Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 stycznia 2018

Urok Opuszczonych Dolin


Wykorzystując wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy, opuściłyśmy rodziców i słodkości świąteczne. Uciekłyśmy w Beskid Niski. Rodzice mieli w planach towarzyszenie nam z pomocą ogumienia, ale jednak nic z planów nie wyszło. I Dzięki Bogu. Niemożliwa byłaby, bowiem przeprawa przez wezbrane roztopami wody tutejszych potoczków.


Przez rwącą rzekę


Tak myślałyśmy sobie z Moniką, kiedy doszłyśmy do Wołowca. Samotnie pięłyśmy się przez góry do wioski rozpoczynającej ciąg najpiękniejszych dolin. Marsz szedł nam opornie, gdyż w lesie zalegało jeszcze sporo śniegu, więc co chwile wpadałyśmy w niego na tyle głęboko, że trudno się było wydostać. Śnieg był mocno rozmoczony, właściwie szło się po białej kaszce z mlekiem, a pod spodem płynęły rzeki.

Mokre byłyśmy nieprawdopodobnie, także siadłyśmy w słoneczku na pierwszej napotkanej polance. Cisza i spokój królowały wszędzie, z wyjątkiem okolic stawku, gdzie rechot świeżo rozbudzonych żab roznosił się echem po kamieniach. Dwie opuszczone chyże stoją u wrót doliny. Kiedy w sierpniu byłam tu ze Śmiałym i Ojcem Rafałem mieszkały tu dwie rodziny z dziećmi. Teraz mają okna zabite deskami i sprawiają mocno przygnębiające wrażenie.

Przeszłyśmy przez zamieszkałą część Wołowca i ruszyłyśmy w kierunku Nieznajowej. Minęłyśmy cerkiew stojącą na wzgórzu, otoczoną kępą lip. (Notabene szukanie starych drzew jest najlepszą metodą na szukanie miejsca po cerkwi w nieznanej miejscowości). Charakterystyczne, cebulaste hełmy na kopule mają charakteryzować języki ognia płomiennej modlitwy, a ruska poprzeczka na krzyżu...

Cóż... jej pochodzenie znaczenie nie zostało jeszcze wyjaśnione, a sprawą tą  od lat zajmują się badacze kultury łemkowskiej. Nie ma ona stałego duszpasterza, ale kilka razy do roku odprawia nabożeństwa ksiądz z Bartnego.

Tuż za Wołowcem dopiero zaczyna się szopka...Szlak żółty przechodzi na drugą stronę rzeczki Zawoi. W lecie jest ona do przejścia jedną nogą i to w dodatku suchą. Teraz po roztopach ogromna kipiel odstrasza. Rzeka szeroko rozlała na około 4 metry, a głęboka jest na ponad metr.

Zakasałam spodnie, ściągnęłam buty i zamarzłam. 
Był pierwszy kwietnia, a temperatura wody nie przekraczała 4 stopni Celcjusza. Jednym słowem było lodowato. Maksymalnie szybko przeszłam na drugą stronę, mocno pilnując, żeby się nie poślizgnąć. Oczyma wyobraźni widziałam już siebie siedzącą nad ogniskiem suszącą WSZYSTKO, poczynając od spodni, kończąc na rozmiękłym makaronie.

Monika ruszyła tuż za mną. Była inteligentniejsza. Ściągnęła spodnie i przewiązała je naokoło szyi, żeby nie spadły. Łemkowie w nieodległej chałupie patrzyli ciekawie, ale nie powiedzieli, że szlak za 50 metrów przechodzi z powrotem...

Wiosenne chaszczenie

Kiedy zobaczyłam przed sobą rozszalałą kipiel po raz drugi, zerknęłam na mapę. Tuż przed Nieznajową szlak przechodzi na nasz brzeg. Monika też miała chwilowo dość wody, więc chaszczyłyśmy się tym brzegiem. "Chaszczyłyśmy"- to absolutnie adekwatne stwierdzenie. Krzaki zagradzały nam drogę, ostrężyny kłuły po nogach, gałązki drzew biły po twarzach. Cały urok Beskidu Niskiego miałyśmy tu w całej okazałości.

