wtorek, 2 grudnia 2008

Kaflarnia w Zdunach


Dzięki dwóm polskim przedsiębiorcom z Wrocławia, unikalna w skali europejskiej zabytkowa kaflarnia w Zdunach (Wielkopolska) będzie nadal produkować i realizować zamówienia klientów z Polski i zagranicy.

Do niedawna, prawie 150-letnia kaflarnia była własnością spółki Cerabud z pobliskiego Krotoszyna, którą  kupił niemiecki inwestor." Nabywca chciał zachować +czystość branży+ i nie zamierzał utrzymywać produkcji w Zdunach. Z tego powodu sprzedał ją wrocławskim biznesmenom"- poinformowała w czwartek PAP prezes powstałej w tych dniach nowej spółki "Kaflarnia Zduny" w Zdunach, Maria Bartkowiak.

Założycielem zdunowskiego zakładu był w 1858 r. Niemiec z Milicza- Paulus Raimann. Początkowo wyrabiał garnki i naczynia, które sprzedawał na jarmarkach. W 1870 r. rozpoczął produkcję kafli.

"Proces produkcji podzielony jest na etapy: formowania, suszenia, wypalania i malowania kafli. Głównymi składnikami masy kaflowej jest biała, ogniotrwała glina i szamot. Każdy kafel jest inny"- opowiada Bartkowiak.

"Produkcję rozpoczyna przerabianie gliny, która w galetach (kostkach gliny o wymiarach odpowiadających rodzajowi formowanego kafla) podawana jest na formiernię. Tutaj formowane są  ręcznie wszystkie rodzaje kafli. Wysuszone i poszkliwione, ustawiane są  na 48 godzin w komorze opalanego węglem pieca muflowego. są wypalane w temperaturze 1100 stopni Celsjusza, piec w tym czasie musi być zamurowany"- wyjaśnia Bartkowiak. 
Ostatnim etapem jest wygaszanie pieca; ten etap trwa dziesięć dni. Po wystudzeniu, kafle gotowe są  do sprzedaży. W zdunowskiej kaflarni są  trzy piece, pracujące na zmianę. W każdym mieści się 2500 kafli. 

Według Bartkowiak, kaflarnia w Zdunach jest najstarszą w Polsce. "Zachowano ręczny proces produkcji, jest taki sam jak w 1870 r. Jedynie pierwszy etap prac jest unowocześniony"- podkreśla.

Dziś kaflarnia realizuje tylko indywidualne zamówienia. Ze zdunowskich kafli można budować piece pokojowe, kuchenne oraz kominki i gliniane figury zdobiące pomieszczenia i ogrody. Bartkowiak powiedziała, że wykonywała zamówienia m.in. dla dworu Artusa w Gdańsku, dla sieci renomowanych restauracji - polskich i niemieckich; zakład ma także klientów we Francji, w Norwegii, Austrii i na Litwie. 

Tekst pochodzi z bezdroza.pl

niedziela, 16 listopada 2008

Katowickie familioki

Czy takie oblicze ma mieć nowoczesność? 

W Katowicach, tuż przy granicy z Sosnowcem, stoją urokliwe familoki. Ich lokatorzy, przeważnie mieszkający tam z dziada pradziada, dowiedzieli się, że właściciel chce je wyburzyć. są  zdesperowani.

Georg Wilhelm Friedrich Hegel zauważył błyskotliwie, że "z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego się z historii nie nauczyły". Teza ta szczególnie bolesne potwierdzenie znajduje na Górnym Śląsku. Ileż to razy kolejni administratorzy tej krainy ogłaszali, że jej historia rozpoczyna się wraz z nastaniem ich władzy i w imię kolejnych ideologii wymazywali ślady poprzedników.

Niestety, ta programowa amnezja z reguły przyjmowana była w milczeniu przez mieszkańców regionu, dla których przetrwanie, nieważne w jakiej kondycji, urastało do rangi naczelnej wartości. To milczenie stało się nieznośnym nawykiem. Nauczyliśmy się akceptować lekceważący stosunek władzy do naszej tożsamości, naszej kultury i dziejów. Kiedy wiatr historii zdmuchnął ekipę niszczycieli Świerklańca, bytomskich kamienic, Giszowca i willi Grundmanna, owa akceptacja utraciła Uzasadnienie w samozachowawczym instynkcie. Mimo to nadal milczeliśmy, kiedy złomiarze (za cichym przyzwoleniem władz) i buldożery rozprawiali się z kolejnymi świadectwami naszej przeszłości: z szopienicką hutą, zabrskim familokiem Janoscha, bytomskim browarem. Tym razem dzieło zniszczenia dokonywane jest nie w imię walki klas czy narodów, ale pod sztiarem modernizacji.

Walec postępu dotarł do kolejnego symbolu industrialnego Górnego Śląska- kolonii wznoszonych dla robotników i urzędników pod koniec XIX i w pierwszych dekadach XX w. Ostatnie miesiące dostarczyły dwóch przykładów urzędniczej ingerencji w egzystencję zamieszkujących te osiedla, zżytych od pokoleń społeczności. Mieszkańcy kolonii Mościckiego na katowickim Załężu mają zostać pozbawieni pasa zieleni, stanowiącego naturalną osłonę ich osiedla od strony Drogowej Trasy Średnicowej. W tym miejscu projektowane są  ponoć obiekty handlowe.

inną kolonię, położone na przeciwległym krańcu miasta szopienickie Borki, Hutniczo- górnicza Spółdzielnia Mieszkaniowa postanowiła całkowicie wymazać z górnośląskiego krajobrazu. Lokatorzy, których rodziny zajmują mieszkania w familokach często od ponad stulecia, mają zostać rozproszeni po różnych częściach Katowic- w większości przypadków wbrew swojej woli. Uwolniony od balastu przeszłości grunt, przeznaczony zostanie pod inwestycje. Nieodparcie nasuwa się skojarzenie z losami Giszowca, którego domki ustąpić musiały jednostkom mieszkaniowym z wielkiej płyty.

Czy takie oblicze ma mieć górnośląska nowoczesność? Czy owa nowa jakość ma wzrastać na wyjałowionym gruncie, pozbawionym zakorzenionych w tradycji wartości kulturowych? Szacunek dla tych ostatnich nie oznacza przecież zamknięcia w skansenie- ten, kto wie skąd przychodzi, łatwiej określi, dokąd zmierza. Jak zauważył Winston Churchill, "uważniej wpatrując się w przeszłość, lepiej widzimy przyszłość". Trudno oprzeć się wrażeniu, że na Górnym Śląsku błądzimy po omacku.


Artykuł pochodzi z Gazety Wyborczej'2008
Jerzy Gorzelik-  Autor jest historykiem sztuki z Uniwersytetu Śląskiego

piątek, 14 listopada 2008

Pałac w Kończycach Wielkich

Dawną posiadłość Gabrieli von Thun-Hohenstein kupili prywatni inwestorzy. chcą w niej urządzić hotel.

Piękny pałac w Kończycach Wielkich został wybudowany na przełomie XVII i XVIII wieku. Jego ostatnią właścicielką była uwielbiana na Śląsku Cieszyńskim Gabriela von Thun-Hohenstein. Słynna z działalności dobroczynnej arystokratka urodziła się w 1872 roku w Wiedniu. Wychowana wśród wygód i bogactwa była gwiazdą wiedeńskiej arystokracji. 

W 1893 roku wyszła za mąż za hrabiego Feliksa von Thun-Hohensteina, który został potem marszałkiem austriackiej armii. Gdy Gabriela dostała w spadku po rodzicach zamek w Kończycach Wielkich, małżonkowie osiedli tutaj na stałe. Wielu mieszkańców Śląska Cieszyńskiego przetrwało wojnę dlatego, że hrabina zatrudniła ich w swoim majątku. 

