piątek, 27 grudnia 2013

Kolędnicy

Tradycja kolędowania powoli się odradza.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu była to tradycja żywa, a nawet żywotna. Kilkanaście lat temu przerodziła się w zwyczaj chodzenia młodzieńców lekko podpitych z naprędce stworzonymi przebraniami. Dzisiaj - grupy kolędnicze złożone z dzieci i młodzieży, dokładają starań aby te grupy wyglądały tak jak powinny. Był więc Diabeł, była gwiazda, był chłopak grający na harmonii. Dzieciaki usmiechnięte, ubrane w kufajki, śpiewające bardzo ładnie. Tak ładnie, że nie mieliśmy żadnych oporów przed daniem drobnych datków. Chociaż dawno temu chodziło się z koledą i dostawało się kawałek ciasta. Dziś opiera się to na pieniądzach, ale jakoś nie krzyczę zbytnio gromkim głosem przeciwko, bo tradycja to rzecz żywa i zmienna. Poszła w tą stronę i mówi się trudno. Trzeba się pogodzić.Ale jest różnica pomiędzy chęcią podzielenia się, chęcią dania datków, a koniecznością. W czasach podpitych młodzieńców miałam poważne opory przed otwieraniem drzwi, bo nie widziałam powodu dla którego za wycie (bo inaczej wówczas tego się nie dało nazwać) połączone z bełkotaniem - które żywo zaprzeczaja tradycji i ogólnie przyjętym zwyczajom - miałabym dawać datki.
Teraz się zmieniło na zdecydowanie lepsze - w tej kwestii wróciliśmy do korzeni....

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Świąteczne robienie miejsca na mamusin barszczyk z uszkami...

Świąteczne żarcie i spacer w celu zrobienia miejsca na ciasta mamuni... W pięknych okolicznościach przyrody. Sprawdziliśmy - prawdziwków na naszym miejscu nie ma. Ktoś musiał być wcześniej...

sobota, 14 grudnia 2013

Pesmo moja ...





Na zdjęciu: Darko Bugarić
A dla tych co muszą mieć tekst:



Pesmo moja zakiti se cvetom
    Zdravko Colic


    Pesmo moja, zakiti se cvijetom,
    pesmo moja, zamirisi svetom,
    jos sva srca ohladnela nisu,
    poznace te pesmo po mirisu.

    Poznace te, da si cedo milja,
    da ti ljubav majka i dadilja,
    da si rada pevati od slasti,
    razumece sto neumes kasti.

    Pesmo moja, vec si na poletu,
    pozdravi mi, sve na ovom svetu,
    pozdravi mi slavlje i golube,
    i sva srca sto se silno ljube.

    Bo są takie utwory od których ma się ciarki.

czwartek, 12 grudnia 2013

Gdyby nie mój pies i jej patyś...

Znęcanie się nad patysiem. Pies drwala.
Gdyby nie Szekla i jej patyś, którego zagubiła gdzieś w parku... nie znalazłabym tego keszyka. Wczoraj wgrałam współrzędne w GPSa, niekoniecznie planując keszowanie. No, ale wieczorny spacer z psem zawsze wypada w okolicach parku Polewki, który dziś nosi zaszczytne miano św.Vincentego a Paulo, więc pokusiłam się o tego keszyka, zwłaszcza że dawno nic nie znalazłam.

Wczoraj namierzyłam miejsce, ale tzw. mugole - czyli osoby nieupoważnione (studenci w tym wypadku) przeszkadzały - bo cały wic polega na ukrywaniu się:)
Dziś mój pies stanął na wysokości zadania, wszedł w krzaki przede mną i szukał swojego patysia. Mogłam spokojnie przetrząsnąć zawartość chaberdzi w poszukiwaniu swoich skarbów.
Szelka już swój skarb obrabiała sypiąc drzazgami wkoło.

W końcu! Jest.! Mistrzostwo maskowania. Ależ się musiał autor narobić, żeby coś takiego stworzyć. Aż żałuję, że ideą cachingu jest tajemnica i nie mogę - psiakrew i psiakula - zamieścić zdjęcia tegoż.
Jutro idziemy po drugą skrzynkę tego autora. Bo ponoć maskowanie to jego znak firmowy.

wtorek, 10 grudnia 2013

Rezydenci na krakowskim rynku


Na krakowskim Rynku jest niecałe 50 numerów. 
Lokali gastronomicznych zarejestrowanych jest prawie dziewięćdziesiąt!
Na zajęciach z Akademii Dziedzictwa doszliśmy do wniosku, że głównymi użytkownikami Rynku są (oprócz gołębi) turyści zagraniczni. To w sumie nie nowina, że - szczególnie w sezonie - łatwiej się tu porozumieć w języku angielskim, włoskim, hebrajskim czy hiszpańskim.