-Jesteśmy nienormalne- powiedziała Monika i chyba miała rację.-Tam taka piękna dolina. Ptaszki śpiewają, słoneczko świeci, płaściutko, a my się tutaj przedzieramy jak jakieś zbiry...

Wiedziałyśmy już jednak, że za skarby świata nie powtórzymy trasy z zeszłego roku- wiązało by się to ze zbyt częstym przechodzeniem przez tą  upiorną Zawoję. 
-Trzeba zmodyfikować szlak- stwierdziłyśmy wspólnie, leżąc już w namiocie w Nieznajowej. 
-Przejdziemy sobie Madejową kładką do tej chałupy Fizyków, a potem pójdziemy na Feszówkę i Dąb. Olejemy Radocynę i pójdziemy od razu do Ciechani. 

Chałupa Fizyków ile razy tutaj byłam, była zamknięta. Przewodnik Grzesika i Traczyka informuje, że jest otwarta w czasie studenckich przerw w nauce. Ani we wrześniu, kiedy byłam tu ze Śmiałym i Ojcem Rafałem, ani rok później, gdy byłam tu z Żyłką, w chałupie nikogo nie było. Za to w wakacje, kiedy przyjechałyśmy tu na rowerach, zamierzając spać w bacówce u zaprzyjaźnionego bacy, spotkałyśmy tu takie fantastyczne towarzystwo, że chcąc, nie-chcąc zostałyśmy kilka dni ponad plan. (Beatko i Waldku! dziękuję za szarlotkę, pyszne jedzonko i opiekę nad moja ukąszona przez osę siostrą....)

Nie ma już mojego bacy

We wrześniu pasł tu swoje owce baca z Nowego Targu. przesympatyczny góral z trójką uroczych dzieci. Nad dolina roztaczał się zapach oscypków i żentycy,, a nad lasem unosił się dym z komina. Zabawy dzieci i beczenie owiec wypełniały ciszę dolinki... 

Ale kiedy przyjechałam po roku nic nie usłyszałam...

Magurski Park Narodowy nie przedłużył zezwolenia na wypas owiec, zostawiając jedną, jedyną bacówkę w nieodległym Czarnem...
Zamierzałyśmy ominąć i tą  bacówkę...

Uparta Radocyna

Okazało się jednak, że Radocyna nie da tak łatwo o sobie zapomnieć... 

W zeszłym roku, idąc ze Śmiałym i Rafałem, odwiedziliśmy wszystkie trzy dolinki, zwiedzając przy okazji barak w Radocynie, szumnie nazwany hotelem. Potem zaatakowaliśmy górujący nad okolicą Dębi Wierch, gdzie rosną najlepsze w całym Niskim ostrężyny. Myślałam o powtórzeniu trasy głównie ze względu na te ostrężyny. 

Idąc za ledwo widocznymi w zeszłorocznych trawach ścieżkach doszłyśmy z Monią na Dąb. Roztoczył się przed nami tak przepiękny widok na Długie i dolinkę Radocyny, że stałyśmy jak oszołomione. Oszołomiło nas zresztą tak radykalnie, że przez długa chwilę nie rozumiałam co widzę. Nie mogłam dopasować tego widoku do niczego znanego. Kompletne zaćmienie. dopiero, gdy już zeszłyśmy do dolinki Długiego pojęłyśmy, że powinnyśmy się były kierować w przeciwną stronę niż początkowo zamierzałyśmy... Jednak było już za późno... Doszłyśmy do skrzyżowania z Radocyną. Śmiała się do nas i mówiła:

"Chciałyście mnie opuścić? Myślałyście, że mnie nie odwiedzicie?... ha, ha, ha"

Zdenerwowała mnie niebotycznie. Jak to może być, że jakaś dolinka miesza mi szyki i tak mąci w głowie, że chcąc, nie-chcąc, jednak przez nią idę?!

