ciało jak jego, rozwinął wizję wspólnego życia i poddał w wątpliwość sens życia siostry. Małgosia położyła akcent na kobiecą solidarność, nie omieszkając użalić się na wybuchowy charakter brata, zarzucając mu fałszywość i męski szowinizm. powołała się także na wątpliwą znajomość cechu czarownic. 

 Baba Jaga słuchała tego ze skrywaną powaga, ciesząc się w duchu ze swojego niewątpliwego sukcesu. oczywiście puszczać nikogo nie miała zamiaru. Sprosiła już koleżanki na wieczorną ucztę i równie niezbędna była puszysta Małgosia jak i żylasty Jasio, ponieważ clou wyżerki stanowiło wykwintne danie, o długiej francuskiej nazwie, którego żadną miara nie dało przygotować z dziewuchy. Wszystko było doskonale przygotowane, wiadomo przecież że wiedźmy to doskonałe organizatorki. 

 Dlaczego więc uczta się nie odbyła?

 Przyczyna niepowodzenia leży, jak mniemam, w tym, że świat bajkowy nie cierpi logiki i porządku- wszędzie tam gdzie może zastępuje je płytkim moralizatorstwem. W przełożeniu na fakty wyglądało to tak:

 Nadciągnęła nad polankę ogromna chmura i spadł rzęsisty deszcz, rzecz wcześniej w tych stronach niespotykana. Chałupka Baby Jagi w całości wykonana była z żelobudyniu pokrytego piernikiem, więc szybko zmieniła się w gęstą, słodką pulpę. W kleistej mazi utonęła zarówno Baba Jaga jak i jej więźniowie. reszty dopełniły skrzaty kronikarze, specjaliści od fałszowania historii, fabrykujące wartościowe opowiastki z byle śmieci, przekładając fakty z życia Jasia i Małgosi na wszystkim dobrze znaną bajkę.

* Trufla aktualnie nosi wdzięczne miano WONDER, a imię nadane przez niemcowskich współspaczy scedowała na naszego psa- najmłodszą naszą siostrę.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Za bukowymi wzgórzami

Autor: Zenon Szostak

Za wzgórzami bukowymi, za strumykami jest Karasi Staw i jest Dolina Suchego Potoku. 
Zaczyna się jak w bajce…. 


Wędrujemy niebieskim, pieszym szlakiem turystycznym, Czasami ścieżkami leśnymi, a bywa że i przez las – na orientację. c  (inna nazwa – Ustronie). Na jego wschodnim brzegu przycupnęła niewielka osada Ustronie (na starej, polskiej mapie wojskowej  sprzed kilkudziesięciu lat osada nosi nazwę Modrzewko). Osada to chyba za dużo powiedziane – jedno stare gospodarstwo rolne – dwa domy i obok kilka działek rekreacyjnych. Skręcamy drogą w lewo, skrajem lasu w stronę przerzedzonej buczyny. Na zboczu, z daleka widoczny głaz narzutowy z charakterystycznym wyżłobieniem niczym potężny szezlong. W dole na dnie parowu skrzy się strumyk Wężówka, a za nim droga leśna – czarny szlak turystyczny i kolejne wzgórze porośnięte buczynowym lasem. 


Wyniosłe buki porastają zbocze po lewej stronie, a w obniżeniu po prawej ciągną się tereny podmokłe, gdzieniegdzie oczka wodne, rozległe grzęzawiska, uroczyska. Głęboki parów, na dnie strumyk i dalej w górę strumyka duże mokradło – źródlisko. Tu doprowadza swoje wody potok z Czarnego Stawu – nazwa jak stawu tatrzańskiego, może dlatego, że jest najwyżej położonym jeziorkiem wśród Wzgórz Bukowych ? Woda w potoku uzależniona od poziomu wody w stawie. Teraz koryto jest suche, przykryte liśćmi, gałęziami. Ze źródliska sączy się woda zasilająca położone niżej mokradła w Rezerwacie Źródliskowa Buczyna i jezioro Glinno.

Na płaskim, rozległym wzgórzu, po południowej stronie polany Wiszowaty kąt przerzedzona buczyna. skąd<b> taka nazwa – Wiszowaty kąt ? </b>Wisz to starosłowiańska nazwa sitowia; w niektórych rejonach Polski do dziś używa się nazwy wiszowaty na określenie miejsc porośniętych sitowiem ale również grube, podobne do zarośli i sitowia siano nazywane jest wiszowatym.