Niby to wszystko wiem.

Jednak wczoraj, wracając na piechotkę z Bernardyńskiej, zostałam zaczepiona przez arcy-przystojnego i bardzo wysokiego Włocha czy Hiszpana. Ów wybryk natury (wysoki południowiec), trzymając grzecznie kartę dań nieodległej restauracji (nie wiem jakiej bo skupiona byłam na zadzieraniu głowy - taka rzecz się rzadko zdarza), poinformował mnie, w bezbłędnym angielskim, że wyglądam generalnie na niedożywioną, na pewno jestem głodna i na pewno bella wraz z bellisimą z przyjemnością zje kolację we wspomnianej restauracji.

Wytłumaczyłam grzecznie, że ja jestem stąd, z Krakowa i obiad mam w swojej własnej prywatnej lodówce.

I tu nastąpił szok.

Po pierwsze - wszystkie języki świata a i owszem, ale polski to trudna język i naganiacz na polskiej ulicy polskiego języka nie zna.

Po drugie - w oczach mu mignęło - jak to mieszkasz? Tu się nie mieszka. Tu się bywa. To ulica turystyczna.

Ten wpis nie ma na celu przekonania nikogo, że jednak pracując (nawet jako naganiacz na ulicy) język polski wypadałoby choć minimalnie znać. 
Nie mam na celu przekonania nikogo, że Polska dla Polaków. 
NIE. NIE. NIE. 
Absolutnie nie.

Niemniej jednak - doznałam głębokiego szoku, że właściwie Rynek nie jest tylko parkiem kulturowym. Jest muzeum na wolnym powietrzu, w którym mieszkańcy Krakowa czują się... obco.

Tak - to jest dobre słowo - obco.

niedziela, 8 grudnia 2013

J. Chmielewska - Szajka bez końca

Kopnięta przez poprzednią (tzn ostatnią) książkę Chmielewskiej, sięgnęłam po klasyk. Jeden z klasyków.
Szajka bez końca - jak zwykle u pani Joanny - ten kto jest porządny, porządnym zostaje do końca. Ten kto jest Be, zostaje zadźgany - sprawiedliwość górą:) Przy okazji giną półporządni, no bo jednak muszą:)


Występują: Alicja (mistrzyni roztargnienia), pan Seweryn, któremu Alicja do pięt nie sięga w roztargnieniu ("można by rzec, że istnieje jedno ogromne roztargnienie, do którego skromnie przyczepiony jest pan Seweryn"), Gacia - a konkretnie deska Gaci (jakich gaci?) i silnie rozczłonkowana i dość specyficzna rodzina - włącznie z synami. Dyskusje matuni z dziećmi są bezcenne.
Do tego całe tłumy absztyfikantów, niekoniecznie absztyfikantów Joanny Ch. - choć Przemysław... chyba znowu tu obrobiono tyłek Bożydarowi ?Markowi/ Bartoszowi Bartoszowi:)
Gdyby ktoś się bardzo uparł można tematykę Szajki podciągnąć pod ochronę zabytków i przemyt dzieł sztuki. Generalnie mienie poniemieckie zatopione w bagienku na Mazurach. I wszechobecne sztabówki.
Aferę pani Joanna mistrzowsko przenosi na tamtą półkulę- jak to ona, ciągle gdzieś wyjeżdża, ciągle wraca, a pomiędzy, tam gdzie jest, trup się ściele gęsto...

piątek, 29 listopada 2013

Chmielewska to Chmielewska.

Oprócz włóczenia się w różnym stylu, posiadam - osobiście, ja, Kasia - różne dziwactwa które mnie kręcą mniej lub bardziej.
Między innymi: Książki, książki, książki.
Od naukowych, przez przewodniki, poradniki, zbeletryzowane powieści historyczne, aż po kryminały.
Choćby jednak nie wiem co się stało, Joanna Chmielewska ze swoją twórczością jest zawsze i wszędzie na pierwszym miejscu.
Nie dlatego, że jest to świetny kryminał, nie dlatego, że do końca trzyma w napięciu i na ostatniej stronie zaskakuje. Nie.
Chmielewska to nie Chandler, Chmielewska to nie Forsyth, Chmielewska to nawet nie Down Brown.
CHMIELEWSKA TO CHMIELEWSKA.
Jej unikatowy styl pisania, zupełnie unikatowe podejście do życia, jej życie pełnią życia i wpływ jaki miała swoimi książkami na mnie i tysiące innych czytelników... TO jest to za co wielbimy Panią Joannę (liczba mnoga, bo nie jestem sama w tej opinii).

