Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Krótkie trzy dni (Bieszczady)

To były krótkie trzy dni. Zbyt krótkie...

One jednak dały mi przedsmak innych Bieszczad. Bieszczad wolnych od tłumu urlopowiczów zadeptujących połoniny, Bieszczad pełnych malin, borówek i... ludzi. Ludzi tutejszych.

Z archiwum MUWIT-u (1999 rok)

- Panie, może się pan u mnie zatrzymie. Po podwórku tylko owce chodzą. Ale ja panu zaraz szope otworze...- powiedział jakiś chłop, który wyprowadzał właśnie krowę na pastwisko.
Zanim zaparkowaliśmy naszego, starusieńkiego poloneza, dziadek zdążył nam opowiedzieć o swoim koledze. 

sobota, 10 kwietnia 2021

Opowieści Bieszczadzkie Janickiego

"Michała Koperę, wozaka parku konnego numer siedem, przywalił podczas zrywki dąb. No, i Bóg z nim, wypadek jak wypadek, nikt ze świadków zdarzenia nie lamentował, olaboga nie wołał, bo w końcu cóż w tym nadzwyczajnego, że w czasie wyrębu drzewo przygniecie człowieka.  

Gdzieś...  ©

Żeby sie był Kopera utopił albo powiesił, byłoby o czym mówić; może o karze boskiej, może o przeznaczeniu, a tak - wypadek, jak wypadek, wiadomo, że w tutejszym lesie nie zapałki rosną, tylko dęby i buki. Dwóch tęgich chłopów, wstrzymując oddech, z trudem taki dąb opasze ramionami. A ten, który się po Koperze przejechał, miał dobre dwieście lat z okładem. Wiadomo, że prędzej czy później szklarz się pokaleczy, a dekarz spadnie na mordę z dachu. Wypadek przy pracy."

niedziela, 5 stycznia 2020

Trzy Królowe Pienin

Poniższy tekst napisałam około godziny 6.00 rano, zgrabiałymi z zimna palcami na ławeczce pod szczytem K3- czyli Trzech Koron. Tym, co mnie znają, dziwnym zapewne się wyda tak wczesne zerwanie się z piernatów. Powszechnie znaną prawdą jest, bowiem, fakt, że kocham spać i nic mnie ze snu nie wyrwie. 

Otóż pragnę poinformować ogół, że znalazło się coś, co przerwało mój wspaniały sen.

Nocleg wypadł mi dokładnie na ławeczce pod szczytem Trzech Koron- tym, którzy byli nie trzeba tłumaczyć, że ławeczki te są  cholernie wąskie. 


Był początek listopada- Święto Zmarłych- w nocy już nie było przymrozków tylko "wgłąbmrozki", a szczyt opatulony był czapą mgły. Z tego zimna, tuż nad ranem postanowiłam opatulić się mocniej śpiworem i... rymsnęłam jak długa na ziemię. Prosto twarzą w te ostre kamienie. Moją opuchniętą twarz moja ukochana siostra skomentowała później: "co, porobiły ci się odciski od gadania...?" Pół godziny straciłam na tamowanie krwi, bo nie uśmiechało mi się późniejsze pranie śpiwora, a potem nie opłacało mi się już kłaść spać. 
Klimat mgły i połyskujących w szronie konarów drzew i niedawno spadłych liści, że trzęsącymi się z zimna rękami wyciągnęłam długopis...
Efekty widzicie poniżej...

wtorek, 10 grudnia 2019

Długa historia krótkiej miłości - Jedyny, słuszny kierunek: GRECJA

To będzie post wielce osobisty. 
Bo dotyczy Grecji. 
Mojej Grecji.
Nie wiem, co jest takiego w tym kraju, że od pierwszego pobytu zakochałam się na amen i kamienie pokutne. 
A pierwszy pobyt był w dziecięctwie zamierzchłym - miałam bodaj lat osiem.


Jeździłyśmy z rodzicami na wakacje - różnorodne i rożnorakie. Czemu zatem owa Grecja tak bardzo wbiła mi się w serce? Nie mam pojęcia. Naprawdę nie mam pojęcia.

Z tamtych wakacji pamiętam studentów, koczujących w namiotach nieopodal naszego obozowiska, pomarańcze, brzoskwinie i winogrona, którymi uraczył nas mechanik, gdy zajechaliśmy do niego prosto z trasy z urwaną rurą wydechową.... 
Chociaż....

wtorek, 6 lutego 2018

Wieża na Baranim (Beskid Nski)

Baranie, czyli Stavok

W Beskid Niski zawitałam zbyt późno, aby wieża triangulacyjna na Baranim stała się moja, jednak tych kilka wspomnień z nią związanych nie da się tak po prostu wymazać z pamięci.

Wielu turystów szybko przemyka zielonym szlakiem w dół do Olchowca, albo jeszcze dalej do przejścia granicznego w Barwinku, jednak garstka mknie specjalnie na Baranie, specjalnie dla niej. są  to przeważnie bywalcy chatki "U Malucha" w Ropiance- na Baranie nie jest ani za daleko, ani za blisko; ani za stromo, ani za płasko. Idealnie na kilkugodzinny spacer. Dodatkową atrakcją była do niedawna wspinaczka na szczyt wieży.

Tak- wieży, bo nikt nie śmiałby jej nazwać po prostu triangulem.

To była ona- Jej Wysokość Wieża. 

zdj. z internetów.

Pieczołowicie wykonana konstrukcja z drewnianych elementów niepodzielnie królowała nad tą  częścią lasu. Brzozy i sosny pną się usilnie w górę, ale gdzie im do wierzchołka... 

czwartek, 25 stycznia 2018

Tylko dla Orłów

Autor: Łukasz Majerczyk

Czym są  góry? Zielonymi w lecie, białymi w zimie wzniesieniami określanymi mianem szczytów? Siedliskiem wilgoci, mgieł, deszczu, ciemności, zapachu świerkowego runa o poranku? Wschodem słońca po burzowej nocy, którą  przespałeś pod cienkim śpiworem, bo zapomniałeś wziąć pod uwagę długość wrześniowych dni oznaczających nieuchronnie zbliżającą się jesień? Można tak długo przytaczać różne określenia. Nie zmieni to jednego. Góry wołają człowieka zakochanego w nich od dzieciństwa. Góry kojarzone z sianem, plackami krowimi na polnej drodze, szumiącym lasem i potokiem, zabawami na kamieńcu, budowaniem tam z kamieni w celu opanowania żywiołu. 