-Zawracamy!- powiedziałam do Moniki
- Ale...
- nie ma żadnych "ale", nie będzie mi byle jaka dolinka mówić co mam robić. 
Monika jest Moją siostrą od lat szesnastu i doskonale zna moje stany, pomysły i wyobraźnię, teraz tez nie zaprzeczała.
- Radocyna wcale nie jest byle jaka...-zamruczała tylko cicho.
Niewątpliwie miała rację.

Koń w piwnicy

Obraziłyśmy się jednak na Radocynę śmiertelnie i dałyśmy sobie na nią embargo. Obróciłyśmy się na pięcie i zamiast iść przez czarowne krzaki Dębiego Wierchu i snuć się po płytkich strumyczkach, dopływach Wisłoki, postanowiłyśmy przejść nieużytkami rolnymi i pozostałościami po PGR-ze, aż do Grabia. Dalej trwając w zamiarze omijanie wszelkich zbiorników wodnych, choćby miała być nim kałuża, nie podchodzimy pod Nad Tysowym. Nie, nie i nie... Na uparte kobiety nie ma rady...

Do Ciechani docieramy dość dziwnie bo od góry, od strony Żydowskiego. Co myśmy się natrudziły, żeby tam podejść i pokonać wszelkie zakręty, na których śnieg i lód były bezwzględnymi władcami- ludzkie słowo nie opisze. Najbardziej przeszkadzał nam pan strażnik, który z natarczywością komara pytał, a skąd idziemy, a dokąd, a dlaczego nie szlakiem (wygodnym!!!), a gdzie będziemy spać... Nerwów można było dostać. W Ciechani, ponieważ mamy kupę czasu, zatrzymujemy się na chwilę na Dworcu Głównym- tak stwierdziła Monika. Tak naprawdę była to podmurówka domu gromadzkiego, ale dla nas jest to ciechański Dworzec Główny i cześć. Monika poszła siusiu w kierunku ruinek i zaraz po całej dolince poniósł się krzyk:

- Chodź tu, szybko, szybko!!!

Przerażona, odpowiedzialna siostra, pobiegła... A Monia po prostu trafiła na jakąś piwnicę, która była do połowy zalana wodą, a pod nią... Dlaczego nie przyszłyśmy tutaj w tamtym roku- miałabym egzamin z osteologii zdany jak w banku!!! Cała piwnica zawierała szczątki konia. Jednego, ale za to całego... Nasz łup wyniósł dwie kości miedniczne i z połówki szczęki dolnej (w następnych latach wyniosłyśmy jeszcze kręgi i kości biodrowe)

Nerwowość spowodowana natarczywością pana strażnika spowodowała, że nie spałyśmy w budce. Tak naprawdę powód był trochę inny: budka stała po drugiej stronie rzeki i już nie miałysmy sił przechodzić na drugi brzeg. Cały dzień szamotałyśmy się tam i z powrotem, usiłując nie zamoczyć nóg, plecaków i ciuchów. Udało się, ale przez łażenie po zwalonych omszałych pniach mocno opóźniła się nasza wycieczka... Spałyśmy wtedy na zakolu rzeki, na kawałku trawiastym.

Masz tu kości? Na plecach? To chyba Ci zęby połamałam

Obsesja wodna spowodowała zmianę planów na tyle, że nie poszłyśmy do Ropianki przez Baranie, bo spod szczytu, sączył się ledwo widoczny strumyczek Baranie. Był wodą i postanowiłyśmy go okrążyć szerokim łukiem... Poszłyśmy przez Polany, co było o tyle nierozsądne, że ponad 10 kilometrów szłyśmy asfaltem i o tyle rozsądne, że przez ponad 10 kilometrów nie musiałyśmy się obawiać o strumyki, rzeki i tym podobne paskudztwa... Kiedy miałyśmy akurat postój na picie i czekoladę szła koło nas babcia i trochę się dziwnie popatrzyła. Przeszła akurat w momencie, kiedy Monika wydała z siebie pisk i przepraszająco powiedziała:

- Masz tu kości? Na plecach? To chyba Ci zęby połamałam...- w plecaku znajduje się szczęka konia, a Monia na tym plecaku siadła...