- Po wojnie, gdy sama była już chora, nadal podnosiła z ulic pijaków pytając, czy im nie pomóc- wspominają mieszkańcy. 

Pałac został zniszczony przez żołnierzy radzieckich, potem majątek przejęło państwo. Kilka lat po wojnie zaczął tam działać dom dziecka. Dwa lata temu cieszyńskie starostwo postanowiło sprzedać pałac, na którego utrzymanie rocznie wydawało kilkadziesiąt tys. zł. 
Bez efektu. 

- Kolejne przetargi kończyły się niczym, potencjalni chętni rezygnowali- mówi Paweł Brągiel, radny cieszyńskiego powiatu. Dopiero teraz udało się znaleźć nabywców. To trzej biznesmeni z Mazowsza. Za pałac zapłacili 1,6 mln zł. chcą w nim urządzić elegancki hotel. Wszystkie prace będą musieli przeprowadzać pod nadzorem konserwatora zabytków.

To już kolejny zabytek w regionie, który ma szansę na remont dzięki przejściu w prywatne ręce. Nabywców znalazły już m.in. XVIII- wieczny pałac Kotulińskich w Czechowicach-Dziedzicach i XVI- wieczny zamek w Grodźcu Śląskim.

MUWITowcy donoszą:

W Kończycach Wielkich znajduje się też drewniany kościół- zabytek i jeden z ładniejszych w okolicy. (Gall Anonim)

czwartek, 13 listopada 2008

Opolszczyzna miała swój Biskupin / In Opole district there was a hillfort like Biskupin

Jest niemal pewne, że na terenie dzisiejszej Opolszczyzny istniało przed niespełna trzema tysiącami lat grodzisko wielkości Biskupina.

[EN] It is almost sure that 3000 years ago in nowadays Opole district there was a hillfort like Biskupin.

Na jego ślad natrafił Franc Zalewski, który wyszedł z córeczką na spacer po Woskowicach Małych, miejscowości tuż przy granicy Opolszczyzny z woj. wielkopolskim. W oko wpadł mu przypadkowo leżący przy drodze kamień. Jak to geolog, obejrzał go ze wszystkich stron dokładnie i ze zdumieniem stwierdził, że to tatrzański granit.- Jak granit z Tatr przywędrował do Woskowic Małych?- zastanowił się, targając bryłę ze sobą. Było to dwa lata temu.

Odtąd szukał dalej. Kamieni przybywało i to z różnymi śladami ludzkiej obróbki. Jeden wypolerowany, inny ze śladami wiercenia, jeszcze dwa ze sobą spojone. Największy waży ok. 50 kg. 

- Skoro komuś się chciało wieźć tyle kilometrów kamienie, to może znaczyć tylko jedno: że było tu jakieś centrum kulturowe- uznał. 

Po konsultacji z kolegami geologami oraz profesorem krakowskiej AGH, u którego kończy właśnie doktorat, oszacował, że kamienie ludzka ręka obrabiała przed prawie trzema tysiącami lat (ok. 900 lat p.n.e.). Zalewski wie, co mówi, bo jest inżynierem, skończył też historię, a obecnie na co dzień bada piramidy - konkretnie bloki, z których są wykonane, oraz ślady ich obróbki.

Swymi domniemaniami zaciekawił jednak przede wszystkim kolegę archeologa z Krakowa, który zajmuje się tym okresem dziejów. Zaczęli razem szukać.

Tu znajdowano już skarby 

Ale nawet od najstarszych mieszkańców wsi niewiele się dowiedzieli, bo to ludność napływowa, nieznająca tak dobrze historii tych ziem. Zaczęli więc szperać w archiwum we Wrocławiu. I okazało się, że przed wojną ludzie wyKopali w tym miejscu trzy skarby.- Naszyjniki z brązu, naramienniki, wiadra etruskie, tzw. cysty- opowiada archeolog Radosław Czerniak.- Z przedwojennych zapisków wynika, że znaleźli coś na kształt wazy, wysypali jej zawartość i wzięli ją do domu, by służyła za doniczkę. Na szczęście temu, co wysypali, przyjrzał się miejscowy nauczyciel historii, dzięki czemu cenną biżuterię w ogóle odkryto. Niestety, kiedy Niemcy się wycofywali z Wrocławia (bo było to w tamtejszym muzeum), zabrali wszystko- dorzuca Zalewski.

Okazuje się, że takie skarby datowano na 600 lat p.n.e., pochodzą z okresu wczesnego brązu, zwanego fachowo halsztat C.- Takie skupiska skarbów występowały tylko przy grodziskach, i to sporych takich, jak np. w Biskupinie- mówią obaj poszukiwacze.

Przyglądali się wielokrotnie terenowi i przekonują, że nawet z jego ułożenia wynika, gdzie mogło być wejście do grodziska.

Okazało się ponadto, że już raz- w 1997 roku- naukowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego przymierzali się do poszukiwań prastarej budowli.- Ale zakończyli na badaniach powierzchniowych, bo nic nie znaleźli. Tyle że pomylili Woskowice Małe z Woskowicami Górnymi- opowiadają poszukiwacze.

Przekonują, że szybko trzeba do poszukiwań powrócić, bo sprzęt rolniczy czy czerpanie w tym miejscu piasku (a i wysypywanie śmieci) znaleziska uszkadzają.- Na jednym z okazałych kamieni już były cztery ślady pługa. Ludzie nieświadomi zbierają cenne kamienie i układają na skalniakach, a wybierając piasek, znajdują części ceramiki i je wyrzucają. Więc im szybciej przystąpimy do wyKopalisk, tym lepiej- zaznacza Zalewski.

Uważa, że w miejscu znalezienia pooranego kamienia trzeba ustawić jedno ze stanowisk archeologicznych, bo ewidentnie jest on oderwaną częścią większej budowli. 

Szukają pieniędzy, by szukać grodu 

Franc i Radek uzyskali już pozytywne opinie od opolskiego i kaliskiego konserwatora zabytków (jako że teren leży na styku ich rejonów działania). Uniwersytet Jagielloński zapewnił opiekę naukową, którą  pokieruje prof. Jan Chochorowski. Prace wyKopaliskowe będzie prowadzić firma Czerniaka In Stu (łac. "na miejscu"), jak archeolodzy określają wyKopalisko znalezione w miejscu, w którym zostało pozostawione.

Wystąpili o dofinansowanie prac rozpoznawczych do opolskiego wojewody, przekonując go, że przecież dzięki odkryćiu będzie głośno o regionie.- Będź wystawy, naukowe prelekcje o tym, co zostanie odkryte. To się naprawdę opłaci- wyliczają Zalewski i Czerniak, dodając, że wszystko, co zostanie znalezione, trafi do opolskiego muzeum.

- Wystartowaliśmy też w konkursie Ministerstwa Kultury, które ma pieniądze na ochronę zabytków archeologicznych. Ubiegamy się o 50 tys. zł. Konkurs ma się rozstrzygnąć w ciągu dwóch miesięcy. Kiedy tylko będą pieniądze, zaczniemy badać teren- zapewniają obaj poszukiwacze.

Muszą wykonać zdjęcia lotnicze terenu (cztery razy w różnych sezonach), następnie czekają ich badania geologiczne i geofizyczne (magnetyzm itp.), które dadzą odpowiedź, co jest pod ziemią.

- Jak tylko potwierdzą się nasze przypuszczenia, to wbijamy łopaty- zapowiadają.

Autor: Joanna Pszoń / Gazeta Wyborcza

poniedziałek, 10 listopada 2008

Krakowski Kazimierz: coraz więcej lukru

Mniej artystów, wariatów, biedaków. Więcej dudniących klubów, lanserko-danserki, apartamentowców. Kiedyś konflikty na Kazimierzu przebiegały na osi: biedni mieszkańcy z kwaterunku kontra artystyczne towarzystwo w knajpach. Dziś w najmodniejszej polskiej dzielnicy znów wybuchła awantura... ale już zupełnie inna...

