środa, 20 sierpnia 2003

ZIELONY KOSZMAR // The green nightmare

ZIELONY KOSZMAR

Kosodrzewina w Czarnohorze

Zmierzch zapadał nad Połoninami Hryniawskimi. Na horyzoncie złotawo-czerwonawa kula słońca chowała się za Grałutem. Za naszymi plecami noc wzięła już góry w swoje mroczne władanie. Ciemność spowiła Skupową i Połoninę Kryntą, u ich stóp, w Zelenem i Dżembronii raz po raz pojawiały się światełka- niechybny znak, że gospodarze powracali już do domów.



Siedzieliśmy przy prymitywnym ognisku zbudowanym naprędce z kilkunastu znalezionych gałązek. Nie zapuszczaliśmy się daleko w las w poszukiwaniu drewna- opowieści o bandytach ukraińskich zostawiły ślad w naszych duszach, Chociaż usiłowaliśmy się do tego nie przyznawać za żadne skarby świata. Później miało się okazać, że opowieści nie tyle były fikcyjne, ale kompletnie wyssane z palca. Wtedy jednak, w pierwszym dniu wycieczki wydawało nam się, że zawierają w sobie ziarnko prawdy i wbrew logice, bo kogóż mogliśmy spotkać na starej drodze Legionistów?, nie oddalaliśmy się od siebie na krok. Otoczeni Hryniawskimi Wzgórzami, spowici w ogniskowy dym, przeżywaliśmy nasz pierwszy nocleg pod wymarzonym ukraińskim niebem. Piliśmy gorącą herbatę "dymówę" i snuliśmy plany na nadchodzący tydzień w Czarnohorze.

Wyobraźnia płata figle


Oczyma wyobraźni widziałam trawiaste kopuły szczytów, czułam zapach końskiej skóry i piłam żętycę w napotkanych huculskich bacówkach. Mówiłam cicho: "to już jutro...". Rzeczywistość jednak rządzi się swoimi prawami, a jednym z nich jest nieprzewidywalność. W najśmielszych snach nie mogłam przewidzieć tego co stanie się naszym udziałem już na następny dzień...

Zaczęło się od całkiem zwyczajnego pobłądzenia. Wyjątkowo nie zgubiliśmy się my, zgubiła się droga... Ot, szła sobie całkiem długo, porządnie między drzewami, aż w końcu znudziło jej się chyba nasze towarzystwo, bo tak jak stała, bez żadnych oznak zniknęła, zostawiając nas z kompasem, mapą i przewodnikiem Orłowicza po Galicji. Droga nie była jednak złośliwa, zostawiła nam również furtkę. Bynajmniej nie jest to przenośnia. Furtka, co prawda nie otwierala się, ale prowadziła na huculskie pastwisko. Pastwisko zaś zawierało w sobie trawiastą połoninkę i starą, zaznaczoną tylko gdzieniegdzie ogromnymi płaskimi kamieniami, galicyjską drogę. Doszliśmy za nią aż do lasu.

Według mapy las miał się ciągnąć kilkaset metrów, zaraz za nim miał się znajdować szczyt Skorusznego- pierwszy nasz cel. Mapa pochodziła jednak sprzed I Wojny Światowej, a to oznaczało, że las nieco podrósł i może nawet rozszerzył swoją działalność. Ostatecznie jednak umiemy chodzić po lesie i nawet nieprzebyte trakty nie są  nam straszne. 

zasuszone, stare świerki usiłują nam włożyć swoje kłujące gałązki za koszulę i w plecaki. Pnie rosną tak blisko siebie, że z trudem i uszczerbkiem dla karimat przedzieramy się między nimi. Las wygląda, co najmniej nieciekawie: szary, brudny, zaschnięty, nijaki. Zwykły stary las, który trzeba przejść, aby dotrzeć do sedna gór. Czarnohora jednak jest jednym z najpiękniejszych, o ile nie najpiękniejszym z masywów, jakie widziałam i, jako przeszkodę nie do pokonania, nie sprezentowała nam jedynie zwykłego suchego lasu. Ale o tym jeszcze nie wiedzieliśmy.

Najpiękniejsza połonina


Na razie przed sobą mieliśmy pierwszą połoninkę Skorusznego, czarowną i niesamowitą, a we wspomnieniach chyba najpiękniejszą. czasem myślę sobie, że Czarnohora dała nam Skoruszny jako osłodę przyszłych przeżyć, i usiłuję zapomnieć, że przecież trasę z Zelenego wybierałam sama. Prowadziłam również naszą dwójkę, przez porośnięty jałowcami szczyt, aż do przełęczy. Wtedy nam się wydawało, że nic gorszego na trasie zdarzyć nam już się nie może. Karimaty były potargane, my poobdzierani i zmęczeni. Pomimo wszystko zadowolenie z nas tryskało. Zdobycie jest ciekawsze, kiedy trzeba pokonywać przeszkody. Nieopatrznie powiedzieliśmy to głośno, a Czarnohora nas usłyszała...

Skończyliśmy pić poranną kawę, ognisko powoli dogasało, a przez gęste gałęzie drzew przenikały pierwsze promyki słońca. 
- w południe powinniśmy być na Stajkach, a najpóźniej wieczorem wejdziemy na główne pasmo i prześpimy się w ruinach obserwatorium na Popie. Co ty na to?

- Na Stajkach będziemy wcześniej- zawyrokowałam i ruszyliśmy w drogę.
O! Biedni naiwni!!!

Nie chcieliśmy powielać szlaku  poprzedniej grupy i postanowiliśmy zdobywać Stajki od północy. Cóż to zresztą za różnica i tak z żadnej strony nie prowadzi szlak. Po zboczu spływała ogromna ilość strumyczków, jednak spora susza panująca w tym czasie nie dopuściła do powstania błotnistych kałuż- tego by tylko brakowało... Początkowo szliśmy za drogą, potem za ścieżką, później za wydeptaną nitką w lesie. Kiedy i ona się skończyła zaczęliśmy śledzić, z przeproszeniem, końskie kupy. Zgodnie z zasadą: jak one przejdą to my też...

Nie zawsze jest łatwo...

zasada zawiodła. 

Końskie kupy się skończyły, a my znaleźliśmy się w środku lasu, bez żadnej widocznej szansy na poprawę naszej sytuacji.
- Tam, na gorze, są  jakieś krzaczki. Chodź, przejdziemy przez nie i wejdziemy na szczyt. Tam powinna być połonina.

Nie, nie okazało się, że nie było połoniny. Było gorzej. Krzaczki okazały się być kosodrzewiną- przekleństwem naszego wyjazdu. Potężne drzewa wysokości człowieka, wtykające swoje igły wszędzie, gdzie o możliwe, a nawet tam gdzie niemożliwe, ciasno posadzone pnie, gęsta plątanina potężnych konarów. Z każdej strony drzewa o podobno pięknych igłach. Mnie te igły kuły właśnie w ucho i z tej perspektywy ciężko mi było podziwiać ich urodę. 

Weszłam na kolejny konar. Podwyższona o pół metra zobaczyłam gdzieś w oddali polankę, na której nie rosła kosodrzewina. Tak się przynajmniej wydawało z tej perspektywy

Gdy w końcu wymordowani stanęliśmy na szczycie, nomen omen, Stajek, było dobrze po południu.
Przedzieraliśmy się przez zielony busz ponad cztery godziny!!!
Kilkaset metrów!!! 