Tych moich gór jest coraz mniej. Żeby do nich dotrzeć, pokłonić się im, muszę przecisnąć się przez tłum deptakowy u ich podnóża. Obojętnie czy to Wisła, czy Zakopane. Kręcę się wśród tandetnych reklam modnych sklepów i butików, wdycham woń oleju z Pizza Hut i Góral Burgera przesłaniającą Giewont. A on wydaje się patrzeć w dół i śmiać się z niedowierzaniem w krzyżu. Odwraca głowę ku słowackiej stronie. Tam spokojniej, mniej zjeżdżających ludzi dziwnego autoramentu, przenoszących zwyczaje warszawskie pod Tatry. Moje Tatry, które najmocniej brzmią we mnie gdy jestem daleko..

Koziniec, Antałówka – w dole widzę to miasto. Brzydkie, zapyziałe, chaotycznie rozplanowane, odpychające. W sam raz do zakopania. Z roku na rok podzielam opinię Witkacego, genialnie opisujący stosunki miasta leżącego między Trzaską a Karpowiczem. Nie lubię Zakopanego. Jest przykrą koniecznością. Przedpokojem, przez który trzeba przejść by wkroczyć na salony tatrzańskie. One zaczynają się dla mnie na granicy Bystrego. Kiedy szum gałęzi smreków pokonuje odgłosy cywilizacji, kiedy reglowe masywy walź się człowiekowi na głowę, kiedy muszę zadzierać głowę wysoko aż do bólu karku. Słyszę znajomy turkot kamieni spod okutych wibramem butów, wiatr i cisza wypełniają całego mnie, serce bije miarowo, słyszę je dobrze. Tak bije serce na widok Ukochanej nie widzianej od dawna. Wzrok nabiera jasnego spojrzenia. Radość wypełnia piękno każdego szczytu, każdej skały, każdego powalonego przez halny drzewa.

Granica między oczekiwaniem na szczęście a ekstazą zaczyna się powyżej 1500 m. Powyżej granicy lasu. Za Halź Gąsienicową, za "Mokiem", za Siklawą. Wreszcie ktoś odwzajemnia powitanie, ktoś pyta się jak daleko gdzieś tam, ile trzeba iść, czy trudno. Wreszcie widzę granitowe głazy pokryte zielonkawą odcienią mchów i porostów. Wreszcie woda szumi daleko, lekkim szmerem. Oznacza to, że cały mój zwykły świat został za mną. Nie tęsknię. Do kłopotów, wątpliwości, obowiązków, ferdydurkowskich gęb przepełnionych falszem. Oczyszcza mnie świątobliwy Mnich, nowe horyzonty otwierają się za Wrotami Chałubińskiego, czeluść Koprowej przytłacza majestatem ludzką zwykłość kłębiącą się w dole. Hruby jakby przyznawał mi rację. Patrzymy na siebie i wiemy obaj, że jesteśmy ponad to. Orzeł wypatrujący w przestrzeni zdobyczy, nawołuje swego pobratymca nadlatującego od strony Zaworów. Witają się charakterystycznym dźwiękiem, który nie sposób pomylić z żadnym z ptaków. 
Powitanie na wysokościach powyżej 2000 m. 
Dla wybranych. 
Tylko dla orłów. 
Wraz z nimi rzucam się w przestrzeń. 

O autorze: 
Historyk z wykształcenia i chyba zamiłowania, bo nikt nie zabiera się za kontrowersyjny temat Ognia-partyzanta z Podhala, nie kochając historii jako takiej

środa, 17 stycznia 2018

BLIŻEJ SŁOŃCA - Marcin Żyła


Gdyby admirał Beaufort był tej nocy na Babiej, to na nowo układałby swoją skalę...

Z wysokości tysiąca siedmiuset metrów wszystko widać lepiej. 

Jak na dłoni prezentują się: Zawoja, Zubrzyca, Lipnica, zębaty mur Tatr... Tuż nad głowami kłębią się chmury, które oświetla wschodzące słońce. Wrażenia estetyczne- jedyne w swoim rodzaju. 

Pod jednym wszakże warunkiem. Musi być pogodnie.

Tego grudniowego popołudnia, pogoda w Krakowie złośliwie straszyła od kilku godzin. Nie zdziwiłbym się, gdyby Aga zatelefonowała z wieścią, że w tej sytuacji zostaje jednak w domu. Nie zdziwiłbym się, może tylko trochę zmartwił, że trzecia już próba wejścia na wschód słońca na Babią Górę kończy się niepowodzeniem...

Nie zadzwoniła na szczęście i zgodnie z umową spotkaliśmy się na dworcu. Wychodząc z domu, nasi rodzice porozumiewawczo pukali się w czoła; noc, ciemno, zimno, śnieg- a oni jadą w góry... Ale cóż, nigdy nie mówiliśmy, że jesteśmy do końca normalni! Autobus o dziesiątej wieczorem dojechał na miejsce, do Zawoi- Markowej, wysadził tam nas- jedynych pasażerów na ostatnim odcinku- i zawrócił. Na końcowym, leśnym przystanku trasy zrobiło się całkiem ciemno. Dobrze, że Chociaż gwiazdy świeciły...

??? 

Gwiazdy! Czyste, bezchmurne niebo!</b> Jasność przed oczami! Nikomu, kto przez dzień cały czekał na poprawę pogody nie trzeba tłumaczyć tej radości. Ruszamy natychmiast w górę. Idzie się nam naprawdę nieźle; jest wprawdzie mokro, lecz jeszcze nie ślisko. Śniegu na szlaku leży o wiele mniej niż oczekiwaliśmy. Dokucza tylko wiatr- bardzo silny i porywisty. 
   
Niewiele ponad godzinę zajmuje marsz do schroniska na Markowych Szczawinach. Tam- automat i krótkie telefony do domów; że wszystko w porządku, że pogoda świetna, że nad ranem wychodzimy... W środku bawią się goprowcy z Grupy Beskidzkiej- jadalnia i przedsionek na piętrze czerwienieją od ich swetrów. Naprędce napełniamy czymś żołądki i- w wyśmienitych humorach- zasypiamy na kilka godzin. 

Budzę się. Która godzina? Cholerny zegarek, zawsze się gdzieś zapodzieje. Zresztą, nieważne. Na zewnątrz mocno wieje. 

Znowu się budzę. Ten wiatr nie daje spokoju. Jest zegarek! 
Czwarta. 
Piąta.

- To był żart, z tym wschodem słońca- mówię do Agnieszki, pełen nadziei że pierwsza zaproponuje rezygnację z ataku na szczyt. Nic z tego. Jeszcze kwadrans leżymy, potem szybkie wstawanie. Na werandzie, gdzie śpimy, jest bardzo zimno; im szybciej się ruszasz, tym mniej odczuwasz temperaturę. Reszta towarzystwa śpi. Goprowcy skończyli imprezę dwie godziny temu i teraz chrapią po kątach. "Zawsze chciałem mieć taki czerwony sweter"- mówię sobie w myśli, ale koleżanka w porę tłumi moje złodziejskie zapędy kubkiem gorącej herbaty. 