Tam też spotkałyśmy księdza, który pojechał na jogging z chłopcem opóźnionym w rozwoju. ksiądz nam wytłumaczył, że Daniel musi biegać, więc on mu pomaga. Daniel podbiegł do nas przywitał się i szybciuteńko zniknął za zakrętem...

Pokój czy śmietnik?

I tam, w przydrożnym rowie zaczęła się druga obsesja tego wyjazdu... Znalazłam na wpół rozwaloną czas zkę barana. Nie było siły. Wzięłam go ze sobą. Nie wiem co wtedy myślałam, choć niektórzy uważają, ze wątpliwe jest żebym wtedy myślała, ale wiedziałam, ze zajmie on honorowe miejsce w moim pokoju. 

Mój pokój według niektórych pedantów wygląda jak śmietnik i zbiorowisko wszelkich możliwych ciarachów. Oprócz niezliczonej ilości muszelek, zdjęć i korzeni na ścianach miedzy innymi wisi stary zardzewiały garnek, który znalazłam w chałupie u dziadka w Gorcach (nie gotuję w nim herbaty, bo ma dziurę w dnie), tabliczki ze szlaków ( tylko te odpadłe i zastąpione nowymi), wielki znak "zakaz wyprowadzania psów", który bezczelnie ukradłam, szabla, znaleziona podczas  czyszczenia strychu, kołpak, który odpadł jakiemuś gościowi, który mnie gdzieś tam podrzucał, części konia, którego za każdym pobytem wyciągamy po kawałku z jednej piwnicy w Ciechani, no i niezliczona ilość gałązek i liści. Na wizję lokalną zapraszam... 

Jeszcze nie wiedziałam, że w Niskim też kwitnie handel wymienny i baran nie zajmie honorowego miejsca... 
Zbierając po drodze wszystkie możliwe śmieci, dotarłyśmy pod zamknięte drzwi Malucha- cóż studenci święta Wielkiej Nocy spędzają w domu... Nie pozostawało nam nic innego jak iść dalej i dotrzeć do opuszczonej dawno dolinki Wilszni. I wszystko byłoby dobrze- dolinka opuszczona jak wiele innych, resztki podmurówek, piwnice i drzewa owocowe, już zdziczałe- gdyby nie świeży krzyż, stojący w centrum dolinki na wzniesieniu. Wiedząc, że naokoło nie ma nikogo, a jakiejkolwiek cywilizacji w promieniu 15 kilometrów się nie znajdzie, rozbiłyśmy namiot...

Strachy nie na Lachy

Zaczęło się ściemniać. Razem z Moją młodszą o cztery lata siostrź, rozpoczęłyśmy jakieś głupie gry i zabawy, w efekcie których oba brzuchy były obolałe ze śmiechu. Ale w końcu trzeba było zrobić kolację. Wyciągnęłam rękę za namiot po nóż...

- wiesz co Monda, a co by było, gdybym teraz poczuła tam czyjąś rękę. Nie zimną, ale taką normalną, żywą ciepłą rękę
-Przestań

Zaczęłyśmy się straszyć, czego efekt był taki, że wyobraziłyśmy sobie jak ten wyimaginowany ktoś obok mówi:
-Oj cicho już bądźcie, nie można spać- i całą noc spędziłyśmy skulone ze strachu. Dopiero rano doszłyśmy do wniosku, że to wszystko przez to że nie poświeciłyśmy jajek i zjadłyśmy je takie niepoświęcone..

