Pokazywanie postów oznaczonych etykietą boczary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą boczary. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2020

Żegnaj zawieszenie - czyli skróty lanosem

Lachowice. Zdj. własne

[Tekst stary, ale...]

W ramach wyjazdu na święta Wielkiej Nocy na wieś, zrobiliśmy sobie przepiękny objazd. Po co się pchać zatłoczoną zakopianką, skoro można opłotkami i "boczarami".

Na pierwszy ogień poszedł Barwałd Górny - W zeszłym roku z babcią i ciocią Lusią, pojechałyśmy do Kalwarii Zebrzydowskiej i odwiedziłyśmy Barwałd. Z trudem znalazłyśmy kaplicę św. Rozalii, wspomnianej jako zabytek architektury drewnianej.

No i ... okazało się, że rudera, którą wtedy oglądałyśmy była dawną strażnicą

czwartek, 3 listopada 2016

Na nielegalu w Piorunkowicach...

Lubimy opuszczone miejsca, choć - przyznaję - wchodzenie na teren lekko (bądź bardzo) niebezpieczny wywołuje u mnie stres.... co i tak nie zmienia faktu, że dalej to lubię. A chciałabym, a boję się. Tym razem jechałam z Maćkiem - eksploratorem mega sort... 

Podejrzewałam, że Piorunkowice padną u naszych stóp.
No ale ludzi Ci była masa - tłoczyli się, przejeżdżali, chodzili... 
Odpuściliśmy. 
Pałac oglądnęliśmy jedynie z zewnątrz. 

Chwilę później byliśmy już w Gryżowie, gdzie PONOĆ zachowały się resztki założenia zamkowego (zachowały się, choć na mapach ich nie ma). Wracając - kiedy już było ciemno - przypuściliśmy atak na Piorunkowice ponownie. Kłopot polegał na tym, że posiadaliśmy jedną latarkę (bo ja się wybierałam na pizzę do Głuchołaz:) a nie łazić po ruinach - nauczka na przyszłość: ZAWSZE miej ze sobą sprzęt...), a na samym końcu zoczyliśmy borsuka - pierwszy raz w życiu widziałam borsuka...

Wróćmy do Piorunkowic... 

Istnieje obawa, że pomyliły nam się wejścia - inaczej rzecz ujmując: chcieliśmy wejść do środka, ale o keszyku nawet nie marzyłam (Maciek do dziś był non-keszerem). Zamurowane okna, wejścia zakratowane i ja - z uszkodzoną nogą... Kiedy Maciek był już w środku powiedział "Ty... tu są schody na górę". 
Noga nie noga... przelazłam (jeśli ktoś nas obserwował musiał mieć niezły ubaw...) Środek jest zaniedbany, ruiniasty, choć wyraźnie było tu coś robione. Zaskoczyła mnie wielkość zamku i ilość pomieszczeń. Z zewnątrz sprawia wrażenie dużo mniejszego...
Po pół godzinie zwiedzania wnętrza doszliśmy do wniosku, że może jednak znajdziemy tego kesza. W tym celu przeczytaliśmy w końcu hinta... 
I tu nastąpił zonk - gdzie ten balkon? 

Mamy go!
W pomieszczeniu z balkonem
Wspinaczka na komin - może tam?
Od środka jest niewidoczny:) 
Ciemno jest, jedna latarka słabo świeci itd itd... 
Znalezienie kesza zaskoczyło mnie tak bardzo, że po prostu nie znajduję słów:)
Co więcej znalazł go fizycznie Maciek, który za Chiny Ludowe nie wiedział czego szuka - szukaj skrytki. Ukryta intuicyjnie.To była jedyna podpowiedz jaką dostał.
===============================================

Kapka informacji ze strony opecaching.pl

Pałac w Piorunkowicach zbudowali w XVII lub XVIII w. przedstawiciele rodziny von Mettich.
Przebudowany w 1820 r. w stylu klasycystycznym.
Po drugiej wojnie światowej pałac użytkowała miejscowa stadnina koni, a od lat siedemdziesiątych XX w. Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna. Do 1989 r. pałac był w dobrym stanie technicznym, potem doprowadzony do ruiny. Budynek jest własnością prywatną jednak nie jest ogrodzony ani zabezpieczony przed wejściem. Właściciel nie wykazuje żadnego zainteresowania jego losem. Do dawnej rezydencji przylegają resztki zdewastowanego parku krajobrazowego

=======================================
Znalezione w sieci:





czwartek, 17 września 2015

Żegiestów - cerkiew grekokatolicka



Żegiestów nie wytrzymuje konkurencji drewnianych świątyń połemkowskich w okolicznych dolinach (szlak Architektury Drewnianej), a przecież cerkiew tutejsza jest unikatowa tak bardzo, że bardziej już być nie może.


Tego typu świątynie zachowały się jedynie w Europie Środkowo-Wschodniej i jest ich ponoć tylko trzy w Europie. Co więcej - cerkiew została wybudowana dla grekokatolików (a nie zaadoptowana do ich obrządku). 
Nigdy jednak nie była użytkowana w obrządku, dla którego została stworzona. Nigdy również nie została ukończona. Budowę cerkwi przerwała II Wojna światowa, a po wojnie już nie było komu kończyć budowy. Nie było też dla kogo - grekokatolicy zostali wysiedleni (w ramach brutalnej akcji Wisła). Warto o tym pamiętać, bo większość z nas kojarzy akcję Wisła z wysiedleniami z Łemkowszczyzny oraz Bojkowszczyzny. Zapominamy, że dotyczyła ona również prawosławnych i grekokatolików zamieszkałych na terenach tzw. Rusi Szlachtowskiej (Jaworki i Szlachtowa) oraz w wielu wsiach Nadpopradzia. Tu przebiegała nieco mniej brutalnie, przez co o wysiedleniach z tych okolic, jakoś się nie wspomina.


Powyższe informacje pochodzą z tzw. wywiadu środowiskowego, bo bez rzetelnych badań terenowych (przepraszam za to moje zboczenie etnograficzne) prawdy się raczej nie dojdzie. Na stronie parafii jest bowiem napisane, że cerkiew została wybudowana w latach 1917-1925, co nieco kłóci się z informacją miejscową, że budowę przerwała II WŚ. Jest zbudowana w typie bojkowskim (czyli podobna do tych w Bieszczadach), a jej unikatowość określa budulec - czyli cegła i kamień. Cerkwie bojkowskie (podobnie zresztą jak większość łemkowskich z tamtego okresu) budowane były z drewna, jako najłatwiej dostępnego budulca.