Po trzech kwadransach zamykamy za sobą drzwi schroniska. Ścieżka szybko wyprowadza nas na główny grzbiet w rejonie przełęczy Brona. Wiatr szaleje tutaj równo. Wznieca tumany śniegu, które opadając- niczym gęsta, mleczna mgła- znacznie skracają pole widzenia. Dobrze znany szlak wiedzie na szczęście wśród karłowatych drzew; trochę chroni to przed wiatrem, pozwalając nabrać tyle oddechu, ile się chce; nie zaś tyle, ile "wwiewa" do gardła śnieżny żywioł. 

Przed Kościółkami żarty się kończą. Dmucha tak, że narciarskie kijki niewiele pomagają w utrzymaniu równowagi. Na zawietrznej stronie grzbietu leżą głębokie zaś py, a właśnie tędy prowadzi szlak. Próbujemy najpierw pokonać głęboki, kopny śnieg, ale wisi on nad bardzo stromym stokiem, który niżej urywa się do Kotłów przepaścią. Dlatego wycofujemy się i- wykorzystując kosówkę- przechodzimy na drugą stronę grzbietu. 

Wbite w śnieg tyczki ułatwiają odnajdywanie drogi. Ustawiono je w mądrych, "logicznych" miejscach, oszczędzając turystom błądzenia. Odwracam się do Agnieszki- idzie w zabawnej, skośnej pozie. Ja też ustawiam się pod wiatr. Gdyby admirał Beaufort był tej nocy na Babiej, to na nowo układałby swoją skalę... Bije nas po twarzy malutkimi ziarenkami lodu; uderzają tak szybko, że odczuwamy to boleśnie. Mijamy słynne, babiogórskie formy- efekt działania połączonych sił wiatru, mrozu i śniegu. Widoczność jest bardzo ograniczona i już wiemy, że ze wschodu słońca nie będziemy mieć udanych fotek. 
  
Nagle, przed nami wyłania się wysoka, skalno-lodowa baszta. To Diablak, najeżony zwykle "ruchomymi" głazami. Dziś nic tutaj się nie rusza- natura zamarła w obliczu zimy. Sprawnie wdrapujemy się na szczyt, błogosławiąc pomysłodawców wiatrochronu. Układamy się pod kamieniami i poimy gorącą herbatą. Szron na twarzy i ubraniach wygląda bardzo "himalajsko". Na mniej wtajemniczonych, nasze zdjęcia stąd robiłyby duże wrażenie. Ale o tym pomyślałem dopiero na dole... 

Powoli, stopniowo wstaje dzień. Słońce coraz śmielej przenika przez matowe chmury. Trudno wskazać wyraźną granicę- w pewnym momencie orientujemy się po prostu, że noc się już skończyła. czas  wracać do schroniska. Tam czeka śniadanie i gorąca herbata...


Autor: Marcin Żyła
Dziennikarz i socjolog. 
Zafascynowany geopolityką i kulturą słowiańską - ze szczególnym uwzględnieniem Serbii. 
Współtwórca idei MUWITu.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Taradajką do Puńska


Nie przyjechałam tu taradejką, Chociaż miałam wielką ochotę. Niestety górę nad tradycją wzięła wygoda i cywilizacja. Większość Litwinów na obchody święta Matki Boskiej Zielnej- 15. sierpnia- przyjechała samochodami. 

Litewskie bryczki o niskich burtach, ogromnych szprychowych kołach z błotnikami i miękkich, wyściełanych siedzeniach można jeszcze spotkać w niektórych domach. Podobno jeszcze kilka lat temu na nabożeństwo 15. sierpnia tradycyjni Litwini do tarantasów (druga nazwa teradejki) zaprzęgali traktory, ale dziś zdecydowana większość zajeżdża przed kościół maluchami i polonezami.

Miasto polskich Litwinów

Puńsk- małe schludne miasteczko położone między malowniczymi pagórkami nad przeraźliwie zanieczyszczonym jeziorem Punia- jest stolicą polskich Litwinów. Powstało w połowie XVI wieku na skraju nieskolonizowanego jeszcze kawałka Puszczy Mareckiej. Kolonizacja następowała z dwóch stron: od strony Łoździejów i od strony Wiżajn. Pierwszymi osadnikami byli Polacy, Litwini i Rusini. Ci ostatni, jako element najsłabszy, szybko ulegli lituanizacji i polonizacji. Na Sejneńszczyźnie- najdalej na zachód położonej Litewskiej wyspie- mieszka około 12000 Litwinów. Drugie tyle jest rozrzucone po całej Polce. Choć jako mniejszość Narodowa nie stanowią dużej grupy nie grozi im wynarodowienie.

Litwini, jak żadna inna grupa etniczna, trzymają się razem, kultywują tradycję i dbają o naukę litewskiego w szkołach. Skupieni są w różnych organizacjach, które umacniają patriotyzm i poczucie przynależności Narodowej. Działa "Stowarzyszenie Litwinów w Polsce", wydawane jest czasopismo  "Ausra", odrodziło się również Towarzystwo im. św. Kazimierza i Związek Młodzieży Litewskiej. To jedna strona medalu.

Druga strona medalu

Druga, jak zwykle jest ciemniejsza.

Dużo naczytałam się o gościnności litewskiej, ale wnet okazało się, że, owszem, Litwini litewscy są  uroczy, natomiast Litwini polscy, a przynajmniej ci spotkani w Puńsku, darzą Polaków szczera nienawiścią. Tyle lat minęło od zmienienia granic po I i II wojnie Światowej, a oni nie zapomnieli. Ale najgorsza jest obojętność...

Z taką ignorancją, wszystkich i wszystkiego, co nie-litewskie spotkałam się po raz pierwszy w życiu. I u Łemków i u Cyganów, nie mówiąc już o naszych rodzimych góralach, mój plecak i torba na aparat wywoływały szczere zainteresowanie. Każdy rwał się, żeby się przywitać, wyrazić zdziwienie, czy samemu nie straszno, albo po prostu się uśmiechnąć. Zazwyczaj też chętnie opowiadali o swoich rodzinach, regionie, zwyczajach... 

Tutaj nic.

Zero kontaktu.


Moje rozpaczliwe próby dowiedzenia się czegokolwiek, spełzały na niczym. Ani rozmowa ze sprzedawczynią, ani z mieszkańcami nie przyniosły rezultatów. Najczęściej wzruszano ramionami i odchodzono. Rozmowni okazali się tylko strażnicy graniczni, ale oni byli z pochodzenia Białorusinami i ich też Litwini nie darzyli sympatią. Uważali, że strażnicy są  tu niepotrzebni - ponoć żaden z mieszkańców Puńska nie chciał tutaj punktu granicznego.

Już zdecydowałam się opuścić niegościnne miasto....

..już szłam drogą na Suwałki....

...już klęłam pod nosem za stracone pół dnia

....kiedy z drogi zawrócił mnie głos.