A potem była już tylko Zyndranowa i Czeremcha. 

W tej drugiej - urodą dorównującej Ciechani - Monika powiedziała:
- nie lubię jak śmieci się walają po łąkach. Idę podnieść ten worek- leżał od niej jakieś 200 metrów.
-Kaśka - rozdarła się za chwilę .- To nie jest worek to dwie czaszki.

W efekcie znaleziska u mnie leży czaszka dzika, u Moni jelenia, a mój baran poszedł do Moniki w zamian za małą czas zkę króliczka i połowę tabliczki PTTK-u z niebieskiego szlaku na Kamień i do Jasiela.

Cholerna linia Dukla-Barwinek znowu dała o sobie znać i nie pozwoliła dokończyć trasy. Tym razem swoją dezaprobatę objawiła czaszkami i obdartymi do krwi udami (a trzeba było Kasiu w środę galopować na Naprawie??!!!). W podziękowaniu, że tak łatwo dałyśmy się wykurzyć sprezentowała nam całą skrzynkę pustych butelek po piwie, które niosłyśmy przez ponad 5 kilometrów, zamierzając zostawić na każdym większym zakręcie. Kiedy jednak dotachałyśmy ją do sklepu, okazało się, że zakupiłyśmy za kaucję piernik kasztelański, 2 duże Kubusie i jeszcze po jakimś batoniku. 

Linia Dukla-Barwinek nie wiedziała, że właściwie i tak nam się już wolne kończyło- Monia miała nazajutrz do szkoły... 


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Czarownica ubija masło... polana Bania [Zawadka]

Dzisiejszy spacer "z piesami" miał na celu grzybobranie. Jako, że grzybów nie było (ot kilka kozaków i jeden maluteńki pociec) podeszłam z Zuzką na Banię, gdzie niegdyś ulokowałam jedną ze geoskrytek. Sprawdzić, czy skrzynka ma się dobrze. 
Skrzynka ma się dobrze - z tej okazji opiszę Wam polanę Bania, którą najlepiej scharakteryzował geokeszer Krjomi: 
"Czarownic nie ma, ale i tak jest... niesamowicie..."





Zachodnia część została niegdyś sklasyfikowana jako torfowisko przejściowe, datowane na 12500 lat. Na polanę często przychodzą zwierzęta szukające wodopoju - polana jest bowiem nieco podmokła. Rośnie tu m.in skrzyp wielki - roślina znajdująca się pod ochroną. 



Teren torfowiska porośnięty jest roślinami wodno- i wilgociolubnymi. Oczka wodne zamieszkane są przez kumaki oraz traszki (karpacką i górską). Często tworzy się tutaj okresowy stawek o średnicy kilku metrów. Pozostała część polany jest systematycznie koszona (a przynajmniej powinna).

Jeśli przyjdziecie tu o świcie macie szansę podziwiać sarenki, koziołki i inną zwierzynę przychodzącą do wodopoju (w innych godzinach również, ale o świcie jest na to największa szansa).

Jeśli natomiast przyjdziecie w księżycową noc... nie zdziwcie się, jeśli usłyszycie ponure, jednostajne uderzenia (dość głośne). Lud miejscowy twierdzi, że to czarownica ubija masło...
Inna legenda również związana jest z czarownicą, a właściwie czarownicami, pilnującymi dawnych sztolni i skarbów w nich ukrytych (konkretnie beczce pieniędzy, ukrytą przez zachłannych górników. Górnicy owi zajęci gromadzeniem pieniędzy zapomnieli o wzmacnianiu chodników wskutek czego kopalnie się zawaliły i powstało obniżenie terenu, które zarosło - jest to ponoć dzisiejsza Bania. Jednakże ta legenda znana jest tylko z publikacji. Natomiast o czarownicy ubijającej masło mówi każdy kilkuletni Zawadczanin....:)







piątek, 8 kwietnia 2016

Szałas pod Gniewem Prezesa

Szałas pasterski na Zaniowskim


Chodziłam tędy tysiące razy...
Pierwszy raz podchodziłam pod Gniew Prezesa od strony Beniowego- z Agą i Jędrkiem Małeckimi, którzy jeszcze Małeckimi nie byli... A było to pamiętnego roku 1997...
Wtedy też dowiedziałam się, że licha góreczka na trasie nosi lokalną, kolibową, nazwę.

