czwartek, 26 marca 2020

#OstońWChołpie,- Masz czas na czytanie...

Zrodlo zdjecia - empik.com

O ogólnoświatowej sytuacji wiedzą już chyba wszyscy. Tym, którym nadal wydaje się, że jest to histeria, sugeruję przypomnienie sobie książki z czasów szkolnych. Mówię tu o Dżumie Camusa, rzecz jasna. 

Ale ni o tym chciałam... W związku z akcją #OstońWChołpie, a po polsku #ZostańWDomu", zapewne wielu z Was (bo wszyscy mamy te owsiki co nas pchają do łażenia) nie może usiedzieć. Zrozumiałe.

Dlatego proponuję Wam - uwaga - merytoryczne przygotowanie się do wycieczek"po epidemii", lub poczytanie książek, dziejących się w...  Skąd je brać, skoro biblioteki są zamknięte? W serwisie nakanapie.pl pojawił się artykuł #NieWychodzęZDomu, bo #TerazCzasNaCzytanie!, gdzie znajdziecie mnóstwo informacji, gdzie i co (i za ile) jest dostępne w ramach tej akcji.

Ponieważ ja się tam udzielam mocno (niekomercyjnie, jak to ja), bo wybitnie mi się ten portal podoba, to zrobiłam (na razie tylko kilka) wpisów pt "dzieje się w...", co może się przydać, jeśli tak jak ja lubicie czytać książki dziejące się w miejscach, do których jeździcie lub chcielibyście pojechać.

Na razie nie ma tego dużo, ale jest tak:
A gdyby ktoś chciał poczytać o krainach odległych... to z pełną odpowiedzialnością odsyłam Was do bloga Kazimierza Pawłowskiego, drogiego mojemu sercu kumpla, który zawodowo jest pilotem wycieczek. Wykorzystuje czas "#OstońWChołpie" na uzupełnianie arcyciekawego bloga.

Zostańcie w domu. 
Ziellona







piątek, 13 marca 2020

Kontrowersyjny Beskid - rzecz o nazwie

Gdzie leży Beskid Makowski?  Jakie są  jego granice? Co oferuje przeciętnemu turyście, a co wykwalifikowanemu krajoznawcy? Wiadomości na ten temat próżno szukać w internecie. Próżno też ich szukać w publikacjach naukowych oraz turystycznych. Przez długi czas zastanawiałam się dlaczego tak jest?

Więciórka - wieś, między Kotuniem, a Koskową


Czy te góry są  gorsze od innych? Nie mają tak spektakularnej historii jak Beskid Niski czy Bieszczady, ale czy tylko krzywda ludzka stała się powodem, modnego dziś, "odkrywania Beskidu Niskiego"? Nie mają charakteru alpejskiego, jak Tatry, ale czy w Tatrach w sezonie letnim nie-wspinacz znajdzie chwilę ciszy i spokoju? Nie są  tak wysokie jak Gorce, ale czy Gorce faktycznie powalają swoją wysokością na kolana? Nie chcę tu dyskredytować innych gór, wszak wszystkie te grupy górskie uwielbiam, ale...

Ale dlaczego co chwilę wydawany jest nowy przewodnik po Gorcach, Niskim, Pieninach, Żywieckim, a o Beskidzie Makowskim – cicho, głucho? Długo się nad tym zastanawiałam  i w końcu zrozumiałam sedno sprawy.

Beskidu Makowskiego po prostu ... nie ma...


Według Wolnej Encyklopedii Wikipedia Beskid Makowski to  grupa górska, część Beskidów Zachodnich. Położony jest między Koszarawą na zachodzie, a Rabą i jej dopływem Krzeczówką na wschodzie. Publikacje nazwijmy to turystyczne, przedstawiają ten problem nieco inaczej. I tu zaczyna się problem.

Zacznijmy od tego, co wie przeciętny turysta.

Ma on do dyspozycji mapy i przewodniki ogólnodostępne. W nich nazwa Beskid Makowski wymieniana jest na równi z Beskidem Średnim. Czytałam kiedyś pewien artykuł, gdzie wyjaśnione było, iż tereny te zostały nazwane Beskidem Średnim i łączyły w sobie zarówno Beskid Wyspowy oraz "nasz Makowski".

Naukowe kręgi krajoznawcze szybko jednak reaktywowały nazwę Beskid Wyspowy, dla grupy górskiej położonej między Rabą na zachodzie, a Dunajcem na Wschodzie. Tutaj różne środowiska i różni autorzy dyskutowali o przynależności pasma Lubomira i Łysiny oraz o paśmie Zębolowej (błędnie nazywanej Zębalową). Pozostałą, po "odłączeniu" Beskidu Wyspowego, część Średniego nazwano Beskidem Makowskim.
Problemy trwały nadal.


Kapliczka na Pękalach


Jedni uznawali za wschodnią granicę - dolinę Raby, inni włączali do tej grupy również pasmo Lubomira i Łysiny. Ciekawe dyskusje, przekształcające się niekiedy nawet w kłótnie, trwały w schroniskach górskich. No bo popatrzmy logicznie - skoro Beskid Wyspowy odżegnuje się od pasma Lubomira i Łysiny, a niektórzy krajoznawcy również tego pasma nie włączają do Beskidu Makowskiego- to powstaje nam nowa grupa górska...

Proponuję więc powołać się na dr Mieczysława Orłowicza, którego autorytetu chyba nikt nie zamierza kwestionować.
W swoim "Przewodniku po Galicji" z 1919 roku tereny położone między Skawą, a  Dunajcem zalicza do Gorców. Dokładniej rzecz ujmując, do Gorców zalicza tereny położone pomiędzy "Skawą, ewentualnie Rabą". Szczególnym słowem jest tu "ewentualnie"- co wtedy z terenami pomiędzy Skawą, a Rabą?
W 1938 roku Mieczysław Orłowicz wydziela region pomiędzy tymi dolinami jako Beskid Myślenicki, za granicę wschodnią określając dolinę Stradomki. Na ten podział powołują się autorzy przewodnika - jedynego w tym momencie kompleksowego opracowania - Beskid Myślenicki. . Nazwą Beskid Makowski posługiwali się Lencewicz i Kondracki i dzięki nim ta nazwa rozpowszechniła się na dobre.
Patrząc na całą kłótnie i dyskusje dotyczące tego regionu, niepojętym wydaje się, że tak naprawdę 

Rzecz idzie o nazwę...