Nigdy więcej kosodrzewiny?


- Nigdy więcej kosodrzewiny- poprzysiągł Radek i zaraz na następny dzień tą  zasadę złamał. Cud boski ustrzegł nas przed pokusą "pójścia jeszcze kawałek", zgodnie, z niedziałającą w zielonym buszu, zasadą, że "przespać się można wszędzie..."

Nazajutrz obudziła nas Opatrzność, która czuwa nad idiotami i wariatami różnego rzędu. Wiedziała chyba co nas czeka i musiała zarezerwować nam trochę czasu. W porannym słońcu zobaczyliśmy nasz cel- Smotrec- oddalony o jakieś trzy kilometry...<br />

... zielonego morza.
Sierpień'2003- pod Howerlą

niedziela, 10 sierpnia 2003

Jot Jot Jot- Historia Jednej Znajomości - część druga


Jot Jot Jot- Historia Jednej Znajomości

Przez Świdowiec

Pauza w Rachowie

W Rachowie siedzieliśmy cały dzień, chodziliśmy od knajpy do knajpy- tu obiad tam lody, tu piwko, a tu kolacja. Spędziliśmy uroczy wieczór, w tym czasie chłopcy dzielnie maszerowali już po paśmie Świdowca. Kiedy zdecydowaliśmy się na kolejne lody, wiedzieliśmy, że Jurków już nie dogonimy, nie było na to najmniejszych szans. Chociaż strasznie chcieliśmy się jeszcze spotkać, a nade wszystko dowiedzieć się gdzie w końcu nocowali, mogliśmy posiedzieć trochę w Rachowie- do chłopaków mieliśmy adresy i spokojnie bezproblemowo mogliśmy się skontaktować w Polsce. Mogliśmy, ale nie musieliśmy...


Zabudowania Rachowa ciągną się w nieskończoność. Zamierzaliśmy wyjść tylko kawałek w góry, w poszukiwaniu miejsca na nocleg, ale zanim skończyły się domy, zanim opuścili nas uroczy młodzi Huculi, którzy chcąc nam pomóc towarzyszyli nam przez trzy godziny, zanim po prostu znaleźliśmy to miejsce okazało się, ze już mocno po dziesiątej i jesteśmy pod Dumeniem.

-Tam jest krzyż i jakieś krzaczki- tam się rozłożymy- zawyrokował Radek. Podeszliśmy jeszcze kawałek.
-Raduś.... Tu też są  jakieś krzaczki... Śpijmy tu...

Jak się później dowiedzieliśmy, Jurki nocowały w krzakach pod krzyżem. Dzieliło nas mniej więcej 500 metrów...


"Niechciej"


W górach jest zazwyczaj tak, że po długim marszu człowieka ogarnia tzw. "niechciej". Nas dopadł w Świdowcu. Do Bliźnicy mieliśmy dzień drogi, a szliśmy trzy, nocując w dziwnych miejscach i wynajdując preteksty do małych odcinków trasy. 
Zmieniło się dopiero pod Tatulską.


Wstaliśmy niezwykle rano i niemal od razu ruszyliśmy w drogę. I tuż za Tatulską skończyła się nam widoczność. Kompas w takich sytuacjach nie na wiele się zdaje, bo jakiekolwiek punkty orientacyjne spowite są  czapą mgły, tak gęstej, że nie widać w niej nawet zarysów szczytów. Szliśmy i szliśmy wciąż w tym samym krajobrazie niezmiennym jak mleko. Droga prosta jak stół, brak szlaku. Nic ciekawego.
W tej mgle otumanienie nasze sięgnęło zenitu.

- Popatrz, szlakowskaz!- we mgle widać było go wyraźnie. Kiedy podeszliśmy okazał się być krzyżem prawosławnym z poprzeczką.
Marzyliśmy tylko o jednym. O zejściu stąd i kubku gorącej herbaty. Jak na złość nie było widać żadnej bacówki. Co ja mówię! Nic nie było widać.

W końcu trafiliśmy na skrzyżowanie dróg. W tej sytuacji nonsensem było iść w góry, poszliśmy drogą w dół. W lesie prowadzono wyrąb, o czym się dowiedzieliśmy, kiedy trzydziestometrowa sosna z hukiem rymsnęła na drogę przed nami. Drwale okazali się niezwykle przyjaźni, gadatliwi i pomocni. Pokazali nam drogę, którą  mieliśmy dojść do Uści Czornej. Mieliśmy..

"Na zachód!- Musimy iść na zachód!"

Droga jak to droga. Szybko zamieniła się w ścieżkę, jeszcze szybciej zniknęła za pierwszym drzewem i za drugim prawdziwkiem. Prawdziwków tu było zatrzęsienie!!! Zabraliśmy ze sobą pół poszycia leśnego, już widząc wieczorna kolację. Nie wiedzieliśmy jeszcze tylko, gdzie ta kolacja wypadnie.


Radek dzielnie trzymając kompas parł do przodu z okrzykiem "Na zachód, musimy iść na zachód". Nasz zachód znajdował się na trasie bogatej w krzaki, drzewa i dziwnie upośledzonej pod względem ścieżki. Chaszczyliśmy jednak dzielnie, aż dotarliśmy do końca góry. Daleko w dole płynął strumyk, a właściwie rzeka. Staliśmy na górze, usiłując wypatrzyć, czy płynie w dobrym kierunku. Radek upierał się, że tak, bo piana układała się podobno w kierunku zachodnim. Ja nie widziałam nawet wody - znajdowała się tak z kilometr niżej. Zrypa jaką szliśmy była tak ogromna, że Radek będąc przede mną o dwa kroki, miał moje buty na wysokości twarzy. W życiu czymś takim nie schodziłam!!!! Kiedy w końcu po długim czasie stanęliśmy na brzegu rzeki, Radek wyciągnął z krzaków tabliczkę- szlakowskaz. Napisane na nim było "Bezimiennyj". Kwintesencja włóczenia się po Świdowcu!

Czy to skansen?









Już byliśmy na dole, już zakończyła się nasza wycieczka, ale jeszcze czekało nas dojście do Uści, które przedstawiało sobą same problemy. Rozszalała rzeka, brak brodów, kładek- nie sprzyjało to milej wędrówce... Po dwóch godzinach, kiedy już zapadł zmrok dotarliśmy do raju. Raj charakteryzował się łączką na brzegu rzeki, najwyraźniej pozostałą po powodzi. Na niej stały dwie chałupy i rosły stare jabłonie, grusze i śliwy. Byliśmy tak otumanieni, zmęczeni i oszołomieni, że pierwsze słowa, które wyrwały mi się na usta, brzmiały:
- Radek, popatrz skansen!

Gdzie skansen na Ukrainie- tu wszystko jest skansenem!. Dopiero kiedy z chałupy wyszedł dziadek, a za nim owca, zorientowaliśmy się co to za skansen.

Dziadek mieszka tu sam, jego rodzina ma dom w niedalekiej Łopuchowej. Jemu został ten kawałek ziemi, po powodzi z 1997 roku. Do wsi jest stąd 7 kilometrów, dalej do UŚci jeszcze 15. Kiedy Dziadek opowiadał nam o swoim życiu tu na odludziu, do jego nogi tuliła się wytresowana owca. W życiu nie widziałam owcy, która przychodziła by na zawołanie, siadała, kładła się, a nade wszystko tuliła do właściciela. Tak naprawdę to był wspaniały, wierny pies, którego chyba w ramach dowcipu Stwórca ubrał w owczą skórę.