Na dzisiejszym Kazimierzu zmiany galopują w szaleńczym tempie. "Nowi"- według pojęć sprzed paru lat- stali się już "starymi" i teraz jednym frontem z dawnymi mieszkańcami protestują przeciwko napływowi kolejnych knajp, biznesów, hałasowi i wyszynkowi piwa. Minęło przecież kilkanaście lat, odkąd diabeł przestał tu mówić "dobranoc". Zamiast diabelskiego pożegnania, słowa pozdrowień brzmią we wszystkich językach świata. Jak na rzymskim Trastevere, berlińskim Prenzlauer Berg, paryskim Marais, lizbońskich Bairo Alto i pełnej śpiewów faro Alfamie...




Koniec romantyzmu 

Połowa lat 90. Błyskawiczna eksplozja Kazimierza zaskakuje samych krakowian. Zruderowana, zapomniana dzielnica przez ledwie kilka lat kompletnie odmienia swe oblicze. Jeszcze niedawno wieczorami po Kazimierzu się nie chodziło. W początkach funkcjonowania Singera- pioniera knajp na Kazimierzu, zdarzało się, że do lokalu wpadało komio miejscowej chuliganerii i lało siedzących przy świeczkach i kieliszkach gości skórzanymi pasami z klamrź. Stopniowo, podejrzane typy odpuszczały. Kilkanaście lat później wśród mieszkającego w odrapanych kwartałach przy Józefa, Bożego Ciała, Wawrzyńca, Gazowej tzw. elementu znajdą się tacy, którzy wieczorami siądź na piwie w jednym z okolicznych ogródków. I żeby była jasność: nie żeby hałasować, ale po prostu miło spędzić czas.

Początki "kolonizacji" Kazimierza przez "nowych"Właścicieli lokali, sklepów ze starociami, galerii mają w sobie wiele romantyzmu charakterystycznego pionierom. Knajpiarze nie konkurują ze sobą, wspólnie wynajmują agencję ochroniarską, urządzają sprzątanie dzielnicy, obchody Dnia Dziecka. Do tanich wówczas  mieszkań wprowadzają się studenci, artyści, ludzie wolnych zawodów. Nowy styl życia wdziera się bowiem na Kazimierz gwałtownie, budząc jednak ogromne protesty dotychczasowych mieszkańców.

W 2003 roku na łamach "Gazety" przez kilka tygodni prowadzimy debatę na temat przyszłości dzielnicy. Właściciele modnych lokali narzekają na niechęć ze strony dotychczasowych mieszkańców. Jacek Żakowski, właściciel modnej "Alchemii" mówi wówczas : Konflikty biorą się stąd, że właściciele pubów i galerii weszli ze swoją działalnością w niewielkie środowisko ludzi, którzy nie chcieli zmian. To było małe miasteczko, wszyscy się znali, podobnie myśleli. My przynieśliśmy inny system wartości, inny sposób myślenia. Oni boją się o swoje mieszkania, denerwują się, że obok nie ma sklepu, w którym całe życie kupowali masło.

Kilka lat później ten sam Jacek Żakowski narzeka już nie na swoich sąsiadów, ale na inwazję komercji.- Denerwuje mnie przeciętność i coraz większa mdławość tego, co się tu dzieje. Kiedy początkowo mieliśmy tu Singera, Warsztat, Alchemię, Kolory, Mleczarnię, miałem wrażenie, że jest to okres budowania czegoś niepowtarzalnego. Pieniądze nie były najważniejsze. Teraz niektórzy zauważyli, że na Kazimierzu można szybko zarabiać pieniądze. Ja tu żyję, a nie tylko rozliczam knajpę- mówi z goryczą.

Pierwsze knajpy na Kazimierzu zakładali: filozof, teatrolog, doktor fizyki, aktorka. Postawili nie tylko na sprzedaż piwa, ale i na wystawy, koncerty, spektakle. Ich lokale stały się centrami kultury spoza głównego nurtu.

Dziś właściciele nowych lokali stawiają na modne wnętrza, wyszukane drinki i... przede wszystkim zyski. Trafili na Kazimierz, bo usłyszeli, że właśnie tu można dziś najlepiej zarobić. Mają rację.

Polityka przy piwie 

Druga odsłona walki o Kazimierz zaczyna się dość niespodziewanie. Jesienią 2007 radni uchwalają niewinnie brzmiącą uchwałę o liberalizacji targowisk. Zezwala ona na handel na placach targowych niemal wszystkim, czym się da, także alkoholem. Ogródki piwne na targowiskach można teraz wystawiać do godziny 22. Na Nowym- o dziwo- aż do drugiej w nocy.

Na Kazimierzu zaczyna wrzeć. Ale inaczej niż przed laty, w końcu "starzy" też kiedyś chcieli tu więcej piwa. Barbara Kłos, właścicielka "Kolorów":- Gdy w 1997 roku kupiliśmy kamienicę w ruinie przy placu Nowym, traktowaliśmy to jako inwestycję życia. Wzięliśmy ogromny kredyt. Najpierw powstały "Kolory", w których wewnętrzny ogródek działa do godziny 22. W zeszłym roku otworzyliśmy hotel. Płacimy miastu ogromne podatki, ale miasto decyzją o liberalizacji targowisk uniemożliwia nam prowadzenie działalności hotelowej. Niemożliwy jest też wynajem mieszkań, bo nikt nie będzie chciał zamieszkać przy głośnej piwiarni na otwartym powietrzu. Radni muszą pamiętać, że zarządzają dużym historycznym miastem i ponoszą za nie odpowiedzialność. Mam na myśli tkankę miasta, która tu na placu Nowym jeszcze jest, ale takimi działaniami można ją zniszczyć.

Nowym/starym Kazimierzanom trudno oczekiwać odsieczy ze strony krakowskich radnych, którzy przynajmniej w tej kwestii należą do najbardziej liberalnych w Polsce. Gdy protesty dotarły do urzędu, politycy żartowali, że chętnie zamienią swoje mieszkania w Nowej Hucie, Bronowicach czy na Azorach na te kazimierskie... Jak ktoś chce mieć ciszę, niech się zamienia, proszę bardzo!

Nie jest też tajemnicą, że krakowscy radni (nie tylko tej kadencji) są  stałymi bywalcami kazimierskich knajp. Ich klimat trafia w gust przede wszystkim młodych polityków z prawicy. Upodobania radnych też są  znakiem czasów- kiedyś przesiadywali w Kolorach, których gayfriendly atmosfera nie przeszkadzała nawet politykom LPR; dziś zaglądają chętniej do blichciarskich Le Skandali.

W konflikcie na Kazimierzu chodzi też o to, co stanie się z zakonserwowanym niemal w niezmienionym kształcie od czasów komuny placem Nowym, który z miejsca handlu krowimi podgardlami czy baranim udącem stał się jednym z modniejszych adresów w świecie. Restauratorzy z Nowego niepokoją się również dlatego, że zarządzająca targowiskiem spółka Kazimierz planuje radykalnie zmienić charakter głównego budynku placu- słynnego okrąglaka.

- Kto by w dzisiejszych czasach tylko pietruszką Handlował?- pytają retorycznie stojący oko w oko z żarłocznym kapitalizmem kupcy. I dodają, że odkąd zbudowano nieopodal Galerię Kazimierz (geograficznie bliżej Grzegórzek, ale nazwa "robi swoje"), miejscowi chodzą tam masowo na zakupy. Kupcy chcą zapobiec dalszemu exodusowi klientów, rzucają więc rękawicę znajdującemu się tam... spożywczemu marketowi Alma. Ale Alma to pewien komfort robienia zakupów, przeszklone regały, lśniące stoiska, dżemy z Holandii, prowansalskie pasztety za stówkę. Żeby plac Nowy przebił Almę, musiałby... No właśnie, co musiałby?