Granice Beskidu Makowskiego, wyznaczone przez Lencewicza i Kondrackiego, pokrywają się niemal z Orłowiczowskim Beskidem Myślenickim. Niemal - gdyż do Myślenickiego dodatkowo należała "ta część Beskidu Wyspowego, do którego  "wyspowatości" nie ma najmniejszych wątpliwości". Oczywiście chodzi tu o Strzebel i Luboń Wielki oraz pasmo Lubogoszczy i Cietnia.

O problemy nazewnictwa potykali się wszyscy, którzy w ogóle chcieli poruszyć temat tego regionu. Zwolenników nazwy "Beskid Makowski" jest niemal równie dużo, jak jego przeciwników - podobnie rzecz się ma z nazwą Myślenicki. Jak młody przewodnik górski miał napisać cokolwiek na ten temat nie narażając się autorytetom?

W końcu w 1993 roku Dariusz Dyląg wydał swój pierwszy "Beskid Myślenicki". Równocześnie (okazją było 650 lecie Myślenic) pojawiła się publikacja Juliana Zinkowa "Myślenice i okolice" i tak drgnęła tematyka regionu. Wciąż były to jednak wydawnictwa lokalne, niedostępne dla przeciętnego turysty.
W 10 lat później do współczesnego znawcy tematyki Beskidu Myślenickiego, Dariusza Dyląga, dołączył młody historyk, specjalizujący się w historii "Żelbetu" na ziemi myślenickiej - Piotr Sadowski (od niego pochodzi 99% wiadomości na temat partyzantki w tych regionach). Współpraca obu panów zaowocowała unikatowym przewodnikiem - tym razem o wydanie pokusiła się Oficyna Wydawnicza Rewasz. 


Z widokiem na Wyspowy



Ten region- obojętne jak go nazwiemy- ISTNIEJE


 Problemy wynikają z ogromnego zróżnicowania terenów położonych pomiędzy doliną Skawy na Zachodzie, a Krzyworzeki na wschodzie oraz szlakami komunikacyjnymi (po polsku: głównymi drogami)  Dobczyce- Myślenice- Wadowice na północy oraz Rabka- Jordanów- Maków Podhalański na południu. Ten teren bowiem staramy się objąć naszym portalem- bynajmniej nie dlatego, ze uważamy że nazwa Beskid Makowski jest nazwą poprawną (prywatnie jestem zdania, że autorytet Orłowicza jest niekwestionowalny i przyjmuję jego nazewnictwo), ale ze względu na jej popularność i chęć pokazania szerszemu gronu, że ten region- obojętne jak go nazwiemy- ISTNIEJE.

Jesteśmy zdecydowanym przeciwnikiem tendencji "pustki turystycznej w tym regionie - że pozwolę sobie przekształcić słynne zdanie.

Ujmijmy to w sposób mało naukowy: nieważne, czy zaliczymy do B.M. (obojętne jak go nazwiemy) pasmo Lubomira i Łysiny, czy dopuścimy Zębolową, nieważne czy zamek w Dobczycach będziemy opisywać jako atrakcję regionu, czy okolic.
Z punktu widzenia turysty to wszystko jest nieważne.

Ważne jest natomiast to, że nie jest to biała plama na mapie, że żyją tu cudowni ludzie (czy nazwiemy ich Kliszczakami, Góralami Myślenickimi, Zagórzanami czy Gaciorzami); że w pięknych pachnących żywica lasach roi się od grzybów, czernic i borówek; że odpoczywając na łące wśród chabrów i rumianków niejednokrotnie spod nóg wyfrunie nam skowronek. I choć w okolicy jest mnóstwo miejsc chronionych i pomników przyrody to jednak nie ma tu Parku Narodowego, dzięki czemu nie ma nakazu poruszania się tylko po znakowanych szlakach. Beskid M. jak żaden inny region w małopolskim oferuje wspaniałe widoki, cudowne góry, przepiękne lasy, pola pszenicy – a to wszystko z pełną dowolnością wypoczynku. Jedyne zasady tu panujące to są  tak zwane zasady "zdroworozsądkowe"- nie śmiecić, nie niszczyć roślin i grzybów, nie straszyć zwierząt.
Zobacz piękno Beskidu M., poczytaj trochę co możesz tu znaleźć, a potem...

Spakuj plecak  

lub włóż kilka potrzebnych rzeczy do bagażnika samochodu i pojedź nie więcej niż 60 km od Krakowa. I na własne oczy zobacz, ze to co opisujemy to prawda, ale... zobaczysz o wiele więcej, bo piękna tego regionu nie da się ani opisać, ani pokazać – trzeba go poczuć...

Zawadka'2006
  • Opublikowane również na portalu czytelniczym - www.nakanapie.pl, bo tam, za chwil parę, będzie pełne zestawienie książek o Myślenickim (jak zrobię)

piątek, 10 stycznia 2020

ZAPOMNIANY KONIEC POLSKI

Kilka lat temu na baraku nad Negrylowem wisiała tabliczka "Koniec Świata". Powiesili ją jacyś turyści. Kiedy pojawiłam się tutaj w 1997 w sierpniu, tabliczki już nie było. Ale zostało poczucie innego świata. Zostało to ulotne "coś", wyczuwalne w każdej opuszczonej wiosce, ale zapach granicy dodaje to, co stwarza z tego miejsca jedyne na świecie...

Prawdziwy "koniec świata". 
Mieszkańcy Sianek bardzo nie lubią tej nazwy. Chociaż tutaj rzeczywiście wszystko się kończy. 
Czas. Zakazy. Odpowiedzialność.

