środa, 16 czerwca 1999

Krótkie trzy dni // Short three days

To były krótkie trzy dni. Zbyt krótkie...
One jednak dały mi przedsmak innych Bieszczad. Bieszczad wolnych od tłumu urlopowiczów zadeptujących połoniny, Bieszczad pełnych malin, borówek i... ludzi. 
Ludzi tutejszych. 


- Panie, może się pan u mnie zatrzymie. Po podwórku tylko owce chodzą. Ale ja panu zaraz szope otworze...- powiedział jakiś chłop, który wyprowadzał właśnie krowę na pastwisko.
Zanim zaparkowaliśmy naszego, starusieńkiego poloneza, dziadek zdążył nam opowiedzieć o swoim koledze. 

"Ale zwierze to musi żryć!"

- Wicie, bo on to jest taki wagabunda. On to by całe życie łaził. To już trzy lata jak się tak włóczy bez celu On nie ma domu. Cało zime chodzi w jednych portkach. Dziurawych. Dopiero mu je zeszłej zimy moja Maryśka zeszyła. Moja Maryśka to myśląca jest, wiecie? Bo Władek sobie wykoncypowoł, że on konia kupi. A Maryśka mu na to; "Władek, ty to możesz cało zime korzonki jeść i raz na czas  do kumpla przychodzić, ale zwierze to musi żryć" Tak mu powiedziała. A Władek nic. On chce konia i już. Na wiosne to on zaczoł coś robić. Ci ludzie co prowadzo to studencko baze w Łopience, to mu dali jakie dłuto czy co. I on teraz to figurki robi. Potem idzie do Jabłonek. Tam jest ten, no, pomnik i muzeum, turyści przyjeżdajo. On im te figurki sprzedaje. Zbiera na tego konia... O! Pani, jak on gra na gitarze! Dziewczyny za nim szalejo. Dwa lata temu to rozkochał w sobie tako doktórke z Warszawy. Ona rzuciła pracę i tu siedziała całe lato. Ale przyszła zima, doktórka wyjechała, a on został bez konia i bez kobity... Gdzie on teraz to ja nie wiem, ale jak pójdziecie na tą  górę... No, Łopiennik, widze, ze się znacie... to za nim musicie skręcić na tą  bazę co wam mówiłem. Jeżeli żyje jeszcze, to tam siedzi. Do mnie przychodzi na zime. Raz do mnie, raz do Józka do Buku. Tak żyje.

Nasza trasa i tak prowadziła przez Łopiennik, co nam szkodziło zejść na bazę. Na bazie siedział tylko aktualny kierownik Frugless. Baza jeszcze nie była oficjalnie otwarta. 

- Chcecie ziemniaki z omastą, bo mi trochę zostało z obiadu. - pewnie, że chcieliśmy. Frugless okazał się uroczym człowiekiem, zakochanym jak większość prowadzących takie bazy, w górach. On poza Bieszczadami świata nie widział. 

- Władek? Ano jest tu. Pomaga mi rozbijać bazę. Ale teraz go nie ma. Poszedł na Korbanię. Wiecie, z kobitą. Przyjechała ta jego z Warszawy. I poszli. Będzie pewnie wieczorem. Ej, nie idźcie, zostańcie. Fajnie będzie. Pogramy na gitarach. Władek gra pięknie, a ja też coś brzdąkam.
Nie mogliśmy. Mieliśmy tylko trzy krótkie dni. 

Nie zwracając zbytniej uwagi na czas , który nieubłaganie przesuwał wskazówki zegarków, nerwowo tykających w plecakach zatrzymaliśmy się pod cerkiewką w Łopience. 

Wiatr w koronach drzew

Siedliśmy w trawach bujnie rosnących naokoło Łopienki i wyciągnęliśmy przewodnik.

Nagle... 

Nie, na pewno mi się zdawało...

ale...

Cerkiew coś mówiła... 

Z bani cerkiewnych dolatywały słowa...

- nie czytajcie, posłuchajcie...

Odłożyłam przewodnik. Wydawało mi się, ze śnię. Przez pola, które widziały mi się w czarno-białych kolorach szli ludzie...

- Taaak. Ci ludzie mnie wybudowali. Było to w 1757 roku-tak mówią. Pojawiłam się, bo sprowadzono słynącą łaskami ikonę Matki Bożej. Dla niej powstałam. Ale w dokumentach kościelnych zapisano, że wybudowano mnie dopiero na początku XIX w- tak piszą. Ja nie wiem. Byłam dopiero budowana. Na czasie się nie znam. Widzę tylko to, co przed moimi oknami. Nie wiem, kiedy, ale przychodzili tu różni ludzie. Baby w chustach na głowach, w długich spódnicach, chłopi w płóciennych spodniach, kapeluszach. Przyjeżdżali zewsząd, aby tą  ikonę zobaczyć. Potem przyjeżdżali z towarami. Baby z glinianymi garnkami, pastuszki w sandałach albo na bosaka sprzedawali fujarki i figurki, Żydzi stali tam u wejścia doliny, mieli takie stragany z kolorowymi dachami, sprzedawali tytoń od Madziarów i gorzałę. Gwarno tu było, kolorowo. Długo to trwało, co kilka dni- chyba co siedem zjeżdżali się i odpusty sobie robili. Potem przestali. Nie wiem dlaczego. A potem już był tylko ból...