-Proszę pani! Pani wstąpi do nas na kawę. Na pewno jest pani zmęczona...

Otwarły się przede mną wrota raju. O kawie marzyłam od mniej więcej trzech godzin i smętnie myślałam o pozostałych mi 60 groszach. Do jutrzejszego otwarcia poczty nie spodziewałam się kawy. Pani Jasia, przeurocza kobieta, jest Polką. I ma syna Grzegorza. Syn Grzegorz, podobnie jak ja, jeździ stopem i przeróżni ludzie mu pomagają, stąd niespodziewana gościnność pani Jasi.

Chociaż, nie! Z czymś takim w sercu człowiek się rodzi, a warunki i okoliczności tylko go ukierunkowują. Tu okoliczności sprawiły, że zostałam podjęta kawą, serem białym i przepysznym ciastem z gruszkami. Kiedy szliśmy wieczorem na występy folklorystyczne nad jezioro Punia, trzymałam za rękę Igora, przecudnego wnuka pani Jasi. Miał lat pięć i był (nadal jest) niekwestionowanym żywym srebrem. Złotem! Platyną!

Nigdy w życiu nie spotkałam tak uroczego dziecka! Normalnie mam awersję do dzieci, ale Igor po prostu mnie oczarował. Mój czas  podzieliłam na zabawy z nim i rozmowy z panią Jasią i jej mężem panem Edwardem. Nie skarżyli się. Tego typu ludzie nigdy się nie skarżą. Ale wyczuwałam z rozmowy żal i rozgoryczenie. Pani Jasia od kilku lat nie może znaleźć pracy w okolicy z prostego powodu: nie mówi po litewsku. Tutejsi Litwini znają język polski. Muszą znać. Ale nie przyjmą do pracy nawet sprzątaczki nie-Litewki.

Polacy dyskryminują ????!!!!

I nam się zarzuca dyskryminację!? Kiedy we własnym kraju dyskryminowani są  Polacy! Na 100 numerów na ulicy, gdzie mieszkają moi dobroczyńcy, tylko 4 należą do Polaków. Ale nie w liczbach sprawa. Litwini też mają prawo do własnej stolicy na terenach dawniej należących do nich. Ale niewiele Litwinów odkłoni się Polakowi na ulicy. Pani Jasia jest przeuroczą kobietą i naprawdę ciężko było mi zrozumieć brak znajomych.

Raptem kilkoro Litwinów przyznaje się do przyjaźni z Polakami. Pani Jasia ma jedną litewską przyjaciółkę. Ona nie przejmuje się konwenansami. Pani Jasia to pani Jasia, a nie Polak, którego z założenia należy nie lubić. 

Ludzie!!! opamiętajcie się!!!

Jeżeli przez przypadek dowiecie się, że wasz najlepszy przyjaciel jest na przykład Cyganem, a wy akurat Cyganów nie lubicie, odwrócicie się od niego?! Człowieka należy oceniać jakim jest, a nie jaką ma Narodowość, wyznanie, rodzinę!

Proszę bardzo! Niech na Sejneńszczyźnie będą dwa języki urzędowe, centrum kultury litewskiej, święta...

Zdaję sobie sprawę, że tylko granice zmusiły Was, drodzy Litwini, do życia w obcym kraju, ale żyjecie już tu 50 lat, a obok Was Polacy. 
Nie zapominajcie o nich.
Oni też chcą żyć normalnie...


Sierpień'2000- Puńsk


Oświadczenie autorki:

Zaznaczam, ze artykuł poniższy powstał na podstawie moich osobistych odczuć podczas  pobytu w Puńsku w sierpniu 2000 roku. Pobyt na Litwie w siedem lat później przekonał mnie że Litwini są  gościnni i bardzo mili. Czy miałam pecha wtedy w Puńsku? Być może. Nie twierdzę że WSZYSCY są  tacy, albo NIKT nie jest taki. W róznych społecznościach trafiają się przeróżni ludzie. Jedna niefortunna znajomość potrafi zrazić lub przekonać do całej nacji. Jednakże takie odczucia pozostawił we mnie Puńsk po 2000 roku. Może pojadę tam kiedyś powtórnie i moje podejście się zmieni. 

Dziękuję pani Bożenie z punsk.com.pl na zwrócenie mi uwagi - cytuję wpis do księgi gości: 
Przykro mi, że trafiła Pani na obojętnych Litwinów. Zapewniam Panią, że nie wszyscy są  tacy i zazwyczaj staramy się służyć pomocą przyjezdnym. Ponadto, znam wielu Polaków w Puńsku, którzy nie czują się w jakiś sposób osaczeni, czy szkalowani przez Litwinów. Wręcz przeciwnie, znaleźli tu swoje miejsce i mają się bardzo dobrze:)
Wierzę, że moje wrażenie było mylne i przepraszam wszystkich którzy poczuli się urażeni.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Raj na Rosochatym Rogu



Wędrówką jedną życie jest człowieka...


Są takie dni, że człowiekowi nie chce się iść. Siedziałby tylko, czytał książkę i wpatrywał się w przepastną toń jeziora. 
Ale są też takie dni, że nogi same niosą. Mijają metry, kilometry, a człowiek idzie i idzie i wcale nie ma ochoty na odpoczynek. Taki dzień mam dzisiaj. Właściwie tylko kilometrowy odcinek z Magdalenowa do Czerwonego Folwarku nie sprawił mi satysfakcji, ale serce moje czuło...

Czuło zbliżający się raj.

Raj, który otworzył się przede mną, kiedy minęłam zardzewiałą tabliczkę "Rosochaty Róg". 

Przedzieranie się przez zarośla stanowiło dla mnie zawsze najprzedniejszą rozrywkę świata - dlatego tak kocham Beskid Niski. Nie spodziewałam się odkryć go na nizinach. Zaraz potem weszłam na drogę czasem uczęszczaną przez samochody, ale tylko czasem. Kurz jaki się podnosi po przejechaniu, odstrasza właścicieli eleganckich wozów.

Nie wiedzą, co tracą.

Bezbłędnie błękitna, a zarazem niesamowicie wprost przejrzysta toń Jeziora Wigry to pokusa nie do odparcia. Także kiedy dotarłam na skraj cypla nie odmówiłam sobie przyjemności zanurzenia grzesznego ciałka w wodzie. Tu, na samym końcu, jednak zdarzają się turyści - przypływają kajakami, żaglówkami, szukając sklepu. 

Ale nie tędy droga.