Ale tylko dla nas. 
Dla drwali znad Negrylowa toczy się tutaj walka o przetrwanie...

Puk- puk- rozległo się delikatnie.

- Oho, turyści.- uśmiechnął się Jasiek- ostatnio ich tu coraz więcej. Ale to dobrze nie nudzi nam się. Może to jakaś dziewczyna?- rozmarzył się, a mnie zastanowiło czy tak samo zareagował, kiedy trzy lata temu do tych samych drzwi rozległo się moje "puk- puk..."
Miał szczęście. Już za chwilę drugi z drwali, Zbyszek, wprowadził do kuchni całkiem sympatycznie wyglądającą dziewczynę.

- Przepraszam, czy to jest ten sławny koniec świata?- zapytała.
Zgodnie wytrzeszczyliśmy na nią oczy. 

- Oglądałaś pewnie ten reportaż - zaśmiał się Zbyszek - Kilka lat temu przyjechała ekipa z Warszawy robić opowieść o jedynym żyjącym tu, na odludziu, człowieku. O Tadku, leśniczym. Jakoś tak się stało, że doszli do niego do chałupy, a opuścili ten nasz barak. A tu przez całą zimę toczyło się życie... pod śniegiem...- zaśmiał się. - mieliśmy zrobione takie okienka w dachu, przez które wychodziło się...- wyraźnie szukał słowa, którego można użyć w towarzystwie pań...-... za potrzebą.


Zima na końcu świata

Trzy miesiące siedzieli za zaspami śnieżnymi, odcięci od świata. Po dwóch tygodniach skończył się chleb i sery. Zostały ogromne ilości mąki, z której robili podpłomyki, i niezliczone ilości konserw. 

- Puszek to my nawet nie otwarli- wpadł mu w słowo Jasiek- Było tak zimno, że mięso trzymało się samo: Warstwa trotów, warstwa śniegu, znowu troty i śnieg i jest lepiej niż w lodówce. Na polowanie to my nawet nie wychodzili. Zwierzęta same podchodziły. Przybyło mi tamtej zimy 6 kilogramów. Dopiero w połowie lutego skończyło się wino i wtedy zaczęła się bieda.

Połowa życia "moich" drwali upłynęła w towarzystwie niedźwiedzi, kilku strażników z posterunku Straży Granicznej w Tarnawie i ogromnej ilości wina z jeżyn domowej roboty. Do najbliższego sklepu jest stąd 18 kilometrów, a do przystanku PKS- 26. Dlatego ludzie rzadko tu zaglądają. czasem zbłąkani turyści w poszukiwaniu ciszy i spokoju zajrzą na chwilę do Sianek. 

Podziwiają stałych mieszkańców i ...zazdroszczą. 

- Nie ma czego.- przekonuje Zbyszek- To ciężka harówa. Wyrąb lasu w dzień, a w nocy... my śpimy, ale strażnicy niekoniecznie... czasem mają akcję, jak nie to... mamy dobre wino- dodaje na wytłumaczenie. W okolicach Negrylowa, w najbardziej na południowy wschód wysuniętym kawałku Polski, znajduje się główny "punkt przerzutowy". Szmugluje się papierosy, broń, ale głównie ludzi, Azjatów, szukających pracy w Niemczech.

Anegdotyczne transporty

- ... pewnego dnia złapaliśmy transport aż z Chin.- powiedział pan pogranicznik, który przyszedł wieczorem na odwiedziny- Trzeba mieć pecha. Przejść cały Sojuz i zostać złapanym tutaj- o krok od granicy niemieckiej. 

Opowiadał również o dziadku, który przeszedł na polską stronę w poszukiwaniu zagubionej kozy. Wszyscy WOP-iści, zamiast szukać uciekinierów, poszukiwali zbiegłego zwierzątka... Podobnych anegdot można opowiadać wiele, wszak rocznie nielegalnie przekracza granicę około pół tysiąca osób, przy czym około 75% zostaje złapanych. Granica pilnowana jest naprawdę świetnie. Każdy krok obserwowany jest przez kilku strażników, a przekonałam się o tym w sposób bardzo prosty, wręcz przyziemny. Będąc następnego dnia na rzadko odwiedzanej połoninie Kińczyka powiedziałam , ot tak sobie:

- Miłej pracy, panowie.- Na połoninie byłam sama, mogłam mówić wszystko. Ale taki obrót sprawy nie przyszedł mi na myśl...

- Dzień dobry pani- powiedział strażnik, który pojawił się nagle, rzec by można , u moich stóp. Jak wygląda połonina, chyba nie trzeba tłumaczyć. Trawy, trawy, wszędzie trawy. skąd on się tam wziął i gdzie był schowany, dalibóg nie wiem!!! Wtedy miałam w kieszeni zezwolenie, ale bez zezwolenia taka wyprawa może się skończyć karą w wysokości 500 PLN, jeżeli złapie strażnik polski, albo przymusową wizytą na Ukrainie, sprawą karną tamże i odpowiednią karą pieniężną. Szczęśliwy strażnik ukraiński dostaje dwa tygodnie urlopu.

Strażnicy graniczni potrafią nawet zapukać do schronu w środku nocy, żeby sprawdzić tożsamość nocujących tu turystów. czasem wydaje się, że na każdym drzewie mają rozwieszone kamery- tak dokładnie wiedzą ile osób przeszło do grobu Hrabiny...

Corocznie przychodzi tu kilkadziesiąt turystów, aby oglądać mogiły Andrzeja i Klary Stroińskich, ostatnich właścicieli Sianek, oraz resztki dworu, leżące nad potokiem Niedźwiedzim. Zbyszek, choć mieszka tu od kilkunastu lat, na grobie Hrabiny nigdy nie był.

- Bo i po co? Hrabiny już tam dawno nie ma...