Wysmagane wiatrem, deszczem, wygrzane w słońcu wysokie kilkudziesięciometrowe buki majestatyczne niczym kolumny gotyckiej katedry (porównanie zapożyczone od Thomasa Mertona, tyle tylko, że on widział kalifornijski sekwojowy las). Ich gładka, jasnopopielata kora wyraźnie połyskuje w słońcu. W podłożu kobierzec jasnych, wysokich traw z falującymi na wietrze kłosami. Dużo światła, ciepła, spokoju. Tu też czuje się sacrum. 

Karasi Staw – spływające wody z położonych wyżej moczarów zostały sztucznie spiętrzone. Przy stawie ścieżka dydaktyczna. 

Po drugiej stronie szutrowej Leśnej Drogi Dolina Suchego Potoku – rozległa, szeroka, wyraźnie opadająca robi duże wrażenie. Siła i moc bije z tego miejsca. Głębokie parowy, czasem wąwozy, jary dnem których płynie potok – jeżeli jest dosyć wody. I chyba częściej tej wody brakuje i stąd taka nazwa doliny. Na dnie kamienie, głazy. Teren opada, strumień mocno meandruje. W pewnym miejscu wyraźne ślady przejścia przez strumyk leśnych zwierząt – zejście po stromym zboczu wydeptane kopytami, racicami. Cisza i spokój. Wysokie, strzeliste buki prześwietlone słońcem. Jeszcze bez liści, ledwo pąki nabrzmiałe. I rzecz charakterystyczna – nie ma śmieci. Nigdzie nie widać wyrzuconych plastikowych, szklanych butelek, pojemników, metalowych puszek, opon, opakowań, toreb plastikowych, sprzętu agd. Tylko przyroda Puszczy Bukowej, świat roślin i zwierząt. Jest super i bosko, trochę jak w górach wysokich. Schodzimy coraz niżej, tuż obok płynie, szumiąc wesoło potok a w oddali, wysoko na niebie wirują stada żurawi. Dochodzi, ich donośny  klangor. Lekko, z gracją unoszą się na prądach powietrznych. Co jakiś czas  rozjaśniają się ich kształty w świetle odbitym słońca. Piękny, niecodzienny taneczny spektakl na niebie. Można długo wpatrywać się; lornetka przybliża niecodzienny widok. 

Wybrukowana droga – Droga Sienna. Tu już spotykamy ludzi i choć to rezerwat, las to coraz więcej porzuconych śladów ich bytności ...

marzec'2014- Binowo






Zenon Szostak - Pan Zenon mieszka na Pomorzu i uroki tegoż Pomorza (głownie Zachodniego) nam prezentuje...

Mała chatka stoi na wzgórzu // Little hut is staying on the top of the hill...

...cienki dym leci z komina,
małe światło w oknie migocze...
przytuleni do kubków z herbatą
grzeją ręce wędrowcy zmarznięci...
chatka 1
sł. Arkadiusz "Hermes" Herma; 
muz. Grzegorz "Śmiały" Śmiałowski



Nie ulega żadnej wątpliwości, że chatki studenckie spełniają marzenia o górskich schroniskach. Takich, gdzie można pograć na gitarze przy huczącym piecu, gdzie zziębnięty turysta dostanie kubek gorącej herbaty, bez wydawania horrendalnych kwot na wrzątek, gdzie przebywają normalni ludzie, nie myślący o tym, jak dojechać na szczyt samochodem....
Chatka "na końcu świata - Lupków Stary

Herbata na wejście

- wejdźcie, wejdźcie- zapraszają. Okazuje się, że trafiłyśmy na bazę studencką na Niemcowej- Trześniowy Groń 5. Wchodzimy do środka. 
- cześć. Wychodzicie na dwór, czy na pole?- Są to pierwsze słowa, jakie padają z ust Hrabiego, jednego ze stałych bywalców. 
- Na pole- odpowiadam oszołomiona. 
- Galicja! Zróbcie im herbaty.- jestem przekonana, że gorącą herbatę dostajemy wyjątkowo. Niedługo później okazuje się, że w większości chałup panuje taka przyjazna, górsko-domowa atmosfera, Mile widziany jest każdy turysta i to nie dlatego że płaci, tylko dlatego, że jest.

