Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opolszczyzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opolszczyzna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu-Bierkowicach

  Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu to jedyne muzeum na wolnym powietrzu w województwie Opolskiem i jedno z czterech tego rodzaju, położonych w historycznych granicach Śląska.


Jeden z ładniejszych skansenów na trasie MUWITu.
Utworzono tu 8 zagród z regionu oleskiego i opolskiego.

Zdecydowana większość obiektów prezentuje zrębową konstrukcję ścian. Przy ogrodzony płotami żerdziowymi domach założono ogródki kwiatowo- ziołowe i warzywne. Na polach uprawia się proso, pasternak, proso i grykę. Skansen niewątpliwie żyje- mieliśmy przyjemność obserwować jak kładziono strzechę.


U kowala w kuźni mój tata dostał zagadkę techniczną. Dzieci sobie może z tą  zagadką radzą- pan inżynier poległ:)

Dla mnie to miejsce ma szczególne znaczenie, bo po latach spotkałam tam mojego wspaniałego opiekuna praktyk w Pstrążnej- pana dra Euzebiusza Gila, kompletnie niestereotypowego, kochanego, uroczego opiekuna i wyśmienitego specjalistę, maniaka i pasjonata..

Pracownicy oprowadzają po obiektach- jak wiadomo ludzie są  różni, dlatego polecam następujących przewodników:

pani Lodzia - opiekun w chałupie gbura. Dość duża wiedza, umiejętność przekazania i przede wszystkim uśmiech. Przeurocza i bardzo kompetentna pani.

Mój prywatny profesor- Euzebiusz Gil- opiekun młyna. Bez komentarza- jeśli odpowiednio zagadacie możliwe ze nie wyjdziecie z młyna przed zmrokiem.

Pan Kowal o nieznanym imieniu, ale widoczny na zdjęciach. Tak unikatowy, że nie sposób go pomylić z nikim innym. Fachowiec. Pasjonat. Idealny do przekazywania wiedzy zarówno dzieciom jak i dorosłym.





SAD na Opolszczyźnie

 


Jednym z charakterystycznych elementów wiejskiego pejzażu Opolszczyzny są drewniane kościoły. Z ogólnej liczby 65 (w większości zrębowych, ale również szkieletowych i konstrukcji mieszanej – z elementami murowanymi) największe ich skupisko występuje w północnej części województwa.




Kościoły są najstarszymi zabytkami budownictwa drewnianego. Uważa się że w połowie XIV w. Na Śląsku było ok. 100 murowanych kościołów i blisko 670 drewnianych. Te proporcje z biegiem czasu przesuwały się na korzyść kościołów murowanych, i na przełomie XVII/XVIII w. ilość drewnianych świątyń zmniejszyła się do ok. 500. Dane liczbowe z Górnego Śląska ukazują, że w 1870 było tam ok. 200 drewnianych kościołów, a kilkadziesiąt lat później, na przełomie XIX i XX w – 154. Najstarsze zachowane do dziś, to konstrukcje dopiero XVI- wieczne.



  • Baldwinowice, pow. Namysłów (prezbiterium i zakrystia murowane z cegły przed 1414 r.),
  • Bąków, pow. Kluczbork (z XVI- wiecznymi polichromiami i tryptykiem z 2.poł XIV w.),
  • Bierdzany, pow. Opole (z XVIII- wieczną polichromią, znaną jako Śmierć Bierdzańska),
  • Brzezinki, pow. Kluczbork (z oryginalnym drewnianym ogrodzeniem z bramą cmentarną),
  • Jakubowice, pow. Kluczbork,
  • Krzyżowice, pow. Brzeg (z XV- wiecznym murowanym prezbiterium),
  • Lasowice Wielkie, pow. Kluczbork,
  • Maciejów, pow. Kluczbork,
  • Miechowa, pow. Kluczbork,
  • Nasale, pow. Kluczbork (translokowany w 1936 r. ze Zdziechowic bez odbudowania wieży), - Update: Kościół niestety doszczętnie spłonął... (info: 2017)

  • Obórki
Kościół pw. św. Piotra i Pawła, obecnie kościół polskokatolicki , należy do szlaku polichromii brzeskich. Zbudowany został w XVI w. Uwagę przykuwa różnorodność materiału budowlanego: drewniana nawa, prezbiterium konstrukcji szkieletowej, drewniana wieża z 1775 r. z baniastym hełmem oraz wspaniały dach kryty gontem. We wnętrzu zauważyć można drewniany, polichromowany strop z XVII w.


  • Olesno (kościół wzniesiony w 1518 r. i rozbudowany w 1668 r. o system pięciu kaplic),
  • Kościół odpustowy św. Anny z 1518 r., rozbudowany w 1668-70 r. Na rzucie gwiazdy z pięcioma kaplicami. Interesujący przykład kościoła pątniczego i jeden z najciekawszych kościołów drewnianych no Śląsku. Bogaty barokowy wystrój wnętrza z XVII i XVIII w.
  • Proślice, pow. Kluczbork,
  • Przewóz, pow. Kędzierzyn- Koźle (przeniesiony w 1936 r. z Gierałtowic),
  • Sowczyce, pow. Olesno (translokowany w 1917 r. z Łomnicy),
  • Uszyce, pow. Olesno
  • Wierzbie, pow. Olesno,
  • Zimna Wódka, pow. Strzelce Opolskie.
Kościoły spoza szlaku:


  • Chocianowice - Kościół pogrzebowy Narodzenia NMP z 1662 r. Wyposażenie wnętrza barokowe.
  • Czarnowąsy - Kościół odpustowy św. Anny z 1687 r., otoczony podcieniami (sobotami). Wystrój wnętrza barokowy. Kościółek spalił się w 2005 roku, podjęta została decyzja o jego odbudowie.
  • Dobrzeń Wielki - Kościół odpustowy św. Rocha z 1658 r. otoczony podcieniami. Wyposażenie wnętrza barokowe.</li><br /><li>
  • Kolanowice - Kościół św. Barbary, z 1678 r., no obecnym miejscu od 1810 r. (pierwotnie za murami Opola), otoczony podcieniami. Wyposażenie wnętrza barokowe.
  • Lasowice Małe - Kościół Wniebowzięcia NMP z 1688 r. Ołtarze i wyposażenie wnętrza barokowe.
  • Laskowice - Kościół cmentarny św. Wawrzyńca z 1686 r. częściowo otoczony podcieniami. Wewnątrz barokowy ołtarz z poł. XVII w.
  • Stare Olesno - Kościół Marii Magdaleny z 1680 r. gruntownie odnowiony w latach 1955-59. Wewnątrz XVII- wieczny obraz Matki Boskiej. 
  • Wędrynia - Kościół św. Jana Chrzciciela z przełomu XVII i XVIII w. odnowiony w 1959 r., wieża dobudowana w 1818 r. Wystrój wnętrza późnobarokowy z XVIII w. 

czwartek, 16 kwietnia 2020

Kozia Szyja pod Górą Chrobrego // The goat's neck under Chrobry Mount


Mało które śląskie miasteczko wygrało los na loterii. I żadne tak go nie zlekceważyło.