Ja jednak poszłam odwiedzić hrabinę. To już taka mała tradycja. Stojąc w tym opuszczonym przez ludzi miejscu, mając pod nogami wijącą się niebieską wstęgę Sanu, aż trudno uwierzyć, że jeszcze pięćdziesiąt lat temu Sianki były centrum turystycznym. 1500- set mieszkańców oferowało ponad 2000 miejsc noclegowych w "dziesięciu domach letniskowych, sześciu pensjonatach i schronisku PTN"W roku 1937 było tutaj 7 sklepów spożywczych, dziś do najbliższego należy iść 26 kilometrów.. W połowie drogi między schronem, a grobem znajduje się jedyne stanowisko świerka karpackiego- jest to jedno z niewielu miejsc w okolicy, gdzie nie mają wstępu siekiery. Specjalną ochroną otoczone są  również torfowiska. Największe znajduje się w Tarnawie (34 ha). Torfowiska wysokie porośnięte są  mchami torfowcami, wełnianką pochwowatą, bagnem zwyczajnym i rosiczką okrągłolistną. W rezerwacie "Litmirz" znajduje się jedyne w Polsce stanowisko turzycy bagiennej.

Kolejką przez dolinę Sanu


W dawnych czasach torfowiska okrążała kolejka wąskotorowa, o której istnieniu często się zapomina. Zwożono nią drewno z Sokolików, gdzie łączyła się ona z normalnotorową koleją w Siankach. Trasa kolejki biegła z Ustrzyk przez Bereżki, Muczne, Tarnawę właśnie do Sokolików. Ze względu na uciążliwe pertraktacje z okolicznymi chłopami, kolejka miała bardzo kręty przebieg i, niekiedy, spadek powyżej 35 stopni, czyli "znacznie przekraczający normatyw". Ów "przekroczony normatyw" powodował liczne wykolejenia, a nawet pojawiały się ofiary śmiertelne. 

Po drugiej wojnie światowej mostki zostały mocno zniszczone, także kolejka pokonywała je na wolnych obrotach, a obsługa, łącznie z maszynistą, przechodziła je na piechotę. Stary drwal, do teraz mieszkający w Sokolikach, opowiadał, że każda kolejka miała swój charakterystyczny gwizd i po nim orientowano się z czym i skąd jedzie. Do naszych czasów dotrwały tylko resztki mostu pomiędzy Mucznem, a Tarnawą oraz kawałki nasypu niedaleko Sokolików. 


Po drugiej stronie


Po drugiej stronie mocno dziurawej, ale asfaltowej drogi Muczne- Tarnawa przewija się więcej osób. Jako turyści głównie przyjeżdżają myśliwi, dla których w latach 70-tych został wybudowany gigantyczny hotel w Mucznem, a tereny Dźwiniacza, Łokcia i Tarnawy poprzecinano, też z myślą o wygodzie myśliwych, ogromną ilością betonowych dróżek do dziś straszących swoją brzydotą. W latach późniejszych wybudowano tu dwie myśliwskie chatki, udostępniane również dla turystów: w Dydiowej i pod Obnogą. 

Cisza i spokój królują wszędzie, aż w głowie się nie mieści, ze w latach 1921-22, kiedy przeprowadzano tu rejestr ludności mieszkało tu prawie 3000 osób!!! W ramach oczyszczania pasma granicznego wywieziono mieszkańców na Ukrainę, na ziemie Odzyskane. Rozdzielano wsie, sąsiadów, rodziny. Po Bojkach, góralach ruskich, zostały tylko krzyże..., choć Czasami można znaleźć coś więcej...

Przyszłość? Tu jest tylko przeszłość...


W Bukowcu wytrawne oko wypatrzy ślady potaszni- wytwórni potażu (węglanu potasowego, służącego do wyrobu mydła i stali), w Beniowej obok cmentarza i szopy z wydrapanym na desce napisem w języku ukraińskim "dziękuję za nocleg" stoi również kilkusetletnia lipa, w której cieniu na pewno wylegiwał się jakiś Bojko, pasąc krowy. W okolicach cmentarza w Siankach, w głębokich zaroślach znaleźć można pozostałości pensjonatu, a podobno łóżka, na których śpią turyści w schronie nad Negrylowem pochodzą z tutejszego szpitala sprzed kilkudziesięciu lat...

Łąki dolin Górnego Sanu, zniszczone przez wieloletnią gospodarkę leśną i barbarzyńską rekultywację materiałami wybuchowymi, odżywają. Użytkowane jeszcze w latach czterdziestych pola uprawne porosły już krzakami i olszyną. Stare drzewa ustępują pod siekierami drwali, a na ich miejsce leśnicy zasadzają nowe. Zanim jednak młody las wyrośnie, mini wiele lat, a starych drzew do wyrębu starczy na 7, może 8 lat.

Co zrobią wtedy drwale, którzy w schronie nad Negrylowem spędzili 18 lat? 

Z dala od ludzi. 

Z dala od cywilizacji.

Czy za te kilka lat rozlegnie się ciężkie "puk-puk", które każe im się spakować i wyprowadzić nie wiadomo dokąd? 

Wrzesień'1999- Sianki


Komentarz pana Witolda Augustyna

Zamieszczony komentarz jest autorstwa pana Witolda Augustyna i przedstawia jego punkt widzenia i jego krytykę dotyczącą mojego artykułu Zapomniany koniec Polski. Została zachowana oryginalna pisownia.