Niebieski namiot


Opuściliśmy Dziadka z żalem w sercu na następny dzień. Nasz plan obejmował jeszcze kawałek Gorganów i gdybyśmy nie pobłądzili, dochodzilibyśmy właśnie do przełęczy Legionów. No ale pobłądziliśmy... Po kilkunastu przeprawach przez rwącą rzekę dotarliśmy w końcu do wsi. Nad rzeką, niedaleko klauzy, rozłożony był niebieski namiot.

- A jakby to były Jurki?- powiedział nieśmiało Radek.

- Tak, jasne, Jurki. Przypominam Ci kochanie, ze mamy ponad tydzień opóźnienia do nich. Musieliby tu na nas czekać, a przypominam Ci, ze tu nie biegnie szlak. Wychodzi gdzieś indziej, a my tu jesteśmy dlatego, ze pobłądziliśmy...- gadam, gadam i wiem, że mam rację, tylko, że ten namiot faktycznie jest niebieski.

- Chodź, sprawdzimy. Pewnie, że to nie oni, ale zapytamy się, gdzie tu sklep jakowyś.

Skręciliśmy z drogi, kierując się ku namiotowi, aż tu nagle...

- Nie. To jest pewna przesada! Co wy tu...

Fakt, że w ostatni dzień we mgle i deszczu zrobiliśmy prawie 40 kilometrów, oraz to, że oni ten deszcz przesiedzieli w namiocie grając w karty, pozwolił nam znowu się spotkać. Do sukcesu dołączył się również ich "niechciej", a życzliwa Opatrzność pozwoliła im również pogubić trasę.

Wyprawa do sklepu po piwo i kiełbasę i wieczór przy ognisku zadecydował o naszej rezygnacji z Gorganów. Dodatkowo Radek wpadł na pomysł penetracji nieodległej opuszczonej chałupy, skąd wywlekliśmy cebrzyk, balię i obrazek malowany na szkle. Dodatkowy balast w plecakach w postaci klepek i obręczy (dodatkowe 15 kilogramów) zdecydowanie odsunęły gorganowe plany na następny rok. A tak niewiele brakowało, a wywlekłabym jeszcze stamtąd beczkę na ogórki. Radek jednak przytomnie stwierdził, że dodatkowe 40 kilo to już będzie pewna przesada. 

Ostatecznie pożegnanie odbyło się przy plusku rzeki w niedzielę o godzinie 13,00. Chłopcy szli na autobus, który odjeżdża stąd dwa razy dziennie (o 7 rano i o 14.00) do Taczewa. My jednak nie chcieliśmy jechać do Taczewa na południe, tylko gdzieś bardziej na północ. Chcieliśmy jeszcze zwiedzić kilka miasteczek i miast: Iwanofrankowsk, Halicz, Stryj. 

JJJ towarzyszyli nam przez całą Czarnohorę i Świdowiec. Skończył się Świdowiec, chłopcy ruszyli drogą do centrum wsi. My zaś pomachawszy im na pożegnanie weszliśmy do rzeki, oczyścić się z brudów podróży... 


"Nic mnie już nie zdziwi..."


W kilka godzin później dowiedzieliśmy się, że jedyne autobusy odchodzące z Łopuchowej to te dwa do Taczewa. Podobnie jest w Uści Czornej, do której dojechaliśmy stopem. Nie było wyjścia. Rozłożyliśmy namiot przy drodze na jedynej dostępnej łące z krzakami. Ranne zbieranie obozu było rekordem w tej dziedzinie. O siódmej odjeżdżał nasz autobus. Zebraliśmy się w 10 minut, łącznie z rekordowym śniadaniem. Przez chwilkę myślałam, że autobus nam się nie zatrzyma; był tak załadowany, ale to przecież Ukraina!

Otworzono nam tylne drzwi, jakiś facet wziął mnie na ręce, drugi wziął mój plecak, trzeci- plecak Radka. Radek wsiadł o własnych siłach, aczkolwiek już w środku został porwany przez tłum i siedział jakiejś kobiecie na kolanach, zgięty w pół, bo nad nim wisiał worek z ziemniakami. 

Kiedy wysiedliśmy w Taczewie, mieliśmy w portfelu ostatnie dwie hrywny. Postanowiliśmy pójść na szybką kawę i do centrum rozmienić pieniądze. Podeszłam do budki.

- Dwie kawy poproszę.
- Ej, hej, hej. Żadne kawy. Jedziecie z nami- odezwał się za mną Jędrzej.


Jeszcze w górach. To ja rozumiem, ale tu? Kiedy wyraźnie mieli wczoraj odjeżdżać do Lwowa? Okazało się, że spóźnili się na wczorajszy autobus, mieli w planach przeczekanie nocy parku, ale spotkali Polkę, która mieszka tu od lat dwudziestu i zaprosiła ich do siebie. Stąd tak późny wyjazd w dzień następny...

Przeznaczenie? Opatrzność? Chyba tylko one, bo racjonalnego wytłumaczenia na takie zbiegi okoliczności nie ma. 

Nic jednak nie trwa wiecznie. Kiedy wysiadaliśmy w Stryju, Jurek powiedział:

- Zostawiamy Was w Stryju, ale założę się, że wysiądziemy we Lwowie, a tam nasze Krakusy.

- Mnie już nic nie zdziwi- powiedział Jędrzej.

W związku z czym we Lwowie się już nie spotkaliśmy... 


sierpień'2003- Taczew

NASZA TRASA W ŚWIDOWCU:

Rachów >> Novoselica >> Magurica&nbsp;(1266 m) >> Dumeń (Terentin-1391 m) >>Douzina (1380 m) >> "Borówczana" (1338 m) >> Perelisok >> Bilińska (1439 m) >> Stare (1475 m) >> [szlak żółty] >> Bliźnica (1883m) >> Stih (1707 m) >> Veliki Kotel (Tatulska-1774 m) >> Vorożesek (1735 m) >> Trojaska (1707 m) >> Ungarjaska (1711 m) >> Podpula (1634 m) >> Klauza Jablonec >> Łopuchowa (Brustury)

środa, 6 sierpnia 2003

Jot Jot Jot- Historia Jednej Znajomości

Minęliśmy masyw Brebeneskula. Przed nami sterczał szczyt Gutin Tomnatyka. Z niewiadomych powodów, czy to w południe, czy o świcie, szczyt ten zawsze sprawia wrażenie, jakby panował na nim wieczny zmierzch. Mroczna połać kosodrzewiny i jałowców na szczycie, ukryte w skałach ciemne jeziorko, cień padający z potężnego Brebeneskula- wszystko to sprawiało wrażenie wejścia w inny świat, świat z mrocznych legend, pełnych czarownic, magów i niespodzianek czyhających na każdym kroku...