Cerkiew grekokatolicka pw. św. Michała Archanioła została konsekrowana w roku 1928, zaś po wojnie przekształcona w kościół rzymskokatolicki (pod wezwaniem św. Anny). Przez długie lata był zaniedbywany, aż w końcu doczekał się gruntownej renowacji w latach 1980-1985. Świątynia zbudowana jest z kamienia i cegły, dach przykryty blachą. Budynek zwieńczają trzy kopuły (cerkiew trójdzielna) z drewnianymi wieżyczkami (niestety dach wymaga renowacji). Warto wejść do środka (kościół jest praktycznie cały czas otwarty) , jak również zobaczyć krucyfiks na zewnętrznej ścianie prezbiterium (na zewnątrz kościoła), autorstwa Z. Janczury. Osobiście nie spotkałam jeszcze tak przejmującego wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego.
Co jeszcze można zobaczyć w Żegiestowie? [dla tych, którzy lubią ślady historii]
Tuż za świątynią znajduje się źródełko nad którym zbudowano kapliczkę. 
- ruiny pierwszej murowanej cerkwi unickiej - powyżej drogi na Palenicę, skręcając w górę w polną drogę obok domu numer 92
- obok ruin cerkwi znajdują się pozostałości cmentarza. Do dziś zachowało się kilka nagrobków, Najstarszy pochodzi z XIX wieku. Zachował się tu również nagrobek Anny Prisłopskiej - żony ostatniego greckokatolickiego księdza.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Jak trzynasty Apostoł... na zakupy do Settle

Tekst pochodzi z bloga emigracyjnego http://muwit-na-emigracji.blogspot.co.uk/

Kto oglądał "Dogmę", ten kojarzy z pewnością postać trzynastego Apostoła - postać usuniętą, z późniejszych przekazów, gdyż był on Murzynem. Co prawda, jak twierdzi, Jezus też był Murzynem, ale łatwo wybielić syna bożego, a jeden apostoł więcej czy mniej...
Tenże, wspomniany wyżej, trzynasty Apostoł objawił mi się dzisiaj podczas wycieczki do Settle. Nie, nie miałam widzenia:) Przypomniała mi się scena z tego filmu, kiedy auto, którym podróżowali bohaterowie, uległo zespsuciu. Trzynasty Apostoł (który właśnie w tym momencie się pojawił w filmie) stwierdził beztrosko, że do miasta jest tylko kilkadziesiąt mil, a przecież oni z Nauczycielem wszędzie chodzili na piechotę.
Pierwsza moja myśl, kiedy wybierałam się do Settle na zakupy dotyczyła właśnie Dogmy i Trzynastego Apostoła.

Druga moja myśl dotyczyła czasów mocno późniejszych, aczkolwiek z punktu widzenia XXI wieku, wszechobecnego internetu, pociągów i informacji biegnącej przez świat szybciej niż myśl, jednak odległych.
Dotyczyła mianowicie różnic kulturowych i wpływów sąsiadów na życie wsi. Takie np Sromowce Wyżne. Teoretycznie do Krościenka - jedyne 10 km, ale przez góry. Łatwiej było mieszkańcom przedostać się przez Dunajec do nieodległego Czerwonego Klasztoru - stąd dość liczne wpływy słowackie na kulturę ludową Górali spod Pienin. Na targ wybierali się do Lubovli, a nie do Nowego Targu.
Tak jest i tutaj - to znaczy było, przed erą ogólnie dostępnych samochodów, pociągów (jeżdżących z częstotliwością podobną do busów w nasze, polskie Beskidy). 


Z Horton in Ribbesdale do Settle jest około sześciu mil. Teoretycznie nie jest to daleko (około ośmiu kilometrów). W praktyce - cóż... bądźmy szczerzy, moja kondycja odbiegła gdzieś daleko, dawno temu i nie jestem przyzwyczajona do łażenia na piechotę do sklepu. To znaczy może i jestem, tylko że ten sklep zazwyczaj był odległy o jakieś 300 metrów, a najczęściej wystarczyło zejść po schodach. Nawet jak mieszkałam na wsi, to do sklepu jeździło się samochodem (4,5 km) - tyle, że tutaj na razie nie mam samochodu:)
Pomimo, że Ryan mi zapowiedział, że "car is a must" czyli generalnie bez samochodu nie ujedzie. 
Na razie ujedzie, bo na razie mi się wybitnie podoba opcja łażenia przez góry do sklepu. Lub ostatecznie łapanie stopa - jak za starych dobrych czasów. 

A autostop tu to marzenie. NIe wiem jak w całej Anglii, ale wydostać się z Horton in Ribbesdale to pikuś z pietruszką - być może dlatego, że do pobliskiego kamieniołomu jeżdżą ciężarówki - trzy razy dziennie jeździ taki miły Włoch. Więc wydostać się to nem problem. Problem z dostaniem się do... 

Bo tu każdy wie, co to znaczy leźć na piechotę do sklepu. Zatem, jeśli jedzie trzy mile, to podrzuci Cię pod hotel - inna sytuacja mi się tu jeszcze nie zdarzyła. 
Jest to dla mnie (ale ponoć jestem dziwna) trochę krępujące, bo doskonale wiem, że nikt mnie nie wysadzi w Steinford, tylko każdy podrzuci pod dom. Bo tu każdy lokalny, kazdy złaził te góry na dziesiątą stronę. Każdy niejeden raz utknął gdzieś po drodze bez nadziei na pociąg, czy autobus.

W tamtą stronę było cudownie - przelazłam sobie góreckami, wśród czegoś co chyba można nazwać połoninami. Nad Steinford spotkałam pierwsze krowy i konie. Może niekoniecznie dzikie i może niekoniecznie Hucuły, ale hucułopodobne. Co ja sie namęczyłam, żeby zrobić zdjęcie, takie jak niegdyś pojawiło się w Bieszczadzkim albumie Ety Zaręby. Koń widziany od tyłu (kasztan z czarnym ogonem, zwisającym idealnie wzdłuż kończyn dolnych) w otoczeniu złotorudych, jesiennych liści. Nie chciałam robić kopii, tylko podobne zdjęcie, powiedzmy, że inspirowane. 
Nie ma siły - koń macha ogonem i jedyne na czym się skupiam to to, żeby jednak na zdjęciu nie było widać podogonia:) Pomijając fakt braku jesiennych krajobrazów i maści konia, który raczej do srokacza podobnym jest, niż do kasztana, to największy problem miałam z ustawieniem - co podeszłam na odpowiednią odległość, koń myk - myk dwa kroki w bok i ustawia się bokiem. No to ja z drugiej strony. No to koń: myk-myk i trzy kroki w lewo. No to ja z trzeciej strony. A koń: myk-myk...
Nie wiem ile czasu tam spędziłam, ale zaniepokoiłam się w końcu że mi sklepy w Settle zamkną.
Zakończyłam spotkanie z koniem, ale jeszcze wrócę. Jak mi się zapasy skończą i znowu trzeba będzie pomykać do najbliższego sklepu odległego o 10 mil...

wtorek, 8 kwietnia 2014

Wiatr urywa głowę...

W pierwszym dniu pobytu w Horton in Ribbesdale miałam sobie pójść jedynie zobaczyć wioseczkę. Taki orientacyjny spacerek co i jak. Gdzie sklep, gdzie kościół, gdzie komisariat... - no takie tam, drobiazgi:) Wyszło jak zwykle.
Przed centrum informacji turystycznej (we wtorki zamknięta, a dziś wtorek), stał sobie drogowskaz. Przemknęło mi przez głowę, że właściwie... niby przygotowana nie jestem, ale ostatecznie i bez przygotowania specjalnego, w górki o wysokości niecały kilometr chyba skoczyć mogę. Co też uczyniłam.
Miałam rzecz jasna nie dochodzić na sam szczyt, bo przecież ani wody, ani czekolady nie miałam przy sobie. Ale potupałam w kierunku Birkwich Moor, czyli wrzosowiska odległego o niecałe 3 kilometry.