- Nasze poprzednie projekty nowych budek na placu Nowym miasto nam odrzuciło. Mamy pomysł na kolejne: klimatyzowane kioski, a w środku równiutko wyłożone, podświetlone towary. Wszystko pachnące, ładne, estetycznie podane- kreśli przyszłość targu jeden z handlujących.

Apartamentowce i biura 

Coraz częściej pojawiają się głosy, że Kazimierz traci stopniowo swoją tożsamość. Na placu Nowym działa wiele lokali, które z pionierskim klimatem Alchemii, Singera czy Kolorów nie mają już wiele wspólnego. W 2008 roku każde miejsce, które nie miało szczęścia otworzyć się tu wcześniej, musi walczyć z konkurencją podwójnie mocnym uderzeniem. Dlatego tak głośno było o Tytusie i Koce z ulicy Józefa, tak głośno o Ptaśku z ulicy Dajwór, tak wiele ulotek rozsypuje po mieście designerski sklepik Lulu Living (również Dajwór). Ponadto Kazimierz od lat się rozrasta. Ciekawym miejscem staje się zapomniany przez lata plac Wolnica- w orientalnym Horai (zwłaszcza w ciepłe dni, gdy wystawiany jest ogródek) na obiedzie czy kolacji spotykają się ci, którzy przed laty bywali tylko w Alchemii. Je się tajskie chili, łyka ostrź, wietnamską zupę, ale też klika w laptopy i załatwia interesy.

Na Kazimierzu wyrastają apartamentowce, kilka z nich tuż obok synagogi przy ul. Kupa. Ceny mieszkań w kamienicach błyskawicznie szybują w górę. Nieoczekiwanie Kazimierz staje się też mekką dla wynajmujących biura. W dzielnicy działają dziesiątki biur kryjących się za nieodremontowanymi jeszcze fasadami budynków. Z reguły to agencje reklamowe, działające w sferze internetu kilkuosobowe firmy, studyjne projekty prowadzone przez doświadczonych webmasterów, grafików, wydawców. Często z tzw. warszawskiego desantu, mający dość korporacyjnego "jak w zegareczku", rzucający swe nazwane mocno z angielska (Strateging Planning/Business Development Manager, Trade Marketing Executive itd.) stanowiska, lub przenoszący część swego personelu do Krakowa, nawet nie ze względu na oszczędności, a raczej znacznie przyjemniejsze warunki do pracy.

Właśnie z myślą o nich powstają na Kazimierzu miejsca takie jak Nova Resto Bar czy Buena Vista. Usadowiły się po dwóch stronach zakopconego Singera, oferując klientom coś zgoła innego niż kultowy nestor kazimierskiego knajpiarstwa.- Zero kapiących świeczek, zapachu zapiekanek czy starych mebli. Liczy się nowoczesny "stajl"- zapewnia na wejściu seksowna kelnerka. W Novej zjesz lunch wpatrując się w kilka plazmowych ekranów (newsy z całego świata plus modelki w Fashion TV), w Buena Vista wypijesz mojito, zatańczysz kubańskie rytmy, rozsmakujesz się w kolacji przy świetle halogenowych żarówek. są  i inne miejsca utrzymane w "new style'u", jak odprasowane Le Skiale, modna restauracja z argentyńskimi stekami przy Józefa czy szpanerskie lokale przy odrapanej Wąskiej.

Źródło: Gazeta Wyborcza (Magdalena Kursa, Rafał Romanowski)

środa, 5 listopada 2008

Najdziksze zakątki Lasu Prudnickiego / The wildest nooks of Prudnik woodland

Najdziksze zakątki Lasu Prudnickiego, drewniane przeprawy przez zabagnione dolinki i górskie strumienie to prawdopodobnie główne atrakcje nowego szlaku pieszego, który już niedługo zostanie wytyczony.


Szlak, najprawdopodobniej żółty (czerwony i niebieski już są ) będzie niemalże obwodnicą Lasu Prudnickiego, ponieważ poprowadzony zostanie wokół całego tego kompleksu. Inicjatorami jego wytyczenia są  prudniccy turyści z Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, którzy po zrealizowaniu udanego projektu Szlaku Historycznego Lasów Królewskiego Miasta Prudnika (niebieski) postanowili stworzyć nowe trasy. Okazja ku temu jest znakomita, ponieważ Gmina Prudnik przyjęła program rozwoju turystyki na swoim terenie, którego jednym z priorytetów jest tworzenie nowych szlaków. 

Zgodnie ze sztuką znakowania szlaków trasa rozpocznie się w miejscu o łatwiej dostępności komunikacyjnej, za jaką uchodzi – przynajmniej na razie – dworzec kolejowy. Stąd szlak poprowadzony zostanie ul. Nyską, Pl. Wolności i ul. są dową, obok dworca autobusowego na plac przy altance, gdzie krzyżują się ze sobą szlaki: czerwony i niebieski. Ideą turystów jest stworzenie właśnie w tym miejscu głównego węzła szlaków turystycznych w Prudniku. Dalej szlak poprowadzony zostanie przez byłe koszary (obok nowej tablicy pamiątkowej i "Domu Weselnego" oferującego noclegi) i Osiedle Zacisze (obok basenu kąpielowego i hotelu "Oaza"). Gmina planuje na terenie koszar utworzenie nowego hotelu, dzięki czemu szlak zyska na swojej trasie kolejny punkt noclegowy. 

Z Prudnika tzw. żwirówką szlak dotrze do łąki. Tam, przy ul. Jana Pawła II znajdować się będzie szlak dojściowy do zamku Mettichów. W łące trasa "zaliczy" sąsiedztwo gospodarstwa agroturystycznego i Szopki Bożonarodzeniowej pana Trybuły. Trupina z pięknymi widokami to kolejny punkt trasy, po drodze turyści będą mieli okazję odkrywać ślady dawnego traktu z Wrocławia do Ołomuńca. Na stokach Trupiny znajdować się będzie kolejne odbicie od szlaku do bobrowiska. Na razie z uwagi na brak wyznaczonego miejsca do obserwacji bobrów szlak nie będzie obejmował tej atrakcji. 

W Wieszczynie kończyć się będzie polna część szlaku. Odtąd, niemal aż do Trzebiny trasa prowadzić będzie lasem. We wsi znajdować się będzie schronisko gminy, stąd szlak będzie dodatkową propozycją wędrówek dla osób tutaj nocujących. Atrakcją są  również tutejsze stawy, choć możliwość ich wykorzystania zależy już od ich właściciela. Również tutaj ma się znaleźć przejście graniczne i lokalna droga transgraniczna między Wieszczyną a Jindřichovem. 

Tymczasem szlak prowadzi aż do granicy i stąd wzdłuż słupków wiedzie na wschód. Początkowy odcinek to niemal "dżungla" poprzecinana mokradłami. Ten zdawałoby się minus szlaku być może stanie się jedną a atrakcji trasy. Turyści chcą tu bowiem odtworzyć kładkę dla pieszych, którą  zapewne przed laty ustawili tu żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza, a która jest w tej chwili w bardzo złym stanie. Na szlaku będą znajdowały się jeszcze co najmniej dwa miejsca, gdzie należałoby ustawić mostki podobne do tego, który znajduje się w dolinie Bystrego Potoku w Pokrzywnej. 

Szlak wzdłuż granicy jest bardzo malowniczy, roztaczają się stąd widoki na Czechy, łatwo tu spotkać zwierzynę. Z Wróblika będzie można zejść do miejsca, gdzie rozbił się amerykański samolot podczas  II wojny światowej. Niezwykle uroczo w zimie, a także wiosną i wczesną jesienią wygląda Dolina Marii w południowo-wschodniej części Lasu Prudnickiego. Zalety tego miejsca, gdzie Graniczny Potok wije się zakolami docenili już przedwojenni turyści, którzy temu miejscu nadali nazwę (właśnie Dolina Marii) i poprowadzili tędy szlak. Problem w tym, że droga wiodąca dnem dolinki jest podmokła, na dodatek trwa tam wycinka drzew, stąd poprowadzenie tamtędy szlaku byłoby możliwe jedynie w przypadku utwardzenia drogi, bądź położenia kładek w newralgicznych miejscach. 