Leżące na nizinach miasta wydawały kolosalne pieniądze na stworzenie systemu wodociągowego, widocznego dziś w formie zapomnianych wieży ciśnień. Brak dużych połaci lasów nie dostarczał budulca, który trzeba było ściągać z innych regionów. Inaczej rzecz się miała z Głuchołazami...

Rynek w Głuchołazach - przed rewitalizacją.
Choć dokumenty datują powstanie miasta na połowę  XII wieku, to legenda miejscowa wspomina, iż już w czasie najazdu Mongołów w 1241 r. istniał tu mały gródek, który bronił się nadspodziewanie długo. Wg dokumentów hordy tatarskie omijały jednak miasteczko, które powstało najprawdopodobniej w celu ochrony już istniejących kopalni złota.

Dziś mało znane, leżące na pograniczu, niemal zapomniane, trochę depresjogenne, miasteczko przez wieki całe było jednym z najważniejszych śląskich miast. Odpowiedź na pytanie dlaczego ta sytuacja nie trwa do dziś, zahacza już o politykę i socjologię i wykracza poza ramy tego artykułu – prawdą jednak jest że począwszy od sprowadzonych w XII wieku wysoko wykwalifikowanych frankońskich górników, a na pracownikach uzdrowiska kończąc, Głuchołazianie zawsze potrafili sobie radzić i wyciągnąć z atutów miasta profity.

Szlak Złotych Górników
Wszystko zaczęło się w XII wieku, kiedy odkryto tu złoża złota. Zawieruchy historyczne nie oszczędziły miasta i rozkwit nastąpił dopiero w XVI wieku. Wtedy właśnie powstało najwięcej płuczek, szybów i sztolni wraz ze słynną Sztolnią Trzech Króli, gdzie znaleziono największe samorodki (1,3 i 1,7 kg) dziś znajdujące się w muzeum w Wiedniu.

Szczególny czas  dla miasta to jednak wiek XIX. Wiek, który przyniósł Głuchołazom światową sławę dzięki... rękawiczkom, guzikom i paście do butów. Równolegle do rozwoju przemysłu, przyszła moda na jeżdżenie "do wód". Choć Vincent Priessnitz rozpoczął swoją uzdrowiskową działalność dopiero w XIX wieku, w Głuchołazach już od XVII wieku działało uzdrowisko. Sprowadzeni przez arcyksięcia austriackiego i wrocławskiego biskupa Karola Ferdynanda, jezuici otwarli tu już w XVI wieku dom zdrojowy "Leśny Dwór" (Waldhof) dla braci zakonnych. Wtedy było jednak jeszcze za wcześnie na wykorzystanie naturalnych walorów, przede wszystkim specyficznego mikroklimatu: powietrza  przesyconego olejkami żywicznymi i eterycznymi, wyrównanej temperatury i braku skoków ciśnienia, jak również ogromnych połaci lasów na Górze Parkowej – dotychczas  drzewo użytkowano tylko w celach budulcowych i opałowych. Góra Chrobrego zaś była wykorzystywana jako poligon doświadczalny dla górnictwa złota, nigdy nie znaleziono tu dużych ilości cennego kruszcu.

Trzy wieki później, kiedy w pobliskim Jeseniku rozpoczął swą działalność Vincent Priessnitz, zwany wodnym doktorem, Głuchołazy wykorzystały jedyną w swoim rodzaju szansę. Szybko powstające domy zdrojowe zaopatrywano w wodę, zbieraną do dużego zbiornika, skąd rozprowadzana była rurami. Dzięki naturalnemu spadkowi nie było potrzeby budowania wieży ciśnień, stąd był to najtańszy system wodociągowy na Śląsku.

W głuchołaskich sanatoriach, bo tak je trzeba nazwać, wykorzystywano ciekawą metodę: zawijanie w prześcieradła i polewanie wodą z różnymi składnikami.
W końcu dostrzeżono dobrobyt górujący nad miastem – dodatki pochodziły głównie z tego lasu. Były to więc borowiny, wywary z igliwia leśnego, miazga drzewna, którą  pozyskiwano w pobliskiej papierni z wysokogórskiego świerku podczas  szlifowania w temperaturze 60 stopni C.

Po pierwszej Wojnie Światowej sanatoria przekształcono w domy wczasowe. Moda na jeżdżenie do wód przeminęła, wody spływające z Góry parkowej okazały się niewystarczająco zmineralizowane. Wydawać by się mogło, że historia głuchołaskiego uzdrowiska się skończyła. A ona się dopiero zaczęła...

Fontanna Amorek w Głuchołazach Zdrój
Historia medycyny poznała miasto od strony płuc. Na początku XX wieku gruźlica dziesiątkowała ludność, a właśnie w Głuchołazach rozwinęło się tego typu lecznictwo. Opracowano tez rewelacyjną metodę naświetlania krtani promieniami słonecznymi. Polegała na tym, że pacjent siedział z otwartymi ustami tyłem do słońca, przed nim stało lustro, które odbijając słoneczne światło nagrzewały krtań.

To był świetlany okres historii Głuchołaz. O kuracjuszy i turystów dbano tutaj wyjątkowo – organizowano przejażdżki dorożkami, wycieczki na Kopę Biskupią, gdzie już w 1890 roku powstała pierwsza drewniana wieża widokowa, organizowano wycieczki do Podlesia, powstał nawet basen z podgrzewaną wodą, z którego wypompowywano wodę, co było zupełną nowością na odkrytych kąpieliskach. Plotka głosi, że w basenie tym ćwiczyli niemieccy reprezentanci na igrzyska olimpijskie. Inna plotka mówi iż był to prezent Adolfa Hitlera dla Ewy Braun. Powstało również niewielkie kąpielisko w Pokrzywnej (czynne do dzisiaj) – przed wojną popularność jego była tak wielka, ze każdemu 10 tysięcznemu turyście wręczano zegarek, a w czasie letnich dni uroczystość taka odbywała się co tydzień!