Zbrodnia w efekcie to najnowsza jej książka. Najnowsza i zarazem ostatnia.
Niestety, pani Joanna przeniosła się ze swoimi pomysłami, tam na górę. Dołączyła do babci i pewnie teraz obie popieprzają po chmurkach i prowadzą różnorakie dyskusje. Z babcią dyskusje podejmowałam niemal codziennie, z panią Chmielewską nie, ale rozmawiała ze mną przez swoje książki.

Suszki w moim domu, pisanie i nie krycie się z własnym zdaniem, idiotyczne pomysły, których przestałam się wstydzić po przeczytaniu dwóch albo trzech jej książek (no bo skoro najbardziej płodna kryminalistka w Polsce, może mieć  swoje głupie pomysły, to ja też.
To że kocham policję to też w sumie zasługa Pani Joanny, bo ona zwróciła mi (wówczas może 12 letniej dziewczynce) uwagę na to że tam TEŻ PRACUJĄ LUDZIE. Jedni pomocni inni wręcz przeciwnie.
Nawet o tym nie wiedziała, a urobiła mnie sobie na swoją modłę.
Nie tylko mnie.

Ale wracając do książki - dostałam ją na imieniny od meine Schwester - bo meine Schwester wie doskonale jakiego mam fioła na jej punkcie, a ze nie kupię sobie, to też wie - bo prędzej zakupię jakieś książki naukowe vel Chmielewską, ale w taniej ksiażce:) - mogę poczekać:)

No wiec siostra mnie ubiegła. Efekt?
Rany! Ta kobieta (pani Joanna) nic, kompletnie nic nie straciła ze swojego kunsztu pisarskiego. Nie chcę twierdzić, że to najlepsza powieść, ale jedna z najlepszych. Bożydar, zwany tutaj Bartoszem Bartoszem:) chyba faktycznie jej się naraził, bo ostatecznie go ukatrupiła:). W książce rzecz jasna i nie własnymi rękami. Niemniej jednak:)

niedziela, 27 października 2013

Pierwsza keszerka na trasie

Kiedy zaczynałam się bawić w keszowanie, nie sądziłam, że aż tylu ludzi się tym zajmuje. 
Czy mają GPSy czy nie…


Świt nastał naturalnie.

„Tato. Kupa.” rzekł czteroletni Bruno i postawił nas na nogi. (z siostrą, Helą, która postanowiła sprawdzić, czy ciocia aby na pewno śpi:)). Ciocia zatem przetarła oczy i stwierdziła z przerażeniem, że o takiej godzinie zazwyczaj kładła się spać… Do odjazdu „zamówionego transportu” do Krakowa miałam jeszcze trzy godziny luzu. No to pójdę do Tunelu – przecież to wstyd być na prawie stałym etacie zmywarki w Łupkowie i nie być w Tunelu… Odpaliłam GPSa i natychmiast objawiła się Szybka. Tak naprawdę, siedziała w chacie od wczoraj, rozmawiałyśmy i plotkowałyśmy, tyle że temat keszowania jakoś nie został poruszony.

Dziś okazało się że Szybka też keszuje – i też dziwnie, niestandardowo. Jako, że nie ma GPSa to keszuje tylko wtedy, kiedy ktoś z GPSem jest w pobliżu. No to stanęłam na wysokości zadania. BYłam. GPS też.

Moje dziwactwo w keszowaniu objawia się tym, że nie mam na trasie internetu. Ani w telefonie, ani w czymś innym. Nie posiadam również wydrukowanych wskazówek – chyba ze już w tym miejscu byłam i nie znalazłam kesza. To wówczas posiadam.

Z keszem na cmentarzu łemkowskim w Łupkowie bvł ten problem, że „kordy szalały” i prowadziły nas w hasiory. Niby pamiętałam, że spojler wskazywał na jakiś krzyż, niemniej jednak na cmentarzu krzyży Ci dostatek. Teraz już wiem – spisałam sobie wskazówki na następny raz. Ale wówczas przełaziłyśmy z Szybką wszystkie hasiory, przewaliłyśmy kamienie, zajrzałyśmy nawet do dziury w drzewie (prawdopodobnie wypalonej przez piorun). NIC. Skrzynka nienamierzona.


Drugi keszyk – na stacji w Łupkowie – został namierzony sprawnie i szybko – jak zresztą nick keszerki wskazuje:) Tu jednak miałyśmy podpowiedź – WK2. Być może szukałybyśmy dłużej, bez podpowiedzi, ale Szybka nie wypadła sroce spod ogona i od razu odgadła gdzie skrzynka może być. I była.