Nastała cisza. Tylko wiatr szumiał w koronach drzew. Ptaki zamilkły. Zegarki w naszych plecakach już dawno przestały tykać...

- Pewnego dnia, a pamiętam wyjątkowo cicho było w okolicy, przyjechali obcy. Na wielkich wozach. Konie nie były tutejsze. Prychały ostro, nieprzyjemnie. Obcy zabrali dużo naszych. Wsadzili ich na wozy i powiedzieli, że wywożą ich do raju. Nikt z nich nie wrócił. Mało zostało ludzi we wsi. Zezowata Maryśka przychodziła tylko z babami na śpiewy. Echo niosło się po dolinie, ale były to smutne śpiewy. Śpiewały tak dwanaście miesięcy. Potem obcy znów przyjechali. Zabrali ich. Niedawno słyszałam od takiego jednego w czerwonym swetrze, który tu stał z grupą, że wywieźli ich na Ziemie Zachodnie. Nie wiem, co to jest. Nikogo nie było przez długi czas .

Ale przyszli jacyś z Podhala. Mieli owce. Na tych polach je wypasali, a na noc chowali je do mnie, do wnętrza. Obrazu Matki Boskiej już tu nie było, na szczęście nie musiała na to patrzeć... Tam, gdzie klękali ludzie, leżało siano, a zamiast śpiewów cerkiewnych po dolinie niosło się beczenie owiec. To było straszne poniżenie.... Myślałam, że już się nie podniosę po tym upadku ...

Ale przyszli inni. Oni nie byli obcy, choć ich nie znałam. Podobno mają tu bazę namiotową. Siedzieli pod moimi murami i śpiewali. Mieli gitary, bębenki, fujarki, ale inne niż pastuszkowie. Śpiewali i śpiewali. Inne to były pieśni, niż te cerkiewne... Wesołe, turystyczne. Wrócili po roku. 

Powiedzieli, że wydali śpiewnik "Piosenki z Łopienki" i trochę pieniędzy mają z prowadzenia bazy.
Powiedzieli, ze mnie odbudują.

I odbudowali. 

Przychodzą co roku, czasem zostają na dłużej. czasem naprawią dach, pocerują mury.

Nie zginę.

I będę tu stać do skończenia świata, żeby ktoś tak jak wy, posiedział w cieniu i wspomniał tamte czasy...

A jeżeli będzie chciał- opowiem.... 

Snu ciąg dalszy...

- Kaśka, obudź się- Grzesiek potrząsnął mnie za ramię.- Idziemy. czas  goni..
- Cerkiew do mnie mówiła- wyszeptałam.

- nie bajdurz. Choć już. Mamy mało czasu.- Usłyszałam nerwowe tik, tak....

Nie uszliśmy daleko. czas  znowu zwolnił. U wrót Łopienki stała smolarnia. Niby nic szczególnego, a jednak. ..

Trzy wielkie piece na drewno i barak. A na progu baraku siedział smolarz. Umorusany jak nieboskie stworzenie, z brodź po pas i z niesamowicie inteligentnym wyrazem oczu. Przysięgam na klęczkach i z ręką na sercu, że w życiu swoim nie rozmawiałam z równie inteligentnym i oczytanym człowiekiem!!! 
Troszeczkę mnie zdziwiła tak ogromna inteligencja zakopana gdzieś w dzikich ostępach Bieszczadów, chociaż słyszałam o bywalcach "Siekierezady"- drwalach, z których każdy ma wykształcenie wyższe... 
Tam obok siebie siedzą umorusany prawnik, brodaty sędzia i lekarz z raną po siekierze...

Musiałam mięć chyba bardzo głupią minę, bo mój smolarz stwierdził:

- wie pani, ja jestem brudas, ale wykształcenie to ja mam...

I właściwie nic więcej na ten temat nie powiedział. 

"Pani! Łon jest doktórem!"

Poszliśmy na piwo do sąsiedniej knajpy. Właścicielka odciągnęła mnie na bok. 

-  Ja pani powiem. Ale tak, żeby Józek nie widział. Bo on nie lubi o tym mówić. 
Pani! On jest doktórem! A jak on po francusku gada! Pani! On robił studia we Francyji! Na doktóra się szkolił, a potem zrobił jakiegoś tam magistra, a potem tego doktóra! Pani! Jak mnie głowa boli to on zaraz wie jak zrobić, żeby nie bolała. - zastanowiłam się, czy ja też aby nie potrzebuję tego lekarstwa, bo głowa mi puchła od nadmiaru doktórów... - Jak mąż ma kolkę, to też wie. I radzi jak się krowa cieli. Taki mądry! Dlaczego siedzi tutaj? Aaa, Pani! To było za tamtych czasów. Jemu się coś nie podobało, on się nie podobał temu komu trzeba... I wiadomo. A potem go jeszcze baba rzuciła. Pani! Takiego chłopa! Doktóra!