Jeśli będzie to niemożliwe to turyści zrezygnują z doliny i poprowadzą szlak powyżej. Trasa kończyć się będzie w Trzebinie przy przystanku autobusowym obok ruin dworu Kotulińskich. Docelowo szlak nie będzie się tutaj kończyć, ponieważ w następnym etapie PTTK-owcy chcą go przedłużyć aż po Dytmarów, Krzyżkowice, a być może nawet Racławice Śląskie. Ideą tego działania jest poprowadzenie pierwszego szlaku pieszego w Lesie Trzebińskim. W Trzebinie dodatkową atrakcją szlaku będzie możliwość zwiedzenia prywatnego muzeum Tadeusza Kucharskiego. 

Artykuł pochodzi z NaszeSudety.pl

Aktualizacja:
Szlak jak wskazują tablice informacyjne, już został wytyczony. Czy jest dziki i nieprzebyty? Ha - trzeba sprawdzić :)







piątek, 19 września 2008

Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu-Bierkowicach

Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu to jedyne muzeum na wolnym powietrzu w województwie Opolskiem i jedno z czterech tego rodzaju, położonych w historycznych granicach Śląska.

Jeden z ładniejszych skansenów na trasie MUWITu.
Utworzono tu 8 zagród z regionu oleskiego i opolskiego.

Zdecydowana większość obiektów prezentuje zrębową konstrukcję ścian. Przy ogrodzony płotami żerdziowymi domach założono ogródki kwiatowo- ziołowe i warzywne. Na polach uprawia się proso, pasternak, proso i grykę. Skansen niewątpliwie żyje- mieliśmy przyjemność obserwować jak kładziono strzechę.


U kowala w kuźni mój tata dostał zagadkę techniczną. Dzieci sobie może z tą  zagadką radzą- pan inżynier poległ:)

Dla mnie to miejsce ma szczególne znaczenie, bo po latach spotkałam tam mojego wspaniałego opiekuna praktyk w Pstrążnej- pana dra Euzebiusza Gila, kompletnie niestereotypowego, kochanego, uroczego opiekuna i wyśmienitego specjalistę, maniaka i pasjonata..

Pracownicy oprowadzają po obiektach- jak wiadomo ludzie są  różni, dlatego polecam następujących przewodników:

pani Lodzia - opiekun w chałupie gbura. Dość duża wiedza, umiejętność przekazania i przede wszystkim uśmiech. Przeurocza i bardzo kompetentna pani.

Mój prywatny profesor- Euzebiusz Gil- opiekun młyna. Bez komentarza- jeśli odpowiednio zagadacie możliwe ze nie wyjdziecie z młyna przed zmrokiem.

Pan Kowal o nieznanym imieniu, ale widoczny na zdjęciach. Tak unikatowy, że nie sposób go pomylić z nikim innym. Fachowiec. Pasjonat. Idealny do przekazywania wiedzy zarówno dzieciom jak i dorosłym.






wtorek, 16 września 2008

Kozia Szyja pod Górą Chrobrego // The goat's neck under Chrobry Mount


Mało które śląskie miasteczko wygrało los na loterii. I żadne tak go nie zlekceważyło.

Leżące na nizinach miasta wydawały kolosalne pieniądze na stworzenie systemu wodociągowego, widocznego dziś w formie zapomnianych wieży ciśnień. Brak dużych połaci lasów nie dostarczał budulca, który trzeba było ściągać z innych regionów. Inaczej rzecz się miała z Głuchołazami...

Rynek w Głuchołazach - przed rewitalizacją.
Choć dokumenty datują powstanie miasta na połowę  XII wieku, to legenda miejscowa wspomina, iż już w czasie najazdu Mongołów w 1241 r. istniał tu mały gródek, który bronił się nadspodziewanie długo. Wg dokumentów hordy tatarskie omijały jednak miasteczko, które powstało najprawdopodobniej w celu ochrony już istniejących kopalni złota.

Dziś mało znane, leżące na pograniczu, niemal zapomniane, trochę depresjogenne, miasteczko przez wieki całe było jednym z najważniejszych śląskich miast. Odpowiedź na pytanie dlaczego ta sytuacja nie trwa do dziś, zahacza już o politykę i socjologię i wykracza poza ramy tego artykułu – prawdą jednak jest że począwszy od sprowadzonych w XII wieku wysoko wykwalifikowanych frankońskich górników, a na pracownikach uzdrowiska kończąc, Głuchołazianie zawsze potrafili sobie radzić i wyciągnąć z atutów miasta profity.

Szlak Złotych Górników
Wszystko zaczęło się w XII wieku, kiedy odkryto tu złoża złota. Zawieruchy historyczne nie oszczędziły miasta i rozkwit nastąpił dopiero w XVI wieku. Wtedy właśnie powstało najwięcej płuczek, szybów i sztolni wraz ze słynną Sztolnią Trzech Króli, gdzie znaleziono największe samorodki (1,3 i 1,7 kg) dziś znajdujące się w muzeum w Wiedniu.

Szczególny czas  dla miasta to jednak wiek XIX. Wiek, który przyniósł Głuchołazom światową sławę dzięki... rękawiczkom, guzikom i paście do butów. Równolegle do rozwoju przemysłu, przyszła moda na jeżdżenie "do wód". Choć Vincent Priessnitz rozpoczął swoją uzdrowiskową działalność dopiero w XIX wieku, w Głuchołazach już od XVII wieku działało uzdrowisko. Sprowadzeni przez arcyksięcia austriackiego i wrocławskiego biskupa Karola Ferdynanda, jezuici otwarli tu już w XVI wieku dom zdrojowy "Leśny Dwór" (Waldhof) dla braci zakonnych. Wtedy było jednak jeszcze za wcześnie na wykorzystanie naturalnych walorów, przede wszystkim specyficznego mikroklimatu: powietrza  przesyconego olejkami żywicznymi i eterycznymi, wyrównanej temperatury i braku skoków ciśnienia, jak również ogromnych połaci lasów na Górze Parkowej – dotychczas  drzewo użytkowano tylko w celach budulcowych i opałowych. Góra Chrobrego zaś była wykorzystywana jako poligon doświadczalny dla górnictwa złota, nigdy nie znaleziono tu dużych ilości cennego kruszcu.

Trzy wieki później, kiedy w pobliskim Jeseniku rozpoczął swą działalność Vincent Priessnitz, zwany wodnym doktorem, Głuchołazy wykorzystały jedyną w swoim rodzaju szansę. Szybko powstające domy zdrojowe zaopatrywano w wodę, zbieraną do dużego zbiornika, skąd rozprowadzana była rurami. Dzięki naturalnemu spadkowi nie było potrzeby budowania wieży ciśnień, stąd był to najtańszy system wodociągowy na Śląsku.

W głuchołaskich sanatoriach, bo tak je trzeba nazwać, wykorzystywano ciekawą metodę: zawijanie w prześcieradła i polewanie wodą z różnymi składnikami.
W końcu dostrzeżono dobrobyt górujący nad miastem – dodatki pochodziły głównie z tego lasu. Były to więc borowiny, wywary z igliwia leśnego, miazga drzewna, którą  pozyskiwano w pobliskiej papierni z wysokogórskiego świerku podczas  szlifowania w temperaturze 60 stopni C.

Po pierwszej Wojnie Światowej sanatoria przekształcono w domy wczasowe. Moda na jeżdżenie do wód przeminęła, wody spływające z Góry parkowej okazały się niewystarczająco zmineralizowane. Wydawać by się mogło, że historia głuchołaskiego uzdrowiska się skończyła. A ona się dopiero zaczęła...