Barni twierdzi, że... jeszcze Aston i będzie Skyfall. Ja twierdzę, że Bonda mi brakuje do kompletu.
Nie jestem pewna czy Pennine Way można przetłumaczyć jako drogę Pennińską - dziwnie kojarzy mi się z Apenińską:) - zostawmy może zatem oryginalną nazwę. A zatem  - idę sobie Pennine Way, pięknie wyłożoną kamyczkami, wzdłuż muru kamiennego, przeplatanego, rzecz jasna, drutem kolczastym. Za murem stoją sobie owieczki i beczą. Jagnięta usiłują dostać się do jedzenia, podszczypując mamy, ale mamy jakoś niechętnie do tego cycka dopuszczają. Jagnięta skaczą, beczą, meczą, i z zainteresowaniem oglądają indywiduum, które je podgląda zza muru. 
Oszałamiającego tłumu nie ma - ot kilkoro turystów w różnym wieku, wyglądających tak, jakby właśnie zdobywali Everest - co jest zrozumiałe, bo im wyżej, tym bardziej piździ (z przeproszeniem).

Im wyżej, tym bardziej wieje. Pogoda zmienia się co pięć minut - od prześlicznego słońca, po mżawkę, aż po deszcz (nie było tylko ulewy). W takich warunkach potrzeby fizjologiczne odzywają się ze zdwojoną siłą. A tu, z przeproszeniem, nie ma gdzie się wysiusiać. Albo mur, albo ruinki - ewentualnie można przesadzić drut kolczasty i usiłować się schować za owcą. Ale jak owca odbiegnie, to nawet porządnej zasłony nie ma:) 
To tak na marginesie, ale szerokim marginesie, bo ten problem zajmował mi głowę (i nie tylko głowę) od wejścia na Pennine Way aż po koniec muru.

Skończył się mur. Chmury zasłoniły słabiutkie słońce i runął grad.
No dobra - gradzik. Niewielki. Ale zawszeć.
Skończył padać grad, wyszło słońce. I tak w kółko Macieju.

Kiedy wyszłam już trochę wyżej, widoki jakie zobaczyłam, zaparły mi dech w piersiach. Ja się wcale nie dziwię, że w tych terenach powstawały opowieści krew w żyłach mrożące (choć akurat pies Baskervillów powstał w okolicach Devon'u).  Nie zdziwiłam się też, kiedy zobaczyłam łopatę opartą o mur. Pierwsza, niekontrolowana myśl brzmiała... "Ciekawe, gdzie zakopali trupa". Taaak - w tym terenie łatwo myśleć o morderstwach:)

Do szczytu został mi jeszcze nieduży odcinek dróżki. Można było iść obsypaną kamieniami drogą, ale można było też iść ścieżką, wydeptaną w trawach połonin. Niby wiem, że to nie połoniny, ale jednak te przestrzenie przywodzą na myśl jedynie Wetlińską, Rawki i Bukowe Berdo. A właściwie, gdyby nie ten mur przeciwwiatrowy, to najbardziej przypominałyby te tereny Połoninę Bukowską i Kińczyk Bukowski. To nie jest nadinterpretacja spowodowana odgłosami serca ("co to znaczy bum, bum?"), tak naprawdę jest. Tylko że tu te przestrzenie są mniej ludne - to znaczy zdecydowanie mniej turystów można tutaj spotkać.
 
 Z drugiej strony wietrznego szczytu Pen-y-Ghent, przed oczami pojawia się krajobraz zupełnie jak z Babiej Góry. Gdyby były tu łańcuchy, spokojnie można by było porównać zejście ze szczytu z Percią Akademików. W pewnym momencie nie wiedziałam nawet, którędy prowadzi ścieżka. Przy czym słowo "ścieżka" jest tu zdecydowanie niedociągnięciem semantycznym. Po prostu kamienie ułożone przez wiatr i wydeptane przez kilka tysięcy ludzi rocznie. Dokładnie nie wiem ilu ludzi wchodzi na ten szczyt, ale spodziewam się ilości porównywalnych z Babią Górą. Dlaczego? Otóż okolica słynie z trzech Peaków - każdy z nich ma ponad 2000 nad poziomem morza. Tylko, że stóp:) W metrach to wychodzi nie więcej niż 700 metrów. Co nie zmienia faktu, że wysokość bezwzględna jest porównywalna.
Pen-y-Ghent w pełni zasługuje na swoją nazwę. W dialekcie z Cumbrii, Pen oznacza głowę lub wzgórze. To jest w miarę pewne - zresztą, wystarczy popatrzeć na inne nazwy regionalne, w jakiejkolwiek części świata, żeby wiedzieć, że jak coś wystaje ponad normę, to musi być oznaczone specjalną nazwą. Zatem tłumaczenie pierwszej części nazwy nie wzbudza specjalnego sprzeciwu.
Z drugą częścią jest zdecydowanie gorzej. Wikipedia angielska podaje dwie opcje. Jedną jest "granica", dzięki czemu Pen-y-Ghent oznaczałoby "wzgórze na granicy" . Druga wersja optuje za wszelkimi odmianami wiatru lub wiatrów . Ponoć "gwynt" - nie mylić z gwintem- wywodzi się dla odmiany z języka walijskiego.
Po pobycie na szczycie jakoś bardziej wiarygodna wydaje mi się wersja z "Głową Wiatrów".

wtorek, 1 kwietnia 2014

Chodzenie bez szlaku kończy się... jak zwykle

Tekst pochodzi z bloga emigracyjnego http://muwit-na-emigracji.blogspot.co.uk/

 

Polskie chodzenie bez szlaków jest jednak łatwiejsze...
Teoretycznie wszędzie tutaj biegą foothpathy. To właściwie chodzenie bez szlaku, bo footpathy nie mają ani przygotowanej nawierzchni, ani specjalnego oznaczenia. Ot scieżka, po której można iść. Ścieżka wydeptana przez ludzi - mniejszych lub większych turystów.
I byłoby tak pięknie, gdyby footpath nie zniknął nam w polach.

Chciałam pójść na spacer nieco inaczej - wybrałam kierunek: pola. Byliśmy tam wcześniej, tylko wówczas pańcia Angusa zawiozła nas tam samochodem. Dziś pokonywaliśmy ta drogę pieszo. Znalazłam mostek przechodzący na drugą stronę autostrady - po drugiej stronie bowiem znajdowały się upragnione pola. No i foothpath nagle się zdematerializował. Chociaż nie do końca. Footpath biegł nadal, tylko w kierunku słabo nam odpowiadającym (oznaczenie też pozostawiało wiele do życzenia - widocznie mało kto tędy chodzi). Wkopaliśmy się zatem w orne pole, gdzie bażanty i kuropatwy uciekały Angusowi sprzed pyska.
Nadrobiliśmy jakieś 1000 metrów usiłując znaleźć wyjście z pola, w które weszliśmy, nie mogąc wyjść.
Drugi etap był znacznie gorszy - pobiegaliśmy po polach, Angus znalazł kolegów, ja nie znalazłam keszyków - i już wracaliśmy (do domu mając jakies 3 km)... No i wkopalismy się w mostek.