Bywają oczywiście wyjątki. Na przykład chatka na Potrójnej. rządzi tam niejaki Leszek, a o jego stosunku do przychodzących najlepiej świadczy ostrzegawczy napis "Turysto uważaj, Leszek na chatce. lepiej zawróć". Z drugiej strony, od strony banku, gdzie robi się przelewy i składa depozyty (czyli od strony latryny) miała zostać umieszczona tabliczka "Kubuś wita!!!". Kuba to ogromny wilczur, na co dzień przyjazny, ale kiedy wieczorem wypuszczany jest na zewnątrz, nie radzę podchodzić nawet ogromnemu niedźwiedziowi. Obie tabliczki nie odstraszają jednak plecakowiczów, gdyż w gruncie rzeczy Leszek jest bardzo miłym człowiekiem, a jego niechęć skierowana jest głównie do turystów zmotoryzowanych, którzy nie zważając na zakaz wjazdu, przyjeżdżają tu samochodami pseudoterenowymi. Dla nich Leszek przygotowuje specjalne pułapki- doły na drodze. Spędziłam na Potrójnej tydzień i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to jedna z sympatyczniejszych chatek. Tłumy wrzątkowców omijają chałupę z daleka, ze względu na charakter Leszka. Dlatego można tu znaleźć ciszę i spokój, tak potrzebne do obcowania z naturą...

Chatkowe zasady

Chatka na Potrójnej jest jedną z niewielu chatek prywatnych, większość prowadzona jest przez oddziały międzyuczelniane, bądź studenckie koła PTTK. Ze względu na dotacje z instytucji ceny noclegów kształtują sie w okolicach 6-9 złotych, przy czym cena ulega rozmaitym negocjacjom. Zależą one od charakteru bazowego i turysty. Tu zawsze jest coś do zrobienia: trzeba porąbać drewno, napalić w piecu, pójść na zakupy, pomyć garnki... Stali chatkowicze muszą czasem zrobić mały (lub wielki remont) czy wykopać studnię....

Na bazach (czy to chatkach, czy bazach namiotowych, czynnych w wakacje) obowiązuje kilka niepisanych zasad:
  • każdy sprząta po sobie
  • traktuje chałupę jak własny dom, a więc pracuje na jej rzecz
  • w chatce obowiązuje zakaz picia alkoholu (oczywiście bywają wyjątki jak do niedawna Zyndranowa, czy Skalanka, oraz przymykanie oczu, ale to już zależy od bazowego)
  • palenie papierosów odbywa się na zewnątrz
  • w większości chałup obowiązuje zmiana obuwia, chyba, że chcecie później sprzątać całą chałupę
  • jedzenie należy przynieść ze sobą, a generalnie panuje zasada, że wyjeżdżający zostawiają jedzenie bazowemu i reszcie zostających. Osobiście siedząc na dyżurze w Hawiarskiej Kolibie nie zeszłam na dół ani razu. Przez miesiąc cały prowiant miałam od turystów. Bóg raczy wiedzieć czemu najwięcej zostawiali mi keczupu....
  • zazwyczaj gotuje się wspólnie- każdy daje swój wkład w potrawę zwaną zależnie od bazy: pulpą, glumzą lub pawiem... Szczególną tradycją cieszy sie Chatka Górzystów w Górach Izerskich. Przychodzący turysta zostawia całe jedzenie w kuchni i odgórnie wyznaczane są  pory posiłków.

Studencka; nie- studencka

Nazwa studencka nie ma zastosowania wewnątrz. Spotykają się tu wszyscy: licealiści, prawnicy, lekarze, robotnicy, urzędnicy. Zacierają się różnice wiekowe, pochodzeniowe, kulturowe. Przy gitarze, herbacie i Rąbaniu drewna każdy jest sobą, nikt się nie wywyższa, traktowany jest na równych prawach.

Klimat panujący w chatkach studenckich nie ma sobie równych. Tu można odnaleźć to czego zabrakło dla niektórych w normalnym świecie: przyjaźń, zrozumienie wśród ludzi, którzy, wcześniej Cię nie znając, oceniają Cię po tym jaki jesteś, nie jakich masz rodziców i jak wysoko postawione znajomości...


Towarzystwo ludzi o podobnych zainteresowaniach, wieczory przy gitarze i świeczkach, ogień buzujący w piecu i zapach przypalonych podpłomyków sprawiają, ze chce się tu wrócić jeszcze raz i jeszcze raz.....