Najbliższy sklep jest gdzieś w okolicach Wigier. Niedaleko, ale trzeba opłynąć kilka zatoczek i, niebezpiecznych dla żaglówek, płycizn. Na tych "szuwarowych wyspach" tętni życie. Kaczki, perkozy, łabędzie- to władcy tego małego świata. Ludzie, jak zwykle, chcą go ratować, stworzywszy Park Narodowy.
Ale są też inni ludzie - odwieczni mieszkańcy tej ziemi - procesujący się z parkiem o "brzegowe". Uważają, że z dziada, pradziada, łowili tu ryby i mają do tego prawo. Udokumentowane jest to papierami carskimi, nadającymi im te ziemię we wieczyste władanie.
I oni też mają rację. 
Gdyby tylko zechcieli łowić ryby na własne potrzeby, na pewno nie uszczupliłoby to zasobów jeziora. Ale staropolskie przysłowie mówi: "daj chłopu palec, weźmie całą rękę". Gdyby Park zezwolił na połów, wkrótce zabrakłoby ryb w jeziorze, a miejscowe sklepy, bazary i restauracje zawalone byłyby siejami, sielawami i węgorzami. 

Mam czas  na myślenie.

Nogi same połykają kilometry piaszczystej drogi. 
Jeden, drugi, trzeci. 
Na tak równej drodze nie muszę zastanawiać się, gdzie postawić nogę, nie zastanawiam się nawet nad zmianą trasy. I dobrze. Droga sama wyprowadza mnie na najpiękniejszy punkt widokowy. Gdzie tam osławionym "górom" Suwalszczyzny do tego prostego widoku na Plos Wigierski!

Na północ zatoka wschodnia. Choć stąd nie widać, wiem, że tuż za nią znajduje się miejsce mego wczorajszego noclegu: wdzięczne, choć niewielki jeziorko Mozguć. Z dala przebłyskuje Postaw. Nad taflą przepięknęgo Jeziora Wigry góruje szlachetna sylwetka pokamedulskiego zespołu klasztornego. Od bielonych ścian odbija się słońce, rażąc tak okropnie, że muszę odwrócić wzrok. 

Tam, na południe, też jest pięknie. Zastanawia mnie, czy słońce, aby nie specjalnie tak mocno przypieka, żebym odwróciła oczy ku cudownemu Plosowi Zakątowskiemu z zatokami Krzyżańską i Wasilczykowską. Na jego powierzchni rozpanoszyły się trzy wyspy: Kamień, Brzozowa i przysadzista Krowa. Wody Jeziora wkoło szuwarów przybrały kolor stalowoszary, wewnątrz zaś przerażają mroczną czernią. 

Zbliża się wieczór.

zasiedziałam się w tym uroczym miejscu. A jeszcze przed chwilą pisałam, że nie mam ochoty na odpoczynek. Cóż w obliczu takiego cudu natury, człowiek sam nie wie czego chce... 


sierpień'2000- Magdalenowo

wtorek, 7 września 2004

Bo na Gorcu, tu na hali... // In the Gorc alp meadows...


Kiedy późnym wieczorem stanęliśmy na drodze prowadzącej do Kamienicy i Szczawy, a dalej do Zabrzeży, nie mogłam powstrzymać bicia serca. Niewiele oddzielało nas teraz od ukochanych, najdroższych Gorców, które przez ostatnich siedem lat oglądały moje górskie dorastanie. Mało które góry wiedzą o mnie tak dużo. W Ochotnicy Górnej przez kilka miesięcy prowadziłam schronisko Hawiarskiej Koliby; na hali Długiej pod Turbaczem, zbieraliśmy z, nieżyjącym już dzisiaj, Metysem drewno na zimę; na Gorcu Gorcowskim przeżyliśmy kilka "Gorcstoków" i jedną noc bez śpiworów, kiedy hale gorcowskie pokrywał szron.

Niejednokrotnie, bezksiężycową nocą usiłowaliśmy znaleźć drogę do chałupy, co nieraz bywało trudne, niekiedy awykonalne. Gorce oduczyły Moją siostrę lęku przed ciemnym lasem, mnie- lęku przed jaskiniami. Teraz nauczyły mnie jeszcze jednego: że silne przekonanie o własnej wiedzy i nieomylności bywa zgubne...

W poszukiwaniu bacówki

Staliśmy w Kamienicy przy stacji benzynowej, modląc się do wszystkim bóstewek zamieszkujących okoliczne lasy, o to by się zlitowały i zesłały nam stopa do Tylmanowej. Teoretycznie mogliśmy wychodzić od tej strony Gorców: zarówno z Kamienicy, jak i Szczawy prowadzą piękne drogi, ale ja, po kilkunastu miesiącach niebytności w górach pragnęłam wychodzić od strony południowej. Niebo zlitowało się nad nami i zesłało nam transport do... Ochotnicy Górnej. Problem czy wychodzenie z Górnej ma sens, skoro to z Dolnej prowadzi szlak na Piorunowiec i Gorc, rozwiązałam krótkim stwierdzeniem, ze trasę z Górnej znam jak własną kieszeń i są  na niej co najmniej dwie bacówki, oferujące dobre warunki spalne.

Okazało się jednak, że dwa lata nieobecności w Gorcach, zmieniło wszystko. Była północ, kiedy dochodziliśmy do pierwszej bacówki. Nie przejęłam się zbytnio faktem, że nie widać jej z drogi. Nawet w świetle dnia, ciężko było wypatrzeć jej postrzępiony dach wśród gęstwiny smreków. 

Na rekonesans ruszył Radek. Pech chciał, że zapomniałam o istnieniu w tym miejscu bardzo wydajnego źródełka. Radek utopił w nim nadzieję na suche skarpety. 

Pod lasem bacówki nie było, Miejsca jej położenia jestem pewna. Co się z nią stało? Nie wiadomo. Podobno, tak zwani turyści rozłożyli wiele bacówek gorczańskich na opał.

Pomrukując pod nosem różne kalumnie na moją osobę, Radek z Magdą ruszyli za mną, świergocącą jak pierwiosnek na wiosnę. Co mnie obchodziły bajora, kałuże, ciemność i brak noclegu, skoro wreszcie byliśmy w Gorcach!!! Tak bardzo chciałam pokazać Radkowi moje ukochane góry, góry, które mnie wychowały i jakoś od dwóch lat nie było takiej możliwości. jeżdżąc po Słowacji, Ukrainie i odległych zakątkach Polski, szerokim łukiem omijaliśmy tą  malutką grupę górską. Teraz w końcu tu byliśmy i nie zamierzałam zepsuć tego wyjazdu jakimś marudzeniem o braku bacówki i mokrych butach. Nawiasem mówiąc, Magda też wpadła w kałużę, a przyjeżdżając z Mazur do Krakowa nie myślała o wędrówkach górskich- miała więc na nogach tylko sandały. Nie najlepsze obuwie na wędrówki, ale, jak wykazały doświadczenia bieszczadników i niektórych taterników, lepsze niż na przykład adidasy.

Bacówki przerobione lub rozebrane...

Przez ciemny las doszliśmy w końcu do miejsca, w którym wedle moich rozeznań powinna znajdować się druga bacówka.

Była.