Jak to się więc stało, że dziś Głuchołazy są  zapomnianym miasteczkiem, jednym z licznych punktów na mapie? Mieszkańcy zgodnie obwiniają władze, jednakże zarząd miasta od czasów Drugiej Wojny Światowej kilkunastokrotnie się zmieniał. Wydaje się, iż można obwinić za to autorkę sukcesu – Górę Parkową. Wyczerpały się bowiem zmineralizowane wody spływające z jej zbocza, do tego jednostronna specjalizacja w leczeniu gruźlicy, która w wieku XXI nie jest już plagą. I najważniejsza sprawa: jednoosobowe działanie.

Ponieważ młodzi ludzie wyjeżdżają na studia lub za granicę i już nie wracają, na rozwój przemysłu w Głuchołazach i okolicy nie ma co liczyć. W tym momencie trzeba postawić na turystykę- zwłaszcza że Euroregion Pradziad jest skłonny przeznaczyć ogromne fundusze na rozwój turystyki w mega regionie.

Ruiny schroniska na Górze Chrobrego
Dopóki jednak nie będzie współpracy między Głuchołazami, a miejscowościami podgórskimi, na rozwój nie ma co liczyć. Władze miasta nie dostrzegają ani Pokrzywnej ani Jarnołtówka, a głównie tam przyjeżdżają turyści. Właściciele ośrodków nie są  rdzennymi mieszkańcami, więc "nie warto o nich dbać", na ich głosy w kolejnych wyborach nie można liczyć. Wszystkie imprezy lokalne odbywają się więc w Głuchołazach i żadna informacja o nich nie przedostaje się do ośrodków. W związku z tym na imprezy głównie przychodzą rdzenni mieszkańcy.
Dlaczego będąc w Ośrodku Mieszko w Pokrzywnej codziennie dostawałam oferty imprez organizowanych w Złotym Stoku, skansenie w Opolu czy Srebrnej Górze, a o festiwalu Kropka w Głuchołazach dowiedziałam się od kolegów z Łodzi?

Głuchołazy w czasach dzisiejszych stanowią atrakcję jedynie w połączeniu z Górami Opawskimi – warto tu postawić na turystykę. Zbudować aquapark czy centrum fitness- zwłaszcza że fundusze są już przyznane. Dopracować informację turystyczną. Przypatrzmy się naszym sąsiadom – mają dużo mniej atrakcji turystycznych do zaoferowania, a informacja turystyczna, aż cieknie po kamieniach ruin zamków.

Głuchołazianie zawsze potrafili sobie radzić – czemu dziś panuje tu stagnacja i depresja? Czemu dziś nie potrafimy zadbać o turystów, czemu nie potrafimy ich przyciągnąć?


Wrzesień'2008- Głuchołazy

Bibliografia: 
- Brygier Waldemar- Przewodnik: Góry Opawskie, Zlatohorska Vrhovina, wyd. Galileos
- Lachur Czesław- Opolszczyzna. miejsca i ludzie, Kępa 2008
- Rocznik Głuchołaski 2008

- Morawsko Śląskie Sudeckie Towarzystwo Górskie 1881-1945

piątek, 9 grudnia 2016

Gdzie jest Lucia ???


Po ostatnim pobycie w Głuchołazach (miesiąc temu) postanowiłam aktualizować przewodnik po tym mieście i jego okolicach. Przewodnik jest aktualizowany cały czas, ale nasunęły mi się... hmmm... psiemyślenia i postanowiłam je upublicznić w tym oto poście :)


Od ostatniego pobytu w 2008 roku, zmieniło się dość dużo, chociaż nie zmieniło się nic. 

Dalej jest to małe, przygraniczne miasteczko, które czasy świetności ma dawno za sobą. 
Wciąż jest to miasto ludzi starszych, chociaż istnieją tu aż trzy szkoły - w tym szkoła muzyczna. 
Jest to również miasto ludzi schorowanych - w promieniu dwóch kilometrów są tu aż trzy szpitale i liczne sanatoria - zresztą, to akurat nie powinno dziwić - Głuchołazy bowiem były znane jako centrum leczenia gruźlicy (to właśnie tutaj przeprowadzono pierwsze, skuteczne naświetlania krtani. Metoda naświetlania, rzeklibyśmy dzisiaj, była nieco drastyczna, ale skuteczna...)
Nadal w malutkich sklepikach ceny przyprawiają o "odwrotny zawrót głowy"...

pamiętam, jak we wspomnianym 2008 roku postanowiłam zaszaleć... Wzięłam całe miesięczne wynagrodzenie i ruszyłam NA ZAKUPY z zamiarem wydania WSZYSTKIEGO. Weszłam do absolutnie WSZYSTKICH sklepów w Głuchołazach, wzięłam z wieszaków i półek ABSOLUTNIE WSZYSTKO co mi się podobało i w efekcie kupiłam WSZYSTKO co na mnie pasowało. Wydałam wówczas dużo  mniej niż połowę pensji, wyszłam z pięcioma pełnymi siatami i plecakiem (również pełnym), a kolega Adam - pogranicznik z Konradowa - niósł za mną jeszcze dwa pudła butów. 
Nie piszę tego po to, aby się pochwalić jak ja wiele zarabiałam - tylko aby Wam uzmysłowić niski koszt zakupowy tamże. W odległym o niecałe 20 km Prudniku wydałabym "na bidę" dwie pensje i to zakładając, że kupowałabym to samo. Bo w Prudniku jednak i sklepów jest więcej i wybór większy. 

Głuchołaskie sklepiki, do których wciąż czuję nieuzasadniony niczym, potężny sentyment..., są raczej w typie "szwarc, mydło i powidło" niż w typie galerii handlowych, ale ceny zbijają z nóg. Do tego jakość, która nie odbiega od zachodnich marek - z wszystkich rzeczy, które wówczas nabyłam, zdecydowaną większość posiadam do dzisiaj i wcale nie wyglądają na bardzo znoszone...

Co się w takim razie zmieniło?
Rynek się zmienił, mili Państwo. 
Niedawno Głuchołazy dostały unijną dotację, wykonano rewitalizację rynku i ulic przyległych. W efekcie zabytkowe kamieniczki, wieża bramy głównej oraz fragmenty murów obronnych prezentują się co najmniej nieźle. Nie jest to atrakcja turystyczna na miarę Wieliczki czy Bambergu, ale widać metrykę miasta, widać wkład ludzi i - podkreślę to z całą stanowczością - Głuchołazy bardzo zyskały na remoncie centrum. Myślę, że porównanie do niewielkich, niemieckich miasteczek (dziś zadbanych i wyremontowanych) nie będzie w żaden sposób naciągnięciem.