Przez dawną wieś

Czas  znowu przypomniał o swoim istnieniu. Na dokładkę przypomniała się natura. Szalejąca już od dłuższej chwili, burza przeszła nad Łopienkę, my uciekliśmy w stronę Sinych Wirów. Sine wiry to rezerwat stworzony na pięknym przełomie Wetliny. 

Nazwę wzięły od najgłębszego "wyru", czyli każdego głębszego miejsca na rzece. Kilometr za szosą znajduje się jeziorko Szmaragdowe. Lepiej byłoby użyć słowa znajdowało się. Powstało we wrześniu’1980, kiedy wielkie masy ziemi osunęły się ze stoków Polomy. Jednak przez ostatnie lata uległo zamuleniu i teraz w tym miejscu jest ledwie widoczne rozszerzenie rzeki. Jeziorka osuwiskowe to jeszcze jedna z ciekawostek Bieszczad. Podobne- słynne jeziorka duszatyńskie - znajdują się pod Chryszczatą.

Odnaleźliśmy ścieżkę prowadzącą przez, wyludnioną pięćdziesiąt lat temu, wieś Zawój. W niektórych miejscach droga była bardzo zarośnięta, ale widać było, że jest to jednak droga. Gdzieniegdzie zaś pokrzywy, wdarte miedzy kamienie, łączyły się z karłowatą olszyną, tworząc Gąszcz trudny do przebycia. Przedzierając się przez krzaki, poobijani i poobdzierani, w końcu doszliśmy do przełęczy Szczycisko, skąd podobno prowadzi szlak na Żołobinę i Krysową. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że jest podobny do zarośniętej drogi z Zawoju. 
Szlak jest sto razy bardziej nieprzebyty! 

Daleko jeszcze na Smerek?

Gdybyśmy nie szli grzbietem, dawno pogubilibyśmy się w plątaninie krzaczków i drzew. Po pół godzinie szlak nabrał względnie normalnego wyglądu i tu właśnie spotkaliśmy grupkę ludzi z Sanoka.

- Daleko jeszcze na Smerek?- zapytał pan, prowadzący za rękę kilkuletniego szkraba.

- na Smerek? Nie tędy droga. Schodzą państwo teraz w kierunku Jaworzca.

- O, to świetnie, bo właśnie tam się zatrzymaliśmy. 

Okazało się, że była to "nielegalnie" zorganizowana grupa, która na X-ecie liceum wybrała się w góry. Połowa grupy, wraz z przewodnikiem poszła na Smerek, zaś druga połowa podążyła za nimi, tylko, że w odstępie. W efekcie, będąc na rozstajach, pobłądzili. Stwierdzili, bowiem, że ścieżka idąca do góry na pewno prowadzi na Smerek. Okazało się jednak, że podchodziła tylko pod Krysową...

Tak to już jest w tych górkach: czasem trzeba stracić trochę wysokości, żeby wyjść na szczyt, a czasami trzeba podejść, aby zejść w doliny... 
zastanawialiśmy się co zrobiliby, gdyby nas nie spotkali, nie mieli ani mapy, ani pojęcia gdzie są  i dokąd idą. Doszliby do szutrówki i... 

Na dwoje babka wróżyła. Wersja optymistyczna brzmi, że poszliby w lewo i doszli do Jaworzca. Wersja pesymistyczna przewiduje dojście aż do Zatwarnicy... Jedyne zabudowanie w okolicy- pojedynczy dom w Hulskiem- z pewnością by ominęli, bo nie jest widoczny z drogi...

A może wyszłoby im to na dobre? Może przez przypadek natknęli by się na ten dom i spotkaliby ludzi, takich lub podobnych, którym mieliśmy szczęście stanąć na drodze, może znaleźliby chwilę czasu, żeby zasiąść w trawach bieszczadzkich i posłuchać szumu wiatru, może i im zarośnięta podmurówka opowiedziałaby swoją historię?

Czerwiec'1999- Sine Wiry

środa, 10 marca 1999

Babia Hora po slovensku // Babia Hora on Slovak way



Babia Gora from Slovak side looks much more easier to reach it. But... only looks like.

Pomysłów na zakończenie czarownego tygodnia, jak zwykle było wiele. Pierwszy obejmował spędzenie weekendu z rodzicami na wsi. Weekend miał być niejako kontynuacją tradycji pomaturalnych: to znaczy miał się charakteryzować obecnością Marcinów (wszystkich trzech) i flaszki (całej jednej). Pomysł upadł, ze względu na niedyspozycyjność jednego z Marcinów. Na spędzenie normalnego, szarego weekendu na wsi nie pozwalała piękna, mroźna pogoda i oczywiście zew gór... 




Z reszty pomysłów, wśród dominujących idei zjazdu na nartkach skądkolwiek - dokądkolwiek, wyłuskaliśmy dwa i zdecydowaliśmy się na to, co Marcinowi chodziło już po głowie od ponad roku – Babią Górę od strony słowackiej. Nic o tym nie wiedząc stworzyliśmy sobie całkiem niezłe podwaliny pod MUWIT. 