Od strony namiotu rozbitego nad malutkim jeziorkiem szedł człowiek. Doszedł do ścieżki, którą  szliśmy i usiadł na kamieniu. Mieliśmy do niego jeszcze jakieś 300 metrów. 
- Rozbijemy się tam, gdzie ten namiot?
- A bo wiadomo kto to? Może im będziemy przeszkadzać? Tam w górze też dobre miejsce, płaściutko, a do jeziorka przyjdziemy się umyć.
Zza zakrętu, który dzielił nas od tajemniczego człowieka na kamieniu, dolatywały dźwięki granego na harmonijce krakowiaka. Pierwszy dotarł Radek...
- O Boże!!!- usłyszałam. Kiedy i ja doszłam na miejsce, jedyne słowa, które z siłą pocisku wysunęły się na usta, brzmiały:
- Czy przez te cholerne Stajki była jakaś droga????



zaschnięty las pod Skorusznym


Pierwsze spotkanie z Jurkiem i jego synami wypadło na zarośniętej, leśnej przełęczy pod Skorusznym. Kończyliśmy poranną kawę, dogaszaliśmy ognisko i dopakowywaliśmy ostatnie rzeczy do plecaka. 

- Za godzinę będziemy na Stajkach- zawyrokował Radek- jak myślisz?

-Cicho bądź. Coś idzie...- powiedziałam, może niekoniecznie w odpowiedzi. - Chyba konie.

Chociaż żadne konie huculskie na świecie nie wydają takich odgłosów, obecność ludzi w tym oddalonym od cywilizacji miejscu była po prostu niemożliwa. Po chwili z lasu wypadł człowiek. Wypadł jest najbardziej adekwatnym określeniem: potknął się zapewne o jakąś gałązkę, bo wypadł na polankę z takim impetem, że ptaki na gałęziach przestały śpiewać. Równie gwałtownie go zahamowało. Wyraźnie było widać, że zgłupiał. My zresztą też..

-Cześć- powiedział facet. Odpowiedziałam również po polsku. Zdumienie na jego twarzy zaczęło powoli się rozlewać: od uszu po podbródek.

- Co wy tu...?- zaczął z niedowierzaniem.

Od słowa do słowa dowiedzieliśmy się, że to ojciec z dwoma synami, z Warszawy. Wybrali drogę z Zelenego, bo nie chcieli powielać drogi wszystkich turystów z Szybenego. Kropka w kropkę jak my. Tyle, że my chcieliśmy jeszcze oszczędzić dolara, którego trzeba zapłacić przy wejściu do Karpackiego Parku Narodowego. Spotkanie dwóch polskich grup, z podobnym celem w Czarnohorze nie nastręcza problemów. Polaków jest tu zatrzęsienie. Ale poznanie się w gęstym lesie, gdzie wejścia na główne pasmo strzeże niedostępna kosówka, to już zakrawa na działalność przeznaczenia.


Zielony koszmar


Jurki poszli wtedy na szczyt Stajek, my okrążaliśmy je od północy, uparcie realizując I zasadę chaszczowania, że jeżeli gdziekolwiek jest jakaś droga, to póki prowadzi mniej więcej w naszym kierunku trzeba nią iść. Niejednokrotnie później w kosodrzewinie zastanawiałam się czy aby na pewno zrobiliśmy dobrze, ale wiedziałam, że już się tego nie dowiemy. Według moich obliczeń Jurki wyprzedzały nas o ponad dwa dni. Teraz siedząc na kamieniu pod Brebeneskulem Jurek uśmiechnął się szeroko.

- Was też zatamowało to zielone zielsko? Chodźcie na dół do namiotu- pogadamy.

Po drodze przedstawił nam swoich synów: Jędrzeja i Jana, razem z nim tworzyło to zgrabną grupę JJJ. 

- Droga na Stajki była zarośnięta, jak w Gorganach- opowiadali- Kilka godzin zeszło nam zdobywanie szczytu. Potem było tylko gorzej. Ścieżki niknęły zaraz na początku, zielony las kosodrzewiny nie chciał nas przepuścić. Straciliśmy dwa dni na dojście do Popa. Potem- głównym pasmem doszliśmy aż tutaj. A wy?

Opowiedzieliśmy mu naszą wersję zielonego koszmaru. Przeznaczenie działało ostro.

Zbyt dużo podobieństw..


W międzyczasie wyszło na jaw, że im również potrzebne są  zakupy w Rachowie, gdyż nie mogą robić zdjęć, ze względu na brak baterii- moje baterie odmówiły współpracy pod Popem Iwanem. Swego czasu studiowałam zootechnikę- Jurek okazał się być absolwentem tego wydziału. Jędrzej- starszy syn- będzie kiedyś etnologiem, aktualnie na drugim roku w Warszawie- ja też, tyle, ze we Wrocławiu. Jurek zajmuje się teraz konserwacją antyków- mój tata też.... I tak dalej i tak dalej. Ogromu podobieństw i zbiegów okoliczności nie sposób zliczyć. Jedyna znaczna różnica polegała na tym, że oni zaczynali dzień o szóstej rano i po trzeciej już gotowali obiad, my- zaczynaliśmy o dziesiątej, ale kończyliśmy wraz ze zmrokiem. Wspólnej wędrówki nie można było kontynuować Tyle wspólnego, że umówiliśmy się na nocleg pod Howerlą.

Howerla- święta góra Ukraińców


Grupa RKT została jednak drastycznie opóźniona, przez niespodziewaną burzę, z rodzaju słabych deszczowo, mocnych piorunowo i pół dnia przesiedzieliśmy pod foliź, za Pożyżewską, dyskutując wesoło ze studentem leśnictwa z Lwowa. Na przełęczy pod Howerlą byliśmy o siódmej wieczór. Jurków jednak nie było. Oglądnęliśmy dokładnie wszystkie namioty w okolicy- nie było tego dużo, zaledwie dwa- i podjęliśmy decyzję zdobycia Howerli. Akurat mijał piąty miesiąc naszej znajomości i postanowiliśmy go jakoś uczcić- najwyższy szczyt Ukrainy, choć wcale nie najładniejszy, wydawał nam się godnym tego wydarzenia.

Tuż za Howerlą obozowisko rozłożyli Ukraińcy, których początkowo mylnie wzięliśmy za JJJ. Poczęstowali nas kolacją i wódką i poszli spać... Siedzieliśmy przy dogasającym ognisku i zastanawialiśmy jak przeznaczenie zadziała dalej. Chłopcy musieli również minąć Howerlę i gdzieś w okolicy rozłożyć nocleg. Aby ich dogonić musieliśmy wstać rano... Nie ma się co łudzić pobudka poranna się nie udała: jeszcze kawa jeszcze herbata, jeszcze trzeba się umyć, bo nie wiadomo, kiedy na trasie miniemy nadający się do tego strumyczek, i tak dalej, i tak dalej. Kiedy dotarliśmy na pierwszą przełęcz, było dobrze po południu. Na tablicy informacyjnej Karpackiego Parku Narodowego powiewała biała karteczka.

-Kasia i Radek- przeczytał Raduś- ty wiesz, jeszcze jacyś Polacy o takich imionach się tu krę.... Hej to do nas!!!- tego się nie spodziewaliśmy...

Nie ma najmniejszych szans


Szybkie obliczenia... Nie już dziś ich nie dogonimy- nie ma szans. Może jak będą robić popas nad Kvasami, ich jednodniowy odpoczynek może nas do siebie zbliżyć i spotkamy się w Kvasach...

Nie podejrzewaliśmy, że kolejna burza, tym razem pod Pietrosem opóźni nas o kolejne pół dnia, że pod Szeszulem spotkamy pasterza, a spotkanie oddali nas od JJJ o prawie cały dzień. Jednak wiedzieliśmy, że muszą być w poniedziałek w Rachowie. Naiwna wiara w przeznaczenie kazała nam mniemać, ze spotkamy się na dworcu kolejowym w Kvasach. Najwcześniejszy pociąg do Rachowa odchodził o 12,00. 