Ludzie się nie zmienili, na szczęście. Wciąż są cudownie plotkarscy i małomiasteczkowi - dokładnie tacy, jak powinni być w tym miejscu. (o tym za chwilę, i zapewne już w innym poście:))

Zmieniła się również mapa gastronomiczna, jeżeli można się tak szumnie wyrazić. 
We wspomnianym 2008 roku, pracując w Pokrzywnej i wynajmując maleńkie mieszkanko na osiedlu Tysiąclecia, nie miałam wielkich możliwości przygotowywania wypasionych obiadów;) Z przyjemnością zatem zrzuciłam ten przykry obowiązek na personel restauracyjno-knajpiano-hotelowy. Stołowałam się wówczas w przesympatycznej knajpce, noszącej nazwę "pizzeria Lucia". Były ich dwie - jedna Lucia w Głuchołazach, druga, bliźniacza, w Nysie przy stacji benzynowej. Napisałam wówczas tak:

Dobre jedzenie. Ogromny wybór. Przesympatyczna obsługa:) Tu szczególny ukłon dla Pana Przemka, który doskonale wie na co klient ma ochotę, choć klient sam jeszcze nie wie;) I oczywiście dla ekipy dowożącej jedzenie do domu w trybie oszałamiająco szybkim. I wielkie dzięki dla Pań w kuchni- na brokuły zapiekane z serem i pomidorami będę chyba przyjeżdżać specjalnie z Krakowa. 

I tak bardzo pamiętałam te brokuły zapiekane z serem i pomidorami, że, przyjechawszy 8 lat później pierwsze kroki (drugie, bo pierwsze poszły na osiedle;))) skierowałam w stronę przejścia granicznego w Mikulasovicach, bo przy głównej drodze oważ pizzeria się znajdowała...
I walnęło mnie jak obuchem...  - niby wiem, że scena gastronomiczna zmienia się wszędzie. Niby wiem, że knajpy otwierają się i zamykają. Mieszkam w Krakowie - żywotność restauracji liczy się tutaj raczej w miesiącach, niż w latach... I w sumie mogłam się tego spodziewać... 
Pizzeria Lucia została zamknięta dwa lata temu...
I nie jest dziwne to, że została zamknięta. 
Dziwna jest moja reakcja - straciłam w tym momencie taką "głuchołaską pewność" - może to kretyńsko zabrzmi, ale brokuły zapiekane z serem i pomidorami stanowiły stały, niezmienny punkt w planie wizyty w Głuchołazach. Przemknęło mi przez myśl "Jak to? co ja będę jeść - jakby jedzenie stanowiło immanentną część mojego jestestwa i jakby w Głuchołazach nie było, co najmniej, kilku miejsc godnych polecenia... - Gdzie jest LUCIA, gdzie MOJE brokuły, gdzie panie z kuchni??? Co jest, do cholery! Tak się nie robi!".
Może niekoniecznie świat mi się zawalił, ale mojemu żołądkowi na pewno...

Jednak, jako, że żołądek nigdy nie miał u mnie większego prawa głosu... poszłam poszukać restauracji "Mały Orient". Wówczas (osiem lat temu) mawiano o tym miejscu CHINA TOWN - i chyba (podkreślę słowo: chyba) ta nazwa była główną, a Mały Orient był tylko dodatkiem. Głowy sobie urwać za to nie dam, ale takie wrażenie mam... 

China Town- Mały Orient - nazwa nieco mylna, bo w menu są też pierogi ruskie, ale JAKIE!!! z ręką na sercu: takich pierogów i tak pięknie podanych nie jadłam jeszcze nigdzie! Miłośnicy kuchni orientalnej znajdą tu bogate menu, ale także Ci, którym ta kuchnia nie za bardzo podchodzi, znajdą dania kuchni polskiej. U Pana Sylwestra Matyji można też organizować kameralne imprezy okolicznościowe.
Dojazd jest dość prosty- należy pojechać w kierunku granicy w Konradowie. 500 m za torami kolejowymi (jadąc od centrum) skręcamy w prawo (przed przystankiem- jest znak na China town), kolejne 50 m i skręt w lewo przed skupiskiem sklepów (tu Eko i Market  też jest kierunkowskaz), jedziemy za brukowaną drogą parkingową 30 m i w prawo. Jedziemy do końca i po prawej stronie przy parkingu znajduje się właśnie restauracja China Town. 

Niejako w międzyczasie natknęłam się na pizzerię / kawiarnię, która ponoć w tym miejscu istnieje od 20 lat... O ile pamiętam dobrze, znajduje się przy ulicy Batorego, a przynajmniej na którejś z ulic odchodzących od Rynku... Nie znałam jej wcześniej, ale wstąpiłam, bo miałam ochotę na reklamowaną gorącą czekoladę. Mnie - centusia Krakowskiego -przekonała cena CZTERY złote. Ludzie dobrzy - tyle kosztuje bilet parkingowy (a właśnie -w Głuchołazach jest strefa parkingowa płatna, ale obejmuje jedynie ścisłe centrum). Czekolada akurat się skończyła, więc skusiłam się latte w tej samej cenie. To ze nie dostałam zawału z wrażenia, można spokojnie nazwać cudem...

Będąc tu tydzień później ze Sławkiem - znajomym z pobytu rehabilitacyjnego - długo szukaliśmy miejsca, gdzie można coś zjeść. Informacje, które uzyskaliśmy od pana na ulicy brzmiały tak: jest burgerownia dla turystów przy wieży (i widać, że dla turystów, bo elewacja owej burgerowni niczym nie różniła się od krakowskich, londyńskich, wrocławskich- nawet czcionkę mieli podobną....), są też - powiada dalej ten pan - dwie pizzerie. Tu blisko Adrenalina, wchodzi sie przez bramę i na podwórko. A druga przy Biedronce, tylko trzeba przejść między garażami i wejść w podziemia. 

Zdecydowaliśmy się na Adrenalinę, bo była blisko (jakby w Głuchołazach było gdziekolwiek daleko...). I był to strzał w dziesiątkę - pizza dobra, dodatków multum, obsługa miła i dużo miejscowych, co wybitnie dobrze świadczy o lokalu - czyli dokładnie tak jak lubię. Zatem - chociaż to nie Lucia - to jednak warte polecenia.

Niemniej jednak, żaden z lokali wymienionych powyżej, "nie kupił mnie" tak, jak osiem lat temu Lucia... Przez głowę przeleciała mi arcyidiotyczna myśl, że skoro Lucię zamknęli, to już nic nie ma w tych Głuchołazach... Bez sensu i w ogóle jakoś idiotycznie...
Druga - równie kretyńska w brzmieniu - myśl brzmiała... "no to chodźmy do Zdroju - co prawda turystyczne miejsce, ale kawiarnia pod Amorkiem chyba będzie czynna. To ostatnia głuchołaska ostoja... Jeśli nie, to świat się kończy..."