Umówiliśmy się z Żyłką na Borkowskiej – tradycyjny już miejscu łapania stopa – o siódmej. Jakby to powiedzieć... 
Ja się nie spóźniłam - ja się strasznie spóźniłam. Wczoraj byłam na wernisażu naszej wystawy, która skończyła się straszną balangą w Rock’n’Roll’u, dotarłam do domowych pieleszy prawie nad ranem i w efekcie oczywiście zaspałam. O siódmej to ja dopiero wychodziłam z domu. 

Już na przystanku przypomniałam sobie, że nie pakowałam paszportu, wróciłam do domu, obudziłam mamę, przetrząsnęłam pół pokoju i przypomniałam sobie, że przecież paszport mam na stałe wmontowany w plecak. Taaak - Kasia jest rano całkiem nieprzytomna. 
Marcin chyba się troszkę zdenerwował, bo kiedy przybyłam w końcu na Borek, tupnął nogą, odwrócił się i poszedł w stronę zatoczki.

Od początku prześladował nas pech. Pan, który w Myślenicach skręcił tylko na chwilę do mechanika, siedział u niego chyba z pół godziny, a potem nie przekraczał bezpiecznej prędkości czterdziestu na godzinę. Potem staliśmy jak idioci w Chyżnem i czekaliśmy na litość. W sumie 160 kilometrów pokonaliśmy w osiem godzin - jak żyję takiej średniej nie miałam nigdy! Ale teraz przynajmniej wiemy, ze zdecydowanie lepiej pod Babią od strony słowackiej dostawać się od strony Korbielowa, nawet narażając się na długie stanie w Żywcu. 

Jezioro Orawskie, nad którym zatrzymaliśmy się na chwilę (szczerze mówiąc była to długa chwila – nic tamtędy nie jeździ w zimie) jest po prostu cudowne. Małe kawałki kry pokrywają niebieską taflę wody, a gdzieniegdzie wystają kępki brunatnej trawy. Jezioro jest dość zarośnięte, dlatego dużo ładniej wygląda zimą niż latem.

Było już późne popołudnie, kiedy dotarliśmy do Chaty Slana Voda w Oravskiej Polorze. Zrobiliśmy sobie obiadek, wypiliśmy ciepłą herbatkę- na polu zimno było jak nie powiem co. 

Około siódmej wieczorem, kiedy okolice Oravskiej Polhory spowiła już ciemność, a szczyt Babiej niknął gdzieś między gwiazdami, weszliśmy na szlak. Wszyscy w chatce proponowali nam abyśmy może jednak zostali, ale my byliśmy uparci i zdecydowani. Jak wspomniałam: było ciemno, więc za jakieś kilka kilometrów rozbiliśmy namiot. Specjalnie odeszliśmy od drogi, żeby nas nikt nie widział. Byliśmy wszakże na terenie Parku Krajobrazowego.

No cóż – ujmijmy to w ten sposób: środek nocy, ciemność, my sami w środku lasu,a ż tu nagle... coś jedzie...

I to coś bezczelnie omiata nas światłem! Halogeny sobie włączyli czy co? Czy mówiłam już, że był środek lasu, zima, wszędzie śnieg? Marcin patrzy na mnie, ja na Marcina. Od lat rozumiemy się bez słów. Nic innego tylko Goprowcy wyjechali szukać nierozważnych turystów, którzy zimową nocą wymyślili sobie atak na Babią. Przerażenie obejmuje mnie od czubka głowy po paznokieć u dużego palca lewej nogi. Aż mi ścierpł. Obydwoje z Marcinem wiemy, a przynajmniej zdajemy sobie sprawę z ciężkiej pracy Goprowców, o ogromnej ilości nieodpowiedzialnych turystów, którzy ze zszytą nogą i w klapku wchodza Percią Akademicką, którzy w szpilkach bądź tenisówkach atakują Orlą Perć, którzy zimą wybierają się na Turbacz w samym tylko sweterku. I tak dalej i tak dalej. Przykłady można by mnożyć... My wcale nie chcieliśmy należeć do tej ogromnej grupy. Marcin musiał mnie siłą powstrzymać  przed wyskoczeniem  z namiotu i zakrzyknięciem "Tu jesteśmy!. Nie szukajcie nas!"

W pięć minut później, kiedy świecący samochód pojechał sobie w nieznane, oprzytomnieliśmy i doszliśmy do wniosku, ze to bez sensu, żeby po godzinie, bez żadnych przesłanek o wyjściu na szlak, podejmować jakąkolwiek akcję. Jednak mimo wszystko ślady niepokoju w nas pozostały...

Śniadanie zjedliśmy w miejscu, które nazywa się wdzięcznie Hvezdoslavova Horaneń, ale tak się zgrzaliśmy przy składaniu namiotu, ze mogliśmy je zjeść swobodnie na miejscu. Szlak wychodzący ze Słowacji jest dużo łagodniejszy, aczkolwiek istnieją  tutaj ostre podejścia. Śniegu jest multum. Marcin się nie zapada, ja wręcz przeciwnie. Nie wiem jak on chodzi, ale Marcin płynie po śniegu, ja zaś zapadam się po kolana. W połowie drogi mija nas turysta słowacki zbiegający ze szczytu. O której godzinie on musiał wyjść na szlak!? Nie wyglądał, jakby tam nocował, miał na sobie tylko sweter i goretex. Podejrzewam, że miał również jakieś spodnie. W przeciwnym wypadku z pewnością byśmy ten fakt zauważyli...