Trzeci łupkowski keszyk – również nie został namierzony – był już po stronie słowackiej, za tunelem, w lesie. Zakopany:) Szybka musiała uciekać do wsi, a ja się uparłam (zupełnie zapominając, że chłopaki na crossach już powoli jadą w kierunku Krakowa…). Tu również wypadałoby mieć coś na kształt wskazówek czy spojlera. Miejsc do zakopków jest tu mnóstwo – po porytej okolicy widać, że nie tylko ja tam kesza szukałam. (z tym, że ja nie kopałam – na razie. Bo ja tu wrócę.)

Efekt łupkowskiego keszowania to jak 1:2. Jedna znaleziona, dwie nie. Fajny spacer, tunel odkryty. A po powrocie do domu okazało się że w okolicy jeszcze z dwie skrzyneczki dodatkowo czekają na namierzenie.

Czyli co? Zimowisko w Łupkowie?

Stacja w Łupkowie

W 1869r. wystawiono dokument koncesyjny na budowę pierwszej transkarpackiej linii kolejowej łączącej Galicję z Węgrami (a dokładnie Budapeszt z Przemyślem i Lwowem). Prace przy budowie linii trwały do 25 grudnia 1872r., kiedy to oddano kolej do użytku (choć dopiero w maju 1974r. ukończono tunel na Przełęczy Łupkowskiej).
Linia odgrywała strategiczną rolę do czasów I wojny światowej, po 1918r. jej znaczenie osłabło - w tym czasie rozebrano jeden z jej torów. Rola kolei przez Przełęcz Łupkowską wzrosła ponownie w czasie działań zbrojnych II wojny, o pobliski tunel kilkakrotnie toczyły się krwawe walki.
Zakończenie wojny przyniosło wysiedlenia i zniszczenie wsi Łupków – jedynym ocalałym elementem przedwojennej zabudowy był właśnie budynek stacji. Starannie odnowiony mógł dalej służyć kolei jako graniczna stacja nowo otwartego przejścia.
Do niedawna stacja obsługiwała znikomy ruch towarowy i jeszcze mniejszy ruch pasażerski w sezonie letnim, teraz, gdy remontują tory na trasie Zagórz-Jasło oraz Jasło-Rzeszów, linia prawdopodobnie nie działa. Co będzie dalej? Jedne źródła podają, że linii po polskiej stronie grozi całkowita likwidacja, inne, że Polska wraz z Węgrami stara się wskrzesić linię jako atrakcję turystyczną. 

I jeszcze ciekawostki:
1) stacja w Łupkowie została wzniesiona na wysokości 600m n.p.m.
2) jest ona najdalej wysuniętą na południe stacją kolejową w Polsce! 
3) w literaturze można znaleźć wzmiankę, jakoby na łupkowskiej stacji miał się pojawić dobry wojak Szwejk! - podobno z tej okazji za budynkiem stacji miał stać niegdyś jego pomnik, o czym świadczyć miałby ceglany cokół za stacją ... niestety, może pomnik Szwejka byłby lepszy, cokół jednakowoż służył wpierw pomnikowi sławiącemu zwycięstwo niemiecko-austriackie w bitwie gorlickiej, a po wojnie popiersiu radzieckiego generała ...

sobota, 26 października 2013

Bieszczadzka kolejka leśna - w częściach :)



Żelbetowy mostek w Smolniku, jak i okoliczne fragmenty kolejki, zostały wybudowane w latach 1950 i 60, kiedy to odbudowano i przebudowano oraz połączono ze sobą dwie kolejki wąskotorowe:

- Nowy Łupków - Cisna - Beskid, której część postała pod koniec XIX wieku- Rzepedź - Duszatyn - Mików, z lat 1920.

Tuż przed mostkiem jest trójkątny rozjazd, czyli łącznik tych kolejek. Na północ biegnie tor do Rzepedzi, na południowy-zachód do Nowego Łupkowa, a na południowy-wschód do Cisnej.
W latach 2006-2009 przeprowadzono remont torowiska na odcinku Wola Michowa - Smolnik (dofinansowany z funduszy EU i budżetu RP), w planach był też remont torów do Nowego Łupkowa, gdzie do kolejki mogliby wsiąść turyści przyjeżdżajacy pociągiem z Sanoka, czy ze Słowacji... ten ostatni pozostał w planach, gdyż zlikwidowano połączenia osobowe na trasie Sanok-Łupków-Medzilaborce.

W latach 2009 i 2010 przedłużono trasę kolejki i kursowała ona do Smolnika. Ale w 2011 skrócono trasę i od tej pory nie można kolejką dojechać do Smolnika. Ba! Nie kursuje ona nawet do Woli Michowej jak przed remontem i kończy bieg w Balnicy. To swego rodzaju kuriozum, że po remoncie nie przedłuża się trasy, a wręcz jeszcze bardziej skraca.