Kawiarnia pod Amorkiem była czynna - co prawda zmieniło się menu. i wystrój chyba też (na plus), ale grzane wino i urocza obsługa przekonało mnie do tego lokalu, chociaż wszelkie lokale tutaj są nastawione li i tylko na turystów i kuracjuszy. No, ale taka specyfika miejsca...



W miejscu, gdzie wówczas stał Amorek (czyli fontanna pod Amorkiem) jest sama fontanna, a Amorek został przesunięty w bok jakieś pięć metrów. Wiem, że różnica żadna, ale te pięć metrów - podobnie jak wspomniana LUCIA - dobitnie mi pokazało, jak to miejsce się zmieniło (choć nadal jest takie jak było) i jak bardzo te - jak to mawia moja siostra - zapyziałe Głuchołazy zwyczajnie lubię...

I kiedy już byłam pewna, że po zamknięciu Lucii, miejsca do których warto wracać w Głuchołazach, po prostu się skończyły... pojawił się ON.
Mały psiur rasy jakiś tam terrier - przeuroczy, przefajny i w ogole prze... okazało się, iż ten skaczący całuśnik (bo przecież jasnym jest, że wyściskaliśmy się z piesem na środku placyku - "pod Amorkiem" zobowiązuje :)) ma na końcu smyczy właściciela, któryż to właściciel polecił mi naleśnikarnię na rogu. 
Naleśnikarnia (Miód Malina) znajduje się w miejscu, w którym niegdyś znajdował się sklep pod Amorkiem, jedyny sklep, z wyjątkiem dyskontów, który otwarty był w niedziele, a i normalne godziny pracy miał wydłużone do 22.00 - kurort zobowiązuje... 

I wiecie co...? Po stracie Lucii (tak myśleć o jakiejś knajpie to chyba lekko dziwne jest...) znalazłam drugie miejsce, dla którego warto zboczyć z trasy, a nawet nadłożyć drogi. Brakowało takiego miejsca pod Górą Chrobrego. Już nie brakuje, chociaż... ceny nie są głuchołaskie, to trzeba przyznać. Ale ostatecznie... dla takich naleśników i takiego towarzystwa warto zapłacić cenę pół-prudnicką :)

=======================================================================

W sieci: linkownia






niedziela, 13 listopada 2016

Gwoździany - kościół drewniany

Kościół w Gwoździanach - opis pochodzi z geocaching.com


Kościół Nawiedzenia NPM w Kościeliskach wzmiankowany był już w 1394 r. Do naszych czasów przetrwała budowla z 1576r. Przekształcono go w XVII/XVIII wieku i odnowiono w 1878 r.
Kiedy w 1947r. ukończono w Kościeliskach nowy kościół parafialny, do którego przeniesiono wyposażenie ze starego, drewniany kościół zaczął stopniowo niszczeć. Po uzyskaniu zgody władz, przystąpiono w 1976 roku do rozbiórki kościoła w Kościeliskach następnie zinwentaryzowane i ponumerowane elementy drewnianej konstrukcji przewieziono na nowe miejsce w Gwoździanach. Nie są znane nazwiska budowniczych kościoła z 1576 roku, wiadomo jednak kto po 400 latach rekonstruował kosciół. Całością robót pod nadzorem konserwatora zabytków kierował mistrz ciesielski Paweł Lorenc, zaś budowę prowadzili m.in. Roman Ząjonc, Teodor Botor, Piotr Pawołka, Karol Szczygieł i Karol Polok przy aktywnym udziale wszystkich mieszkańców wsi. Kościółek stojący dawniej w Kościeliskach na wzgórzu, w nowym miejscu również ustawiono na wzniesieniu. Pod kościołem znajdują się sale katechetyczne, zamaskowane od zewnątrz piękną zielenią.
Świątynię odtworzono w sposób prawie doskonały tak, że stanowi ona w dalszym ciągu wysokiej klasy obiekt zabytkowy. Minister Kultury i Sztuki w 1982r. wyróżnił parafię w Gwoździanach w konkursie na najlepszego użytkownika obiektu zabytkowego nagrodą II stopnia. O starej świątyni wiemy, że była ona kościołem orientowanym, konstrukcji zrębowej na pomurowaniu z kamienia. Wieża, stanowiąca samodzielny element konstrukcyjny, została zbudowana w XVII bądź XVIII wieku. Protokół kanoniczny wrocławskiej Kurii z 1679 roku stwierdza m.in., że kościół w Kościeliskach był pod opieką ojców Augustynów z Olesna, posiadał sześć okien, dwoje drzwi, ołtarz z pomalowanych desek, „chorus”, małe organy i małą drewnianą zakrystię. Kościółek jest także wymieniony w protokóle kanonicznym z 1687 roku, w którym miejscowość nosi nazwę Kosteletz vulgo Kościeliska. W protokóle czytamy m.in.
„…kościół nie konserwowany, ołtarz nakryty obrusem, organy sprawne, w drewnianej zakrystii komoda, ambona ozdobiona…”  
Dzisiejszy kościółek, stojący w Gwoździanach od 1978 roku jest konstrukcyjnie wiernym obrazem dawnej świątyni, choć oryginalnymi częściami z dawnego kościoła są tylko belka nad drzwiami wejściowymi z datą 1576 oraz dwa krzyże znajdujące się na wieżach kościoła. Parafia dba jednak o to, by współczesne wyposażenie nie stanowiło dysharmonii z drewnianym, chociaż nieco innym od dawnego wnętrzem kościoła. Świadczą o tym rzeźbione w drewnie przez nie żyjącego już artystę z Rybnika Masorza stacje drogi krzyżowej, drewniany posoborowy ołtarz poświęcony Matce Bożej, figury świętych oraz rzeźbiona drewniana chrzcielnica.
Kościół pod wezwaniem Narodzenia NMP w Gwoździanach poświęcony został dnia 26 maja 1979r. przez Ordynariusza Diecezji Opolskiej ks. biskupa Alfonsa Nosolla. Do 1985r. stanowił on filię parafii Św. Marii Magdaleny w Dobrodzieniu, zaś od 1986r. jest kościołem nowo utworzonej parafii w Gwoździanach, w której od początku proboszczem jest ks. Henryk Kensy, który swoją funkcję sprawuje do dnia dzisiejszego a jego codzienne starania sprawiają, że parafia z dnia na dzień staje się piękniejsza.
(ze strony www.gwoździany.pl)

zobacz również:
Architektura drewniana na Górnym Śląsku

czwartek, 3 listopada 2016

Na nielegalu w Piorunkowicach...

Lubimy opuszczone miejsca, choć - przyznaję - wchodzenie na teren lekko (bądź bardzo) niebezpieczny wywołuje u mnie stres.... co i tak nie zmienia faktu, że dalej to lubię. A chciałabym, a boję się. Tym razem jechałam z Maćkiem - eksploratorem mega sort... 