Wychodząc z domu oznaczyłam sobie przejścia przez autostradę. Nad drogą najczęściej przechodzi mostek dla pieszych i lokalnego ruchu samochodowego. Czasem droga lokalna biegnie pod autostradą. Wyczaiłam na mapie drugi mostek, którym mieliśmy przejść. Widziałam go nawet w rzeczywistości. Z tym, że wejście NA mostek zajęło nam bitą godzinę. Na mapie jest, w rzeczywistości jest. Tylko że dojście na mostek i zejście z mostka jest obrośnięte hasiorami. Po takich hasiorach to ja jeszcze nie chodziłam. Może kiedyś... ale to było kilka metrów!
Hasiory biegły środkiem, a po bokach zadziwiająco dobrze trzymające się płotki drewniane. Prawdopodobnie pozostały one z czasów, kiedy mostek był używany. 
Problem polegał też w wielkości mojego towarzysza - ja bym ten płotek pięć razy przeskoczyła, Zuzka i Fisiek przelazłyby dołem, ale Angus się nie mieścił. Znaleźliśmy w końcu dziurę w płocie i zeszliśmy z cholernego mosteczka.
I już się wydawało, że najgorsze za nami. A ono się dopiero zaczęło.
Byliśmy na polach. Prywatnych.
Przez które mogliśmy sobie łazić do oporu - opór stanowiła zamknięta brama.
Zawróciliśmy.
Poszliśmy drugim polem. Też mogliśmy łazić do oporu - opór nastąpił jak powyżej.
Wokół cholernego pola rozciągnięty był drut kolczasty, siatka stanowiąca zabezpieczenie, aby owce nie wyłaziły. A naokoło tarnina - pierońsko koląca.

Po pół godzinie łażenia w kółko Macieju, postanowiliśmy z Angusem pójść rzeką. No fajnie, tylko rzeka ma dno muliste i cholera wie, jak daleko wpadnę, że już nie wspomnę o psie, który teoretycznie pływac umie, ale chyba nie w mule!
W końcu udało się znaleźć wyjście z sytuacji - owce, pasące się obok, odgrodzone były jedynie krzakami tarniny, a obydwoje z Angusem już wprawiliśmy sie w łażeniu po tych krzakach.
Pomyślałam, że jeżeli teraz ta brama okaże się zamknięta, to biorę Angusa na ręce i przeskakujemy płot.
Jak chciałam to zrobić, skoro Angus waży na bidę 35 kilogramów? Nie wiem - ale już mi było wszystko jedno. Zwłaszcza, że czwarta wybiła, a dziewczyny z biura o czwartej właśnie wychodzą do domu. Jezeli nie zdążymy, to albo będą czekać, albo zostawią biuro i dom otwarte na przestrzał. Ani jedno, ani drugie rozwiązanie jakoś mi nie przypadło do gustu.

Na polu z owieczkami stał Landrover - miałam szczęście: w landroverze siedział facet. Zapukałam grzecznie w okienko, powiadomiłam go, że znalazłam się tu przez przypadek, idąc przez mosteczek (jaki mosteczek? ten????) i nie wiem jak wyjść. Czy z przeproszeniem mógłby nas wypuścić?
Pan okazał się przemiłym starszym panem, który pilnował sobie jagniąt, bo to młode i głupie. Angus usiłował zaczepiać a to pana, a to owieczki. Na szczęście był już mocno zmęczony, więc podskakiwał właściwie z poczucia obowiązku, niż z rzetelnej chęci zabawy.

Do domu dotarliśmy na styk. Dziewczyny właśnie zamykały biuro...

sobota, 15 marca 2014

We młynie

W drodze do Hastings, do którego notabene nie dotarłyśmy, Lynn nagle powiedziała:

- Wiesz co Kasia, tu gdzieś jest młyn. Wiatrak, dokładniej rzecz ujmując. Słyszałam historię, że odziedziczyła go taka starsza pani, która nie miała siły na opiekowanie się młynem i zapisała go dwójce swoich siostrzeńców, czy bratanków. Ponoć, ale to tylko plotki, młodszy siostrzeniec (czy bratanek) wykupił młyn od drugiej osoby i teraz go remontuje. Ale to tylko plotki i to sprzed kilku lat. 

Blackdown Mill ©
Nie musiała więcej mówić. Razem z Lynn, pomimo różnicy kulturowej, różnicy wiekowej i wszelkich innych różnic, jesteśmy podobnie pieprznięte.

Jasnym było, że młyn będzie nasz.

czwartek, 9 stycznia 2014

Jak nie dojechaliśmy na Żeleźnikową...


Pierwszy raz nie dojechałam na Żeleźnikową, bo zwyczajnie nie miałam pieniędzy na podróż. 

Co prawda, autostop sprawdza się w każdych warunkach, jednakże nie w zimowych, kiedy w kieszeni jedna wielka dziura, a na koncie debet... Skoro TRZEBA jechać stopem i nie ma innej opcji, wtedy na pewno przyjdzie siarczysty mróz i wysiadka z autostopu nastąpi na początku Nowego Sącza, dzięki czemu trzeba będzie dreptać, a dreptać... Przeciwko dreptaniu nic nie mam, ale w mrozie lub słocie, kiedy zegarek nieubłaganie odlicza minuty, a tam, w chacie juz się bawia, już śpiewają, już mama Szymona stawia kawę - najlepszą z możliwych, już tata Szymona pali w piecu, już gitarzyści sie stroją, a ty tu stoisz na rozdrożu lub dreptasz, mając nadzieję na podwózkę.
Przy braku pieniędzy w kieszeni na ewentualny autobus prawie gwarantowane jest że nic się nie złapie...

Drugi raz nie dojechałam na Żeleźnikową, bo zwyczajnie zepsuł się samochód.
Prawdopodobnie taki skład grał na Żeleźnikowej, kiedy nie dojechałam po raz drugi...

Mogliśmy w teorii pojechać od razu z Bukowiny krakowskiej wraz z Ziutem, który sam nie wiedział dokąd jedzie, ale wiedział że ma wziąć gitarę. Mogliśmy jechać z Kamilem, Włodkiem, Martą bądź ostatecznie autobusem za jasności. Ale w praktyce nie mogliśmy, bo Michał kucharzył na imprezie opłatkowej działkowców. Kucharzy tak od kilku lat - co mu zresztą nad wyraz dobrze wychodzi.

Zatem po imprezie, dopakowaliśmy niezbędny osprzęt do plecaków i o godzinie mocno po ósmej wieczorem, ruszyliśmy Sieną w kierunku Nowego Sącza. Kierunek wypadł trochę lewo, bo Zakopianką - uznaliśmy bowiem, że nieco dalej, ale za to szybciej.
Świeżo ściągnięty z ładowania akumulator, wykazywał iż najedzony nie jest. Czym się specjalnie nie przejęłam, bo już nieraz takie sztuki wyczyniał, a palił od kopa. Tym razem też odpalił od kopa.

Odwidziało mu się dopiero na Zakopiance. Zaczął przerywać, krztusić się - zupełnie jakby nie miał gazu. Wg wskazań licznika miał go jeszcze na jakieś 50 km. Benzyny było ponad pół baku, co nie zmienia faktu, że przełączenia z gazu na benzynę moja szacowna Siena nie zauważyła i dalej przerywała.