szlakowskaz na polanie Kosarzyska
  - No bo schodzisz już z Beniowych - tłumaczył Jędrek - już wiesz, że za chwilę będziesz w domu. A tu nagle Ci wyskakuje przed nosem taki pryszcz. I nie da się go obejść. MUSISZ pod niego podejść. Prezes zawsze się wkurzał na to...

Stąd niewielkie wzniesienie nosi nieformalną nazwę Gniew Prezesa. Nikt nie wie, który prezes został tym samym uwieczniony na wieczną rzeczy pamiątkę...
No, ale nie o Prezesie miało być.



Hale między polaną Beniowe, a polaną Kosarzyska usiane są szałasami pasterskimi, bacówkami czy - niestety - ich ruinami. O ile do szałasu zwanego lokalnie "U Dziadka"  trzeba nieco skręcić spod kapliczki na Kosarzyskach (szałas wciąż istnieje), o tyle szałasy na polanie pod Gniewem Prezesa są dość widoczne. Jakim cudem zatem nigdy nie zauważyłam szałasu na skraju polany?
Nie mam pojęcia.


Ruiny szałasu na Zaniowskim
Być może dlatego, że stoi tuż przy lesie, schowany w cieniu drzew, a na trasie jest jeszcze kilka - większych, bardziej spektakularnych i posadowionych bliżej szlaku, co oznacza że są po prostu bardziej zauważalne. 
Kiedy dziś szłam z Kaśką Floydomanką na taki króciutki spacerek, okazało się, że te wielkie szałasy są już niestety w totalnej ruinie. Na Przysłopie Dolnym szałas nie posiada już nawet konstrukcji, że o ścianach nie wspomnę. Drugi szałas na tej samej polanie jest chyba w rękach prywatnych, gdyż ściany stoją, dach jest i wyraźnie ktoś się nim opiekuje - prawdopodobnie, jak większość tego typu budynków, służy za składowisko łopat, grabi i innego sprzętu polowo - ogrodniczego.
szałas na Zaniowskim


Za to szałas na Zaniowskim... to ten właśnie pod Gniewem Prezesa... ma się całkiem dobrze i choć niewielki, spełnia wszelkie warunki pięciogwiazdkowego hotelu bacówkowego. Nniegdyś stworzyliśmy klasyfikację bacówek i szałasów - ten szałas zasługuje na najlepsze 4 D Wi Wo... Co oznacza: 4 ściany, Dach, ochronę przed Wiatrem i Wodą... Ktoś nawet go niedawno w tym celu wykorzystał - w kącie leżał siennik, a na nim śpiwór. 


O szałasach pasterskich jako takich mam wielki plan napisać, ale co z tego wyjdzie to ja nie wiem:)
Póki co - cieszcie się zdjęciami szałasu na Zaniowskim, bo biorąc pod uwagę  postępujące zanikanie tych zabytkowych budynków, może się okazać, że za kilka lat już go nie będzie...
Czyżby to był czyżyk?

szałas na Zaniowskim


szałas na Zaniowskim

szałas na Zaniowskim

szałas na Zaniowskim

szałas na Zaniowskim


szałas na Zaniowskim



sobota, 2 kwietnia 2016

Krokusy na Szlaku Dziesięciu Polan

Krokusy pod Jaworzynką.


Nie trzeba jechać do Chochołowskiej czy Kościeliskiej. 
W Gorcach też są krokusy.
I to ile!
Chociaż - przyznajmy - raczej w partiach do 1000 m nad poziomem morza (Bałtyckiego - jak mawia Hubert), wyżej jeszcze zalega śnieg. Ale w sumie - co się dziwić. Mamy pierwszy kwietnia...