Podejrzewałam, że Piorunkowice padną u naszych stóp.
No ale ludzi Ci była masa - tłoczyli się, przejeżdżali, chodzili... 
Odpuściliśmy. 
Pałac oglądnęliśmy jedynie z zewnątrz. 

Chwilę później byliśmy już w Gryżowie, gdzie PONOĆ zachowały się resztki założenia zamkowego (zachowały się, choć na mapach ich nie ma). Wracając - kiedy już było ciemno - przypuściliśmy atak na Piorunkowice ponownie. Kłopot polegał na tym, że posiadaliśmy jedną latarkę (bo ja się wybierałam na pizzę do Głuchołaz:) a nie łazić po ruinach - nauczka na przyszłość: ZAWSZE miej ze sobą sprzęt...), a na samym końcu zoczyliśmy borsuka - pierwszy raz w życiu widziałam borsuka...

Wróćmy do Piorunkowic... 

Istnieje obawa, że pomyliły nam się wejścia - inaczej rzecz ujmując: chcieliśmy wejść do środka, ale o keszyku nawet nie marzyłam (Maciek do dziś był non-keszerem). Zamurowane okna, wejścia zakratowane i ja - z uszkodzoną nogą... Kiedy Maciek był już w środku powiedział "Ty... tu są schody na górę". 
Noga nie noga... przelazłam (jeśli ktoś nas obserwował musiał mieć niezły ubaw...) Środek jest zaniedbany, ruiniasty, choć wyraźnie było tu coś robione. Zaskoczyła mnie wielkość zamku i ilość pomieszczeń. Z zewnątrz sprawia wrażenie dużo mniejszego...
Po pół godzinie zwiedzania wnętrza doszliśmy do wniosku, że może jednak znajdziemy tego kesza. W tym celu przeczytaliśmy w końcu hinta... 
I tu nastąpił zonk - gdzie ten balkon? 

Mamy go!
W pomieszczeniu z balkonem
Wspinaczka na komin - może tam?
Od środka jest niewidoczny:) 
Ciemno jest, jedna latarka słabo świeci itd itd... 
Znalezienie kesza zaskoczyło mnie tak bardzo, że po prostu nie znajduję słów:)
Co więcej znalazł go fizycznie Maciek, który za Chiny Ludowe nie wiedział czego szuka - szukaj skrytki. Ukryta intuicyjnie.To była jedyna podpowiedz jaką dostał.
===============================================

Kapka informacji ze strony opecaching.pl

Pałac w Piorunkowicach zbudowali w XVII lub XVIII w. przedstawiciele rodziny von Mettich.
Przebudowany w 1820 r. w stylu klasycystycznym.
Po drugiej wojnie światowej pałac użytkowała miejscowa stadnina koni, a od lat siedemdziesiątych XX w. Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna. Do 1989 r. pałac był w dobrym stanie technicznym, potem doprowadzony do ruiny. Budynek jest własnością prywatną jednak nie jest ogrodzony ani zabezpieczony przed wejściem. Właściciel nie wykazuje żadnego zainteresowania jego losem. Do dawnej rezydencji przylegają resztki zdewastowanego parku krajobrazowego

=======================================
Znalezione w sieci:





piątek, 31 października 2014

Przecław z Pogorzeli - biskup wrocławski

Przecław z Pogorzeli, Preczlaw von Pogarell (ur. 5 maja ok. 1310 r., zm. w nocy z 5 na 6 kwietnia 1376 r. w Otmuchowie), śląski duchowny katolickibiskup wrocławski w latach 1342-1376.
/tekst i zdjęcie nagrobka pochodzi z Wikipedii/

Przecław z Pogorzeli pochodził z rodu panów z Pogorzeli. Był synem Bogusza z Michałowa i Pogorzeli, wiązany również z Owiesnem kołoDzierżoniowa. Miał starsze rodzeństwo: Henryka, Boguszkę i Mirzana oraz młodszego brata Guntera. Po raz pierwszy został wymieniony 14 kwietnia 1329 r. jako kanonik wrocławski. Po 29 lipca 1336 r. wyjechał na studia do Bolonii. 5 maja 1341 r. kapituła wybrała go na biskupa jako kandydata popieranego przez Luksemburgów, a wbrew naciskom polskim. Z powodu sprzeciwu arcybiskupa gnieźnieńskiego Janisława musiał osobiście pojechać do Awinionu po zatwierdzenie papieskie. Bulla konfirmacyjna została wydana w Awinionie 28 stycznia 1342 r., 17 marca 1342 r. także w Awinionie Przecław został wyświęcony na biskupa.
Przecław z Pogorzeli jako biskup wrocławski wspierał politykę Luksemburgów. Otworzył zamki biskupie wojskom czeskim, a króla Jana Luksemburskiego zwolnił od kar kościelnych. Za jego pontyfikatu Karol IV zatwierdził wszystkie przywileje nadane kościołowi wrocławskiemu od czasów Henryka Brodatego oraz przyrzekł bronić praw, swobód i mienia osób duchownych. Zwrócił też zamek milicki, który biskup przekazał później kapitule katedralnej. 
W okresie jego panowania doszło w kościele św. Wojciecha do pojednania biskupa z wrocławską radą miejską. Przeciwstawił się jednak dyplomacji luksemburskiej, która usiłowała włączyć biskupstwo wrocławskie do nowo utworzonej metropolii w Pradze
Od księcia Bolesława III kupił w 1344 r. Grodków
W latach następnych nabył kilka zamków między innymi w Paczkowie, powiększając obszar księstwa biskupiego. W 1358 r. został zmuszony do zakupu zamku w Žulovej. W celu zebrania niezbędnych do tego celu środków sprzedał kasztelanię milicką księciu oleśnickiemu Konradowi I. Nie szczędził wydatków na wyposażenie i przyozdobienie wrocławskiej katedry. Dziełem biskupa Przecława było ukończenie budowy gotyckiej katedry oraz wzniesienie od strony wschodniej Kaplicy Mariackiej. W diecezji biskup wprowadził świętośw. Jadwigi. W Nysie ufundował dwa przytułki: św. Józefa dla mężczyzn i św. Barbary dla kobiet. Za jego rządów na terenie diecezji wrocławskiej osiedlili się karmelicikartuzi i paulini, którzy przyczyniali się swoją pracą do podniesienia poziomu życia religijnego wśród wiernych. W Brzegu książę Ludwik I ufundował w 1368 r. kolegiatę św. Jadwigi przy kaplicy zamkowej, a jego brat, Wacław I założył w 1354 r. w Legnicy kolegiatę Bożego Grobu. Wspólnie zaś założyli w Legnicy klasztor dla benedyktynek w 1348 r. W listopadzie 1351 r. we Wrocławiu spotkali sięcesarz Karol IV Luksemburski i Kazimierz Wielki. Na pamiątkę tego spotkania został wzniesiony kościół św. StanisławaWacława i Doroty, przy którym Karol IV dał początek klasztorowiaugustianów-eremitów.
Czas rządów Przecława z Pogorzeli to w historiografii kościelnej „złoty wiek” biskupstwa wrocławskiego. Biskup został pochowany w Kaplicy Mariackiej, przy katedrze wrocławskiej, gdzie znajduje się jego marmurowy sarkofag.