Szlakiem keszy w opuszczonych wsiach

Rankiem śmignęłam sobie tylko pod mostecek, niekoniecznie zielony. Tam gdzieś bowiem był keszyk:) Namierzony, podjęty i odłożony grzecznie na miejsce.



Drugi keszyk nie został namierzony – keszyk pod hasłem „Zagroda Chryszczata” – nie został, bo nie miałam dodatkowych informacji (które zdobyłam dopiero po powrocie), że trzeba się grzecznie zgłosić do pana Henryka – strażnika skarbu. A ja łaziłam naokoło zagrody i mruczałam „to gdzieś tu, tylko gdzie…”


Panowie na pierdzących maszynach ruszyli na zdobywanie pasma granicznego, wraz z tunelem w Łupkowie. Nie mam pojęcia jak sobie poradzili, bo szłam dzień później przez tunel na piechotę i osobiście nie wyobrażam sobie jazdy na crossie tamtędy. No, ale jazdy z plecakiem na crossie też sobie nie wyobrażałam. Gorzej – siebie na crossie sobie nie wyobrażałam:)

Kiedy szłam drogą od Smolnika do Zubeńska (to szutrową, to asfaltową) ani pół silnika nie zakłóciło oszałamiającej ciszy wokół. Miła odmiana po wczorajszej, szaleńczej jeździe.

Kesza w Zubeńsku nie znalazłam. Miejsce na kesza – tak. Wokół było rozkopane i sądzę, że albo go już tam nie ma, albo jest. Innej wersji nie widzę:)

Ale co tam – wrócę to poszukam dokładniej. Teraz szukałam na chybcika, bo zgubiłam scyzoryk. I trochę się zdenerwowałam tym faktem.



Scyzoryk znalazł się pół godziny później, na szutrowej drodze, z której zeszłam właśnie na poszukiwanie kesza. Co to jednak znaczy teren opuszczony – nikt, dosłownie nikt, nie przeszedł tamtędy. A zapewne nawet gdyby przeszedł to by nie wziął scyzoryka. Kocham takie miejsca.

Długo się tu idzie szutrówką – tylko ostatni fragment prowadzi ścieżką wśród łąk. Głupota – wybierać się w taki teren bez roweru.
W schronisku Franek poznał mnie po kilku chwilach. Franek to pies.



Patryk zaś, gospodarz, przywitał mnie uroczymi słowami „Jesteś p…nięta:)”. Patryk jest w ogole mistrzem komplementów – ostatnim razem, kiedy maniacko zmywałam garnki, żeby jakoś się wkupić:) w łaski gospodarza, mówił do mnie „moja Ty zmywarko”, co zdecydowanie przewyższyło wszystkie komplementy uzyskane kiedykolwiek.:) Ale choćbym się nie wiem jak wkradła w łaski, keszyka ze schroniska, nie wydał. Dziad.

Nie wydał, bo nie zaśpiewałam piosenki (taki jest warunek zdobycia dodatkowych informacji o keszu). Na nic zdało się tłumaczenie, że od mojego śpiewu ptaki w locie zdychają. Ustawiliśmy keszowanie w chacie na „następny raz”, kiedy Patryk już nabędzie metodą kupna, korki do uszu…


piątek, 25 października 2013

Z dołu do góry i z góry na dół


Nie miałam w planach keszowania w Bieszczadach.

No, ale skoro wczoraj – zrządzeniem losu – pojawiłam się w Cisnej, w bacówce pod Honem, na koncercie, to już by chyba wypadało wyjść kilkaset metrów do góry, gdzie w okolicach starego wyciągu jest gdzieś zlokalizowana skrzynka.

Schowana przez Nadleśnictwo Cisna – co wybitnie mnie ucieszyło, bo oznacza to, że administracyjne struktury znajdują ciekawe rozwiązania na promocję regionu. No to hajda – postanowiłam znaleźć keszyka. Weszłam trasą wyciągu ostro pod górę – pamiętałam bowiem, że kiedy czytałam opis skrytki miała być ukryta w czymś niebieskim i miał się z tego miejsca roztaczać cudowny widok. Z trasy starego wyciągu faktycznie widok zapierający dech w piersiach (chyba, że mnie zatchnęło przez tą wspinaczkę i wczorajsze alkoholizowanie się z ekipą koncertową). Niebieskich słupków (nie wiem do czego służą – muszę się kiedyś zapytać Barniego) było kilkanaście. Wszystko wskazywało, że to tu. GPS twardo jednak pokazywał miejsce ukrycia kilkadziesiąt metrów dalej. Polazłam więc dalej. GPS wskazywał pień. Zdecydowanie nie niebieski. I zdecydowanie nie roztaczał się stamtąd żaden widok. Wiedziałam już, że zrobiłam błąd, bo bezwiednie przesunęłam sobie punkt na GPS, więc siłą rzeczy nie mogło mi urządzenie wskazywać prawidłowego położenia.