Babia góra od strony słowackiej, wygląda zdecydowanie bardziej płasko. Ale tylko wygląda. Szczerze mówiąc, nie jest to jakieś szczególnie atrakcyjne podejście, ale według Marcina należało zaliczyć wszystkie możliwe, znakowane wejścia. Cóż, Marcin właśnie zalicza ostatnie, mnie zostało jeszcze zejście do Lipnicy, przez ruiny starego schronu na Diablaku. Ale miałam mówić o podejściu...

Niewątpliwie podejście jest ciekawe, ale dla tych, którzy w rejonie Babiej przebywali choć raz, taka wiadomość, to nie jest wiadomość. Nie na darmo po obu stronach granicy roztacza się park - od polskiej strony Narodowy, od słowackiej Krajobrazowy. Bogactwu flory i fauny okolic Diablika zostało poświęcone niejedno opracowanie, w tym niezwykle przydatna broszura, wydana przez Bibliotekę Problemów "Babia Góra - przyroda". Szczególnie w lecie, kiedy można chwilę usiąść nad potoczkiem i przez godzinę obserwować lot pustułki czy jastrzębia, takie opracowanie jest wręcz konieczne do poznania przyrody rejonu Babiej Góry. Większość roślin jest jeśli nawet nie endemitami, to przynajmniej unikatami...

Teraz, kiedy podchodzimy wśród zalegających wszędzie pokładów śniegu, nie widać żadnych roślin, z wyjątkiem ogromnych drzew, na których pniach jakiś znakarz namalował żółte znaki półtora metra nad ziemią. Teraz znajdują się u naszych stóp, a niektóre wręcz musimy spod tegoż śniegu odkopywać. Póki szlak biegnie w lesie, idzie się całkiem przyjemnie. Nie ma wiatru, a chłód (jeśli nie powiedzieć zimno) nas nie dotyczy. W cienkich podkoszulkach i polarach jesteśmy spoceni jak przysłowiowe myszy. Przecieranie szlaku dostarczyło nam wystarczająco dużo energii, a końcowe podejście pod dość ostre Lawinisko na pewno organizmu nie wyziębiło...

Na Lawinisku właśnie spotykamy grupę słowackich turystów, którzy na Babią wyszli sobie ot tak. Za cały ich sprzęt służyło małe, upiornie głośno grające, radyjko, a na nogach – tak wiem, ze trudno w to uwierzyć – mieli TRAMPKI. Czy ja w ogóle wspominałam, że był środek zimy, a temperatura minusowa, że już nie wspomnę o śniegu?...

A właśnie że o śniegu wspomnę!!! Już na szczycie, na samiusieńkim szczycie skończył mi się film. Miałam, oprócz dwóch par "normalnych" rękawiczek i jednej pary potężnych narciarskich "łapawic", tak zziębnięte ręce, że nie byłam w stanie zmienić filmu w aparacie (pragnę poinformować , że rękawiczki znajdowały się na moich rękach, a nie jak twierdzą niektórzy złośliwcy, w plecaku)

Niczego później tak nie żałowałam, jak braku fotek z zimowej Babiej Góry. Pomimo braku pogody, zdjęcia mogły wyjść cudne! Takich lodowych form nie ujrzy się nigdzie indziej. Nie byłam w Tatrach zimą, ale moi koledzy, którzy te regiony nieustannie nawiedzają zimową porą, twierdzą zgodnie, że tylko klimat Babiej jest w stanie stworzyć takie lodowe arcydzieło. 
Lodowe iglice wyrzeźbione przez wiatr i mróz górują nad ziemią bywa że nawet półtora metra. W słońcu mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Podobno te lodowe iglice powstają ze względu na odosobnienie Babiej Góry. Góruje ona nad okolicą prawie pół kilometra. Na południe widnieje płaska Orawa, gdzieś w oddali dopiero widać ośnieżone szczyty Tatr, na północ zaś ... Pasmo Pewelskie z Jałowcem (1111 m n.p.m.) Beskid Makowski z Koskową Górą (866 m) i najbliższe, jednocześnie najwyższe z sąsiadów, pasmo Policy z Policą (1369 m n.p.m.). Nie ma co ukrywać – pozycji Królowej Beskidów nic nie jest w stanie zagrozić!

Niewątpliwie Pasmo Babiej wybija się w krajobrazie, a jeżeli weźmiemy pod uwagę, że najwyższa poza nią jest Kępa (1521 m) i Mała Babia, zwana Cylem (1515 m) to już naprawdę nie ma się co dziwić ogromnym wiatrom, smagającym wierzchołek i tworzącym ten osobliwy mikroklimat, których jednych tak przeraża, a innych tak zachwyca...