Zdenerwowały mnie bardzo Pani oceny i sugestie, że dla myśliwych został wybudowany przeze mnie hotel a drogi przez mojego nieżyjącego juz kolegę Eugeniusza Potaczałę. Dlatego gwoli prawdy napisałem ten komentarz do Pani artykułu.
Pozdrawiam
Witold Augustyn

"Jako turyści głównie przyjeżdżają myśliwi, dla których w latach 70-tych został wybudowany gigantyczny hotel w Mucznem",- tak pisze Katarzyna Turska w swych wspomnieniach z Bieszczad.
Nie wielu z nas żyje tych, którzy budowali Osiedle Robotnicze Muczne. 
Wybudowali drogi jak pisze Katarzyna Turska ... tereny Dźwiniacza, Łokcia i Tarnawy poprzecinano, też z myślą o wygodzie myśliwych, ogromną ilością betonowych dróżek do dziś straszących swoją brzydotą.
Pisanie takich bzdur przez Katarzyne Turska jest obrazą dla bieszczadzkich pionierów, którzy poświęcili swoją młodość, zdrowie, żyjąc i pracując w niewyobrażalnie trudnych warunkach po to, aby tą  dziką i zapomniana przez Boga i ludzi krainę przywrócić gospodarce leśnej i turystyce. Też i po to, aby autorka po tych / betonowych???/ drogach w trakcie ich budowy przesyconych ludzkim potem, pęcherzami na dłoniach od łopaty i kilofa, samochodem mogła jeździć 

Z tym gigantyzmem hotelu to wielka przesada i z tymi myśliwymi też
Budując leśniczówki, gajówki, domy robotnicze, hotele robotnicze, drogi leśne, kolejkę wąskotorowa Nowy Łupkow Moczarne nikt nie myślał o myśliwych. 
Wszystkie te inwestycje nakierowane były na rozwój gospodarki leśnej.
Zaludnienia tej opustoszałej krainy, bo tam potrzeba było osiedlić stałych pracowników..
Owszem myślistwo dewizowe i elitarne rozwijano, ale wyłącznie na terenie Arłamowa. Myślistwo-rozwinięto go dopiero po zmianach ustrojowych, kiedy z tej dziedziny zrobiono wielki biznes.

Do Mucznego pod koniec 1971 przyjechałem wraz załogą budowlaną na gołą trawę z zadaniem wybudowania Osiedla Robotniczego Muczne, osiedla dla drwali i leśników oraz hotelu robotniczego dla robotników leśnych.
Hotelami robotniczymi były zawsze drewniane baraki z studnią wyposażoną w korbę i wiadro wygódkami na zewnątrz, W zimie rano z zamarzniętym wiadrem z wodą obok pieca kuchennego...

Ten hotel w Mucznym miał być pierwszym w Lasach Państwowych hotelem o wysokim standarcie jak na ówczesne warunki.
Ta cześć Bieszczadów w okolicach Mucznego otoczona była niemalże dziewiczymi borami.
Kto chodził tam na grzyby to wie, że największą trudności było przekraczanie powalonych ze starości drzew? Setki tysięcy m3 przestarzałych drzew planowano wykorzystać dla gospodarki Narodowej. Po za tym kornik zaatakował lasy powyżej Tarnawy w Sokolikach. To legło u podstaw decyzji o budowie osiedla i dróg i nic innego jak złośliwie myśli autorka.

Niszczone przez kornik świerki należało jak najszybciej ze względów sanitarnych wyciąć przetrzeć i tym sposobem uzyskać tarcice potrzebna przede wszystkim budownictwu. Też w tym celu uruchomiłem tartak przewoźny w Sokolikach, gdzie prze 3 lata przecierano zniszczone przez kornika świerki. 

Jako ciekawostkę wspomnienie z Bieszczad, chce podać, że w tych Sokolikach tam na wygnaniu pracowali wyłącznie nasi pracownicy, którzy podpadli za alkoholizm i mieli do wyboru dyscyplinarkę albo 6 –mcy czasem więcej pracy w tartaku w Sokolikach. 
To była taka karna kompania. Pracowali tam w absolutnej trzeźwości, bo dwa razy w m-cu jeździli furmanką do Czarnej po zaopatrzenie i tam tez zaopatrywali się w potrzebna Im ilość alkoholu na dwa tygodnie. Częstowali się już w drodze powrotnej i jak mi mówił kierownik tego tartaku nie było ani jednego przypadku, aby ktoś dowiózł pół litra do Sokolik.
Po zakończeniu budowy hotelu w Mucznym poprosiłem leśniczego, aby przeniósł swoich pracowników do hotelu, bo to dla nich został wybudowany. Chyba po moim trupie odpowiedział mi. Ja tych ludzi nigdy tam nie wpuszczę.
Z uwagi na poziom kulturowy, jaki prezentowali ci drwale miał rację. 
Po ich przekwaterowaniu ponownie stwierdziłem, że środowisko kształtuje człowieka. 
Byłem zaskoczony, że Ci ludzie, którzy w izbach, w których sypiali gotowali i jadali, kloc do rąbania drewna stał na środku izby a na sznurach rozwieszonych pod sufitem stale suszyły się przemoczone potem onuce – po przeprowadzce do hotelu zachowywali się wzorowo.
standard Ich ucywilizował, a który wracał do hotelu pijany to w obawie, aby Go nie wyrzucono i pozbawiono luksusu sypiał w kotłowni na węglu.

A co się po ty z ty wszystkim stało? Może kiedyś opowiem 

Witold Augustyn

niedziela, 5 stycznia 2020

Wokół Nawojowej

Autor:  Marek Ryglewicz

Patrząc na mapę wschodniej części Beskidu Sądeckiego, zwanej Pasmem Jaworzyny Krynickiej, zobaczymy liczną sieć dróg odchodzących od drogi krajowej Nowy Sącz-Krynica i ciągnących się wzdłuż potoków spływających z tego masywu do Kamienicy Nawojowskiej.
Drogi te, Chociaż wąskie, często aż do ostatnich zabudowań w dolinie pokryte są  nawierzchnią asfaltową i doskonale nadają się do uprawiania turystyki rowerowej. Biegnące głębiej w dolinę ścieżki czy też drogi bite, umożliwiają osiągnięcie najwyższych grzbietów masywu, gdzie napotykamy czerwony szlak, tzw. Główny Szlak Beskidzki, a w części północnej szlak zielony.



Jadąc drogą z Nowego Sącza do Krynicy, pierwszą większą miejscowością jest Nawojowa, doskonałe nadająca się do wypadów rowerowych w okoliczne dolinki.
Rozpoczynamy w centrum Nawojowej, gminnej wsi leżącej 8 km od Nowego Sącza. Jest to wieś o bardzo starej tradycji sięgającej XV wieku. Obecnie można podziwiać w niej malowniczo położony Pałac Stadnickich, w którym aktualnie ma siedzibę Małopolski Ośrodek Doradztwa Rolniczego. Za pałacem znajduje się piękny park z dużą ilością drzew będących pomnikami przyrody. Fascynują dostojnie rosnące dęby i rozłożysty platan. Po kilkuminutowym spacerze po parku rozpoczynamy właściwą wycieczkę.