Ale przerobiona na domek letniskowy i zamknięta na głucho. Włamywać się jakoś nie mieliśmy ochoty. Pomyślawszy chwilę ruszyliśmy w las na poszukiwanie gałęzi świerkowych na leże i suchych badyli na ognisko. Szukanie okazało się owocne i już za chwilę siedzieliśmy przy czerwono-żółtym płomieniu , który trawił suche igliwie , powoli dobierając się do grubszych gałązek. Ognisko nie było duże, ot, wystarczające do upieczenia kiełbaski i ogrzania się. Skoro jednak zamierzaliśmy przy nim spać, należało sporządzić trochę zaru. Razem z Radkiem ruszyliśmy w las na poszukiwanie opału. Magda cierpi bowiem na nieuzasadniony lęk przed ciemnością w ogóle, a ciemnym lasem w szczególności. Przez ułamek sekundy zastanowiłam się jak można z taką przypadłością pływać, przecież noclegi żeglarzy również niekiedy wypadają w miejscach nie nadających się do tego celu idealnie. 
Kiedy patrzyłam na rozdygotaną ze strachu Magdę, przypomniało mi się, jak Gorce wyleczyły moja siostrę z podobnej fobii... 



Strach przed lasem

Nad Pucołowskim Stawkiem dopadła nas burza. Schroniliśmy się w nieodległej szopie, gdzie spędzamy całe popołudnie grając w kółko i krzyżyk, państwa- miasta i statki. Kiedy burza odchodzi, spokojnie ruszamy pod górę. Idziemy i idziemy, aż docieramy na Jaworzynę Kamieniecką. Cudny zachód słońca koniecznie muszę uwiecznić na kliszy, sięgam więc po aparat- babciną małpkę- i... Nie ma go. Został nad Pucołowskim Stawkiem- w tej szopie od kółka i krzyżyka. Rafał postanawia mi pomóc w poszukiwaniach i decyduje, że Monika zostanie tu, z plecakami, których nie ma sensu nosić tam i z powrotem. Tylko ja wiem ile wysiłku kosztowało Moją siostrę nie przyznanie się do lęku, jaki odczuwa przed lasem, boi się do niego wejść nawet w dzień!). Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu- szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy zachowałabym się podobnie, las w okolicy Jaworzyny Kamienieckiej zawsze napawał mnie irracjonalnym lękiem.


Swoje przeżycia opisała nam Monika po powrocie.

"Siedzę sobie pod drzewem i czuję, że ono na mnie patrzy. Boję się jak skurczybyk. Siadłam na plecakach, żeby mieć wszystko pod kontrolź. Myślę o tych wilkach, których podobno w Gorcach jest kilka i mogę się założyć, że wszystkie są  tu. Za tamtym drzewem widziałam rozżarzone ślepia. Powtarzam sobie,nie bój się głupia , i sama siebie nie słucham. Ciemno się zrobiło. Świecę latarką i widzę tylko te drzewa, ale wiem, ze za tymi drzewami jest wszystko i tego się boję. Ze strachu zasnęłam. Śniło mi się, że wilki ciasnym kordonem otoczyły mnie i plecaki. Patrzą się i podchodzą bliżej. Nagle poczułam na policzku wilgotny, zimny nos. Obudziłam się nagle i popatrzyłam prosto w pysk wilka..."- Pysk wilka jej się nie śnił. Okazało się jednak, że był to tylko duży pies, który poszedł na spacer ze swoim Państwem. To niebagatelne zdarzenie odegrało doniosłą rolę w życiu mojej młodziutkiej wtedy siostry. Jak ręką uciął minął jej cały lęk, a do lasu wchodzi ze śpiewem na ustach..

Ledwo położyliśmy się na smrekowych gałęziach, zaczęło kropić. Magda zadecydowała o schronieniu się pod dachem domu. Niewygodnie tam było- beton wylany był nierówno i nijak nie chciał się przystosować do ciała- gdzież mu było do wygodnej łąki!!! Po pierwszych kroplach i chmurach na niebie, Magda przepowiedziała na jutro niepogodę. Radek jak zwykle był optymistą, a ja się "przezornie nie wypowiadałam", bo też nieumiejętność czytania znaków, po tylu latach spędzonych w górach wydaje się niepojęta. 


Piorunowiec- wspomnienie bacówki




Góry jak zwykle nie zawiodły. Powitały nas rano ciepłymi promykami słońca i oszałamiającym widokiem na stoki Jaworzynki Gorzowskiej, popularnie zwanej Piorunowcem. Naprawdę nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszej pogody na tę, najpiękniejszą w świecie trasę. Gorc Gorcowski ciągnie się od stoków Piorunowca, aż po sam szczyt i składa się z hal, hal, hal. Na nich jak grzyby rosną bacówki. są w różnym stanie, ale każda zapewnia mniej lub bardziej, dach nad głową. Pamiętam takie Gorcstoki (co roku na bazie SKPG Kraków organizowane są  festiwale piosenki turystycznej), kiedy oprócz pola namiotowego, zajęte były dokładnie wszystkie bacówki, a jest ich tu kilkadziesiąt. 

Wychodziliśmy z Frankiem od strony Przysłupia. Było ciepło, cicho i słonecznie. Już około czwartej Franek zaczął szukać noclegu, Chociaż ze wszystkich sił usiłowałam go powstrzymać- był środek Upałnego, sierpniowego dnia. Franek nie dał się jednak przekonać. Wiadomo, ile jest bacówek w Gorcach, choć nie wiem, czy ktoś kiedyś pokusił się o ich inwentaryzację. Franek zwiedził wszystkie na trasie od Ochotnicy Górnej, przez Przysłup, aż po Gorc Kamieniecki. Nasza jednodniowa wycieczka zyskała nagle miano: "Z Frankiem po bacówkach". Kiedy dotarliśmy na polanę, gdzie stoją idealne bacówki, byłam przekonana, że Franek wreszcie znajdzie to czego szuka. Ale nie. W tej bacówce dach przecieka, w tamtej ściany są  przewiewne, w najbardziej ekskluzywnej gorczańskiej bacówce, Warszawiance, też doszukał się mankamentu: było tu za dużo ludzi. W końcu dochodzimy na, jak twierdzi O!Dziwo, najbardziej gorczański, ze wszystkich Gorców: Gorc Gorcowski. Tu bacówek jest bez liku, ale sama wiem, że nie są  idealne. Franek wchodzi do pierwszej z nich i mówi:

- Gnój leży.- ale widząc Moją minę, dodaje- Ale jest jeszcze góra. 
Na górze z kolei deski są  niepewne i lekko się uginają. Zdenerwowałam się.

- Franiu- mówię jadowito- słodkim głosem- czy ty zamierzasz się tu kochać, czy krakowiaka tańczyć?

Franek popatrzył na mnie z lekkim obrzydzeniem, ostatecznie znamy się ponad dwadzieścia lat.