Ostatecznie przerwała na podjeździe z Mogilan pod Gaj. Przerwała i zdechła.
Tyle tylko, że udało mi się zjechać na pobocze i włączyć awaryjne.

Nieco ponad godzinę zajęło nam pchanie samochodu (dobra, przyznaję - Michałowi zajęło. Ja siedziałam za kierownicą i usiłowałam trzymać się pobocza. Z trzymaniem nie do końca wyszło - rychło okazało się, że mój ojciec, który do tej pory służyl mi przy cofaniu za nawigatora, rozumie hasło "Prostuj" jako "prostuj koła". Michał zaś rozumie to samo hasło jako prostuj samochód.  W efekcie, słuchając rad nawigatora, bo przecież w lusterkach nic nie widziałam, poza potworami nadjeżdżającymi z tyłu (potwory - ciężarówki lub busy, które beztrosko jechały prawym pasem, mając lewy wolny, i za nic nie chciały go zmienić.) jechałam slalomem.

Cofanie po nocy na Zakopiance z pełnym ruchem, na wyłączonym silniku (bo akumulator wystarczył na trzy odpalenia, a potem się zwurdził) to przeżycie nie do opisania.
Udało nam się (i tu mogę śmiało powiedzieć, że nam - też pchałam Sienę, aczkolwiek moja pomoc była nikczemnie nikła) ustawić auto na podjeździe miłej pani w Mogilanach, która co prawda mocno się wystraszyła, kiedy zakamuflowany zbir (ja:) w czapce, goretexie i czarnych portkach) podszedł do okna... Zbir gnąc się w ukłonach, poprosił o możliwość zostawienia auta, na co Pani, odetchnąwszy, że nie prosi ów zbir o pieniądze albo życie, wyraziła zgodę.

Niemniej jednak zrobiła się godzina późna, a my dalej byliśmy bardziej w Krakowie, niż w Nowym Sączu.
Wróciliśmy stopem z trójką młodych ludzi, którzy jechali sobie na imprezę z Tychów do Krakowa.
Tym sposobem nie dojechałam na Żeleźnikową po raz drugi...

Trzeci raz...
Nie!
Do trzech razy sztuka. Trzeci raz dojadę.


piątek, 25 października 2013

Cross stop - jak się zmienia punkt widzenia

Robi się w życiu różne głupoty. Jednych się żałuje, innych nie.

Tą głupotę będę wspominać z rozrzewnieniem w oku i cichym głosem osła „Ja chcę jeszcze raz”… 

Wczorajszego ranka (wg koncertowych standardów, czyli okole pierwszej), pod Honem spotkałam crossowców. 

niedziela, 18 kwietnia 2010

Motorem do Żywca

Jako, że umówiłam się z Leszkiem Młodzianowskim - autorem szlaku zbójników karpackich - w Żywcu około godziny trzeciej, wsiedliśmy na motor i pomknęliśmy w kierunku. Pogoda więcej prześliczna, ptaki drą ryje, kwiaty czuć... a przy czwartym zakręcie stoi sobie drewniany kościół XV-wieczny. Tu, w Woli Radziszowskiej, dwa lata temu zepsuł nam się na amen lanos - szlag mu trafił alternator, kiedy pojechaliśmy inwentaryzować Podchybie razem z Anią i ś.p. Mariuszem. Wtedy pogoda była pod psem, dziś - cudowna.


Jeżdżenie opłotkami ma te plusy, ze poznaje się mnóstwo ciekawych zakamarków, ma też te minusy, ze siedząc na motorze, za Grześkiem, nie jestem w stanie kontrolować mapy. No i się pogubiliśmy. Może to było przeznaczenie? Na tej trasie, której nie mieliśmy w planach, w rowie leżał motor. Niby nic się nie stało - chłopak trzeźwy, poobijany tylko lekko i dużym szoku, motor w stanie agonalnym (Jawa - sądzę ze go naprawi). Zszokowało mnie co innego - przejechało około 7 samochodów, zanim myśmy zdążyli zawrócić i mu pomóc.
NIKT. ABSOLUTNIE NIKT - nie zatrzymał się aby pomóc wyciągnąć motor z rowu, żeby zapytać czy wszystko w porządku. Jeden nawet bezzębny idiota, śmiał się i pokazywał palcami jako atrakcję? dowcip? Znieczulica społeczna to mało powiedziane.
Nie przepadam za wariatami jeżdżącymi na jednym kole po zakopiance. Uważam ze kilka lat robót publicznych bardzo by im się przydało. Nie lubię crossowców i gdybym miała broń to taki crossowiec w lesie miałby problem. Nie lubię również zachowania niektórych motocyklistów (obojętne na czym jedzie) - przeciskania się na siłę, niezauważania przechodniów, rowerzystów i innych uczestników ruchu drogowego.
Ale ta (duża zapewne) grupa, której nie lubię (i sądzę ze większość traktuje ich jako "dawców", którzy na własne życzenie mają wypadki) jest mnóstwo motocyklistów, którzy jeżdżą normalnie i zachowują się normalnie. Idiotów bym strzelała, obojętne czym jadą.

Ale to co powyżej NIE ZWALNIA NAS z OBOWIĄZKU UDZIELENIA POMOCY.
jak już wylezie z tego rowu, możemy mu naubliżać, ale się zatrzymajmy i udzielmy mu tej pomocy - kto ma to zrobić? sarna? a może lis? który przemknie gdzieś bokiem?
Akurat ten chłopak po prostu jechał - nie należał do grupy tzw.dawców. Jechał z prędkością niewielką (bo gdyby była większa niewiele by z niego zostało w tym rowie), trzeźwy (a na pijaków mam uczulenie i łyk piwa wyczuwam na kilometr), zwyczajnie miał wypadek. I nikt -żaden dupek w samochodzie się nie zatrzymał, wszyscy przejeżdżali nawet nie zwalniając

Wracając do tematu wycieczki:
Jako ze pobłądziliśmy, spóźniliśmy się do Żywca - poszliśmy z Leszkiem do jednej knajpki nad rynkiem. W samym Żywcu (dużo się tu zmieniło odkąd w 2004 roku byłam tu na praktykach), w rynku jest kilka fajnych knajpek, z ogródkami piwnymi, ale myśmy poszli do knajpki na drugim, albo trzecim piętrze. I tam Grzesiek zrobił sobie sesję. To znaczy nie sobie tylko gołębiom. Lokal znajduje sie na poddaszu i na wysokości kolan znajdują się małe lukarny (za strasznie brudnymi szybami). Od strony rynku w owych lukarnach gniazdują gołębie. Dokładnie w każdym oknie znajduje się gniazdo, na którym siedzi gołąb lub gołębica i wysiaduje jaja. Przyznam, ze Grzesiek wpadł w szał fotograficzny - kilka zdjęć (pomimo koszmarnych warunków) wyszło mu naprawdę super!

Potem poszliśmy się przejść do pałacu Habsburgów i parku - już zmierzchało, więc tylko tak: rzucić okiem. W pomieszczeniach pałacu jest szkoła i... mieszka ostatnia Habsburżanka - nobliwa pani w wieku 90 lat (mniej więcej), bardzo żywotna i bardzo sympatyczna.