Fontanna Amorek w Głuchołazach Zdrój
Historia medycyny poznała miasto od strony płuc. Na początku XX wieku gruźlica dziesiątkowała ludność, a właśnie w Głuchołazach rozwinęło się tego typu lecznictwo. Opracowano tez rewelacyjną metodę naświetlania krtani promieniami słonecznymi. Polegała na tym, że pacjent siedział z otwartymi ustami tyłem do słońca, przed nim stało lustro, które odbijając słoneczne światło nagrzewały krtań.

To był świetlany okres historii Głuchołaz. O kuracjuszy i turystów dbano tutaj wyjątkowo – organizowano przejażdżki dorożkami, wycieczki na Kopę Biskupią, gdzie już w 1890 roku powstała pierwsza drewniana wieża widokowa, organizowano wycieczki do Podlesia, powstał nawet basen z podgrzewaną wodą, z którego wypompowywano wodę, co było zupełną nowością na odkrytych kąpieliskach. Plotka głosi, że w basenie tym ćwiczyli niemieccy reprezentanci na igrzyska olimpijskie. Inna plotka mówi iż był to prezent Adolfa Hitlera dla Ewy Braun. Powstało również niewielkie kąpielisko w Pokrzywnej (czynne do dzisiaj) – przed wojną popularność jego była tak wielka, ze każdemu 10 tysięcznemu turyście wręczano zegarek, a w czasie letnich dni uroczystość taka odbywała się co tydzień!

Jak to się więc stało, że dziś Głuchołazy są  zapomnianym miasteczkiem, jednym z licznych punktów na mapie? Mieszkańcy zgodnie obwiniają władze, jednakże zarząd miasta od czasów Drugiej Wojny Światowej kilkunastokrotnie się zmieniał. Wydaje się, iż można obwinić za to autorkę sukcesu – Górę Parkową. Wyczerpały się bowiem zmineralizowane wody spływające z jej zbocza, do tego jednostronna specjalizacja w leczeniu gruźlicy, która w wieku XXI nie jest już plagą. I najważniejsza sprawa: jednoosobowe działanie.

Ponieważ młodzi ludzie wyjeżdżają na studia lub za granicę i już nie wracają, na rozwój przemysłu w Głuchołazach i okolicy nie ma co liczyć. W tym momencie trzeba postawić na turystykę- zwłaszcza że Euroregion Pradziad jest skłonny przeznaczyć ogromne fundusze na rozwój turystyki w mega regionie.

Ruiny schroniska na Górze Chrobrego
Dopóki jednak nie będzie współpracy między Głuchołazami, a miejscowościami podgórskimi, na rozwój nie ma co liczyć. Władze miasta nie dostrzegają ani Pokrzywnej ani Jarnołtówka, a głównie tam przyjeżdżają turyści. Właściciele ośrodków nie są  rdzennymi mieszkańcami, więc "nie warto o nich dbać", na ich głosy w kolejnych wyborach nie można liczyć. Wszystkie imprezy lokalne odbywają się więc w Głuchołazach i żadna informacja o nich nie przedostaje się do ośrodków. W związku z tym na imprezy głównie przychodzą rdzenni mieszkańcy.
Dlaczego będąc w Ośrodku Mieszko w Pokrzywnej codziennie dostawałam oferty imprez organizowanych w Złotym Stoku, skansenie w Opolu czy Srebrnej Górze, a o festiwalu Kropka w Głuchołazach dowiedziałam się od kolegów z Łodzi?

Głuchołazy w czasach dzisiejszych stanowią atrakcję jedynie w połączeniu z Górami Opawskimi – warto tu postawić na turystykę. Zbudować aquapark czy centrum fitness- zwłaszcza że fundusze są już przyznane. Dopracować informację turystyczną. Przypatrzmy się naszym sąsiadom – mają dużo mniej atrakcji turystycznych do zaoferowania, a informacja turystyczna, aż cieknie po kamieniach ruin zamków.

Głuchołazianie zawsze potrafili sobie radzić – czemu dziś panuje tu stagnacja i depresja? Czemu dziś nie potrafimy zadbać o turystów, czemu nie potrafimy ich przyciągnąć?


Wrzesień'2008- Głuchołazy

Bibliografia: 
- Brygier Waldemar- Przewodnik: Góry Opawskie, Zlatohorska Vrhovina, wyd. Galileos
- Lachur Czesław- Opolszczyzna. miejsca i ludzie, Kępa 2008
- Rocznik Głuchołaski 2008

- Morawsko Śląskie Sudeckie Towarzystwo Górskie 1881-1945

piątek, 25 kwietnia 2008

Przejście w Nikozji

W kwietniu 2008 otwarto ulicę Ledra- przejście w Nikozji!

W uroczystości uczestniczyli wysłannicy ONZ, przedstawiciele przywódców społeczności cypryjskiej i tureckiej oraz władz lokalnych. "Wszyscy wiemy, że otwarcie ulicy Ledra nie oznacza, że problem Cypru został rozwiązany. Jest jeszcze wiele ciężkiej pracy do zrobienia"- zaznaczyła szefowa misji ONZ Elizabeth Spehar. Przejście na ulicy Ledra to szósty punkt, w którym można przekroczyć granicę między cypryjskim południem a turecką północą. 80- Metrowy odcinek ulicy, zamknięty od 1958 roku, z trwałą barykadź od 1963 roku, został otwarty dla przechodniów ok. godz. 9:30 (8:30 czasu polskiego). Barykady na ulicy Ledra były pierwszymi wzniesionymi w Nikozji, po wybuchu starć między Grekami a Turkami. W następnym roku na wyspie rozmieszczone zostały wojska NATO. Przed uruchomieniem przejścia trzeba było rozbroić miny, wzmocnić opuszczone budynki i wyremontować nawierzchnię. Dwa tygodnie temu przywódcy cypryjskich Greków i Turków zgodzili rozpocząć za trzy miesiące rozmowy pokojowe w celu ponownego zjednoczenia podzielonej wyspy. W marcu 2007 roku władze Cypru zburzyły mur oddzielający grecką i turecką część stolicy, zastępując go lżejszym ogrodzeniem. Dwa lata wcześniej mur zburzyli Turcy w swoim Sektorze. Dwa Sektory miasta oddziela jednak około 50 metrów zaminowanej "ziemi niczyjej".

poniedziałek, 17 marca 2008

Śnieżne trasy przez lasy

Stowarzyszenie Rozwoju Sołectwa Krzywa zaprasza w Beskid Niski do Banicy,
Pętnej, Małastowa i Wołowca na narty biegowe. Panują znakomite warunki
śniegowe, ok. 50 km tras jest ubitych skuterem.

Stowarzyszenie przygotowało projekt "Śnieżne trasy przez lasy", polegający
na wytyczeniu i oznakowaniu 97 km tras do narciarstwa biegowego. Projekt
zyskał akceptację i dofinansowanie z Małopolskiego Urzędu
Marszałkowskiego. Niebawem nastąpi podpisanie umowy, a w okresie wiosennym
rozpoczną się prace terenowe. W sezonie zimowym 2010/11 miłośnicy
turystyki narciarskiej, a także sportowcy uzyskają możliwość uprawiania
narciarstwa biegowego i śladowego na sieci blisko 100 kilometrów tras.

Na razie, wykorzystując znakomite w bieżącym sezonie warunki śniegowe,
członkowie Stowarzyszenia dokonują wizji lokalnych, aby uzupełnić niuanse
dokumentacyjne. Skuterem zostało ubitych ok. 50 km. Sporo osób już z tego
korzysta i zalicza poszczególne trasy. W pobliskich gospodarstwach
agroturystycznych można przenocować i wypożyczyć sprzęt. Można również
skorzystać z nauki jazdy na biegówkach.
Beskid Niski- Krzywa i Małastów zapraszają.

piątek, 14 marca 2008

Idzie nowe?