- Nie. Kochać to nie. Zostajemy tutaj. 


Cudowna woda z gorczańskiego źródełka

Magda jest zmęczona i znużona. Siadamy przy źródełku, które zostało przez bywalców bazy namiotowej, zaadoptowane na piękną umywalnię. Tak pysznej wody nie piłam nigdzie indziej. Pozostaje pytanie, czy to faktycznie woda, czy też zmęczenie ostrym podejściem, daje uczucie niebiańskiego smaku w ustach. Nie chce nam się stąd ruszać, Magda jednak dochodzi do wniosku, że nie przepada za górami i zdecydowanie woli gładką taflę wody od stromizn górskich. Nie pomaga nawet olśniewający widok na Pieniny, pasmo Lubania, a w oddali pasmo Radziejowej. W związku z tym rezygnujemy z zaplanowanej trasy przez Przysłup, Jaworzynę, Halę Długą aż na Turbacz i zmieniamy trasę na znacznie krótszą, ale też i mniej piękną: przez Przysłup, do Hawiarskiej Koliby (może zobaczyłabym, co się tam dzieje i jak się mają moje koty) i dalej do Ochotnicy Górnej. Pech chce, że fatum Gorca dopada mnie nawet dziś...

Osiem godzin z Gorca na ... Gorc

Na Gorcu Kamienieckim podchodzi do nas chłopak z kłódką na szyi i mordem w oczach.

- Może co pomóc, bo Panie takie zagubione.

Chciałyśmy dojść do doliny Kamienicy i stamtąd dostać się na Przysłup i dalej do Koliby. Doliną biegnie stara asfaltowa droga, choć ruch jest tam zakazany. Nieopatrznie mówimy to chłopakowi.<

- A asfalt to tu, w Szczawie. Nawet autobusy jeżdżą.

Nie potrafimy mu wyjaśnić, że nie chodzi nam o taki asfalt. W końcu po, do niczego nie prowadzącej dyskusji, stwierdziłyśmy, że zdamy się na instynkt kobiecy. 

Jakim cudem udało nam się pogubić drogę i będąc już na Ustępnem, nie dojść do doliny Kamienicy, do teraz pozostaje nieodgadnione. Dość, że po sześciu godzinach marszu, docieramy na polanę, na której skraju płonie światełko. Mam wrażenie, że mi się wydaje, przecież na Przysłupie, na którym niewątpliwie jesteśmy, nie ma prawa być żadnego źródła światła. W końcu zbieram się na odwagę.

- Aga, tam się coś świeci.

- No przecież ci mówię, że wyszłyśmy w to samo miejsce!

Ledwo dotarłyśmy do Warszawianki, dowiedziałyśmy się, że chłopcy z poprawczaka w Mszanie, noclegu nam nie odmówią. Zaprosili nas na kiełbaskę z ogniska.

- O, Asfaltowe przyszły! Co to? Kobiecy instynkt was zawiódł tam, gdzie jest trzydziestu chłopa?- od ogniska poderwał się chłopak z kłódką na szyi... 

KOT- ostateczna przegrana z Gorcem

Fatum Gorca ciąży nade mną od lat. Niewiadomo dlaczego, choć z zamkniętymi oczami mogę innym wytłumaczyć drogę, sama zawsze się gubię. Powinnam była przewidzieć, ze i tym razem nie będzie inaczej - Walka z gorcowskim przekleństwem to walka z wiatrakami. Czyż nie tak było i wtedy, kiedy za wszelką cenę usiłowałam odegrać rolę poważnego prezesa poważnego klubu?


Aby poszerzyć grono klubowiczów, które z racji odchodzenia studentów na emeryturę, topniało coraz bardziej, zorganizowaliśmy Kurs Organizatorów Turystyki, popularnie zwany KOTem. Pierwszy wyjazd musiał być oczywiście do Koliby. Wszystko byłoby super, gdyby nie pękła struna od gitary. Towarzystwo składało się z osób sobie nieznanych, toteż zapadła głucha cisza. Zaproponowałam nocną wycieczkę na Gorc. Odpowiedziało mi głuche milczenie. Opanowała mnie granitowa pewność, że za chwilę ktoś nie wytrzyma i popuka się palcem w czoło- była przecież druga w nocy. Jednak niezawodny Janusz Klakla, który nie dowierzał mi, że jestem w stanie tak po prostu wstać i pójść, powiedział:


-Jak idziesz, to ja z tobą.

Poszliśmy spakować śpiwory i coś do jedzenia. Kiedy zaczęliśmy podchodzić pod Gniew Prezesa, okazało się, że zamiast dwóch osób, na nocną wycieczkę idzie kilkanaście... Dokąd szliśmy szlakiem, było wspaniale. Problemy zaczęły się, kiedy pokusiłam się o pójście na przełaj. Chociaż bez problemu dotarliśmy pod kapliczkę papieską i z dumą pokazałam, gdzie jest baza, gdzie Nowy Sącz, a gdzie Krościenko. Z wprawą przewodnika opowiedziałam, jakie szczyty byłoby widać, gdyby było jasno i zarządziłam okrążenie Gorca w celu dotarcia do osławionych już bacówek. Tam mieliśmy spać. Na polu było poniżej zera i szron już zaczynał obsypywać gorczańskie trawy. Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że UFO porwało bacówki i skróciło polanę. Nie było wyjścia. Rozłożyliśmy obóz w zagłębieniu zwanym rowem i usiłowaliśmy zasnąć, otulając się w śpiwory. Janusz poszedł na rekonesans- uparł się znaleźć bacówki. Wrócił po dwóch godzinach z informacją, że są  niecałe 10 minut stąd, a wczoraj wieczorem okrążyliśmy Gorc dwa razy i wyszliśmy z powrotem pod kapliczkę papieską. Dziwne, że nikt tego nie zauważył. Na pamiątkę tej wycieczki klub Hawiarska Koliba , co roku organizuje w marcu, Rajd Błądzących.





Wyleciały mi z głowy te wszystkie niepowodzenia i wbrew pechowi postanowiłam doprowadzić Moją dwójkę do Przysłupia. Fatum Gorca było jednak silniejsze. Zamiast wejść na pasmo, zeszliśmy w dolinę. Kiedy się zorientowaliśmy, było już za późno. Magda chyba by nas zabiła, gdybyśmy się zaczęli cofać. Zejście w dół prowizoryczną ścieżką, żywo przypominało schodzenie ze Świdowca.

I w Gorcach można znaleźć stromizny i zarośnięte, do granic możliwości, ścieżki. Trzeba tylko mieć trochę szczęścia lub nie wyrównane porachunki z Gorcem. 
Tak jak ja. 


wrzesień'2004 - Gorc Kamieniecki


niedziela, 4 maja 2003

Gwiezdny szlak // The stars' way

Ty nad dachami szukasz gwiazdy spadającej
Krótszą od twojej drogą spada gwiazda każda
Nim życie swe wyszepczesz, zanim wzejdzie słońce
W dół po policzku sunie spadająca gwiazda...