Ale w sumie…
 dobrze się stało…
Właśnie przegrzebywałam spróchniały pień, kiedy z góry zaczęło się coś zsuwać.
Było ich ośmiu.
Ośmiu crossowców. 
I pomyśleć, że kilka lat temu z przyjemnością powkładałabym im patyki w szprychy. Jeżdżą tylko, smrodzą i straszą zwierzynę. Taki stosunek do zmotoryzowanych w lesie miałam jeszcze kilka lat temu. Potem – bez jakichkolwiek zewnętrznych działań – łagodnie zmieniłam zdanie. Nie przepadam za nimi nadal, ale jeśli jadą ścieżkami i uważają na zwierzynę, psy i turystów… to niech sobie jeżdżą. I tak mniej szkodzą niż miejscowi i znajomi miejscowych, którzy rozjeżdżają ciągnikami leśne drogi (nie mówię o leśnikach i planowanych przecinkach, mówię o grabieży i bezmyślnym jeżdżeniu ciężkim sprzętem – najczęściej po nocy) Już dawno temu doszłam do wniosku, że zakazy nic nie zmienią. W efekcie będą po prostu łamać przepisy, skoro nikt i nigdzie nie daje im możliwości realizowania swego hobby. Co ja bym zrobiła, gdyby mi zakazano chodzić po górach? Łamałabym przepisy. Nawiasem mówiąc, nie pochwalam twierdzenia, że przepisy są po to aby je łamać, ale… ale jeśli nie stwarza się żadnej alternatywy, tylko zwykłe ZAKAZUJĘ, to właściwie pasjonaci różnej aktywności nie mają zbytnio wyjścia. Muszą łamać ustawy i uchwały. Nie ma rady. BYLE Z GŁOWĄ.


Crossowców z głową spotkałam właśnie pod Honem. Widziałam tylko oczy wyglądające zza szybek w kaskach. Oczy patrzyły na mnie, jakbym była co najmniej kosmitą. No jasne – przecież po górach się jeździ, a nie chodzi. I to jeszcze grzebiąc w spróchniałych pniach…

Najwyraźniej na trasie nie spotkali wielu turystów, bo rozpoczęli pogawędkę. A że śpią w Smolniku, a może bym przyjechała w odwiedziny, a może wpadnę na imprezę z ekipą… Nie chciało mi się jakoś specjalnie tłumaczyć, że właściwie przyjechałam stopem, sama, a ekipa do której przyjechałam, właśnie się rozjeżdża… i właściwie sama nie wiem, gdzie będę za dwie godziny, co będę robić i gdzie nocować. Wymieniliśmy uprzejmości, Janek – jeden z crossowców – poczęstował się moją wodą mało-mineralną, bo ze strumyka, i pojechali. Ja poszłam pod Hon, bo uparłam się jednak znaleźć jakiegokolwiek kesza w tych Bieszczadach, skoro już tu jestem.

Drugi kesz był banalnie prosty. GPS poprowadził mnie prawie jak po sznurku – to znaczy GPS po sznurku, a ja po manowcach, bo tak już mam w genach:). Mała podpowiedź, że drzewo jest wysokie i proste, nie na wiele się zdała, bo drzewo się, w tzw. międzyczasie, skróciło było, w wyniku wichury. Keszyk jednak został namierzony sprawnie i szybko. Jeszcze nigdy nie widziałam kesza w słoiku litrowym. Takie rzeczy tylko w lesie, w mieście by taki numer nie przeszedł. Wynik keszowania w Cisnej 1:1 – jeden znaleziony, po drugi muszę wrócić.

Akurat się szykuje Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy w bacówce w towarzystwie Caryny, więc będzie jak znalazł:) – albo nie-znalazła:) Epizod z crossowcami miał swój ciąg dalszy wieczorem, na trasie z Bystrego do Huczwic, i na następny dzień w Smolniku.

Cross stop - jak się zmienia punkt widzenia

Robi się w życiu różne głupoty.
Jednych się żałuje, innych nie.

Tą głupotę będę wspominać z rozrzewnieniem w oku i cichym głosem osła „Ja chcę jeszcze raz”…

Wczorajszego ranka (wg koncertowych standardów, czyli okole pierwszej), pod Honem spotkałam crossowców.

