Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacery z psem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacery z psem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Czarownica ubija masło... polana Bania [Zawadka]

Dzisiejszy spacer "z piesami" miał na celu grzybobranie. Jako, że grzybów nie było (ot kilka kozaków i jeden maluteńki pociec) podeszłam z Zuzką na Banię, gdzie niegdyś ulokowałam jedną ze geoskrytek. Sprawdzić, czy skrzynka ma się dobrze. 
Skrzynka ma się dobrze - z tej okazji opiszę Wam polanę Bania, którą najlepiej scharakteryzował geokeszer Krjomi: 
"Czarownic nie ma, ale i tak jest... niesamowicie..."





Zachodnia część została niegdyś sklasyfikowana jako torfowisko przejściowe, datowane na 12500 lat. Na polanę często przychodzą zwierzęta szukające wodopoju - polana jest bowiem nieco podmokła. Rośnie tu m.in skrzyp wielki - roślina znajdująca się pod ochroną. 



Teren torfowiska porośnięty jest roślinami wodno- i wilgociolubnymi. Oczka wodne zamieszkane są przez kumaki oraz traszki (karpacką i górską). Często tworzy się tutaj okresowy stawek o średnicy kilku metrów. Pozostała część polany jest systematycznie koszona (a przynajmniej powinna).

Jeśli przyjdziecie tu o świcie macie szansę podziwiać sarenki, koziołki i inną zwierzynę przychodzącą do wodopoju (w innych godzinach również, ale o świcie jest na to największa szansa).

Jeśli natomiast przyjdziecie w księżycową noc... nie zdziwcie się, jeśli usłyszycie ponure, jednostajne uderzenia (dość głośne). Lud miejscowy twierdzi, że to czarownica ubija masło...
Inna legenda również związana jest z czarownicą, a właściwie czarownicami, pilnującymi dawnych sztolni i skarbów w nich ukrytych (konkretnie beczce pieniędzy, ukrytą przez zachłannych górników. Górnicy owi zajęci gromadzeniem pieniędzy zapomnieli o wzmacnianiu chodników wskutek czego kopalnie się zawaliły i powstało obniżenie terenu, które zarosło - jest to ponoć dzisiejsza Bania. Jednakże ta legenda znana jest tylko z publikacji. Natomiast o czarownicy ubijającej masło mówi każdy kilkuletni Zawadczanin....:)







wtorek, 1 kwietnia 2014

Chodzenie bez szlaku kończy się... jak zwykle

Tekst pochodzi z bloga emigracyjnego http://muwit-na-emigracji.blogspot.co.uk/

 

Polskie chodzenie bez szlaków jest jednak łatwiejsze...
Teoretycznie wszędzie tutaj biegą foothpathy. To właściwie chodzenie bez szlaku, bo footpathy nie mają ani przygotowanej nawierzchni, ani specjalnego oznaczenia. Ot scieżka, po której można iść. Ścieżka wydeptana przez ludzi - mniejszych lub większych turystów.
I byłoby tak pięknie, gdyby footpath nie zniknął nam w polach.

Chciałam pójść na spacer nieco inaczej - wybrałam kierunek: pola. Byliśmy tam wcześniej, tylko wówczas pańcia Angusa zawiozła nas tam samochodem. Dziś pokonywaliśmy ta drogę pieszo. Znalazłam mostek przechodzący na drugą stronę autostrady - po drugiej stronie bowiem znajdowały się upragnione pola. No i foothpath nagle się zdematerializował. Chociaż nie do końca. Footpath biegł nadal, tylko w kierunku słabo nam odpowiadającym (oznaczenie też pozostawiało wiele do życzenia - widocznie mało kto tędy chodzi). Wkopaliśmy się zatem w orne pole, gdzie bażanty i kuropatwy uciekały Angusowi sprzed pyska.
Nadrobiliśmy jakieś 1000 metrów usiłując znaleźć wyjście z pola, w które weszliśmy, nie mogąc wyjść.
Drugi etap był znacznie gorszy - pobiegaliśmy po polach, Angus znalazł kolegów, ja nie znalazłam keszyków - i już wracaliśmy (do domu mając jakies 3 km)... No i wkopalismy się w mostek.