Jaworzynka i widok na Beskid Wyspowy












Wybraliśmy się zatem z KOTem, czyli Kursem Organizatora Turystyki, na wyprawę wiosenną z Lubomierza, przez Kudłoń, przełęcz Borek na Turbacz. Rankiem zeszliśmy klucząc do Nowego Targu. Klucząc, bo podeszliśmy zarówno na Halę Długą jak i do kaplicy Matki Boskiej od Gorców.
Przyznaję bez bicia, że był to jeden z fajniejszych wyjazdów zorganizowanych. 

Szlak Dziesięciu Polan jest jednym z najstarszych szlaków w Gorcach. Wyznaczył go w 1926 roku ksiądz Walenty Gadowski, członek Towarzystwa Tatrzańskiego i orędownik górskiej turystyki. Był twórcą słynnej, tatrzańskiej Orlej Perci oraz dwóch perci w Pieninach: Sokolej (nazywaną dawniej Pienińską Orlą Percią) oraz nieistniejącej już Skalnej Perci.


Szlak znakowany jest kolorem żółtym i prowadzi przez urocze polany, które są niezwykle atrakcyjne pod względem krajobrazowym, przyrodniczym, a także widokowym. Dziś szlak ten jest częścią dłuższego szlaku prowadzącego z Tymbarku przez Mogielicę do Nowego Targu Kowańca.
 
Szałas pod Jaworzynką
Krokusy na halach



Krokusy na halach

Szlakowskaz na polanie Podskały

Podchodzimy pod Kudłoń

W lesie lis... sorry ... w lesie kwietniowym

Inne spojrzenie na giarrrę

Odpoczynek w słoneczku

Planowanie trasy.

Ślady głuszca

Oblodzona Hala Długa

Krzyż partyzancki na trasie do Nowego targu

Nasza Mewa Śmieszka:)

I zarażony śmiechem Kuba


POlana o uroczej nazwie Sralówki

Ania w krokusach

Etatowy noszacz gitarrry na zasłużonym odpoczynku.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Jak trzynasty Apostoł... na zakupy do Settle

Tekst pochodzi z bloga emigracyjnego http://muwit-na-emigracji.blogspot.co.uk/

Kto oglądał "Dogmę", ten kojarzy z pewnością postać trzynastego Apostoła - postać usuniętą, z późniejszych przekazów, gdyż był on Murzynem. Co prawda, jak twierdzi, Jezus też był Murzynem, ale łatwo wybielić syna bożego, a jeden apostoł więcej czy mniej...
Tenże, wspomniany wyżej, trzynasty Apostoł objawił mi się dzisiaj podczas wycieczki do Settle. Nie, nie miałam widzenia:) Przypomniała mi się scena z tego filmu, kiedy auto, którym podróżowali bohaterowie, uległo zespsuciu. Trzynasty Apostoł (który właśnie w tym momencie się pojawił w filmie) stwierdził beztrosko, że do miasta jest tylko kilkadziesiąt mil, a przecież oni z Nauczycielem wszędzie chodzili na piechotę.
Pierwsza moja myśl, kiedy wybierałam się do Settle na zakupy dotyczyła właśnie Dogmy i Trzynastego Apostoła.

Druga moja myśl dotyczyła czasów mocno późniejszych, aczkolwiek z punktu widzenia XXI wieku, wszechobecnego internetu, pociągów i informacji biegnącej przez świat szybciej niż myśl, jednak odległych.
Dotyczyła mianowicie różnic kulturowych i wpływów sąsiadów na życie wsi. Takie np Sromowce Wyżne. Teoretycznie do Krościenka - jedyne 10 km, ale przez góry. Łatwiej było mieszkańcom przedostać się przez Dunajec do nieodległego Czerwonego Klasztoru - stąd dość liczne wpływy słowackie na kulturę ludową Górali spod Pienin. Na targ wybierali się do Lubovli, a nie do Nowego Targu.
Tak jest i tutaj - to znaczy było, przed erą ogólnie dostępnych samochodów, pociągów (jeżdżących z częstotliwością podobną do busów w nasze, polskie Beskidy). 