Spod Honu zeszłam do Siekierezady i pojechałam prosto do Śmiałego na kawę (do Wędliny). Mając w planach nocleg w Huczwicach, najeździłam się stopem jak półgłupek. Cisna – Wędlina – Cisna – Baligród -Bystre – co mniej wiecej oznacza tam i z powrotem. Do Baligrodu pojechałam po zakupy, bo nie miałam nawet chleba, a coś jednak trzeba jeść.


"Moi" crossowcy
W efekcie na drodze z Bystrego do kamieniołomu (gdzie mnie podrzucił kierowca przepięknej Scanii) znalazłam się tuż przed zmrokiem. Z buta miałam jakieś 16 km. Wlazłam w las – ścieżką dydaktyczną miałam szanse na skrócenie drogi o jakieś 3 km. PO kilku metrach pomyślałam (przemknęło mi przez głowę, bo na szacowną nazwę myślenia, ta sugestia myśli jednak nie zasługiwała) „a jak coś będzie jechać?”. Myśl ta wypchnęła mnie z lasu, z powrotem na szutrówkę. Minęlo 10 minut monotonnego marszu.

Coś jedzie. I to coś robi hałas pt.pierdzenie. Czyli motor. Tyle że nie jeden – Dzień dobry panowie. Oto właśnie moi crossowcy spod Honu.
Ci sami, którym zadeklarowałam, że kilka lat temu bym im powkładała patyki między szprychy. Ci sami, który oświadczyłam, że dwa lata temu strzelałabym, gdybym tylko miała broń palną. Cud boski, że moje podejście jakoś złagodniało i nie musiałam być hipokrytką. Bo oczywistym chyba jest, że skorzystałam z propozycji crossostopu i wsiadłam na ów motor.

Tyle ze jazda bez kasku, z 20 kg plecakiem i torbą dyndającą z przodu, nie należy do najbezpieczniejszych. Głupota. A i owszem. Głupota, której należałoby się wystrzegać. Ale… ale z chęcią bym ją popełniła jeszcze raz…

I tu muszę wybitnie i wyraźnie pochwalić Janka, który jechał jak z nut. Spokojnie, nie nerwowo – żadnych pokazów, jakiż to on nie jest wspaniały kierowca. Żadnych szaleństw – i tak bez tych szaleństw martwiałam ze strachu.

W sumie miałam się podrzucić tylko do Huczwic, dałam się zaciągnąć do Smolnika. Dwa razy dalej, przez przełęcz Żebrak, gdzie szuter zamienia się w żwir – A Grzesiek mówił że żwir jest najniebezpieczniejszy dla motocyklisty… – tylko to miałam w głowie, kiedy, dosć spokojnie, braliśmy zakręt na przełęczy Żebrak…

Drugi raz w życiu jechałam na motorze z pełnym plecakiem. Właściwie powinnam rzec – na dwuśladzie – bo pojazd, którym kierowała młoda dziewczyna w Sopocie (lata temu) był skuterem. Ale wówczas – torba na aparat została schowana do schowka pod siedzeniem, no i jednak jechałyśmy wówczas po asfalcie.

Kiedy dotarliśmy do Smolnika, do Zagrody Chryszczata, właściwie już było ciemno. Dziękuję Panowie za gościnę. Jankowi za spokojną jazdę, a Tomkowi za długie Polaków rozmowy. I za Niedzwiadka obalonego pod sklepem w Smolniku,...

żałuję niezmiernie, że nie skorzystałam z zaproszenia na kolejną imprezę wieczorną oraz niedzielną podróż do Krakowa. Brak imprezy przeżyłam, bo spędzałam upojny wieczór pod gwiazdami w Łupkowie. Ale trzeba było grzecznie wrócić do Smolnika i skorzystać z propozycji stopu do Krakowa. Mój błąd. Już nie_do_naprawienia.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Czym jest keszowanie?

W wielkim skrócie: szukaniem skarbów

W skrócie nieco mniejszym: pretekstem do odwiedzenia miejsc nieznanych, zmuszeniem do wyostrzenia wzroku oraz wspaniałą nagrodą po wycieczce. Skarbem największym jest satysfakcja:) Znalezionych skrzynek ze skarbami nie zabiera się ze sobą. Czasem się wymienia fanty, czasem tylko zapisuje, że się znalazło.

Skrzynki bywają różne - małe, duże, średnie, mikro i nano (te dwie ostatnie głównie dotyczą miast, bo i ukryć tutaj cokolwiek jest sztuką. Opisy skrzynek (i okolicy z którą są związane) wraz z kordami (współrzędnymi) znajdują się na co najmniej dwóch portalach - przynajmniej ja o dwóch wiem i z dwóch korzystam.