Park jest ogromny, stoi w nim domek chiński - taki on chiński, jak ja królowa perska, ale niech będzie.
Wracając, pojechaliśmy do Jeleśni coś zjeść. Stoi tam bowiem stara karczma z XVIII w., drewniana - tylko, ze ze względu na awarię wody, nieczynna. Wot pech. Zjedliśmy w szałasie na górce, przy drodze z Jeleśni do Żywca - jedzenie okej, pani niedociumana, ale sympatyczna, a ceny nieporównywalne do krakowskich, czy do centrum konferencyjnego i spa w Jeleśni, gdzie myśleliśmy nad obiadem, ale ceny nas wygoniły...



Nocna podróż motorem odbiła się na moich plecach i wszystkich mięśniach. Mimo wszystko mamy kwiecień i w nocy moja śliczna skórzana kurteczka, którą byłam dostałam kilka dni temu, okazała się niewystarczająca. Po powrocie do domu Grzesiek po raz pierwszy, odkąd go znam, opatulił się kocem:)

A jeszcze tylko dodam, ze jadąc w tamtą stronę, po raz pierwszy (i pewnie ostatni) w życiu, jechaliśmy w asyście policji. Inaczej rzecz ujmując od Salwatora po obwodnicę, po obu stronach stali policjanci w pełnym umundurowaniu, rozstawieni co 80 metrów. Tylko jeden z nich kucał, reszta stała. Co prawda owa ochrona przygotowana była do ochrony dygnitarzy i delegacji przyjeżdżających do Krakowa w związku z uroczystościami na Wawelu, to jednak czuliśmy się niesamowicie.

czwartek, 25 marca 2010

Płaszów

Płaszów - dawny obóz koncentracyjny, miejsce zagłady wielu Żydów. Powstał on pod koniec 1942 roku jako karny obóz pracy przymusowej. Za karę, że jesteś Żydem...

Dramatycznie opisany oczami dziecka w książce Dziewczynka z listy Schindlera (autorka: Stella Muleer-Madej) - to bodaj pierwsza książka pokazująca tragedię Żydów opisana oczami dziecka. I bodaj jedyna napisana bezpośrednio przez "uczestnika" - jeżeli można tego słowa użyć - zagłady Żydów w Krakowie-Płaszowie i później w Oświęcimiu.

Miejsce dawnego obozu znajduje się przy głównej drodze z Krakowa do Wieliczki - ul. Wielicka. Po jednej stronie widać centra handlowe - nowoczesne gigantyczne budynki z mnóstwem weekendowych klientów, szumem, gwarem i promocjami. Za nimi szare bloki Woli Duchackiej.
Po stronie przeciwnej (jadac od Krakowa po lewej) widać zieloną trawę, kilka skałek, kamieniołom i pomnik pamięci. W sezonie często przyjeżdżają tu wycieczki autokarowe. To miejsce na szczęscie jest chronione przed inwestycjami.
Z jednej strony przez fakt, że jest miejscem pamięci, miejscem historycznym i sprawują nad nim pieczę odpowiednie jednostki administracyjne.

Z drugiej strony na tym terenie znajduje się rezerwat przyrody nieożywionej Bonarka, o czym niewielu wie. Na terenie od ul. Wielickiej po cmentarz podgórski nie ma ani jednego budynku - są tylko ruiny, podmurówki i głębokie kamieniołomy, w których wydarzyła się niejedna tragedia.
Pomijając dane - dostępne na każdej stronie internetowej dotyczącej Płaszowa - jest to miejsce unikatowe, bo tu każdy podświadomie czuje, że powinien zachować się zgodnie z powaga miejsca i chwili. Jest tu cisza i spokój - tak dziwnie kontrastujące z wiedzą o wydarzeniach z II Wojny Światowej i z gwarnego ruchu po drugiej stronie ulicy Wielickiej.

niedziela, 30 kwietnia 2006

Wyprawa do Szwecji - Maj 2006

SPIS WIKINGÓW:


Ewa - element sprawczy całej wyprawy. Kobieta, bez której z pewnością zginęlibyśmy w ogromnym Sztokholmie, a już na pewno nocowali gdzieś pod płotem. Nasz cudowny i niezastąpiony kucharz. Głos rozsądku w ekipie.

Wiktor - bez niego nie zajechalibyśmy nigdzie. Choć kierowców mieliśmy trzech- to właśnie Wiktor woził nas po wszelkich zakamarkach Szwecji. I to właśnie Wiktor wieczorem siadał nad przewodnikiem i mapą i wymyślał. A wymyślał takie rzeczy, ze w sumie do końca nie wiem co nas powstrzymało przed wizytą za kołem podbiegunowym...

Tomasz - Razem z Ewą knuł spisek szwedzki. Razem z Ewą dzielnie dogadzal naszym żołądkom. Już w pojedynkę szkodził naszym wątrobom;)))Rewelacyjny organizator, niezastąpiony kompan. Miłośnik szwedzkich samochodów i szwedzkich kobiet. Aha, no i zapomniałabym o śluzach. Wraz z Wiktorem i Kubalką rozgryzał system parkingowy, co im się w końcu w miarę udało;)))

Kubalka - Oficjalnie dano mu na imię Łukasz, ale o tym fakcie już chyba nawet on sam nie pamięta. Szacowny prezes SKPB Łódź, na bardzo szacownym kontrakcie chwilowym w Linkoping, dzięki czemu w ogóle się do Szwecji wybraliśmy;) Uroczy gospodarz i organizator teoretycznie wolnych wieczorów. Po szwedzku nie mówi, ale dogada się z każdym (szczególnie jeśli jest to każda- w miłośników płci pięknej to nam wyprawa obrodziła, trza przyznać;))

Ziellona - Na wyjeździe czystym przypadkiem. Ale zaopatrzona w przewodnik i mapę;) czyli wieczory spędzałam na patrzeniu "gdzie by tu"- do spółki w Wiktorem przyprawialiśmy resztę ekipy o bóle głowy i nieuchronne stękanie "co wyście znów wymyślili". "Twórca" tematu wycieczki "do grobów Mormonów") Z każdego miejsca przynosiłam tony folderów i mapek, dzięki czemu na przykład byliśmy na szlaku miedzi. O poszukiwaniach fallusa już nie wspomnę...;)

niedziela, 7 lipca 2002

Dwa lata spóźnienia - Autostopem po Mazowszu

Pewnego pięknego czwartkowego (szantowego) wieczoru w Starym Porcie, Bartek z Psiej Wachty gromkim głosem zapowiedział, że w następnym tygodniu koncertu nie budiet, patamu szto chłopcy zostali zaproszeni do Giżycka na festiwal.

A ponieważ akurat miałam tygodniową przerwę między egzaminami, nie zastanawiając się długo znalazłam Giżycko na mapie. W międzyczasie na GG odezwał się Lesiu - dawno niewidziany kolega z serwisu yapowego. Spotkaliśmy się w poniedziałek w miejscu, gdzie droga łódzka trafia Piotrowską- w Rawie Mazowieckiej.
A że ja już wcześniej uknułam chytry plan zwiedzeniowy, Lesiu nie miał wyboru. Na pierwszy ogień poszedł Wyszogród...