Wykorzystując malarska folię, którą  wzięłam do ochrony przed zimnem i śniegiem, zjechaliśmy  z Marcinem z samego szczytu Diablika prawie pod Sokolicę. No fakt musieliśmy nieco pchać naszą folię pod Kępę, ale i tak zabawa była przednia, a zjazd na folii malarskiej zapamiętaliśmy na pewno na dłużej niż gdybyśmy zjeżdżali na tak zwanych dupozjazdach, przez ludzi kulturalnych zwanych słodko "jabłuszkami". Zorientowanym nie trzeba mówić, że wspomniane dupozjazdy tak wyglądem przypominają jabłuszka, jak ja królową perską...

Tak na przyszłość informuję, że folie ciepłochronne dostępne są  właściwie we wszystkich sklepach turystycznych i sportowych. Polecam też zakup folii malarskiej (grubej- 5 zł za 20 metrów kw). W razie wypadku chroni przed chłodem, zatrzymuje wyprodukowane przez nas ciepło- to znaczy że śmiertelnie się pocimy, bo oczywiście folia to folia, ale jeśli ma to nas uratować przed wyziębieniem i odmrożeniami, to chyba warto. Można na niej wszędzie usiąść, podłożyć pod karimatę i ostatecznie owinąć nią buty, żeby nie zamarzły w nocy. W sytuacjach ekstremalnych, jak widać na powyższym przykładzie, może również posłużyć za sanki, choć szybko się przedziera. Ma jedną wadę - trudno się nią kieruje. My wylądowaliśmy w kosówce i dobrą chwilę zajęło nam wyswobadzanie się z plątaniny gałązek, zaklinowanych pod śniegiem...

Nieoczekiwane nocne przygody na Słowacji miały niestety swój finał w Krakowie. Prawie zapomnieliśmy o ‘goprowcach’ za Slaną Vodą, widzieliśmy przecież niedaleko samochód, który zapewne był sprawcą nocnej paniki, kiedy nagle w radio RMF FM usłyszeliśmy przerażającą wiadomość:
Dwójka turystów zaginęła w rejonie Babiej Góry. Wyszli od strony słowackiej i do tej pory ich nie widziano. Szuka ich cały GOPR i HORSKA SŁUZBA
Zanim miła pani rozwinęła wiadomość, siedzieliśmy jak sparaliżowani. 
Co? 
To my sobie od kilku godzin siedzimy spokojnie w ciepełku, grzecznie popijają...c herbatkę,a oni Tm marzną i nas szukają? Ja się nie zgadzam, żeby ktoś narażał życie dla mnie,a  już szczególnie, kiedy mojemu życiu nic nie zagraża!!! Chwilowemu paraliżowi zawdzięczamy, ze nie zadzwoniliśmy od razu do RMF z informacją, ze żyjemy i że nic nam nie jest.

Miła pani po wypiciu kilku łyków kawy, rozszerzyła wiadomość. Po pierwsze nie wychodzili od strony słowackiej, tylko szli pasmem granicznym, po drugie była to dwójka mężczyzn, po trzecie zaś : nie w okolicach Babiej Góry, tylko koło Pilska- 20 km dalej!!! Przez te kilkanaście sekund od zapowiedzi do rozszerzenia informacji przeżyliśmy więcej niż przez wszystkie nasze dotychczasowe wyjazdy razem wzięte.

Ja się wcale nie upieram, żeby miła pani z RMF wiedziała gdzie jest Pilsko, a gdzie Babia, że wędrówka szlakiem granicznym, a wychodzenie od strony słowackiej to dwie różne rzeczy (Chociażby dlatego, że nie przekraczali zielonej granicy) ale jak podaje informacje to niech podaje je z sensem! Bo po programie mogło się okazać, że turyści zabłądzili w okolicach Wielkiej Raczy wychodząc z doliny Danielki!

A swoją drogą, gdyby poczekała jeszcze chwilkę z wyjaśnieniem, niewykluczone, ze miałaby na sumieniu dwie osoby poległe na zawał...

środa, 3 lutego 1999

BIURO RZECZY ZGUBIONYCH


- Ziellona, a może założysz biuro rzeczy znalezionych?
- Raczej zgubionych... Miesiąc temu zgubiła siostrę, teraz przyjaciółkę...
- Jeżeli będziemy chcieli się kogoś pozbyć, po prostu wyślemy go z Zielloną w góry! Efekt murowany!!!
Teraz dowcipkujemy, ale wtedy do śmiechu nam nie było...



Po sylwestrze w Rudence zostaje nam dwa dni wolnego. Chcemy iść na połoniny, ale Pyrtek - moja siostra - spuściła sobie drewnianego konia na nogę i lekko utyka. Pomimo historii, Trojanie nas nie wpuszczają, dlatego jedziemy na Niemcową ... W Sanoku łapiemy stopa na dwie osoby, wsadzam więc Marcina i Monikę. Umawiamy się w chatce... Nie wiem, jak oni to robią, ale na dwadzieścia minut opuszczają główną drogę- te dwadzieścia minut mi wystarcza.

Łapie mi się dobrze. W Gorlicach ktoś macha mi z przejeżdżającego malucha. "Jak oni się wpakowali do tej ciasnoty?"- myślę, przekonana, ze to moi. Któż inny miałby powód machać? Kiedy zatrzymuje się Pan jadący bezpośrednio do Kosarzysk, myślę przelotnie, że mam około półgodzinną przewagę. Nie przeczuwam, jak bardzo się mylę...