Wychodząc z domu oznaczyłam sobie przejścia przez autostradę. Nad drogą najczęściej przechodzi mostek dla pieszych i lokalnego ruchu samochodowego. Czasem droga lokalna biegnie pod autostradą. Wyczaiłam na mapie drugi mostek, którym mieliśmy przejść. Widziałam go nawet w rzeczywistości. Z tym, że wejście NA mostek zajęło nam bitą godzinę. Na mapie jest, w rzeczywistości jest. Tylko że dojście na mostek i zejście z mostka jest obrośnięte hasiorami. Po takich hasiorach to ja jeszcze nie chodziłam. Może kiedyś... ale to było kilka metrów!
Hasiory biegły środkiem, a po bokach zadziwiająco dobrze trzymające się płotki drewniane. Prawdopodobnie pozostały one z czasów, kiedy mostek był używany. 
Problem polegał też w wielkości mojego towarzysza - ja bym ten płotek pięć razy przeskoczyła, Zuzka i Fisiek przelazłyby dołem, ale Angus się nie mieścił. Znaleźliśmy w końcu dziurę w płocie i zeszliśmy z cholernego mosteczka.
I już się wydawało, że najgorsze za nami. A ono się dopiero zaczęło.
Byliśmy na polach. Prywatnych.
Przez które mogliśmy sobie łazić do oporu - opór stanowiła zamknięta brama.
Zawróciliśmy.
Poszliśmy drugim polem. Też mogliśmy łazić do oporu - opór nastąpił jak powyżej.
Wokół cholernego pola rozciągnięty był drut kolczasty, siatka stanowiąca zabezpieczenie, aby owce nie wyłaziły. A naokoło tarnina - pierońsko koląca.

Po pół godzinie łażenia w kółko Macieju, postanowiliśmy z Angusem pójść rzeką. No fajnie, tylko rzeka ma dno muliste i cholera wie, jak daleko wpadnę, że już nie wspomnę o psie, który teoretycznie pływac umie, ale chyba nie w mule!
W końcu udało się znaleźć wyjście z sytuacji - owce, pasące się obok, odgrodzone były jedynie krzakami tarniny, a obydwoje z Angusem już wprawiliśmy sie w łażeniu po tych krzakach.
Pomyślałam, że jeżeli teraz ta brama okaże się zamknięta, to biorę Angusa na ręce i przeskakujemy płot.
Jak chciałam to zrobić, skoro Angus waży na bidę 35 kilogramów? Nie wiem - ale już mi było wszystko jedno. Zwłaszcza, że czwarta wybiła, a dziewczyny z biura o czwartej właśnie wychodzą do domu. Jezeli nie zdążymy, to albo będą czekać, albo zostawią biuro i dom otwarte na przestrzał. Ani jedno, ani drugie rozwiązanie jakoś mi nie przypadło do gustu.

Na polu z owieczkami stał Landrover - miałam szczęście: w landroverze siedział facet. Zapukałam grzecznie w okienko, powiadomiłam go, że znalazłam się tu przez przypadek, idąc przez mosteczek (jaki mosteczek? ten????) i nie wiem jak wyjść. Czy z przeproszeniem mógłby nas wypuścić?
Pan okazał się przemiłym starszym panem, który pilnował sobie jagniąt, bo to młode i głupie. Angus usiłował zaczepiać a to pana, a to owieczki. Na szczęście był już mocno zmęczony, więc podskakiwał właściwie z poczucia obowiązku, niż z rzetelnej chęci zabawy.

Do domu dotarliśmy na styk. Dziewczyny właśnie zamykały biuro...

piątek, 28 marca 2014

Pies - najlepszy przyjaciel człowieka

Angus w rozlewiskach nad jeziorem w Sevenoaks.

"O  tym, czy jesteśmy ludźmi, decyduje nasz stosunek do zwierząt" 
 mawiała moja ukochana pisarka, Joanna Chmielewska
(cały tekst p. Joanny o psach, dostępny jest tutaj:
http://ciekawe.onet.pl/pies/artykuly/o-psach-z-joanna-chmielewska,2,4953193,artykul.html


Brytyjczycy zatem mają pełne prawo mianować się ludźmi. W hrabstwie Kent, gdzie aktualnie przebywam, co najmniej 70% psów spotykanych na ulicy to tzw. "rescue dogs". Oczywiście nie oznacza to, że psów rasowych tu nie ma. Są. Ale bardzo popularny obrazek to pies rasowy, za którym tupie mały kundelasek. Nie ma też nic dziwnego w całych stadach chodzących ulicami - całe stado obejmuje trzy sztuki najczęściej. Często też widać młode mamy z wózkami dziecięcymi i z dwoma niewielkimi psami na smyczy. 

W parkach wyznaczone są specjalne miejsca, gdzie pies może się wygonić. Taki teren jest ogrodzony, ale nie zamknięty na kłódkę. W pozostałej części parku (mówimy tu o parku miejskim) psy mają być UNDER CONTROLL, gdyż jest to park, z którego korzystają dzieci. Nikt nie mówi o konieczności wzięcia psa na smycz. Twoja sprawa jak kontrolujesz swojego psa.  