Będę odchodził i na pewno wrócę, do tej chatynki pełnej ziół i malin, 
gdzie serdeczności zachłanny uczeń kochałem tych co mnie kochali, 
będę odchodził i wrócę niebawem do was przyjaciół w tej starej chacie,
powiemy sobie co z dawna dawien wpisali ludzie w poufny pacierz..

"chatka 2"
sł. autor nieznany;
muz.Grzegorz " Śmiały" Śmiałowski


chatka pod Niemcową- maj'1999

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Tatarski szlak


Podróż po wschodnich kresach naszego kraju, to podróż po językach i kulturach. Rzadko który region prezentuje sobą tak ogromną mozaikę językowo-religijno- Narodowościowo-kulturową. Obok Polaków żyli tu Litwini, Białorusini, Żydzi, Grecy, Ormianie, Niemcy i potomkowie tureckich Tatarów i Karaimów. W odwiedziny do najbardziej egzotycznej mniejszości Narodowej- wyznawców islamu kierunku sunnickiego- wybrałam się pewnego letniego popołudnia...
***


Artur najwyraźniej się nudził. Spotkany przypadkowo w sokólskim sklepie, zawiózł mnie do Kruszynian, potem do Bohonik- do dwóch okolicznych wiosek zamieszkałych w całości przez Tatarów. Pokusił się nawet o zawiezienie mnie na cmentarz muzułmański. Wystarczyło zainteresować się regionem i miejscową kulturą, a Artur- dzisiaj tłukący bezpłatną fuchę taksówkarza- woził mnie i mój plecak po całym tatarskim szlaku, opowiadając historię, skąd Tatarzy wzięli się w tej części Europy. 
Otóż:

Pojawienie się Tatarów na terenie Polski wiąże się z ekspansją średniowiecznych Mongołów na ziemie ruskie. Pierwsi przodkowie naszych Tatarów przybyli do Europy Wschodniej wraz z armią Batu-chana (wnuka Czyngis-chana) w pierwszej połowie XIII wieku. Po śmierci Batu-Chana, władcą Złotej Ordy został jego syn Sartak, jednakże był on chrześcijaninem, czego nie mógł ścierpieć jego stryj, Berke. Sartak zginął otruty, podobnie stało się z jego następcą, nieletnim Ułakczi. Władzę przejął Berke, gorliwy muzułmanin. Faworyzował on islam, rozpoczął islamizację państwa, jednak pomimo wszelkich wysiłków stara religia mongolska (szamanizm) wciąż była bardzo popularna. Przeciwnicy polityki wyznaniowej Berke-chana emigrowali na tereny Rusi halickiej i z pewnością z tym należy wiązać powstanie pierwszych osad tatarskich: Bokaty, Koczubejowa, Kotłubejowa czy Makarowa tatarskiego. Przybysze szybko zostali zasymilowani, przyjęli język i kulturę ruską, pozostawiwszy jednak elementy rodzimej kultury oraz oczywiście religię.




Najświetniejszy okres w dziejach Tatarów przypada na okres panowania księcia Witolda, którego tradycja uczyniła twórcą osadnictwa tatarskiego na Litwie. Pamięć o nim jako władcy szczególnie przychylnego ludności tatarskiej zachowała się w modlitwach i podaniach. Do połowy XVIII wieku Tatarzy w swych codziennych modłach nazywali Witolda podporą islamu w krajach niewiernych, a jeden dzień w roku przeznaczali na modły za jego duszę...



Różnie układały się losy Tatarów w późniejszych wiekach, jednak dla aktualnego wizerunku gmin tatarskich ważny jest okres powojenny, kiedy ludność tatarska mieszkająca na kresach stanęła przed dylematem, czy zostać w dotychczasowych siedzibach, czy wyjechać na nowe tereny po polskiej stronie granicy. Większość ludności rolniczej została, także według danych Muzułmańskiego Związku Religijnego w 1947 roku liczba muzułmanów w Polsce nie przekroczyła tysiąca. W kilka lat później dołączyło jeszcze kilkaset osób. W granicach Polski istniało jedynie kilka skupisk ludności muzułmańskiej na Podlasiu i Białostocczyźnie, tam też osiedliła się większość ludności biorących udział w akcji repatriacyjnej, część jednak wyjechała na ziemie Zachodnie, gdzie szybko zostali zasymilowani. Dziś kolonie muzułmańskie tworzą miasta Gdańsk, Warszawa oraz wsie na terenach Podlasia i Białostocczyzny. Pozostały dwie wsie w całości tatarskie: Kruszyniany i Bohoniki...