Kierunek: bącza Kunina

Kierunek pokazuje drogowskaz bącza Kunina 3 km., stojący przy głównej drodze. Ruszamy wzdłuż potoku, droga łagodnie pnie się do góry. Przejeżdżamy obok parku by po chwili minąć, po lewej stronie,
 piękny, zadbany z końca XIX wieku kościół w Nawojowej. Droga coraz bardziej pnie się do góry. Koło szkoły szlak niebieski skręca w prawo(tak też można pojechać), natomiast my jedziemy dalej drogą, by po 15 minutach osiągnąć grzbiet. Rozciąga się stąd piękny widok na okoliczne dolinki, ale doskonale również widać wschodnią część Kotliny Sądeckiej. Tu PTTK umieściło, dla turystów rowerowych, drogowskaz informujący, że do Nowego Sącza mamy 14.5 km. 

Rower na plecy!

Z tego miejsca skręcamy pod kątem prostym w prawo w polną drogę, którą  dołączamy ponownie do niebieskiego szlaku. Odcinek ten (ok. 1 km.) pokonujemy częściowo prowadząc rower. 

Dojeżdżając do szlaku skręcamy w lewo, by grzbietem wśród pól, podziwiając piękne widoki, dotrzeć do ostatnich przy szlaku zabudowań (ok. 1km). Chwilę po minięciu zabudowań wjeżdżamy w obszar leśny z przewagą jodeł i świerków i jadąc cały czas  pod górę (niekiedy pieszo) docieramy do miejsca gdzie szlak niebieski łączy się z zielonym, który z Nowego Sączą prowadzi przez Ostrą na Makowicę. PTTK umieściło tu kolejny drogowskaz informujący, że do Maciejowej rowerzysta ma do pokonania 22,1 km. Kilka minut odpoczynku wystarczy, aby ruszyć w dalszą drogę, tym razem skręcamy w prawo kierując się w stronę Nowego Sącza.

W dół przez las

Ścieżka lekko opada w dół, Chociaż miejscami z siadamy z roweru, bo nachylenie jest zbyt duże, a na ścieżce pełno uskoków i kamieni. Szlak, z wyjątkiem dwóch dużych polan, cały czas  wiedzie przez gęsty iglasty las z domieszką buka. Na pierwszej polanie na stoku opadającym w kierunku zachodnim obserwujemy ładne widoki w kierunku dolinki potoku Rzeczanowskiego, dopływu Popradu. Po około 5 km jazdy szlakiem zielonym, docieramy do pierwszych zabudowań należących do Żeleżnikowej Małej, gdzie też zaczyna się droga asfaltowa. 

Asfaltem już szybciej

Tu też kończy się las i zaczynają pola uprawne. Jedziemy szybko, gdyż droga cały czas  prowadzi w dół i wkrótce jesteśmy na skrzyżowaniu dróg. Stąd jadąc prosto moglibyśmy dojechać do przedmieść Nowego Sącza, na lewo do Żeleźnikowej Wielkiej, a nasza trasa prowadzi w prawo do Żeleźnikowej Małej. Na początku droga wije się serpentynami następnie łagodniej. W połowie dolinki (ok.3 km) po lewej stronie mijam nowo postawiony kościół, a trochę niżej, po prawej nad potokiem, dom o śmiałej, nietypowej architekturze. Jeszcze ok. 2 km i dojeżdżamy do końca doliny, mijając po prawej ręce stadninę koni, a po lewej budynki technikum rolniczego w Nawojowej. 
I tak, po niecałych dwóch godzinach jazdy i przejechaniu 20 kilometrów, ponownie znaleźliśmy się w punkcie startu, bo wjazd w dolinę do bączy Kuniny znajduje się trzydzieści metrów dalej.

Bącza Kunina i Homrzyska

Autor:  Marek Ryglewicz

Doskonała wycieczka nadająca się na rodzinną eskapadę, krótka, piękna widokowo, wymagająca trochę więcej kondycji, podczas  jazdy do bączy Kuniny. Przejechanie całej trasy o długości 9,8 km, przy uwzględnieniu kilku postojów zajęło mi 2 godziny.

Wyruszamy podobnie jak podczas  wycieczki "Pętla wokół Nawojowej" z centrum miejscowości, wjeżdżając w dolinę w kierunku bączy Kuniny. Jedziemy cały czas  wzdłuż potoku. Mijamy park dworski, o którym wspominałem relacjonując poprzednią wycieczkę, a następnie kościół. Droga cały czas  wznosi się do góry. 



Wokół dużo zieleni, a ponieważ to druga połowa maja, więc w pełni kwitnienia są  drzewa owocowe, rosnące w przydrożnych ogrodach. Kwitnie też jarzębina i bzy. Szlak niebieski, który towarzyszył nam od Nawojowej skręca w prawo, a my rozpoczynamy ostro wspinaczkę na grzbiet. Pragnę w tym miejscu zaznaczyć, że żaden "kodeks rowerzysty" nie zakazuje prowadzenia roweru. Wreszcie po kilkunastu minutach (więcej jadąc niż idąc), docieram na grzbiet, mając na liczniku 3,2 km. Tuż przy drodze, po lewej  stronie znajduje się nowy budynek szkoły podstawowej. Wokół duże skupisko domów. Znajdujemy się w centrum Bączy Kuniny.

Warto tu zatrzymać się na kilka minut, aby odpocząć, ale również pooglądać okolicę. Przed nami w dole dolina którym płynie boczny dopływ potoku Homerka, a nad nią wznoszą się ciemnozielone stoki najwyższego w okolicy szczytu Ostra 834 m n.p.m. 