Zbyt wolno- Drewniany most w Wyszogrodzie


Okazało się jednak, że jechaliśmy za wolno. Most rozebrano dwa lata temu... Powstał nowy, łączący dwa przeciwległe brzegi Wisły, ale nie jest to już TEN most- NAJDŁUŻSZY DREWNIANY MOST W EUROPIE (Jak wyglądał można zobaczyć tutaj). Z miejsca zrobiłam się zła niebotycznie. Pchaliśmy się tutaj żółtymi drogami, przez jakieś Wiskitki, a mostu nie ma i nie będzie... 

Z drugiej strony ten most był jedyną atrakcją i jedynym pretekstem dla turystów, jadących drogą z Płocka do Warszawy, do odwiedzenia sennego miasteczka. Wyszogród jest tak przeraźliwie senny i leniwy, że na widok dwóch objuczonych postaci nawet bury kundel nie majtnął ogonem, a szczerze wątpię, czy pchła na jego ogonie otworzyła oko...


Chcieliśmy zobaczyć choć resztki mostu i w tym celu udaliśmy się nad Wisłę. Jakaś kobieta siedząca w progu nędznie wyglądajacego domku powiedziała:
- Most jest tu, nad amfiteatrem.

Machnęła ręką w kierunku wybetonowanego placyku 3m x 3m i kilkanaście obskurnych, połamanych ławeczek na zboczu. Kawałki desek ze starego mostu ledwo trzymały się ma metalowych szynach. Wyszogrodzianie używają go jako "molo"- centrum schadzek i punkt widokowy na most. Most nowy, nowoczesny. O starym moście- najdłuższym drewnianym trakcie przez europejską rzekę- nikt już nie wspomina. 

Rozczarowanie?
Ogromne.

Jeszcze większym szokiem była dla mnie informacja, że niestety, ale w miasteczku położonym niecałe 60 kilometrów od stolicy państwa, jest jeszcze dużo domów, które nie mają wody, ani kanalizacji. 
Śmierdzące latryny to nie dziwota na wyszogrodzkiej ulicy.

- Pranie?- pyta- ano robię u teścia na rynku, tam woda jest. A na normalne potrzeby donosimy wodę wiadrami z rynku. Tam jest taki kranik.

Z kranika sączyła się brązowa-żółta ciecz...


Twierdza Modlin

Po długim tuptaniu drogą w poszukiwaniu wylotówki na Serock, która według mapy "gdzieś tu powinna być...", Leszek się zdenerwował.
- Machamy, bo mam dość.
Trafił akurat na moment, kiedy Jarek wracał do domu od dziewczyny.

- Mogę was podrzucić do Modlina. Wylotówka jest w Starym Modlinie, ale mogę was wziąć do twierdzy. 


Nawet nie popatrzyliśmy się z Leszkiem na siebie. Decyzja została podjęta. Rozłożyliśmy namiot w środku fortyfikacji z 1811 roku. Napoleon zbudował, Rosjanie przejęli, my wykorzystaliśmy. Jarek okazał się przemiłym chłopakiem, zagubionym nieco w w miejscowości stricte wojskowej, gdzie jedynymi młodymi byli chłopcy z band. Brat Jarka jest policjantem, wujek pracuje w Centralnym Urzędzie Śledczym, jako obywatel skoligacony z wymiarem sprawiedliwości nie ma w tej mieścinie znajomych. Stanowiliśmy dla niego żywą atrakcję turystyczną, symbol wolności i w ogóle cudo. Wino przywiezione przez Leszka rozluźniło atmosferę do końca. Siedzieliśmy przy blasku niemrawego ognisko długo w noc.

Nie wiem jakim cudem wstaliśmy rankiem. Czekaliśmy na Jarka dwie godziny, ale się nie doczekaliśmy. Zamiast niego przyszła wycieczka ze starym przewodnikiem, który najwyraźniej był mocno przewrażliwiony. Butelki i śmieci były już ładnie spakowane, ślad po ognisku zasłonięty trawą i jedynym śladem naszej bytności była nieco wygnieciona łąka. Przewodnik jednak najwyraźniej nas obarczał winą za napisy graffiti i poniszczone mury. Dzieciom zabroniono się odzywać do podejrzanych.

Kiedy poszliśmy do centrum Modlina, aby spisać sobie adres Jarka, Jarek właśnie wychodził z domu. Miał ponad dwie godziny wolnego. No to:
Plecaki na plecy, latarki w ręce...

Ruszyliśmy w kurs po lochach. Większość przejść została zasypana przez wojsko, bo za często odbywały się tam imprezy pijackie. Pod wpływem ciężko trafić do własnego domu, a co dopiero wyjść z lochów... Jarek znał niektóre przejścia, więc wszedłwszy w jeden korytarz, wyszliśmy z drugiej strony mieściny...

Sam Modlin jest typową wojskową miejscowością. Szare nieciekawe budynki wśród brukowanych ulic. Ostatnio pokryli je nową kostką brukową. Na koszt Niemców. Powiadają, że za to Niemcy wymogli na władzach Modlina brak oznaczenia cmentarza żydowskiego. Więcej- na tym cmentarzu nie ma ani jednej macewy. Przewodnicy oprowadzający wycieczki nawet o nim nie wspominają...

Najdłuższy rynek Europy- Pułtusk

Kolejny przystanek- PUŁTUSK. 
Szczerze mówiąc, nic ciekawego. Rozłożony na skraju Puszczy Białej, przy ujściu małej rzeczki Pełty do Narwi, w przewodnikach wyróżnia się informacją, że posiada najdłuższy, bo 400-metrowy rynek w Europie. Rynek robi wrażenie ogromne. Połowa, wraz z domem Polonii, wygląda jakby właśnie wyszedł spod ręki konserwatora. 
Druga połowa...

No cóż, na drugiej stronie rynku rozłożył się obskurny targ, żywcem wyciągnięty z czasów PRL-u. Plecaki zostawiliśmy na pobliskim komisariacie i poszliśmy do zameczku. Malutki, kiczowaty, ale pod nim jakiś starszy pan miał warsztat, w którym wyrabiał gliniane garnki z herbem Pułtuska.

Jednak Pułtusk nie zrobił na nas takiego wrażenia, abyśmy mieli zostać dłużej niż na szybkie zwiedzenie ryneczku i zjedzenie dwóch niedobrych hamburgerów. Upał trwający od początku podróży sprawił, że jednomyślnie zadecydowaliśmy zmienić trasę. Po raz kolejny zrezygnowałam z odwiedzin Tatarów pod Białymstokiem na rzecz... jeziora...

Harcerze; nie-harcerze

Łapał Leszek. 

Zdecydowanie lepiej mu szło. Każdy samochód, którym chciałam pojechać, na jedno skinienie Leszka zatrzymywał się z piskiem opon. Gdzieś za Ostrołęką zatrzymał się Ford Modeno, z przesympatycznym Pawłem w środku. Paweł jechał nad jezioro Dobskie, a że z pochodzenia, wykształcenia i powołania był harcerzem, zawiózł nas do Doby, bo tam dziko i bez turystów. Po drodze kiwnął ręką w prawą stronę
- Przejdziecie dosłownie kawałeczek tą  drogą. Na tej górce jest mauzoleum- grobowiec właścicieli tych ziem. Mauzoleum jest zniszczone, ale prowadzi tam piękna aleja drzew...