Z Horton in Ribbesdale do Settle jest około sześciu mil. Teoretycznie nie jest to daleko (około ośmiu kilometrów). W praktyce - cóż... bądźmy szczerzy, moja kondycja odbiegła gdzieś daleko, dawno temu i nie jestem przyzwyczajona do łażenia na piechotę do sklepu. To znaczy może i jestem, tylko że ten sklep zazwyczaj był odległy o jakieś 300 metrów, a najczęściej wystarczyło zejść po schodach. Nawet jak mieszkałam na wsi, to do sklepu jeździło się samochodem (4,5 km) - tyle, że tutaj na razie nie mam samochodu:)
Pomimo, że Ryan mi zapowiedział, że "car is a must" czyli generalnie bez samochodu nie ujedzie. 
Na razie ujedzie, bo na razie mi się wybitnie podoba opcja łażenia przez góry do sklepu. Lub ostatecznie łapanie stopa - jak za starych dobrych czasów. 

A autostop tu to marzenie. NIe wiem jak w całej Anglii, ale wydostać się z Horton in Ribbesdale to pikuś z pietruszką - być może dlatego, że do pobliskiego kamieniołomu jeżdżą ciężarówki - trzy razy dziennie jeździ taki miły Włoch. Więc wydostać się to nem problem. Problem z dostaniem się do... 

Bo tu każdy wie, co to znaczy leźć na piechotę do sklepu. Zatem, jeśli jedzie trzy mile, to podrzuci Cię pod hotel - inna sytuacja mi się tu jeszcze nie zdarzyła. 
Jest to dla mnie (ale ponoć jestem dziwna) trochę krępujące, bo doskonale wiem, że nikt mnie nie wysadzi w Steinford, tylko każdy podrzuci pod dom. Bo tu każdy lokalny, kazdy złaził te góry na dziesiątą stronę. Każdy niejeden raz utknął gdzieś po drodze bez nadziei na pociąg, czy autobus.

W tamtą stronę było cudownie - przelazłam sobie góreckami, wśród czegoś co chyba można nazwać połoninami. Nad Steinford spotkałam pierwsze krowy i konie. Może niekoniecznie dzikie i może niekoniecznie Hucuły, ale hucułopodobne. Co ja sie namęczyłam, żeby zrobić zdjęcie, takie jak niegdyś pojawiło się w Bieszczadzkim albumie Ety Zaręby. Koń widziany od tyłu (kasztan z czarnym ogonem, zwisającym idealnie wzdłuż kończyn dolnych) w otoczeniu złotorudych, jesiennych liści. Nie chciałam robić kopii, tylko podobne zdjęcie, powiedzmy, że inspirowane. 
Nie ma siły - koń macha ogonem i jedyne na czym się skupiam to to, żeby jednak na zdjęciu nie było widać podogonia:) Pomijając fakt braku jesiennych krajobrazów i maści konia, który raczej do srokacza podobnym jest, niż do kasztana, to największy problem miałam z ustawieniem - co podeszłam na odpowiednią odległość, koń myk - myk dwa kroki w bok i ustawia się bokiem. No to ja z drugiej strony. No to koń: myk-myk i trzy kroki w lewo. No to ja z trzeciej strony. A koń: myk-myk...
Nie wiem ile czasu tam spędziłam, ale zaniepokoiłam się w końcu że mi sklepy w Settle zamkną.
Zakończyłam spotkanie z koniem, ale jeszcze wrócę. Jak mi się zapasy skończą i znowu trzeba będzie pomykać do najbliższego sklepu odległego o 10 mil...