W Gorcach powstanie nowe schronisko turystyczne. Stanie na szczycie Lubania (ok. 1225 m). zimą 2014 roku ma przyjąć pierwszych wędrowców. Stanie w tym samym miejscu, gdzie przed II wojną światową wzniesiono w latach 1936-1939 schronisko przy Samorodach. podczas  wojny spalili je Niemcy. Do dziś zostały tylko resztki ruin.

Budową ma zająć się Spółka z o.o. Schroniska i Hotele PTTK "Karpaty". Nowa inwestycja będzie kosztować co najmniej kilka milionów złotych. Koszt to niemały, ale za te pieniądze ma na najwyższym szczycie w Pasmie Lubania w południowo-wschodniej części Gorców powstać jeden z najnowocześniejszych obiektów w polskich górach. 

- Wydaje nam się, że jest to miejsce na tyle popularne wśród turystów, że schronisko z pewnością się tam przyda- mówi Jerzy Kalarus, prezes PTTK "Karpaty".- My będziemy głównym inwestorem, ale nie ukrywam, że liczymy na współpracę okolicznych gmin, urzędu marszałkowskiego i miejscowego nadleśnictwa. 

Kalarus ma podstawy, by liczyć na współpracę, tym bardziej że kilka dni temu stosowną deklarację poparcia dla budowy nowego schroniska podpisali przedstawiciele władz województwa małopolskiego, samorządu lokalnego gmin pienińskich, gorczańskich, powiatów nowotarskiego i Sądeckiego, Nadleśnictwa Krościenko, PTTK w Krakowie oraz Zarządu Spółki Schroniska i Hotele PTTK w Nowym Sączu.

Nowe schronisko będzie dysponować około 40 miejscami noclegowymi.- Pokoje mają być wieloosobowe, typowe dla schronisk górskich. Budynek będzie w pełni nowoczesny i ekologiczny- wyjaśnia Kalarus. PTTK zamierza zastosować kolektóry słoneczne i pompy ciepła.- Będziemy musieli sami wytwarzać prąd dla schroniska, bo tam nie została jeszcze doprowadzona sieć energetyczna. Gdybyśmy chcieli taką sieć zainstalować, kosztowałoby nas to niemal tyle samo co budowa nowego obiektu- wyjaśnia prezes PTTK "Karpaty". 

 Jednak zanim rozpoczną się prace budowlane, PTTK musi zamienić działki z Nadleśnictwem Krościenko.- Mamy jedną polanę w okolicach, a miejsce gdzie stało stare schronisko nie należy do nas. Jednak deklarację poparcia podpisało także Nadleśnictwo, więc myślę, że nie będzie problemu z zamianą- mówi Kalarus. 

- PTTK musi budować na swoim, by móc starać się o zewnętrzną dotację. Jesteśmy za tym, by na Lubaniu powstało schronisko- potwierdza Olaf Dobrowolski, nadleśniczy Nadleśnictwa Krościenko.- są  jednak pewne problemy do rozwiązania, Chociby droga dojazdowa na miejsce budowy. 

Gdyby wszystko szło pomyślnie, prace mogłyby rozpocząć się wiosną 2014 roku, a zakończyć przed zimą.- W czasie podpisywania deklaracji poparcia zobowiązałem się, że nową inwestycję będziemy w stanie rozpocząć i zakończyć w trakcie jednego sezonu budowlanego. Będzie duży pośpiech, ale myślę, że się uda- zaznacza Kalarus. 

wtorek, 4 marca 2008

PŁATNE AKCJE RATUNKOWE

Słowacy wprowadzili system odpłatności za akcje ratunkowe w górach. W Polsce na razie jest to niemożliwe ze względu na zapis w konstytucji, gwarantujący każdemu obywatelowi bezpłatną pomoc ratunkową. Naczelnik Jan Krzysztof przyznaje jednak, że dla TOPR byłoby to bardzo korzystne rozwiązanie. Słowacki parlament zadecydował, że od przyszłego roku trzeba będzie płacić za każdą akcję Horskej Zachrannej Slużby- nawet, jeżeli poszkodowany turysta nie naruszył przepisów. Jeżeli turysta jest ubezpieczony, koszt akcji ratunkowej pokrywa ubezpieczyciel. W Polsce wprowadzenie systemu ubezpieczania się od kosztów akcji ratunkowych nie jest możliwe. Państwo gwarantuje bezpłatne ratownictwo, co jest zapisane w konstytucji. Oznacza to, że żadna organizacja ratownicza nie ma prawa wystawiać komukolwiek rachunku za koszty akcji ratowniczych. Żeby było inaczej, trzeba by zmienić Konstytucję RP. TOPR nigdy nie miał złudzeń, że może do tego doprowadzić. Teraz jednak do władzy doszła partia, dla której zmiana konstytucji jest jednym z priorytetów.- W Polsce finansowanie służb ratowniczych jest obowiązkiem organów rządowych, tymczasem na świecie zdecydowanie przeważa jednak system odpłatności za akcje ratunkowe i co za tym idzie, obowiązkowych ubezpieczeń- przyznaje naczelnik TOPR Jan Krzysztof.- U nas na pewno należałoby się nad tym zastanowić, Chociaż oczywiście musimy pamiętać o tym, że są ważniejsze sprawy. My sobie to wyobrażamy w ten sposób, że są  pewne stałe płatności, związane z utrzymaniem służby ratowniczej i sprzętu, a są też koszty dodatkowe, związane z akcjami ratunkowymi. Być może właśnie te drugie powinny być finansowane z ubezpieczeń. Naczelnik podkreśla, że ten sposób finansowania działalności służb ratowniczych niekoniecznie musi być związany z systemem obowiązkowych ubezpieczeń. Na Słowacji koszty akcji ratunkowej pokrywane są  z ubezpieczenia podstawowego, w ramach tamtejszego Narodowego Funduszu Zdrowia.

poniedziałek, 3 marca 2008

Mistrzostwa wąsaczy i brodaczy

Setki mężczyzn o fikuśnych zarostach ściągnęły w sobotę do Brighton na południu Anglii, aby ubiegać się o zwycięstwo w międzynarodowych mistrzostwach brodaczy i wąsaczy- powiadomił internetowy serwis BBC.
Około 250 uczestników z całego świata walczyło o nagrody w 17 różnych kategoriach. Wźsacze mieli przykładowo do wyboru kategorię "Dali", "węgierską", czy "angielską". Mężczyźni z krótko przystrzyżonymi, eleganckimi brodami mogli wywalczyć tytuł w kategorii "Verdi", zaś zwolennicy bujniejszego zarostu w kategorii "Garibaldi". Największym prestiżem cieszyła się jednak kategoria dowolna, dla posiadaczy najbardziej niestandardowych zarostów. Broda jednego z konkurentów imitowała przykładowo londyński Tower Bridge. Uczestnikom mistrzostw nie wolno używać spinek do włosów, choć w niektórych kategoriach woski i żele są  dopuszczalne. Pierwszy podobny konkurs rozegrany został w Hofener w Niemczech w 1990 r., a Niemcy długo wiedli w tej dziedzinie prym. Tymczasem w sobotę bezkonkurencyjni okazali się Amerykanie, którzy zwyciężyli aż w czterech kategoriach. Mistrzostwa rozgrywane są  raz na dwa lata. Poprzednie edycje odbywały się w Norwegii, Szwecji i USA, zaś kolejna- w 2009 r.- zorganizowana zostanie na Alasce. 

czwartek, 21 lutego 2008

Włosi znaleźli jaskinię Romulusa i Remusa

Autor:  Sylwia Wysocka / Źródło: Wp.pl

Na rzymskim Palatynie znaleziono jaskinię, w której legendarna wilczyca wykarmiła założycieli Wiecznego Miasta- Romulusa i Remusa. Poinformował o tym we wtorek włoski minister kultury, wicepremier Francesco Rutelli.