Czekaliśmy i czekaliśmy... 

Czekaliśmy i czekaliśmy...

Ale nic. 

Po JJJ nie zostało śladu, ani popiołu...



NASZA TRASA W CZARNOHORZE:

Zelene >> Skoruszny&nbsp;(1551 m) >> Przełęcz  pod Skorusznym >> Stajki (1745 m) >> Smotrec (1896 m) >> połonina Baleatul >> Pop Ivan (2022 m) >> Dżembronia (1900 m) >> Minczel (1999 m) >> Brebeneskul (2037 m) >> Jeziorko pod Gutin Tomnatykiem (2016 m) Rebra (2001 m) >> Turkuł (1932 m) >> Dancerz&nbsp;(1950 m) >> Pożyżewska (1822 m)  >> Breskuł (1911 m) >> Howerla (2058 m) >>  Pietros (2020 m) >>  Połonina Szeszul >>  Kvasy

poniedziałek, 5 maja 2003

Anioł w kaloszach - Suche Rzeki // Angels in wellingtons


W Nasicznem niebo spowite było chmurami i gdzieniegdzie przebłyskiwały gwiazdy. Było upiornie ciemno, a grani Dwernika-Kamienia nie było nigdzie widać, szlaku również...



Na Dwernik w ogóle nie prowadzi żaden szlak, co jest o tyle wytłumaczalne, że znajduje się w pewnej odległości od Połonin, a jedyna droga łącząca biegnie przez Jawornik, gdzie są  unikatowe źródliska znajdujące się pod parkową ochroną. Hołoty turystycznej nie da się powstrzymać przed niszczeniem, dlatego na wszelki wypadek nie został tamtędy poprowadzony szlak. Z drugiej strony Dwernik jest jednym z najpiękniejszych szczytów w Bieszczadach i brak szlaku uniemożliwia podziwianie panoram zwyczajnym turystom. Ale przecież nie nam!!! Ruszyliśmy przez las kierując się wyczuciem. Kompas tkwił gdzieś głęboko w plecaku, a z mapy i tak niewiele wynikało. Nad Dwernikiem lśniła gwiazda i mając nadzieję, że nie robi nas w konia szliśmy za nią. Gwiazda jednak była wysoko i nie widziała tego, co widziały i poczuły nasze buty i skarpety: mokre bagniska, rozlewiska potoków, jary i przegniłe liście.

Dotarliśmy do końca. Dalej można było iść w dół albo granią. Zgodnie z logiką (przecież chcieliśmy iść na szczyt) poszliśmy granią, aż do polanki. Pierwsze co zobaczyliśmy to ogromny kamień.<br />

- No jesteśmy na szczycie- powiedziałam- to jest ten kamień. Pamiętam, oglądałam kiedyś zdjęcia kolegi ze szczytu Dwernika i był na nich właśnie ten kamień.
- Ale tu są  drzewa, a mówiłaś o pięknych wschodach słońca ze szczytu.
- Ciemno jest, nie widać. Jeżeli to jest Dwernik, a jest, bo przecież sterczy kamień, to jutro będzie stąd widać piękną panoramę.

Leżeliśmy w namiocie rozłożonym na jakiś koszmarnych kupkach borowin, które ugniatały każdą część ciała i rozmyślaliśmy o gwiazdach i romantycznej historii Dwernika.

Rycerski Dwernik

Żyli kiedyś w Bieszczadach prawdziwi rycerze. Działo się to w czasach, kiedy ziemie te należały do polskiego księcia Mieszka, który pogaństwo z tj ziemi wyplenił. Tam, gdzie Nasiczniański wpada do Sanu mieszkał Rycerz, co zwał się Dwernikiem. Zakochał się w pięknej córce posadnika grodu, co się nad Ralskiem wznosił (dziś góra ta Horodkiem się zwie). Łopienka również miłowała Dwernika, jednak została już przyrzeczona Juraszkowi, synowi posadnika z Hoczwi. Dwernik mógł jedynie porwać dziewczynę, a to, według prastarego obyczaju mógł jedynie w noc sobótkową uczynić. Dwernik wykorzystał obrzędy odprawiane w Wigilię Św. Jana i pod osłoną nocy w blasku pierwszych ogni porwał Łopienkę.

 Po nocy spędzonej w domu Dwernika, Łopienka poprosiła aby uczynić ją zechciał jego żoną. Prastary obyczaj zezwalał na taki postępek, pomimo przyrzeczenia dziewczyny innemu. Juraszko musiał odejść jak niepyszny. Mściwy to był jednak młodzieniec i postanowił się zemścić. Kiedy Dwernik wybrał się na Połoninę Wetlińską aby doglądnąć swoich pasterzy i zsiadł na chwilę z konia, aby dać mu odpocząć, Juraszko, jak ten zbój z ukrycia, strzelił do niego z kuszy, trafiając prosto w serce. Aby zbrodnie ukryć, ciało zakopał głęboko pod ziemią i odjechał. Łopienka szukając męża przybyła na szczyt i natychmiast zrozumiała co zaś zło. W miejscu, gdzie Juraszko ukrył ciało Dwernika, w przeciągu jednej nocy wyrosła skała. 


Ta skała miała być widoczna na naszych zdjęciach ze wschodu słońca nad Dwernikiem Był tylko jeden problem- nocowaliśmy nie na tym Dwerniku...

Dwernik posiada dwa szczyty, o czym nie wiedzieliśmy, To z północnego roztaczają się piękne widoki- my spaliśmy na północnym. Dopiero na następny dzień doszliśmy na prawidłowy wierzchołek, dzięki sokolemu wzrokowi Radzia, który wypatrzył szlakowskaz i turystów. Przez szczyt Dwernika prowadzi od niedawna ścieżka dydaktyczna z Dwernika- wsi do Zatwarnicy. 

My oczywiście nie poszliśmy za ścieżką, chcieliśmy odwiedzić schronisko Lutka na Wetlińskiej i nie w głowie nam było przedwczesne schodzenie. Sytuacja jednak zadecydowała za nas. Chociaż w planach mieliśmy pokonywanie chaszczy na Jaworniku, to dzięki wczorajszemu szczęściu na drodze nie mieliśmy chleba na dalszą drogę- znowu Radek zadecydował o zejściu do Nasicznego. Ja nie chciałam. Uważałam, że nie ma najmniejszego sensu, w Nasicznym nie ma żadnych szans na znalezienie sklepu, a tym bardziej takiego, w którym w dniu pierwszego maja będą sprzedawać chleb. Radek się jednak uparł...


W oczekiwaniu na piwo


Chorobliwy optymizm Radzia sprawił, że sklep był. Co więcej- był chleb. Za to – nie było piwa. W oczekiwaniu na dostawę siedzieliśmy wszyscy przed zieloną pakamerą i wypatrywaliśmy malucha, który miał przywieźć piwo i wódkę. Kilku turystów i dwóch autochtonów toczących ożywioną dyskusję:

- Panie Tucki, za głupi żwir zapłacił Pan więcej niż za chałupę.

- Eee tam, panie Boberko, i co z tego, jestem od Ciebie mądrzejszy, byłem i będę.

- Panie, ja mam sponsora, a Pan co? Rentę.

Wypatrując malucha, chcąc nie chcąc przysłuchiwaliśmy się rozmowie.