=======================================================
Pogorzela

Miejscowość została wymieniona w zlatynizowanej, staropolskiej formie Pogrella w łacińskim dokumencie wydanym w 1273 roku w Pogorzeli. 
Według rejestru Narodowego Instytutu Dziedzictwa na listę zabytków wpisane są[2]:

  • kościół par. pw. Najśw. Serca Jezusa, z poł. XIV w., XVII w., XVIII w., z zachowanymi freskami
  • szkoła, z pocz. XIX w.
  • zajazd, z XIX w., nie istnieje
  • dom nr 77, z 1845 r.
  • dom nr 78, z poł. XIX w.
  • dom nr 92, z poł. XIX w.
  • dom nr 93, z 1833 r.
  • dawna kuźnia, z 1836 r.

czwartek, 13 listopada 2008

Opolszczyzna miała swój Biskupin / In Opole district there was a hillfort like Biskupin

Jest niemal pewne, że na terenie dzisiejszej Opolszczyzny istniało przed niespełna trzema tysiącami lat grodzisko wielkości Biskupina.

[EN] It is almost sure that 3000 years ago in nowadays Opole district there was a hillfort like Biskupin.

Na jego ślad natrafił Franc Zalewski, który wyszedł z córeczką na spacer po Woskowicach Małych, miejscowości tuż przy granicy Opolszczyzny z woj. wielkopolskim. W oko wpadł mu przypadkowo leżący przy drodze kamień. Jak to geolog, obejrzał go ze wszystkich stron dokładnie i ze zdumieniem stwierdził, że to tatrzański granit.- Jak granit z Tatr przywędrował do Woskowic Małych?- zastanowił się, targając bryłę ze sobą. Było to dwa lata temu.

Odtąd szukał dalej. Kamieni przybywało i to z różnymi śladami ludzkiej obróbki. Jeden wypolerowany, inny ze śladami wiercenia, jeszcze dwa ze sobą spojone. Największy waży ok. 50 kg. 

- Skoro komuś się chciało wieźć tyle kilometrów kamienie, to może znaczyć tylko jedno: że było tu jakieś centrum kulturowe- uznał. 

Po konsultacji z kolegami geologami oraz profesorem krakowskiej AGH, u którego kończy właśnie doktorat, oszacował, że kamienie ludzka ręka obrabiała przed prawie trzema tysiącami lat (ok. 900 lat p.n.e.). Zalewski wie, co mówi, bo jest inżynierem, skończył też historię, a obecnie na co dzień bada piramidy - konkretnie bloki, z których są wykonane, oraz ślady ich obróbki.

Swymi domniemaniami zaciekawił jednak przede wszystkim kolegę archeologa z Krakowa, który zajmuje się tym okresem dziejów. Zaczęli razem szukać.

Tu znajdowano już skarby 

Ale nawet od najstarszych mieszkańców wsi niewiele się dowiedzieli, bo to ludność napływowa, nieznająca tak dobrze historii tych ziem. Zaczęli więc szperać w archiwum we Wrocławiu. I okazało się, że przed wojną ludzie wyKopali w tym miejscu trzy skarby.- Naszyjniki z brązu, naramienniki, wiadra etruskie, tzw. cysty- opowiada archeolog Radosław Czerniak.- Z przedwojennych zapisków wynika, że znaleźli coś na kształt wazy, wysypali jej zawartość i wzięli ją do domu, by służyła za doniczkę. Na szczęście temu, co wysypali, przyjrzał się miejscowy nauczyciel historii, dzięki czemu cenną biżuterię w ogóle odkryto. Niestety, kiedy Niemcy się wycofywali z Wrocławia (bo było to w tamtejszym muzeum), zabrali wszystko- dorzuca Zalewski.

Okazuje się, że takie skarby datowano na 600 lat p.n.e., pochodzą z okresu wczesnego brązu, zwanego fachowo halsztat C.- Takie skupiska skarbów występowały tylko przy grodziskach, i to sporych takich, jak np. w Biskupinie- mówią obaj poszukiwacze.

Przyglądali się wielokrotnie terenowi i przekonują, że nawet z jego ułożenia wynika, gdzie mogło być wejście do grodziska.

Okazało się ponadto, że już raz- w 1997 roku- naukowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego przymierzali się do poszukiwań prastarej budowli.- Ale zakończyli na badaniach powierzchniowych, bo nic nie znaleźli. Tyle że pomylili Woskowice Małe z Woskowicami Górnymi- opowiadają poszukiwacze.

Przekonują, że szybko trzeba do poszukiwań powrócić, bo sprzęt rolniczy czy czerpanie w tym miejscu piasku (a i wysypywanie śmieci) znaleziska uszkadzają.- Na jednym z okazałych kamieni już były cztery ślady pługa. Ludzie nieświadomi zbierają cenne kamienie i układają na skalniakach, a wybierając piasek, znajdują części ceramiki i je wyrzucają. Więc im szybciej przystąpimy do wyKopalisk, tym lepiej- zaznacza Zalewski.

Uważa, że w miejscu znalezienia pooranego kamienia trzeba ustawić jedno ze stanowisk archeologicznych, bo ewidentnie jest on oderwaną częścią większej budowli. 

Szukają pieniędzy, by szukać grodu 

Franc i Radek uzyskali już pozytywne opinie od opolskiego i kaliskiego konserwatora zabytków (jako że teren leży na styku ich rejonów działania). Uniwersytet Jagielloński zapewnił opiekę naukową, którą  pokieruje prof. Jan Chochorowski. Prace wyKopaliskowe będzie prowadzić firma Czerniaka In Stu (łac. "na miejscu"), jak archeolodzy określają wyKopalisko znalezione w miejscu, w którym zostało pozostawione.

Wystąpili o dofinansowanie prac rozpoznawczych do opolskiego wojewody, przekonując go, że przecież dzięki odkryćiu będzie głośno o regionie.- Będź wystawy, naukowe prelekcje o tym, co zostanie odkryte. To się naprawdę opłaci- wyliczają Zalewski i Czerniak, dodając, że wszystko, co zostanie znalezione, trafi do opolskiego muzeum.