Według relacji Rutellego, byłego burmistrza Rzymu, jaskinię zlokalizowano już w sierpniu, gdy archeolodzy zaczęli drążyć ziemię na niezbadanym dotąd odcinku wzgórza, tuż obok siedziby cesarza Augusta. 

Grota o wysokości 9 metrów i szerokości 7,5 metra jest częściowo naturalna, a częściowo zbudowana. Jej sufit jest z marmuru. Znaleziono na nim rysunek białego orła, którego znaczenie jest wciąż badane. 


"To oszałamiające odkrycie"- oświadczył wicepremier, dodając, że "Rzym nie przestaje zadziwiać świata swymi archeologicznymi znaleziskami". 

"To zdumiewające, gdy pomyśli się, że znaleźliśmy mitologiczne miejsce, które wreszcie stało się realne"- powiedział włoski minister kultury.

Zgodnie z legendą bliźniacy Romulus i Remus żyli w VIII wieku przed naszą erą. Zdaniem rzymskich historyków bracia byli wnukami króla miasta Alba Longa (dziś Castel Gandolfo)- Numitora. Brat Numitora Amulius dokonał zamachu stanu, w wyniku czego króla uwięził, a jego córce Rei Sylwii nakazał zostać westalką i żyć w celibacie. 

Rea Sylwia zaś zła jednak w ciążę i urodziła bliźnięta- Romulusa i Remusa, a ich ojcem miał być bóg Mars. Amulius nakazał utopić dzieci w rzece. Wrzucony do wody koszyk z nimi popłynął z prądem i utknął w jednej z zatoczek. Płacz dzieci usłyszała wilczyca, która wykarmiła je własnym mlekiem.

Legenda głosi, że jako dorośli Romulus i Remus dokonali zamachu stanu i przywrócili na tron prawowitego władcę Numitora. Następnie założyli swą siedzibę nad Tybrem, gdzie było siedem wzgórz. Na jednym z nich postanowili założyć miasto.


Dwa dni po ogłoszeniu rewelacji...

Były superintendent Rzymu Adriano La Regina zaprzeczył prawdziwości rewelacji sprzed dwóch dni, według której na rzymskim Palatynie znaleziono jaskinię, w której legendarna wilczyca wykarmiła założycieli Wiecznego Miasta- Romulusa i Remusa. 

La Regina w wywiadzie opublikowanym w czwartek na łamach dziennika "La Stampa" powiedział, że widział zdjęcia jaskini i "kategorycznie zaprzecza", jakoby mogła to być jaskinia Romulusa i Remusa. 

Zdaniem archeologa legendarna jaskinia znajduje się w tym samym rejonie archeologicznym Palatynu, gdzie był pałac Nerona, ale "nieco bardziej na zachód". 

La Regina uważa, że "zbytnio pospieszono się" z ogłoszeniem rewelacji o historycznej jaskini, kiedy jeszcze nie zakończono innych ważnych badań we wspomnianej strefie.



czwartek, 3 stycznia 2008

Żubry i róg tura w puszczach mazurskich

Żubry Puszczy Boreckiej


W ciągu pięciu lat stado żubrów w Puszczy Boreckiej (Warmińsko- Mazurskie) ma wzrosnąć z 72 do 90 sztuk i tym samym stać się drugim pod względem liczebności stadem tych zwierząt w Polsce- poinformował PAP nadleśniczy nadleśnictwa Borki, Krzysztof Wyrobek.

foto: Tomasz Goliński


"Jest opracowywana nowa koncepcja ochrony żubra na terenie Polski i w myśl tego dokumentu, który oficjalnie zostanie zaprezentowany w pierwszej połowie stycznia, nasze stado ma zwiększyć liczebność, co mnie niezmiernie cieszy"- powiedział Wyrobek. 

Teraz (styczeń'2008) stado żyjących na wolności żubrów w Puszczy Boreckiej liczy 72 sztuki, wśród których 18 zwierząt to tegoroczny, rekordowy pod względem liczebności, przychówek. 

"Ponieważ żubry wymagają odpowiedniej przestrzeni i pożywienia, liczebność stada musi być pod kontrolą. Decyzja zwiększająca stado wymusi na nas wygospodarowanie w lesie dodatkowych łąk dla żubrów i zmagazynowanie na zimę większej ilości pożywienia dla nich, ale damy sobie z tym radę"- zapewnił nadleśniczy. 

Koniec roku to w Puszczy Boreckiej okres eliminacyjnego odstrzału żubrów. W tym roku za zgodą ministra środowiska zostanie zastrzelonych 6 sztuk, w tym krowa i cielę, które urodziła w pierwszych dniach listopada. "Małe nie przeżyłoby zimy, a matka bez cielaka mogłaby dostać zapalenia wymion. Poza tym najpewniej co roku rodziłaby o nietypowych porach, stąd trudna decyzja o jej odstrzale"- wyjaśnił Wyrobek.

Od lat Nadleśnictwo Borki sprzedaje odstrzały eliminacyjne myśliwym, którzy płacą za nie od 2 tys. do 10 tys. euro. Pieniądze uzyskane w ten sposób przeznaczane są  na utrzymywanie stada żubrów. W poprzednich latach odstrzał eliminacyjny w mazurskiej puszczy wykupił m.in. król Hiszpanii Juan Carlos. 

Żubry w Puszczy Boreckiej żyją od 1956 r., gdy naukowcy z Polskiej Akademii Nauk przywieźli je do zagrody w Wolisku. Kilka lat później podczas  remontu zagrody stado uciekło do lasu i od tej pory żubry żyją na wolności. Turyści przez cały rok mogą oglądać te zwierzęta w pokazowej zagrodzie. 


Najliczniejsze stado żubrów żyjących na wolności znajduje się w Puszczy Białowieskiej.


Polską część puszczy zamieszkuje około 400 sztuk żubrów. Co roku eliminuje się egzemplarze chore, słabe i agresywne. Pomimo nacisków lobby myśliwych eliminacji dokonują wyłącznie wyznaczeni w tym celu pracownicy Białowieskiego Parku Narodowego. Część mięsa trafia do badań, resztę kupują restauratorzy. W ramach ubiegłorocznego pozwolenia na odstrzał zlikwidowano 28 sztuk żubrów. Zdaniem niektórych specjalistów stado zamieszkujące Puszczę Białowieską już jest zbyt duże i należałoby pomyśleć o jego radykalnym zmniejszeniu. Jednak Chociaż zwierzęta te znajdują się pod ścisłym naukowym nadzorem, od lat 20. ubiegłego wieku nikt dotychczas  nie przeprowadził rzetelnych badań na temat właściwej wielkości białowieskiej populacji.

Róg Tura w Puszczy Piskiej


Robotnik drogowy znalazł róg tura w połowie grudnia'2008 r. Oczyścił go z mułu i torfu, następnie przekazał muzeum. Jak powiedział Dietmar Serafin, dyrektor piskiego muzeum, mężczyzna dostał za to "kilkaset złotych znaleźnego".

- Z doświadczenia wiem, że to róg tura, potwierdzili to inni historycy. Na moje oko ma on ok. 1,5 tys. lat, ale żeby wystawić go w gablocie, muszę poczekać na wyniki ekspertyz archeologicznych, które są w toku. One dokładnie określą wiek znaleziska- powiedział Serafin.

Dyrektor piskiego muzeum zaznaczył, że róg tura będzie najcenniejszym eksponatem w jego placówce. Nieczęsto się spotyka ludzi na tyle uczciwych i solidnych jak ten pan, który nie próbował sprzedać tego na aukcji w internecie czy wywieźć za granicę, lecz przekazał znalezisko muzeum- powiedział.

Wymarłe tury uważa się za przodków bydła domowego. Ostatnie zwierzęta tego gatunku wyginęły na terenie Prus (obszar m.in. dzisiejszych Mazur) ok. 1500 roku.