Ty nad dachami szukasz w słońcu złotej ciszy
Milczenie złotem staje się niepostrzeżenie
Ty całą prawdę milczysz, w dole Cię nie słyszę
Samotne złoto bywa cięższe jak milczenie...

Na zachmurzonym niebie jak w spojrzeniu drżącym
Maleńka gwiazda błyszczy jak uczucie prawdy 
dzień mija, szepczesz słowa wstaje nowe słońce

Sł. Robert Marcinkowski, Mel. Grzegorz Śmiałowski 



Na kopule nieba pojawiła się czarna królowa. Zatoczyła krąg połami płaszcza i już za chwilę połowę nieba spowiła atłasowa czerń. Druga część, przerażona hegemonią na firmamencie, uciekała w ślad za swoim władcą, słońcem, które przerażone i drżące skryło się za pobliskimi wzgórzami. Zapadał zmierzch. Nad szczytem Dwernika- Kamienia zabłysła gwiazda...

Być może na czarnym nieboskłonie pojawiły się też inne punkciki. Nie widzieliśmy ich. Ta jedna zdominowała nasze serca, oczy i umysły. Nadprzyrodzonym wręcz blaskiem zdobyła sobie wyłączność na mrocznym firmamencie.

czwartek, 29 listopada 2001

Droga

Droga

O niekończącej się podróży

Szłam pustą drogą pomiędzy chatką Górzystów, a Stogiem Izerskim. Szłam sama. Chodzę po górach od czterech lat, zazwyczaj sama, ale jeszcze nigdy nie czułam się taka ... samotna.

Prosta jak stół droga biegła do przodu i do przodu i do przodu. Niknęła dopiero za horyzontem. 

Wokół były pola, pola, pola i pola... 

I nic więcej.

Ani jedno drzewo nie zaśmieciło krajobrazu, ani jeden dom nie pojawił się w okolicy. 

Nic.

Droga, przerażająca w swoim bezkresie biegła wciąż do przodu.

Ani jeden ptak nie zakłócił panującej ciszy. 

Ciszy tak cichej, że aż głośnej. 

Ani jedno zwierzę. 

Nic. 

Obróciłam się, żeby widokiem chatki pocieszyć się, że jednak nie jestem sama na tym świecie.

Przerażająca droga biegła również od tyłu...

Bezmierna cisza panowała wszędzie.

Szłam szybciej i szybciej z naiwną nadzieją, że pojawi się jakiś zakręt, jakaś górka, jakieś drzewo. 

Coś.

Droga nie planowała takich niespodzianek...

Zwolniłam kroku, w pełni przekonana, że ten koszmar nigdy się nie skończy. Przegapiłam trzecią wojnę światową, ostatnią, przegapiłam wybuch i zostałam sama, nawet bez karaluchów, a przybysze z obcej planety opasali ziemię tą  jedną drogą... 

Jedną drogą jak kokardką...

Będę szła nią, aż do... właściwie do czego? Koniec świata już był, kres sił blisko, a kresu tej drogi nie ma... 

Zaczyna się tam, gdzie się kończy. 

Pętla czasu.

Droga, biegnąca wciąż do przodu, zdawała się potwierdzać...

Nagle pojawił się ON. 

SZLAKOWSKAZ. 

Na chudym patyku wisiała zardzewiała tabliczka "Stóg Izerski-1 godz." Zjawił się jak duch. 

Nagle. 
Po prostu wyrósł tuż obok mnie. 
Niespodziewanie. 

I tak stał. Stał nic nie mówiąc, choć dla mnie mówił bardzo dużo. Był śladem ludzkiego istnienia i napełnił mnie poczuciem, ze gdzieś jeszcze istnieją ludzie. 

Zwykły patyk z zardzewiałą tabliczką.

Droga, owa przerażająca droga, nie była już taka straszna. 

Listopad' 2001- Stóg Izerski


Dobrze, że już jesteś... - Samotność w górach

Dobrze, że już jesteś... 

Samotność w górach


   
- Dobrze, że już jesteś.- powiedział nieznany mi chłopak w schronisku na Stogu Izerskim. 
Nie wiedział, bo skąd miał wiedzieć, że w kuchni już czeka na mnie duża ekipa z Hawiarskiej Koliby. 
Nie wiedział, bo skąd, że jestem po trzech godzinach uczucia całkowitego opuszczenia i samotności. 
Nie wiedział, że tymi prostymi trzema słowami wylał na mnie cały miód świata...

"Dobrze że jesteś" 
Trzy proste słowa, które wypowiedziane przez odpowiednią osobę, w odpowiednim czasie są  istnym balsamem. Czasami wystarczy spełnić jeden warunek. 
Wystarczy odpowiedni czas ... 
Tak jak wtedy... 

Ten chłopak nie wiedział i pewnie nigdy się nie dowie, że ton jego głosu i te trzy słowa zapamiętałam na całe życie. To było takie proste.

Ale kiedy weszłam do kuchni, gdzie czekała na mnie ekipa, do której szłam opuściwszy poprzednią grupę, choć szykował się przemiły wieczorek przy gitarach i świeczkach, nic takiego nie usłyszałam. 

A wystarczyły tylko trzy słowa.


Gdyby nie ten chłopak, pewnie miałabym jakieś poczucie żalu, że nie zostałam z Partycją, Markiem i resztą grupy. Przez tego chłopaka wszystko się zmieniło. 

Choć nie zamieniliśmy ze sobą więcej słów, oprócz zdawkowego pożegnania, te trzy były najpiękniejsze i najwspanialsze podczas  całego wyjazdu.

Dobrze, ze jesteś...

Tak po prostu...

====================================================================

Nie wiedziałam, ze pojadę na ten rajd.
Nikt nie wiedział. 
Z informacji posiadałam tylko tę, że chłopcy będą piątkową noc spędzać na Jasieniu. Po trzech godzinach chodzenia po lesie, uciekania przed wilkami i gaszenia, zużywszy całą pitną wodę, jakiegoś ogniska w środku lasu, z którego ogień buchał na metr w górę, dotarłam w końcu na Jasień. Zapukałam do bacówki, bo drzwi zamknięte były na skobel. Otworzył mi Piotruś.

- Cześć- obrócił się do reszty- Teraz jesteśmy w komplecie.

Żadnego zdziwienia, że się pojawiłam, Chociaż nikt nie podejrzewał, że będę. Żadnych okrzyków radości, czy spluwania przez lewe ramię. Wszystko zawarło się w prostym: "Teraz jesteśmy w komplecie"

Czasami tak niewiele wystarczy.


"Dobrze, ze już jesteś/ teraz jesteśmy w komplecie".


czasem w tych słowach zawiera się cały świat...


Listopad' 2001- Jasień