- Wystartowaliśmy też w konkursie Ministerstwa Kultury, które ma pieniądze na ochronę zabytków archeologicznych. Ubiegamy się o 50 tys. zł. Konkurs ma się rozstrzygnąć w ciągu dwóch miesięcy. Kiedy tylko będą pieniądze, zaczniemy badać teren- zapewniają obaj poszukiwacze.

Muszą wykonać zdjęcia lotnicze terenu (cztery razy w różnych sezonach), następnie czekają ich badania geologiczne i geofizyczne (magnetyzm itp.), które dadzą odpowiedź, co jest pod ziemią.

- Jak tylko potwierdzą się nasze przypuszczenia, to wbijamy łopaty- zapowiadają.

Autor: Joanna Pszoń / Gazeta Wyborcza

środa, 5 listopada 2008

Najdziksze zakątki Lasu Prudnickiego / The wildest nooks of Prudnik woodland

Najdziksze zakątki Lasu Prudnickiego, drewniane przeprawy przez zabagnione dolinki i górskie strumienie to prawdopodobnie główne atrakcje nowego szlaku pieszego, który już niedługo zostanie wytyczony.


Szlak, najprawdopodobniej żółty (czerwony i niebieski już są ) będzie niemalże obwodnicą Lasu Prudnickiego, ponieważ poprowadzony zostanie wokół całego tego kompleksu. Inicjatorami jego wytyczenia są  prudniccy turyści z Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, którzy po zrealizowaniu udanego projektu Szlaku Historycznego Lasów Królewskiego Miasta Prudnika (niebieski) postanowili stworzyć nowe trasy. Okazja ku temu jest znakomita, ponieważ Gmina Prudnik przyjęła program rozwoju turystyki na swoim terenie, którego jednym z priorytetów jest tworzenie nowych szlaków. 

Zgodnie ze sztuką znakowania szlaków trasa rozpocznie się w miejscu o łatwiej dostępności komunikacyjnej, za jaką uchodzi – przynajmniej na razie – dworzec kolejowy. Stąd szlak poprowadzony zostanie ul. Nyską, Pl. Wolności i ul. są dową, obok dworca autobusowego na plac przy altance, gdzie krzyżują się ze sobą szlaki: czerwony i niebieski. Ideą turystów jest stworzenie właśnie w tym miejscu głównego węzła szlaków turystycznych w Prudniku. Dalej szlak poprowadzony zostanie przez byłe koszary (obok nowej tablicy pamiątkowej i "Domu Weselnego" oferującego noclegi) i Osiedle Zacisze (obok basenu kąpielowego i hotelu "Oaza"). Gmina planuje na terenie koszar utworzenie nowego hotelu, dzięki czemu szlak zyska na swojej trasie kolejny punkt noclegowy. 

Z Prudnika tzw. żwirówką szlak dotrze do łąki. Tam, przy ul. Jana Pawła II znajdować się będzie szlak dojściowy do zamku Mettichów. W łące trasa "zaliczy" sąsiedztwo gospodarstwa agroturystycznego i Szopki Bożonarodzeniowej pana Trybuły. Trupina z pięknymi widokami to kolejny punkt trasy, po drodze turyści będą mieli okazję odkrywać ślady dawnego traktu z Wrocławia do Ołomuńca. Na stokach Trupiny znajdować się będzie kolejne odbicie od szlaku do bobrowiska. Na razie z uwagi na brak wyznaczonego miejsca do obserwacji bobrów szlak nie będzie obejmował tej atrakcji. 

W Wieszczynie kończyć się będzie polna część szlaku. Odtąd, niemal aż do Trzebiny trasa prowadzić będzie lasem. We wsi znajdować się będzie schronisko gminy, stąd szlak będzie dodatkową propozycją wędrówek dla osób tutaj nocujących. Atrakcją są  również tutejsze stawy, choć możliwość ich wykorzystania zależy już od ich właściciela. Również tutaj ma się znaleźć przejście graniczne i lokalna droga transgraniczna między Wieszczyną a Jindřichovem. 

Tymczasem szlak prowadzi aż do granicy i stąd wzdłuż słupków wiedzie na wschód. Początkowy odcinek to niemal "dżungla" poprzecinana mokradłami. Ten zdawałoby się minus szlaku być może stanie się jedną a atrakcji trasy. Turyści chcą tu bowiem odtworzyć kładkę dla pieszych, którą  zapewne przed laty ustawili tu żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza, a która jest w tej chwili w bardzo złym stanie. Na szlaku będą znajdowały się jeszcze co najmniej dwa miejsca, gdzie należałoby ustawić mostki podobne do tego, który znajduje się w dolinie Bystrego Potoku w Pokrzywnej. 

Szlak wzdłuż granicy jest bardzo malowniczy, roztaczają się stąd widoki na Czechy, łatwo tu spotkać zwierzynę. Z Wróblika będzie można zejść do miejsca, gdzie rozbił się amerykański samolot podczas  II wojny światowej. Niezwykle uroczo w zimie, a także wiosną i wczesną jesienią wygląda Dolina Marii w południowo-wschodniej części Lasu Prudnickiego. Zalety tego miejsca, gdzie Graniczny Potok wije się zakolami docenili już przedwojenni turyści, którzy temu miejscu nadali nazwę (właśnie Dolina Marii) i poprowadzili tędy szlak. Problem w tym, że droga wiodąca dnem dolinki jest podmokła, na dodatek trwa tam wycinka drzew, stąd poprowadzenie tamtędy szlaku byłoby możliwe jedynie w przypadku utwardzenia drogi, bądź położenia kładek w newralgicznych miejscach. 

Jeśli będzie to niemożliwe to turyści zrezygnują z doliny i poprowadzą szlak powyżej. Trasa kończyć się będzie w Trzebinie przy przystanku autobusowym obok ruin dworu Kotulińskich. Docelowo szlak nie będzie się tutaj kończyć, ponieważ w następnym etapie PTTK-owcy chcą go przedłużyć aż po Dytmarów, Krzyżkowice, a być może nawet Racławice Śląskie. Ideą tego działania jest poprowadzenie pierwszego szlaku pieszego w Lesie Trzebińskim. W Trzebinie dodatkową atrakcją szlaku będzie możliwość zwiedzenia prywatnego muzeum Tadeusza Kucharskiego. 

Artykuł pochodzi z NaszeSudety.pl

Aktualizacja:
Szlak jak wskazują tablice informacyjne, już został wytyczony. Czy jest dziki i nieprzebyty? Ha - trzeba sprawdzić :)