- Wytrzaskałeś mnie po pysku? Wytrzaskałeś!

- Za darmo Pan dostał! Pan jest gorszy niż komuna.

Para z naprzeciwka zaczęła tą  uroczą pogawędkę nagrywać. A oni raz kłócili się na zawsze i obrażeni rozchodzili się w dwie strony to znów siadali przy stole w najlepszej komitywie i wspólnie oczekiwali piwa dalej dyskutując:

- Ma Pan karabina?

- Mam jeszcze dwa. I naboje.

- Sprzedaj Pan

- Panu, panie Tucki sprzedać to ja mogę serię, a karabinu nie!

- Dla Syna.

- Teodor to Teodor, stary to stary. Nie.

Nie wiadomo jak się ta dyskusja skończyła i czy w ogóle, bo panowie wyglądali tak jakby na zmianę się usiłowali zamordować i stawiali sobie piwo od zarania świata do jego skończenia.


Po wsi Caryńskie pozostało kilka nagrobków


Nie doczekawszy się na piwo, z chlebami, kiełbasą, musztardą i czekoladami w plecaku ruszyliśmy w kierunku Caryńskiego. Teraz opuszczona wieś powstała dużo później niż sąsiednie wsie bojkowskie. Dlaczego tak się stało nie wiadomo, dość, że kiedy całe Bieszczady były już zasiedlone dolina potoku Caryńskiego wciąż była niezamieszkała. 

Aż zdarzyło się dnia pewnego, że w nieodległych Berehach Górnych pewien kmieć w gniewie zabił dzierżawcę folwarku. Aby uniknąć kary uciekł ze swoją rodziną w lasy stuposiańskie, wykarczował kawałek lasu w dolinie, i tak powstałą maleńka caryna. Zbudował chyżę ze smrekowych bali i prowadził swój odludny żywot, do czasu, kiedy synowie mu się nie pożenili po węgierskiej stronie i pobudowali swoje chyże obok ojcowej. Kiedy doniesiono Barbarze Kmitowej z Herburtów przypadkowo odkrytą na jej gruncie osadę, ta lokowała wieś na prawie wołoskim i zwolniła jej mieszkańców na 24 lata od wszelkich powinności. Wieś się rozrosła, wystawiono cerkiew, a władyka przemyski ustanowił tu parafię, dołączając niedawno lokowaną wieś Nasiczne.

Teraz w dolinie Caryńskiego po dawnej wsi pozostało kilka nagrobków, po drugiej stronie potoku i ruina kaplicy grobowej. Drugi cmentarz zrównano spychaczami. Po niedawnej obecności ludzi pozostałą tylko droga i zdziczałe jabłonie...

Droga przez Caryńskie wiedzie do schroniska na Przysłupie. Uroczego, z klimatem i normalnymi ludźmi. Długi weekend powoduje jednak przesadny tłok w schroniskach, także wypiwszy herbatę i uzyskawszy istotną informację, że strażnicy zaczynają pracę o ósmej i na górze są po dziewiątj, ruszyliśmy przez mroczny las.
Nie chcieliśmy rozkładać namiotu, ani nie nocować specjalnie wysoko - ostatecznie nie przyszliśmy tu niszczyć. Rozłożyliśmy dwie karimaty pod krzakami 300 metrów od szczytu.

Choć wschód słońca nie był taki jaki sobie wymarzyliśmy, to jednak śniadanie na szczycie Caryńskiej o godzinie szóstej rano dla takich śpiochów jak my, to niezapomniane przeżycie. Udało nam się nawet namówić jakiegoś zupełnie przypadkowego turystę aby zrobił nam wspólne zdjęcie, bo z przerażeniem odkryliśmy, że już miesiąc po zaręczynach, a wspólnego zdjęcia nadal nie mamy.

Stonka na połoninie


Kiedy zeszliśmy do Berehów Górnych stonka wchodząca na połoninę Wetlińską nieco nas przeraziła- długi weekend majowy to koszmar dla gór. Byliśmy jak zwykle jedynymi plecakowiczami. Kiedy dotarliśmy do schroniska "U Lutka" zbierało się na burzę. Przezornie zajęliśmy miejsca pod dachem oczekując na pioruny. Kiedy lunęło malutkie schronisko pękało w szwach i wciąż dochodzili nowi ludzie. Burza trwała już godzinę, a turyści wciąż przybywali. I to nie tylko z dołu, najwięcej docierało od strony połoniny. Trafił mnie tak zwany nerw! Jak można w czasie burzy iść otwartą połoniną!!! Zbiega się, ukrywa, cokolwiek!!! A tu przychodzi panienka na obcasikach i wesołym głosikiem oznajmia, że największy jej sukces życiowy to to, że przeżyła i ciekawe, jak poszło jej koleżance, która szła za nią. Goprowiec tylko machnął ręką. I miał rację- na idiotów się nie poradzi, tylko niepotrzebnie się człowiek denerwuje.

Ale kiedy skończyło padać wszyscy bohaterowie dzisiejszego dnia, którzy przeżyli burzę na Wetlińskiej pokornie zeszli (a właściwie zjechali w sandałkach po błocie) na dół do Berehów. 
My oczywiście wybraliśmy się dalej w kierunku Hnatowego Berda, gdzie jak głosi legenda rycerz Ignacy z Podola ( z ruska zwany Hnatem) dokonał swojego żywota. Ach piękna to legenda. 


Rycerz Hnat i jego Berdo


Na jesieni 1612 roku przybył do Wetliny rycerz Ignacy, oczywiście z miejsca zakochał się w pięknej Justynce, ale rodzice nie chcieli się zgodzić na małżeństwo. Justynka też zakochana w Hnacie wybrała więc klasztor. Ale pisane im chyba było jednak wspólne życie. Razu pewnego, kiedy wraz z towarzyszami za Tatarami się uganiał i rozbił jeden z obozów, okazało się, że są  tam branki z klasztoru, do którego poszła Justynka. Dzielny rycerz uwolnił dziewczynę, powiódł do cerkwi i wziął z nią ślub. Małżeństwo jednak nie było pobłogosławione przez rodziców. Już w czasie ceremonii ledwo uszli z życiem z pożaru, który wybuchł, kiedy w kopułę cerkwi trzykrotnie uderzył piorun. Krótko wiedli szczęśliwe życie w dolinie pod połoniną Wetlińską. Podczas  nieobecności gospodarza na dwór napadli tołhaje, a nie mogąc go zdobyć, podpalili je. Nikt nie uszedł z życiem.

Kiedy Hnat wrócił i zobaczył zwęglone ciało żony wpadł w tak głęboką rozpacz, że wskoczył na konia i pogalopował w dal. Nie zauważył, kiedy znalazł się na połoninie, nie zauważył, kiedy galopował granią, nie zauważył, kiedy ziemia usunęła mu się spod nóg i runął w przepaść. Jedynie ludzie z Wetliny w świetle księżyca widzieli sylwetkę jeźdźca na koniu. Odtąd miejsce to zwie się Hnatowym Berdem.


Twarz we mgle


Ale to nie Hnatowe Berdo ma najpiękniejszą grań. Ma ją Roh. Szczyt, którego spadające ku Wetlinie ramię przypomina wyrzeźbioną w skale ludzką twarz. Co dziwne legendy bieszczadzkie na ten temat milczą, możliwe więc że przywidziała nam się tylko w otulającej wszystko mgle. Mgła, mżawka i ogólne przemoczenie spowodowały, że nie zeszliśmy, jak planowaliśmy do Sinych Wirów i dalej do schroniska w Jaworzcu, ale potykając się o mokre korzenie grzecznie podążyliśmy do Suchych Rzek, których nazwa dziwnie kolidowała z ogólnie mokrą sytuacją.