Siostry jeszcze nie ma...

O wpół do czwartej jestem już na bazie. Choć o dziesiątej rozstałyśmy się w Sanoku, mała ma jeszcze pełne prawo nie dojechać. problem polega tylko na tym, że Monika ma 16 lat i jest pod Moją całkowitą opieką. Na Sylwestra pojechała tylko i wyłącznie dzięki mojemu wstawiennictwu. Także oprócz zwykłej odpowiedzialności siostrzanej, jestem obarczona niezwykłą- matczyną.

W godzinę później zaczynają się u mnie pojawiać pierwsze oznaki zdenerwowania. O!Dziwo z Jacusiem- Krzykaczem wymyślają co się mogło z Moniką stać. Zapewne ma to na celu uspokojenie mnie...

- Bo ty, Ziellona, nie sprawdziłaś całej chatki. ty siedzisz w bawialni, a mała romansuje z kimś w stajence.

Byłoby to bardzo prawdopodobne, gdyby nie fakt, że w stajence temperatura jest chyba lekko poniżej zera. Ogień wygasł kilka dni temu, kiedy wyjechali ostatni turyści. Ale i tak wywiało mnie z bawialni w trybie natychmiastowym...

Pomysły Jacusia sięgają zenitu.
- Monika siedzi na izbie wytrzeźwień w Krośnie, albo na Izbie Dziecka w Jaśle,a  w Gorlicach machała Ci, bo ją porwali. A może w ogóle pojechała do domu.

- A może by tak zejść do Drink-baru? - myśli O!Dziwo - tam siedzi Piotruś Bebe i Eliza. Mała pewnie tam zahaczyła i nie ma siły wyjść.
Teoria upada, kiedy przychodzi Eliza z kompletnie mokrymi włosami. Jest niesamowita. Potrafi w środku zimy zejść na dół, żeby umyć głowę, a potem wchodzi na górę do chatki, kiedy siarczysty mróz rozsadza jej czaszkę... Moniki w Drink-Barze nie ma...

- Dość tego!- mówi w końcu O!Dziwo- Młodź już dawno wilki zeżarły, a jej kości bieleją gdzieś na śniegu. Nie zostały jeszcze znalezione, bo śnieg tak samo biały.... robimy stypę!!!

Początki stypy działają na mnie kojąco. ktoś wyciągnął "zachomikowane" ciasto, szampana- impreza na całego!. ktoś rzuca pomysł zagrania w brydża. 

Stypa

No i wtedy zaczynam się denerwować. Póki gadaliśmy- wszystko było dobrze, w rozmowie jakoś znikał niepokój. Teraz, kiedy każdy zastanawia się w co wylicytować, zapadają nienaturalne przerwy.
Taka cisza jest najgorsza dla kogoś, kto ma coś na sumieniu...
A ja mam na sumieniu własną siostrę!!!

"Pasjonującą" grę "trzy piki" przerywa dźwięk telefonu. nigdy więcej nie powiem, ze telefon jest na bazie rzeczą nieprzydatną!!!
- Monika Turska z tej strony, czy zaś tałam może Agnieszkę- Agnieszka, moja przyjaciółka, miała być na Sylwestra i była powodem dla którego tu przyjechałyśmy.
- Ziellona, do ciebie...- zrywam się od stołu, wywracam stołek i wylewam kawę...
Monika, przygotowana na cichy i melancholijny głos Agi, przez długą chwilę nie rozumie, co do niej mówię.
- Masz tu być za godzinę- mówię i rzucam słuchawkę. Jest! Uspokoiłam się ostatecznie...

Ligia- jasnowidz

Dokładnie miesiąc później- trzeciego lutego roku pańskiego 1999- wyruszamy z Niemcowej we trzy: Ligia, ja i, nieświadoma swojego przeznaczenia, Agnieszka. Śnieg kopny bardzo utrudnia nam wędrówkę i przemy naprzód wyłącznie siłą woli. Założyłam się bowiem z Marcinem Basiowym - późniejszym mężem bazowej Basi - że dotrzemy dzisiaj na Ropiankę, bazę studencką w Beskidzie Niskim (co nas pogięło- do tej pory nie potrafię zrozumieć...)
- Nie przejmujcie się, dziewczyny- mówię- za 50 lat będziemy wspominać, jak przez śniegi brnęłyśmy w Beskid Niski...
- To dopiero początek- stwierdza proroczo Ligia...

...Mogła tego nie mówić...




W Kosarzyskach udaje nam się złapać stopa. Niestety tylko do krzyżówki i tylko na jedną osobę.
- Wsiadaj Aga. Spotkamy się na krzyżówce...- na krzyżówce... Zaćmienie umysłowe na mnie jakieś spadło, przecież do samochodu wsadziłam Agnieszkę...

- No to sprzedana. Pojechała do jemenu- powiedziała Ligia, trzasnąwszy drzwiami

...tego też mogła nie mówić...