Nad jeziorem Dobskim okazało się, że są tylko dwa wejścia do wody. Jedno zajęte było przez miejscowych wędkarzy, zajmujących się bardziej alkoholem, niż rybami, a nad drugim- szerokim i wygodnym- rozłożył się obóz. Leszek, jako stary wyjadacz harcerski, podszedł do wachty.

- Czuwaj! jeżeli jest to obóz harcerski. Czy można rozmawiać z drużynowym?

10-letni może, chłopczyk zamiótł brudnymi nogami i pobiegł, wzniecając kurz na drodze. Okazało się, że jest to obóz katolicki dla dzieci z biednych rodzin śląskich. Młodzi księża nie zdecydowali się jednak na przyjęcie na teren obozu dwójki autostopowiczów. Szczerze mówiąc, słysząc to co działo się w nocy, w ogóle im się nie dziwię. Wyciągnęli jednak pomocną rękę. Obiecali nam dzbanek wrzątku i obronę w razie nocnego ataku miejscowej ludności. Rozłożyliśmy się może 200 metrów od obozu na górce. Leszek poszedł po wodę, a ja zaczęłam karczować pokrzywy. Chyba w całym moim życiu turystycznym nie rozkładałam namiotu na takiej plątaninie gałęzi, krzaków i chwastów. Takie schowanie pomogło nam w nocy, kiedy zaczęła się codzienna impreza miejscowych chuliganów. Bluzgi, jakie biegły w kierunku obozu, mogły hipopotama wyprowadzić z równowagi. 

"Urocze" kucharki...

Zgodnie z zapowiedziami w TVN, słońce wywlokło nas rankiem z namiotu. Spoceni i brudni, po Wyszogrodzie i Pułtusku, wleźliśmy na teren obozu i od razu podeszliśmy do jego serca- namiotu kuchennego. Dwie Ślązaczki obierały ziemniaki. Poprosiliśmy o wrzątek.

Zanim zdążyłam wyciągnąć z plecaka herbatę, woda w menażkach nabrała koloru brązowawego. Wczoraj w nich była kaszka i zupka... Kucharki uderzyły w krzyk.
- Trzeba było powiedzieć, ze chcecie herbatę. Proszę to wylać!!!!

- Ale...

- Nie ma ale! Proszę to wylać!!!

Dostaliśmy herbatę z cukrem i kanapki. Przy czym nie zostały nam wręczone z tradycyjnym turystycznym zdaniem "zostało nam ze śniadania, jak chcecie to możecie zjeść", tylko Panie walnęły talerzem z kanapkami o stół i powiedziały podniesionym głosem

- Proszę to zjeść!!!

Full service! Ale nad jezioro nas nie puściły, bo nie było księdza kapelana...

Piękna Aleja Drzew

Grzeszne ciałka zamoczyliśmy w wodzie dopiero po godzinie marszu przez pola. Orzeźwiająca kąpiel przywróciła nam przytomność umysłu. W porę przypomnieliśmy sobie o mauzoleum.

Skręciliśmy w dróżkę w las i z miejsca zaczęliśmy oganiać się od gzów. Cięły z podziwu godnym zapałem. <br />Idziemy i idziemy. <br />Idziemy i idziemy. Mijamy tabliczkę "Zakaz wstępu" i idziemy dalej. Mauzoleum nie ma. Po prawej jeziorko. Ukryte w lesie, z rzęsą na powierzchni. Z zielonej łąki wystają suche kikuty.

- Może skręcimy? Ono miało być na górce.

Półtorej godziny chodziliśmy po lesie. Przełażąc przez młodniki, ocierając się o pnie sosen. Spacer był piękny, ale mauzoleum jak nie było, tak nie ma.<br />

- Kasiek, wracamy. Nie ma go. Może się Pawłowi coś pomyliło, a może skręciliśmy nie w tą ścieżkę.
Kiedy byliśmy trzysta metrów od asfaltu, Leszek nagle powiedział
- Kasia, a to nie to?

Oganiając się od gzów, nie zauważyliśmy zielonego sklepienia lip. Aleja rzeczywiście okazała się przepiękna, natomiast samo mauzoleum kompletnie zrujnowane. Brak dachu, poobijane ściany. Niezbyt pocieszający widok. 

"Dziki" półwysep Fuleda

Szliśmy po asfalcie do Kamionek z pieśnią na ustach. Nie jest to żadna przenośnia. Uczepiła się nas szanta "Zrobię małe baby Juliannie" i całą drogę płoszyliśmy zające i inną zwierzynę swoim wyciem. Nie wychodziła nam z głów, aż do półwyspu Fuleda. To Leszek wynalazł na mapie ten "dziki półwysep". 

Na nocleg wybraliśmy krzaki na końcu półwyspu. Ale okazało się, że to jednak Mazury. Pani, do której poszliśmy po wodę, suchym głosem powiadomiła nas, że to jest teren prywatny, należy do jej syna i nie ma tu miejsca na dwójkę włóczykijów. Mało tego: Do brzegu dobili żeglarze z małym woreczkiem śmieci. Po długich bojach pani pozwoliła im wyrzucić go do PRYWATNEGO kontenera. Nie lubimy się pchać tam, gdzie nas nie chcą. Wróciliśmy więc do Kamionek, gdzie w ramach odreagowania poszliśmy do knajpy. 

Kuba, Michał i dziewczyny

Kilka godzin siedzieliśmy w towarzystwie Kuby i Michała oraz dwóch dziewczyn. Towarzystwo okazało się przemiłe, w całości pochodziło z Jeleniej Góry, a Kuba studiował kulturoznawstwo w Warszawie. Zaczęło się robić ciemno. Dziewczęta zmęczone i upojone mocnym piwem poszły do domu, to znaczy do namiotu, a chłopcy zostali jeszcze z nami.

W końcu, mocno po północy zameldowaliśmy się z Leszkiem w krzakach za przystankiem. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze zasnąć, kiedy wrócił do nas Kuba.

- nie widzieliście może plecaka? Tam była cała nasza forsa na wyjazd i dokumenty...

Na całe szczęście rzucił mi się w oczy jeszcze za jasności. Umówiliśmy się na ewentualne widzenie na szantach w Giżycku.

Pół roku później stojąc na podwórku budynku Etnologii, gdzie właśnie rozpoczęłam studia, podszedł do mnie facet i powiedział 
- hej, nie masz może papierosa dla starego znajomego? Nie musiałam się obracać, wiedziałam, że to Kuba... 

Wrocław-  wrzesień'2002 

NASZA TRASA AUTOSTOPOWO-PIESZA:
Kraków- Częstochowa- Piotrków Trybunalski- Rawa Mazowiecka- Mszczonów- Żyrardów- Sochaczew- Wyszogród- Zakroczym- Nowy Dwór Mazowiecki- Kikoły- Serock- Pułtusk- Różan-  Ostrołęka- Myszyniec- Ruciane Nida- Mikołajki- Ryn-  Giżycko- Doba- Dziwiszewo- Kamionki- Fuleda- Fuledzki Róg- Fuleda- Guty- Kamionki- Guty- Giżycko.