Odchodząca w lewo asfaltowa droga doprowadziłaby nas ponownie do Nawojowej, a polną drogą w prawo jechaliśmy podczas  poprzedniej wycieczki, aby dotrzeć do niebieskiego szlaku. My korzystamy z wytyczonego przez PTTK oznakowania trasy rowerowej i zaczynamy jazdę na wprost.

Droga asfaltowa, prowadzi na dno doliny. Po chwili znajdujemy się przy betonowym moście. Droga w prawo prowadzi w górę potoku, który bierze swój początek, na stoku Wilczych Dołów 786 m n.p.m., my natomiast przejeżdżamy przez most, skręcamy w lewo i zaczynamy jazdę w dół potoku. Droga wąska ale bardzo dobrej jakości, prowadzi prawie cały czas  w dół. Potok, który początkowo biegnie tuż obok, oddala się, a my mając na liczniku 5,7 km przejeżdżamy przez most na potoku Homerka i już znajdujemy się na drodze prowadzącej do Złotnego.

W prawo zaczynają się Homrzyska, natomiast my skręcamy w lewo i zaczynamy jazdę w dół doliny. Potok Homerka towarzyszy nam po lewej stronie, natomiast rzadka zabudowa należy do Frycowej. Dolina w tym miejscu bardzo szeroka, asfalt dobrej jakości, więc po kilku minutach jazdy znajdujemy się u wylotu doliny, na drodze krajowej z Nowego Sącza do Krynicy mają przejechane 7,7 km. Skręcamy w lewo, przed nami jeszcze 2 km jazdy do centrum Nawojowej

Dolina Złotniańskiej Rzeczki - wersja II

Wyruszamy z Nawojowej podobnie jak podczas  wcześniejszej wycieczki w dolinę Homerki "Doliną Złotniańskiej Rzeki". Jedziemy główną drogą w kierunku Krynicy. Nieco ponad dwa kilometry dalej wjeżdżamy do wsi Frycowa. Skręcamy w prawo w dolinę potoku Homerka i jedziemy w głąb doliny. Przejeżdżamy przez wieś Homrzyska, Złotne. Po chwili kończy droga asfaltowa, kilkaset metrów jedziemy drogą szutrową i dojeżdżamy do szlabanu.


Ponownie zaczyna się asfalt. Droga wznosi się ostro, ale w chwilach słabości zawsze można zejść z roweru. Potok w dole po lewej stronie coraz bardziej zbliża się do drogi. Po przejechaniu 10,2 km droga asfaltowa definitywnie się kończy. Tu mamy trzy warianty do wyboru: w prawo jechaliśmy podczas  poprzedniej wycieczki, do góry ścieżką wyjechalibyśmy (wyszlibyśmy ) na czerwony szlak. My jedziemy w lewo jak gdyby cofając się wzdłuż Żłotniańskiej Rzeki. Dobrej jakości bita droga poprowadzona została trawersem stokami Sokołowskiej Góry 1028 m n.p.m., która wznosi się nad nami po prawej stronie drogi. Wokół piękne bukowe lasy z do- Mieszka jodły i świerka. Znajdujemy się na wysokości około 830 m. Po przejechaniu kilkuset metrów dojeżdżamy do kolejnego rozwidlenia, na którym skręcamy ponownie w lewo. Po prawej ostro wznoszące się do góry stoki Sokołowskiej Góry, z widocznymi wychodniami skalnymi. 

Przy stanie licznika 11,6 km, kończy się starodrzew, a przez znacznie niższe drzewa po lewej stronie już za doliną Homerki widać rozległy szczyt Ostrej 834 m n.p.m.. Kilkaset metrów dalej znajdujemy się na małej polanie, na skraju której stoi wysoka, zabudowana ambona. Widok z niej rozległy, widać między innymi kilkumetrową pionową wychodnie skalną odległą od drogi o kilkadziesiąt metrów. 

Znowu droga prowadzi przez piękny starodrzew, a po prawej stronie widoczne wychodnie skalne. Mając na liczniku 12,8 km znajdujemy się w miejscu, gdzie drogę przecina żółty szlak prowadzący z Frycowej na Halę Pisaną.

Zanim skręcimy w lewo w dół ścieżką za żółtym szlakiem, jedziemy jeszcze dalej drogą, bo około 200 metrów dalej zaczyna się Rezerwat Barnowiec. Oczywiście nie możemy zbaczać z drogi, ale i tak możemy podziwiać wspaniały drzewostan, wychodnie skalne. Wracamy do miejsca gdzie przebiega żółty szlak pieszy. Początkowy odcinek, wąską ścieżką opada dosyć ostro w dół, więc idziemy pieszo prowadząc rower. Wokół ogromne jodły, buków już mniej, a po chwili wychodzimy na rozległą polanę. Przed nami i na prawo piękny, rozległy widok. W dole dolina Czaczowca, a widoczne zabudowania należą do Barnowca. Szlak żółty poprowadzony został działem wodnym między dolinami Homerki i Czaczowca. Cały czas  jedziemy w dół, znowu wjeżdżamy w las, tym razem z przewagą jodły i świerka. 

Licznik pokazuje 15,8 km, a przed nami fantastyczna panorama Kotliny Sądeckiej i wznoszących się wokół niej szczytów. Po lewej mijamy pierwsze zabudowania, a po chwili pojawia się towarzyszące żółtemu szlakowi oznakowanie trasy rowerowej wykonane przez PTTK, prowadzącej z Na- wojowej na Halę Łabowską. Wjeżdżamy w las bukowy, droga lekko opada, zaczynają się pola uprawne i łąki. W dole przed nami widać już dolinę Kamienicy Nawojowskiej i wzno- szące się nad nią zalesione szczyty Beskidu Niskiego. Przy stanie licznika 19,2 km wyjeżdżamy na drogę asfaltową. wąska, dosyć szybko opada w dół, tak że trzeba bardzo uważać.. 