Bieszczadzki Anioł


I znów Radek się uparł, żeby zajrzeć do schroniska harcerskiego. Ja nie miałam na to najmniejszej ochoty, mam raczej niemiłe wspomnienia z harcerzami. Tu jednak okazało się, że schronisko prowadzone przez babcię Alę - Anioła w kaloszach. Babcia nie pozwoliła nam nigdzie iść. Poczęstowała nas herbatą, czosnkiem niedźwiedzim (roślina chroniona, której w Bieszczadach rosną ogromne ilości), udostępniła kuchnię i zaproponowała nocleg. Nie ważne było, ze nie stać nas było na nocleg. Jedyne o co poprosiła to o jutrzejszą pomoc przy przyniesieniu drzewa. Radek chętnie posłużył męską pomocą, ja umyłam podłogi, posprzątałam po wycieczce i można powiedzieć, że nocleg w saloniku odrobiliśmy. Jednak to co babcia zrobiła z brzydkiego schroniska w Suchych Rzekach, to jak nas potraktowała, pomogła nie żądając nic w zamian tchnęło prawdziwym echem gór. Ludzie gór właśnie tacy są: pomocni, otwarci, mili.

Babcia była kiedyś pracownikiem naukowym. W saloniku otwartym dla gości leżą książki o tematyce historycznej, archeologicznej, botanicznej i zoologicznej. Na półce stoi zamarynowana piestrzenica kasztanowata- unikalny grzyb pod ochroną, śmiertelnie trujący, wyglądający jak mózg. Każdy owad, każda roślinka, każdy grzyb jest przez babcię sprawdzany w niezliczonej ilości przewodników do oznaczania. Musi wszystko wiedzieć. Nawet to gdzie ma gawrę niedźwiedź, który zostawia ślady niedaleko schroniska. Babci nie da się opisać, babcie Alę trzeba poznać. Miałam w planach napisanie opowiadania o Aniele w kaloszach, ale druk, atrament i papier nie oddałyby ani cząstki istoty babci. Nic mi innego nie pozostaje tylko zaprosić wszystkich do Suchych Rzek... My na pewno jeszcze tam wrócimy, nie raz, nie dwa nie pięć, choć na odkrycie czeka jeszcze całkiem spory kawałek Bieszczad.


MAJ'2003- Suche Rzeki

* Wszystkie legendy cytuję za: Andrzej Potocki,Ksiega legend i opowieści bieszczadzkich , BOSZ, Lesko 1998. 

** Z przykrością informujemy, iż schronisko harcerskie w Suchych Rzekach zostało zlikwidowane. Babcia Ala- "Anioł w kaloszach" - wyprowadziła się z miejscowości.

niedziela, 4 maja 2003

Gwiezdny szlak // The stars' way

Ty nad dachami szukasz gwiazdy spadającej
Krótszą od twojej drogą spada gwiazda każda
Nim życie swe wyszepczesz, zanim wzejdzie słońce
W dół po policzku sunie spadająca gwiazda...

Ty nad dachami szukasz w słońcu złotej ciszy
Milczenie złotem staje się niepostrzeżenie
Ty całą prawdę milczysz, w dole Cię nie słyszę
Samotne złoto bywa cięższe jak milczenie...

Na zachmurzonym niebie jak w spojrzeniu drżącym
Maleńka gwiazda błyszczy jak uczucie prawdy 
dzień mija, szepczesz słowa wstaje nowe słońce

Sł. Robert Marcinkowski, Mel. Grzegorz Śmiałowski 



Na kopule nieba pojawiła się czarna królowa. Zatoczyła krąg połami płaszcza i już za chwilę połowę nieba spowiła atłasowa czerń. Druga część, przerażona hegemonią na firmamencie, uciekała w ślad za swoim władcą, słońcem, które przerażone i drżące skryło się za pobliskimi wzgórzami. Zapadał zmierzch. Nad szczytem Dwernika- Kamienia zabłysła gwiazda...

Być może na czarnym nieboskłonie pojawiły się też inne punkciki. Nie widzieliśmy ich. Ta jedna zdominowała nasze serca, oczy i umysły. Nadprzyrodzonym wręcz blaskiem zdobyła sobie wyłączność na mrocznym firmamencie.

Rozdroże.

Mapa wskazuje drogę na północ, moja dusza upiera się przy forsowaniu lasu w kierunku zachodnim. Popatrzyliśmy w niebo. Nad lasem zachęcająco mrugała gwiazda... Nie wierzyliśmy w moc przewodnią gwiazdy, jednak jej, nasiąknięty przekonaniem i nadzieją, blask nie dawał nam wyboru.

Przedzieraliśmy się przez las, wpadając w jary, wspinając się na ściany wąwozów, topiąc buty w wąskich, acz zdradliwych strumyczkach i topiąc nadzieję na suche skarpety w namokniętych liściach. Latarka, bez podania jakiegokolwiek racjonalnego powodu, po prostu odmówiła współpracy, a Nasza Gwiazda- Nasz przewodnik po mrocznym lesie- zniknęła za gęstą koroną drzew.

Pojawiła się znowu, kiedy wyszliśmy na drogę. Świeciła nad lewą jej odnogź, a kompas i mapa nieodmiennie sugerowały wędrówkę w prawo. Zaufaliśmy technice. Kilkaset metrów później drogi się połączyły, a my nadrobiliśmy jakieś 500 metrów. Gwiazda popatrzyła się na nas zadziornie, uśmiechnęła się pod nosem i zniknęła. Pojawiła się na następnym skrzyżowaniu.

Czy to magia nocy, czy napawający nadzieją pomarańczowo-żółty blask, ale wbrew logice schowaliśmy techniczne wynalazki do plecaka. Odtąd szliśmy za gwiazdą. Długo, długo, aż doszliśmy do grani. Jeszcze trzysta metrów, jeszcze kawałek lasu... i wyszliśmy na szczyt Dwernika- kamienia. Gwiazda błysnęła mocno i jasno ostatni raz i zniknęła.

- Dziękuję- powiedziałam w przestrzeń.

Byliśmy na miejscu.

Kwiecień'2003- Suche Rzeki

=============================================================================


Oświadczenie o prawach autorskich do utworów:
W wywiadzie,który Robert Marcinkowski udzielił w ramach promocji płyty Szałasolot, znalazło się zdanie:

Czy istnieją jakieś składanki, płyty? 
Nie mamy takich płyt z ZAiKSem i hologramem. Istnieją zarejestrowane piosenki. Nie handlujemy nimi, tylko rozdajemy znajomym.

To, że nie ma hologramu nie oznacza jednak, że nie ma praw autorskich. Rozpowszechniam, bo nie ma innej możliwości posłuchania tych utworów. - autorzy są poinformowani i nie zgłaszają żadnych "ale", co jest wybitnie miłe...

sobota, 15 marca 2003

Zimowe Skały Błędne

Zimowe Skały Błędne

Błędne skały, kaplica czaszek i Urwisko Beaty



Zanim wyjechaliśmy- trochę zeszło. Trzeba było zjeść śniadanie, kupić karimatę, filmy do Zenita... Wyjechaliśmy około godziny pierwszej popołudniu... Droga- koszmar!!! Gorzej na pewno być mogło, ale oznaczało by to powtórkę z rozrywki z Woodstoku w 1998 roku, kiedy staliśmy na autostradzie 4,5 godziny. 