Skrzynki tradycyjne są maskowane - przeróżnie, a to wkłada się skrzynkę do dziupli przysypując trocinami, a to ukrywa na magnesie za znakiem drogowym, a to wciska w mosteczku w jakąś szczelinę (i weź tu człeku wypatrz co jest częcią konstrukcji, a co obcym tworem, w którym znajduje się logbook:). Czasem są zamaskowane tak, że człowiek, po znalezieniu, żałuje, że nie może zrobić zdjęcia tego maskowania - bo w tajemnicy cały urok. Dla mnie trzy najlepsze maskowania do tej pory to Park Krakowski (skrzynka OP58E5), Kościół NMP z Lourdes (GC4N5XN) i absolutny mistrz - na Matecznym w Krakowie.

Do skrzynek nietradycyjnych - quizów, wydarzeń, wieloetapowych skrzynek - jeszcze nie doszłam. Jak dojdę to nie omieszkam poinformować:)

Tuż za nimi jest keszyk (mój pierwszy znaleziony)w parku zdrojowym w Piwnicznej. Szczegóły na www.opencaching.pl oraz www.geocaching.com

niedziela, 9 czerwca 2013

[NOCLEGI] - SPK, Gulbieniszki, noclegi rozne


                                                                                       [w:] Suwalszczyzna, Gulbieniszki 10+ >> Podlasie Północne


    CENTRUM KONFERENCYJNO- WYPOCZ. SZELMENT
     087 568-32-71; 0606 41-41-66;
    Szelment 1, 16-404 Jeleniewo; www.szelment.pl


    U KRYSI

    Gospodarstwo Eko-Agroturystyczne
    087 568-81-38;
    Burniszki 1, 16-407 Wiżajny
    JANINA I ROMUALD OLSZEWSCY

     Kłajpeda, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 5688248,
    JANUSZ SZERASZEWICZ

     Ługiele, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 568 82 69,
    "DWORCZYSKO NAD HAŃCZĄ"

     Mierkinie, gm. Wiżajny
    tel. 604 060 118 www.hancza.com.pl

    TOMASZ MARCINKIEWICZ

     Mierkinie, gm. Wiżajny, tel. /087/ 568 84 80, 566 63 89
    DANUTA I JÓZEF LEJMEL

     Mierkinie, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 568 84 37
    HELENA DEMBOWSKA

     Mierkinie, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 568 83 26, 509 961 016
    STANISŁAW I MIROSŁAWA SAWICCY

     Okliny 17, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 5688448, kom. 0 693 356 182,
    PIOTR BRZOZOWSKI

     Postawele 10, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 5688503,
    ANNA PUZA

     Przełomka, gm. Przerośl
    tel. /087/ 569 13 54, 607 063 196,

    TOMASZ GRZĘDZIŃSKI
     Smolniki 1, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 568 83 40
    KRYSTYNA GRABOWSKA
     Smolniki 12, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 566 25 82
    IGNACY JASIONOWSKI

     Smolniki, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 5688338,
    WIESŁAW PRUSZYŃSKI

     Smolniki, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 5688011,
    FRANCISZEK ŻOGO

     Smolniki, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 5688331,
    STANISŁAW PACHUCKI

     Smolniki, gm. Wiżajny
    tel. /087/ 568 82 34
     

    JOANNA I BENIAMIN FALECCY
     Wiżajny
    tel. /087/ 568 80 77
    MICHAŁ OKRAFKA I ANNA ROGIETKA
     Rowele
    tel. 600 831 134, 698 342 811

    [NOCLEGI] - NAD CZARNĄ HAŃCZĄ [Gulbieniszki]

     Błaskowizna, gm. Jeleniewo,
    tel. /087/ 5683445,
    TADEUSZ SŁOWIKOWSKI
     Błaskowizna, gm. Jeleniewo,
    tel. /087/ 5683458,
    EDWARD BUTKIEWICZ
     Błaskowizna, gm. Jeleniewo,
    tel. /087/ 5683447,
    ZBIGNIEW SŁOWIKOWSKI
     Błaskowizna, gm. Jeleniewo,
    tel. /087/ 5683448,
    IRENA I KRZYSZTOF SIENKIEWICZ

     Błaskowizna, gm. Jeleniewo,
    tel. /087/ 569 17 96,
    TERESA I ROMUALD KWATERSCY
     Bachanowo, gm. Jeleniewo,
    tel. /087/ 5683186
    THOMAS NOTTER
     Bachanowo 21, gm. Jeleniewo,
    tel. /087/ 568 35 35, e-mail: realearth@.interia.pl
     www.realearth.pl