Następny samochód jest nasz. Jedziemy opona w oponę samochodu Agnieszki. Na skrzyżowaniu- nagle tłok. tu wyjechał samochód, tu wóz, a Agnieszka...

... rozpłynęła się w powietrzu...

Głupie słowa zawsze się mszczą

Dojeżdżamy na krzyżówkę. Agnieszki nie ma. 
jedziemy więc w kierunku Krynicy, wypatrując nerwowo Agnieszki na wszystkich przystankach. Gdzieś przecież musi być... Tuż pod Wierchomlą nagle utykamy- żaden samochód nie jedzie w stronę Krynicy, wszystkie podążają w stronę wyciągu.

Zastanawiamy się co się mogło stać... Wyjść jest kilka. Przez drzwi, przez okno i od razu spuścić się z woda w klozecie... "Przez drzwi" brzmi mniej więcej tak: gdzieś się zawieruszyła, prześpi się u kogoś na sianie  i wróci na bazę.
"Przez okno"- pojechała dalej. I tu są  trzy możliwości:

- do Ropianki przez Krynicę- ale jak skoro na własne oczy widziałyśmy, ze nic tamtędy nie jeździ, a droga zasypana...
- przez sącz- mało prawdopodobne
- do Krakowa- nie mam pojęcia czemu, ale takie wyjście też bierzemy pod uwagę.

Wersja "spuścić się z wodą w klozecie" obejmuje porwanie obojętne dokąd i obojętne w jakim celu. Wizje katastroficzne zaczęły w nas rosnąć - jak widać...

Powrót na tarczy

Wracamy z Ligią na Niemcową. Cóż, gdybym się zgubiła, wracałabym do miejsca, gdzie się rozstałyśmy, a nie możemy przecież w nieskończoność tkwić na szosie w Kosarzyskach... Początkowo dostajemy burę: tak zostawić przyjaciółkę. Ale wkrótce wszyscy przyznają, ze najrozSądniej było wrócić na bazę...

to było w sobotę.

W niedzielę wszsycy wyczekujemy wiadomości od Agnieszki. Bodaj telefonu! nic. Gdyby to była moja siostra, ligia, ktokolwiek- osiwiałabym ze strachu i dawno wezwałabym policję. Ale to przecież Agnieszka: eteryczna, nietykalna, nie z tego świata. To artystka. nie zdaje sobie sprawy z tego, ze ktoś może się o nią martwić. Cały czas  ma nad sobą parasol ochronny. Parasol!!! całą ochronę przeciwpancerną!!!


W poniedziałek dzwonimy do mamy Agi z zapytaniem, czy Aga jest w domu. Nie wiem co by się stało, gdybym zadzwoniła osobiście. Czuję się jakoś odpowiedzialna za Agę. Chyba nawet bardziej niż za siostrę. Monika jest twarda, umie sobie w życiu poradzić, Aga- to kryształowa nieporadna figurka...
A teraz ta figurka się zapodziała...

Wtorek i środa nie przynoszą żadnych zmian. Za to w środę...

OPR od Tyśki

Za to w środę przyjeżdża Tyśka- szkolno-podwórkowa przyjaciółka Ligii, przewodnik beskidzki, tatrzański, przodownik górski...Tyśka jest strasznie przyjemna, gadatliwa i uśmiechnięta. Różni się ode mnie tym, ze jest straszną panikarą...
- no wiesz co?- mówi, kiedy w stajence wcinamy kolejnego pączka. Jest tłusty czwartek i przewodnicy postarali się to uczcić.- ty ją tak zostawiłaś. ją faktycznie mogli porwać... Może nie do Jemenu, ale jednak...
-Coś ty? Facet przyjemny, żona obok, dwójka dzieci. Chyba, ze cała rodzina handluje niewolnicami.
- Ty się śmiejesz, ale może trzeba będzie wezwać GOPR.
- No to chyba DOPR- przecież nie w górach się zagubiła, tylko na drodze...
- Zdjęcie. Do Policji. telewizja.- jęczy Tyśka.
- A jej mama zobaczy w wiadomościach swoją córkę poszukiwaną. Świetny pomysł- będę miała obie na sumieniu.- zbijam argumenty Tyśki, ale przecież wiem, że coś trzeba zrobić... tylko co?
Głowę mam wyzutą z pomysłów.

Całe szczęście nie musze nic robić, bo rano w telefonie odzywa się głos Agnieszki.
- Kasiu, dlaczego nie przyjechałyście na Ropiankę?
Muruje mnie na dłuższą chwilę. Ligia z przerażoną miną podtyka mi szklankę zsiadłego mleka. wyglądam jak  posąg, kurczowo ściskający w ręku słuchawkę. O ile wiem, nikt jeszcze takiego dzieła nie popełnił.

Okazuje się, że złapała faceta, który ją dowiózł troszkę dalej, więc pojechała. Ligia, kiedy powtarzam jej Moją rozmowę z Agnieszką, kwituje:
- Ona jest zbyt nie z tego świata, żeby miało jej się coś stać...
Wszyscy oddychają z ulgą, a O!Dziwo pyta cicho...

- Kogo zgubisz trzeciego marca...?



Chatka pod Niemcową- luty'1999