Widać już kamieniste koryto Kamienicy Nawojowskiej, dojeżdżamy do biegnącej prostopadle szerokiej drogi i mając na liczniku 20,9 km wyjeżdżamy na drogę krajową obok nowego budynku szkoły. Do Nawojowej pozostało nam jeszcze 2,6 km całą trasę o długości 23,5 km pokonaliśmy w ciągu 4 godzin

Przejażdżka do Lasku Falkowskiego

Autor:  Marek Ryglewicz

Piękna wycieczka na rodzinne wyjazdy, którą  można wzbogacić o zwiedzanie skansenu. Las Falkowski, obok Chełmieckiego, oraz lasu w Dąbrówce Polskiej, to największe obszary leśne położone w odległości zaledwie kilku kilometrów od centrum Nowego Sącza, a czyż jest lepsza forma wypoczynku niż jazda na rowerze wąską polną drogą przez las. Przejechanie trasy o długości 10,5 km, uwzględniając liczne postoje podczas  jazdy ścieżką przyrodniczą, zajęło nam około 1,5 godziny. Trasa łatwa, a różnica wysokości wynosi około 50 metrów.



Wyruszamy z przed dworca kolejowego Nowy Sącz–Główny. Jedziemy ulicą Batorego, dojeżdżamy do skrzyżowania przy którym kościół kolejowy i hotel "ORBIS". Skręcamy w prawo w ulicę Limanowskiego. Mijamy popularny w całej Sądecczyźnie "elektryk" i dojeżdżamy do skrzyżowania z ulicą Nawojowską. Jedziemy prosto ulicą Królowej Jadwigi. Po prawej ciągnie się pas domów jednorodzinnych, natomiast po lewej stronie dwupasmowej ulicy widać bloki, jednego ze starszych w mieście, spółdzielczego osiedla Millenium. Mijamy Biały Klasztor, oraz wybudowany kilkanaście lat temu o nowoczesnej architekturze kościół i jesteśmy na Rondzie Solidarności . Jedziemy prosto i po chwili znajdujemy się na moście 700-lecia na Kamienicy Nawojowskiej. Po lewej stronie widać kompleks sportowy, dumę miasta, na który składają się duża hala sportowa, pływalnia, boiska, korty tenisowe, oraz usytuowany najbliżej kemping. Mijamy odchodzącą w prawo willową ulicę Jamnicką i kilkadziesiąt metrów dalej (2,2 km) skręcamy w ulicę Długoszowskiego. Wzdłuż niej ciągła zabudowa, w większości nowe domy wybudowane w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Po prawej mamy w miarę równe tereny lekko opadające w kierunku Kamienicy Nawojowskiej, natomiast po lewej w głębi pas wzgórz za którymi znajduje się dolina rzeki Łubinki. Znajdujemy się (3,3 km) przy skansenie etnograficznym. 

Wspaniałe miejsce do rodzinnych wypadów, gdzie na żywo można zapoznać się z historią, tradycją i kulturą Sądecczyzny, a liczne imprezy tam organizowane stanowią dodatkową atrakcję. Trzeba dodać, że skansen jest wciąż wzbogacany o kolejne zabytki, między innymi w ostatnich latach trafił tu drewniany zabytkowy kościół z Łososiny Dolnej. Począwszy od tego miejsca droga zaczyna się lekko wznosić. Wzdłuż drogi po lewej stronie, porośnięte lasem wzgórze. Kilkaset metrów dalej mijamy nieduży budynek szkoły podstawowej, a niewiele dalej w lewo odchodzi wąska ulica Lasek Falkowski. Zawieszona obok tablica zaprasza do spacerów po ścieżce przyrodniczej. Skręcamy w lewo wjeżdżamy w las i po przejechaniu około 100 metrów znajdujemy się na dużej śródleśnej polanie. Pośrodku niej znajduje się nowo wybudowany kościół pw. Św. Antoniego, a przy drodze tablica informacyjna, oraz mapa z zaznaczoną trasą "Terenowo-dydaktycznej ścieżki "Las Falkowski". Właściwa ścieżka zaczyna się zaraz za kościołem a jej przebieg wyznaczają białe paski namalowane na drzewach. Ścieżka została zaprojektowana i wytyczona dla pieszego zwiedzania, bo przecież trudno pokonać Chociażby zjazd czy wjazd po drabinie. Ale rozwiązanie zawsze się znajdzie, w takich miejscach wystarczy po prostu zsiąść z roweru.

Na całej trasie w ciekawych przyrodniczo miejscach, postawiono tablice informacyjne, ławy, oraz charakterystyczne rzucające się w oczy słupy z numerem stanowiska. I tak np. Na stanowisku nr. 6 eksponowany jest Torfowiec ostrolistny, a trochę dalej można podglądać w małym stawku płazy. Cały teren jest bardzo urozmaicony, ciągle jakieś zjazdy, przechodzące po chwili w podjazdy. Na pewnym odcinku przejeżdżamy obok miejsca gdzie kiedyś znajdowała się skocznia, oraz tor saneczkowy, a w dole poprzez drzewa widać dolinę Łubinki, oraz drogę Nowy Sącz- Grybów. Od tego miejsca ścieżka przyrodnicza prowadzi razem z pieszym, zielonym szlakiem wytyczonym przez Polskie Towarzystwo Turystyczne. Wspólna trasa prowadzi zaledwie przez 200 metrów, bo po chwili szlak zielony skręca w lewo, natomiast my jedziemy prosto wąską ścieżką. Ścieżka prowadzi wzdłuż ogrodzenia ogródków działkowych w Falkowej i powoli zbliżamy się do miejsca skąd kilkanaście minut wcześniej wyruszyliśmy. Kończąc przejazd ścieżką mamy na liczniku 6,1 km, z czego wynika, że długość całej ścieżki przyrodniczej wynosi 1,8 km. Naładowani pozytywną energią, bogatsi o cenne informacje przyrodnicze wracamy tą  samą trasą. A więc powrót na ulicę Długoszowskiego, szybka jazd w dół aż pod skansen, a następnie już wolniej ulicami Długoszowskiego, w lewo na obwodnicę, przez most 700-lecia, później ulicą Królowej Jadwigi, Limanowskiego i Batorego, aż do dworca PKP.