Za niesprzątanie po swoim psie - o czym informuje każda tabliczka w parku - maksymalna  kara wynosi 1000 funtów. (Spotkałam się też z tabliczkami informujacymi o karze wynoszącej 100 funtów. Jeszcze nie wiem, czym spowodowana jest różnica). I nie ma mowy o tym, że "ja, panie władzo, nie wiedziałam". Napisane jest? Jest. Każdy w tym kraju umie czytać? Umie. No to nie ma tematu - 1000 funtów i bez wymówek.

Są jednakże miejsca, gdzie psy muszą być na smyczy - są to miejsca obfitujące w zwierzynę leśną, na przykład jelenie. Ale też nikt nie mówi o zakazie wprowadzania psów (jak w Tatrach), tylko o konieczności używania smyczy. Jedyne miejsce, do którego psów wprowadzać nie wolno, to rezerwat dzikiego ptactwa. To też jest logiczne - w miejscu, w którym kaczek, łabędzi, czapli i perkozów jest od nakićkania i ciut, ciut... w miejscu, w którym dzikie gęsi chodzą po ścieżkach o pół kroku przed odwiedzającymi... w miejscu, w którym zające mają norki, a w nich młode, o pół kroku od ścieżki... niewprowadzanie psów jest absolutnie i w stu procentach zrozumiałe.

Na razie przynajmniej, w kwestii psów, nie spotkałam się z żadnym nielogicznym zwyczajem. To miłe.

środa, 26 marca 2014

Oto Angus

Oto Angus.
Angus - jak widać na zdjęciach - jest mądrym psem rasy Golden Retriever.  Ma dziewięć miesięcy i, co za tym idzie, jest niezwykle zabawowy. Podstawowa komenda, której Angus za nic nie rozumie, jest "don't jump" - to znaczy rozumie, tylko nie stosuje. Każdy człowiek idący po ulicy zasługuje, w jego mniemaniu, na buziaka. Każdy, kto tylko wykaże jakiekolwiek zainteresowanie (a trudno nie wykazać, bo piękność nieziemska z Angusa aż bije) prawdopodobnie chce się bawić - więc z bara go! a jak nie z bara, to z wszystkich czterech łap! Możliwie ubłoconych, bo przecież niemożliwe, żeby człowiek, mając do dyspozycji tak nieprawdopodobną ilość błota, chciał, tak sam z siebie, być czystym...
Angus - jak widać na zdjęciach - należy do psów taplających się. Im więcej błota - tym pies szczęśliwszy. 

niedziela, 23 lutego 2014

Wyhasać haskiego - czyli: sisi-kupa z Szeklą w Karniowicach


Sobotnie, mgliste popołudnie. Pogoda średnia na jeża. No, ale pies się domaga... Wsiedliśmy zatem w Sienkę i pomknęliśmy (hasło nieco na wyrost) w kierunku dolinek. Michał tam się niegdyś wspinał, więc zdecydowanie bardziej kręcą go skałki, niż górecki pt Beskid Myślenicki. A że psu jest obojętne skąd harata patysie....
Założenie było proste "gdzieś za Modlniczką skręcimy". Ale mnie, w międzyczasie, przypomniały się Górki Karniowickie, gdzie jeździliśmy na spacery z tatą, tam - skąd Truśka wynosiła poroże jeleni.
Trafiłam bez pudła.


Początkowo trasa biegła prostą drogą, nieubłoconą. Po spotkaniu przeuroczej husky, która biegała tam z panem swym (właśnie tak - to ona biegała z nim, a nie on z nią) i była wybitnie zainteresowana Szeklunią (Szeklunia nią mniej:))) trasa sama wybrała się w dół, w kierunku dolinki Kobylańskiej. Husky ciągnąc za sobą pana, pobiegła w kierunku Bolechowickiej.

Pogoda? Średnia. Mglisto, chłodno, bez rewelacji.
Światło? - Brak.
Ludzie? BRAK, BRAK , BRAK - I to był największy plus dodatni wizyty w Kobylańskiej poza sezonem i w dzień daleko odbiegający od hasła "ładny weekend".
Podczas zejścia do głównej części doliny, trafił się keszyk:) - podjęty bez żadnych problemów - tak na osłodę po brzydkiej pogodzie.

W dolince zaczęło się już ściemniać, więc zaczęliśmy się piąć pod górę, w kierunku samochodu.
Mapy co prawda nie mieliśmy (Michał spędził tam ćwierć życia i zna te tereny, a ja mam GPS-a). Niemniej jednak, trochę pobłądziliśmy - to znaczy nie pobłądziliśmy, tylko pragnąc iść na skróty dotarliśmy do bocznej dolinki, dochodzącej do Karniowickiej od wschodniej strony. Nie mieliśmy pojęcia o jej istnieniu.
Nie chciało nam się schodzić po ostrym zboczu i wyłazić z powrotem na górę, więc lekki powrót i "pójdziemy po mojemu". Co mnie cieszy, to to, że pomimo wszystko orientacji w terenie nie straciłam zupełnie, a przynajmniej nie tak bardzo jak mi się wydawało.
Do samochodu dotarliśmy po ciemku (to już chyba tradycja, gdziekolwiek i z kimkolwiek nie jadę, nie ma innej możliwości - wracamy po ciemku).