Tatarski szlak zaczyna się i kończy w Kruszynianach

W Kruszynianach po meczecie oprowadzała nas młoda Muzułmanka, niezbyt zainteresowana swoją rolą. Być może dlatego meczet w Kruszynianach nie zrobił na mnie większego wrażenia. Być może też dlatego, że z zewnątrz jest po prostu brzydki. Przez kępę starych drzew przebijają się deski szalunku meczetu w kolorze jaskrawozielonym. Niepozorny mały budyneczek, stojący z boku wsi, ogrodzony i niejako odseparowany. Gdybym nie była tu z Arturem, zapewne przeszłabym koło niego, nie zauważywszy go i pewnie głupio bym się spytała "gdzie tu meczet?". Elementem wyróżniającym go z rzędu domostw jest charakterystyczny księżyc z gwiazdą. 

Świat zamknięty w Koranie

Drzwi do meczetu w Bohonikach otworzyła nam klasyczna wiejska kobieta z uklepanymi pod chustą włosami, w wyciągniętej spódnicy i byle jakim sweterku. Pół metra za drzwiami, w "sieni" meczetu ściąga przydeptane klapki, zostając w śnieżnobiałych skarpetkach. Nie mija pół minuty i kobieta, która jeszcze przed chwilą wyglądała jakby odeszła wprost od gospodarskich zajęć, za pomocą dwóch ruchów ubiera na siebie szatę muzułmańską. Potrzebuje jeszcze trzech ruchów dłońmi, aby zawiązać pod szyją chustę i oto stoi przed nami Muzułmanka z krwi i kości. Tatarka, która wszedłszy do Sali modlitw dla mężczyzn, przenosi nas w zupełnie inny świat. 

Świat zamknięty czterema ścianami meczetu. 
Świat ograniczający się do zielonego płótna ze złotym sierpem i gwiazdą, do XVI wiecznego podnóżka na Koran i do kilkunastu zakurzonych egzemplarzy Koranu. 
W zaczarowany Świat polskich Tatarów. 





Żyją tak jak każdy inny człowiek na polskiej wsi. Uprawiają ziemniaki, hodują bydło. Nie chodzą do meczetu. Choć w islamie obowiązuje pięciokrotna modlitwa w ciągu dnia, rzadko który polski Tatar pojawia się w meczecie częściej niż dwa razy w roku, a już żaden nie klęka twarzą zwróconą ku Mekce, częściej niż raz dziennie. Ostatnio jednak, opowiada nasza przewodniczka, gwałtownie wzrosła religijność. A wszystko za sprawą króla Arabii Saudyjskiej, który na własny koszt rokrocznie zaprasza do swojego kraju 15 Muzułmanów z całego świata, pozwalając tym, których na to nie stać, zrealizować pielgrzymkę do Mekki- piąty filar Islamu. W ten sposób sam realizuje kolejny filar- jałmużnę.


Ludność mieszkająca w tych okolicach nosi tatarskie imiona, lecz polskie nazwiska. Klasycznym przykładem jest Muhammad Sokołowski, kuzyn naszej przewodniczki i Alik Kowalski, jej syn. Kiedy tatarscy osadnicy dostawali ziemię, musieli przyjąć polskie nazwiska, gdyż za nic w świecie nie chcieli zrezygnować z religii. Świat polskich Tatarów jest innym światem, ciężko go opisać bez gruntownej wiedzy etnograficznej, religijnej i społecznej. Ale nawet bez tej wiedzy można go poczuć w meczecie, na cmentarzu czy w sklepie w Kruszynianach. 


Kruszyniany- lipiec'2002 


Szlak Tatarski po polskiej stronie:

Muzeum Ziemi Sokólskiej (Sokółka) - Wiatrak drewniany 'sokólski' (MALAWICZE GÓRNE)- Mizar- cmentarz muzułmański (BOHONIKI)- Zabytkowy mizar (BOHONIKI)- Meczet tatarski (BOHONIKI)- Związek Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej - Dom Pielgrzyma (BOHONIKI)- Rynek w Krynkach (KRYNKI)- Dawna wieś tatarska (Białogorce)- Zespół dworski (Górka)- Meczet (KRUSZYNIANY)- Mizar- cmentarz muzułmański (KRUSZYNIANY)- Dworek Zacherta obecnie siedziba Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej (SUPRAŚL)- Centrum Kultury Muzułmańskiej (w budowie) (BIAŁYSTOK)