W Ząbkowicach Śląskich utknęliśmy na dobre. Radka zaczął trafiać popularnie zwany szlag, a ja odpracowałam już wszelkie drogi alternatywne: Kotlinę Kłodzką (w czym głównie przeszkadzał nam brak mapy), Masyw Śnieżnika (jak wyżej), Śląskiego Kopciuszka i Kopalnię w Złotym Stoku...

Kwitliśmy na drodze jak te kaktusy (Chociaż kaktusy w tej temperaturze nie kwitną- było-0,1 st.C). W końcu jednak zlitował się kierowca Tira i za jego pomocą i fantastycznego wynalazku ludzkości jakim jest CB-radio idało nam się przed zmrokiem dostać do Czermnej. Kapliczka była już niedostępna...

Bogiem, a prawdą, czyli jak to mówią, miedzy Bugiem, a Odrą, z planowanego zapisu "wstaliśmy rano", pozostało tylko "wstaliśmy". Wczoraj w nocy rozłożyliśmy się noclegiem nad Urwiskiem Beaty- gdzieś między nadajnikiem RTV na Górze Parkowej, a Świni Grzbietem- 50 metrów w dół i cypelek 2 x 2 x 2- idealne miejsce na naszego Marabuta.Kiedy dotarliśmy do kapliczki czaszek w Czermnej było już południe.

Kaplica czaszek w Czermnej

No cóż... Kaplica rozczarowała nas i to bardzo. czaszki ułożone pod sznurek w idealnej harmonii. 

Cholerne aniołki i krzyże, które kościół katolicki wetknie wszędzie, wprowadzały okropny dysonans. Na miejscu był jedynie ołtarz z wyłożonymi trzema kośćmi udowymi: człowieka mającego ponad 2 metry wzrostu (więcej takich kości leży w piwnicy),mężczyzny z raną po postrzale, oraz kość źle zrośniętą po złamaniu z przemieszczeniem. Na ołtarzu leżą też czaszki. Jedna należy do sołtysa, który zginął od strzału w głowę, druga do jego żony, która zginęła od szabli (na czaszce jest widoczna rana), a trzecia do grabarza, kóry w testamencie zastrzegł sobie, a właściwie swojej czaszce miejsce na ołtarzu. To on właśnie pomagał biskupowi Tomaszce w realizacji projektu kaplicy. Na ołtarzu leżą też czaszki Mongoła i Tatara- prof. Rosiński z Uniwersytetu Wrocławskiego znalazł by tu wymarzony materiał do badań.

Komercja, nienaturalność i sztampa widoczna jest z każdej strony. Jedyne miejsce, gdzie widać przerażającą autentyczność jest piwnica, gdzie w bezładzie i kurzu poniewierają się szczątki ponad 21,000 osób. W kaplicy znajduje się ich 3000.
Lekko zdegustowani ruszamy dalej.

Szopka Ruchoma jako rekompensata



To Radziu wymyślił, aby wejść do Szopki Ruchomej.

Je pewnie bym nie wstąpiła z prostego powodu: wiele wsi przeszłam, gdzie na każdym kroku były jakieś regionalne muzea, które okazywały się nędzną izbą z kilkoma eksponatami. nic ciekawego. Tu intuicja Radka wprowadziła nas do izby, gdzie na długiej ścianie wisiała (czy stała) SZOPKA. 5 metrów długości, metr wysokości i 80 zm głębokości. Starsza pani w białym kitlu nacisnęła guziczek i postacie zaczęły się ruszać, a z organów popłynęła muzyka. Dziadek tej pani, pan Franciszek, nad rzeźbieniem figurek i pracy nad szopką spędził 20 lat. 

Można było iść drogą, ale my oczywiście poszliśmy zielonym szlakiem. Dość ostro pod górę w błocie i śniegu. Nie mogę powiedzieć, aby był to najpiękniejszy szlak jaki widziałam. jednak tuż za zboczami Dufałek otworzył się przed nami piękny widok na Wielkie Brusznice. I wtedy ruszyła śnieżyca...
Radek był zachwycony, bo w końcu wiało (choć żagli i Jeziora brak), ja z zachwytem miałam mało wspólnego, bo zamek w kurtce mi się rozwalił, a polar wiadomo przewiewnym jest.

Dochodziła chyba trzecia kiedy docieraliśmy do Błędnych Skał. 


Na przemian to wiało śniegiem, to wychodziło słońce i trochę grzało. Trochę to mało adekwatne określenie. Ledwo c0- to już lepiej. Gdy ruszaliśmy spod sanatorium dziecięcego ORLIK było-6 st! Przypominam, ze jest koniec marca;))) Błędne skały to istny obłęd!!!

Skalny labirynt- to mało powiedziane. Przeciskaliśmy się między skałami, śmiejąc się w duchu z chłopaka, który na swojej www informował, że lepiej nie brać dużego plecaka,, bo się utknie....

Śmiech do momentu...

Śmialiśmy się do momentu, kiedy musieliśmy ściągnąć plecaki i czołgać się na wysokości 30 zm, bo tylko tam widniał kawałek przejścia.
- To niemożliwe, żeby tędy prowadził szlak- powiedziałam, po czym okazało się, ze niemożliwe stało się możliwym i nasza trasa weszła w takie szczeliny, że o mało co nie zaklinowałam się twarzą.
Za chwilę doszło czołganie i ślizganie się na przyskalnych jeziorkach.


Coś, czego na pewno nie można zobaczyć w lecie to biało złote lodospady i gigantyczne sople. Dlaczego złote? Skały porasta las sosnowy- sosna jak wiadomo jest drzewem żywicznym. Złote nacieki to najprawdopodobniej żywica, łącząca się z wodą. Gdyby choć na chwilkę wyszło słońce, wrażenie byłoby olśniewające również w sensie dosłownym.

Ruszyliśmy z Błędnych Skał, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi. Przez las, mokradła, zalodzone kładki ruszyliśmy naprzód w tempie średnim. Wystarczyło jednak do tego, żebym wywaliła się kilka razy, a raz nawet poważnie. Litościwa Opatrzność, czuwająca nad idiotami różnego rzędu nie zesłała pod mój nos kamienia, bo pewnie bym już zębów nie miała. Na rozdrożu czerwonego i zielonego szlaku zapadł zmrok. Po tzw. ćmoku dotarliśmy do Karłowa do ośrodka konferencyjnego PZU AKADEMIA. Intuicja kobieca nakazała mi zostać w przedpokoju i na negocjacje o wrzątek wysłać Radka. Podziałało. Pani recepcjonistka absolutnie nie zgodziła się na zrobienie herbaty w naszych kubkach. Zrobiła nam herbatkę z cukrem i cytrynką w kubkach firmowych i otworzyła nam salę konferencyjną, gdzie nanieśliśmy tyle śniegu, że aż wstyd..

No i nasza wybujała nadmiernie wyobraźnia kazała nam iść do Kudowy (23 kilometry!!!), bo wydawało nam się, że tam będą jeździć TIRy... I mieliśmy rację... Wydawało nam się... 

Marzec'2003- Kudowa Słonne