niedziela, 25 kwietnia 2010

Diabeł ogonem nakrył

Wybraliśmy się z moimi chłopakami na poszukiwanie Diabelskiego Kamienia. Adaś twierdzi, że Diabeł go ogonem nakrył i przeniósł. Ja twierdzę, że zgubiłam żółty szlak:) Co jest normą:)

Tak czy tak zrobiliśmy trasę ogromną, jak na siedmioletnie nóżki. Z Zawadki przez Pękalówkę i powrót przez rolę "U Muchy"i "Uboce" - na okrętkę jakieś 6-7 km...

niedziela, 4 kwietnia 2010

Obserwatorium na Lubomirze


W niedzielne przedpołudnie, wybraliśmy się na Kudłacze i dalej czerwonym szlakiem, do obserwatorium na Lubomirze. Mój niezastąpiony pies, oczywiste, znalazł błocko nawet na tak suchej trasie. Trasa nieciekawa - są raptem trzy miejsca warte postoju - jest to schronisko na Kudłaczach, polana Przygoleź z widokiem na Wiśniową i Poznachowice oraz odbudowane obserwatorium na Lubomirze.

Mam mieszane uczucia.

Primo - Kudłacze. Z tego małego przysiółka zrobiła się wioska letniskowa i centrum agroturystyki. Na każdej chałupie wisi reklama "noclegi", są parkingi, powstaje wielki hotel? motel? centrum konferencyjne? Co by nie powiedzieć - to właściwie dobrze... zawsze chciałam zeby te tereny też były znane, niekoniecznie moze jak Zakopane, ale zeby mieszkańcy mieli z czego żyć, a turyści mieli alternatywę dla zatłoczonych tatrzańskich ścieżek. Z drugiej strony - coś bezpowrotnie uleciało, czegoś nie ma...

Secundo - Lubomir - wielki szacun. Nikt się nie spodziewał ze Węglówka da radę w tak krótkim czasie odbudować obserwatorium - tak ważne dla polskiej astronomii (odkryto tu pierwszą polską kometę, obserwowano zjawisko zielonego płomienia). Węglówka dała radę. Ale co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło - obserwatorium zostało wybudowane prawie tam gdzie było przed wojną. Jednakże zostawiono schodki do poprzedniego pawilonu lunet (spalonego w czasie wojny przez Niemców)

Tertio: widok z polany przy szczycie Trzy Kopce - prześliczny. Co prawda było trochę zamglone, a my mieliśmy tylko aparat, to jednak Grześkowi (po wielu minutach patrywania się w obiektyw, mapę i wypatrywania masztu na Dziale) udało się zlokalizować dom Staszka i Heńka, czy Władka i Stefka:) - w każdym razie domy w których i obok których spędzał wakacje niemal ćwierć wieku temu. Na następny dzień pojechaliśmy przez Wisniową i Poznachowice zeby zweryfikować dane wypatrzone ze szczytu.

sobota, 20 marca 2010

Dolinka Mnikowska

To się właśnie nazywa spacer:)
Piękna pogoda, "kwiaty czuć, ptaki drą ryje" - jak mawiał Kamol w skeczu o Amorze w parku, na ulice wyjechali rowerzyści... no to zapakowałam sukę mą - Szeklę - w pogromcę szos (fabrycznie zwanego lanosem) i ruszyłyśmy w nieznane.

O kurcze, ale nieznane... Prawdą jest, że chociaż mieszkam w Krakowie od lat.. nie powiem ilu, bo wstyd, uroki Krakowa omijałam, cały czas pchając się w kierunku wsi i gór. Od wielu lat siedziała mi w głowie dolinka Mnikowska. No i w końcu pojechałyśmy.

Idealne miejsce na wyskoczenie na krótki spacerek, idealne miejsce na tzw "sikundę" dla psa, bo wyhasać się tu nie ma za bardzo możliwości, idealne miejsce na spacer z wózkiem (choć asfaltu nie ma, ale droga biegnie po płaskim, wzdłuż potoku)
Od wlotu dolinki do przystanku PKS w Mnikowie jest zaledwie 2,2 km - cała trasa, tam i z powrotem, zajęła mi nieco ponad godzinę. Spacerowiczów można spotkać tylko przez pierwsze kilkaset metrów - do kapliczki na skale, potem... cisza głucha. No, niedokładnie...

Ptaki naprawdę drą ryje:) wiosny stricte jeszcze nie widać, ale już ją czuć. W smaku powietrza, w zapachu wody i w dotyku wiatru na twarzy. Już jest wiosna.