Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WYPRAWY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WYPRAWY. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2019

Urlop geokeszera... - Lesvos, bardziej grecka niż powinna

Lesvos jest trzecią, co do wielkości, wyspą Grecji. Zaraz po Evii i Krecie. 
Powiadają, że długość wybrzeża wynosi 320 km. To by było nawet realne, bo wybrzeże Lesvos jest dość mocno postrzępione. Wśród skał schowane są małe plażyczki, niewielkie porty, a ostre granitowe skały górują nad błękitnym morzem... Pięknie jest..





Do wakacji byłam totalnie nieprzygotowana. Wiedziałam, że musi to być Grecja, planowałam jednak na pierwszy ogień wziąć Ateny i stamtąd dopiero na jakąś wysepkę. Jednakże wrzesień jest jeszcze zbyt wakacyjny i okazało się, że wycieczka z biura podróży będzie jednak dużo tańsza. Wybór padł na Lesvos. Planowałam kilka dni na Lesvos, potem Ikarię i kilka dni na Chios. (promy pomiędzy tymi wyspami kursują dość regularnie). 
No bo, myślałam, cóz będę robić na wyspie 50 km na 50 km. Z jednym Skamieniałym Lasem Sekwoi z listy UNESCO. Wykopalisk tu właściwie nie ma. Spektakularnych miejsc również. Na plaży przecież siedzieć nie będę... 
W jednym się nie pomyliłam. Nie siedziałam na plaży. 

środa, 25 września 2019

Klapados - droga (przez mękę) do Narnii

[W: Grecja, Lesvos]
Powiadają, że geny to straszna rzecz... 
A ja mam geny babci...
Moja mama mówi, że obie mamy owsiki i kusi nas to, czego nie wolno. Coś w tym jest...

Owe babcine geny doprowadziły mnie, pewnego wrześniowego poranka (dobrze, dobrze, złośliwcy - mojego poranka. Skoro świt o dwunastej...) do wrót Narni... 
Takich Narni na Lesvos jest kilka. Mnie udało się na razie namierzyć dwie. Jedną z nich jest... Klapados.

więcej zdjęć: https://photos.app.goo.gl/ZtY85cg9cyBSVQNB9

Z czego zatem słynie Klapados, że uparłam się jechać moim małym, niebieskim Bobem? Ano jest wodospad. Ponoć jeden z największych na Lesvos. Piszę "ponoć", bo wodospadu we wrześniu nie ma... Są jakieś nędzne pozostałości cieków wodnych, upstrzone kolorowymi liśćmi. Dochodzi się do tej Narni po sosnowych, bordowych igłach, a później przez jesienne trawy.

niedziela, 4 marca 2018

PODRÓŻ DO SZWECJI I Z POWROTEM


Najwygodniej do Szwecji i po niej podróżuje się własnym samochodem. Dlatego większość Polaków wybiera przeprawę promową. My płynęliśmy promem Stena Lines z Gdynii. Wybraliśmy rezerwację "samochód +2-5 osób"- obojętne czy jadą trzy czy cztery osoby cena za całą rezerwację jest taka sama.

Do Szwecji można się też wybrać samolotem. Samoloty do Szwecji wylatują z Katowic, Krakowa i Warszawy.

sobota, 3 marca 2018

Wyższość świąt Wielkiej Nocy nad Bożego Narodzenia.... lub odwrotnie

Autor: Wojciech


Odkąd pamiętam, wyjazdowo jestem uzależniony od ustawowo dni wolnych od pracy. Innymi słowy zawsze muszę jeździć w szczycie sezonu. Kiedykolwiek by to nie było i cokolwiek by to nie znaczyło zawsze jest drożej niż kiedykolwiek indziej. Oczywiście jest tez plus, trzeba się zdecydowanie więcej nakombinować, żeby kasy wystarczyło, żeby coś ciekawego zobaczyć i przeżyć równocześnie nie wpadając na wszystkich turystów świata, a jak wiadomo kombinowanie dobrze wpływa na szare komórki.
Czyli plus.








Tak też jest ze świętami. Wszelakimi. Standardowo mając na składzie latorośle w wieku szkolnym z nadejściem świąt Wielkanocnych mamy nieco rozciągnięty weekend, od czwartku do wtorku. I o ile Boże Narodzenie jakoś nierozerwalnie kojarzy mi się z atmosferą domową, to teraz szwendacz włącza się na całego. Tak sobie wymyśliłem, że mogło by być i ciekawie, i z niespodzianką. Pomysł mi zaświtał ciekawy – to moja wrodzona skromność- i w necie poszperawszy nieco, przewiozłem się któregoś popołudnia do Katowic w poszukiwania odpowiedniego pośrednika (choć niby w sieci to też można było załatwić), odwiedziłem kilka kantorów i byłem gotowy.

Odkrywanie nieznanej Europy- Czarnogóra

Którędy nas droga wiodła?

Autor: Wojciech


Gdzieś w okolicy Świąt Bożego Narodzenia został przypieczętowany pomysł wakacyjnej podróży na Bałkany. Docelowym miejscem miała być Czarnogóra. Planowaliśmy czterotygodniową podróż, z czego co najmniej półtora miało być przeznaczone na lenistwo, plaże, słońce i morze. Jak wyszło, o tym w kolejnych rozdziałach.

Plan był prosty:
* Dobrze opracowana trasa, wyznaczone miejsca postoju, wraz z awaryjnymi.
* Zdobycie kompletu map, przewodników i sprawdzonych informacji wcale nie było proste.
Jednak Internet, księgarnie turystyczne i Pascal zaspokoiły moje potrzeby w wystarczającym stopniu. Na miejscu okazało się, że tylko kilka razy trzeba było improwizować, na większość sytuacji, w mniejszym lub większym stopniu, byliśmy przygotowani.
* Zaopatrzenie w miarę możliwości zrobione w Polsce, aby nie tracić czasu na miejscu.
 Jednak niezbędne jest poznawanie kuchni regionalnych, tak więc wizyty w restauracjach i barach, zakupy na targowiskach, w sklepikach i u obwoźnych sprzedawców były włączone do planu. Teraz już mogę spytać: kto tak naprawdę wie, co to jest "burek"?
* Wyznaczone miejsca, które koniecznie należy odwiedzić i te drugorzędne. Jednoznaczne ustalenie, co omijamy, jak na przykład Albania, do której nas ciągnęło, choćby tylko na jeden dzień

No cóż..., plan był dobry, ale życie nieco go pokrzyżowało. Jednak w większej części udało się go zrealizować, a niespodzianki dostarczyły nam ogromną ilość wrażeń! Poszkodowane były chyba jedynie dzieci: lenistwa i ciepłego morza było trochę za mało. Następnym razem postaramy się oddać im to z nawiązką.



Trasa, czyli którędy droga nas wiodła

Naszą podróż odbyliśmy właściwe dwa razy.
Pierwsza rozpoczęła się 29 lipca o 9.40. Z Tychów pojechaliśmy przez Żywiec do przejścia granicznego ze Słowacją w Korbielowie. Następnie przez Żylinę, Trnawę i Nitrę do granicy węgierskiej w Komarno, a dalej przez Dunaujvarosz do Dunafoldvar na kamping.

Kamping typowo przejazdowy – przespać się i jechać dalej. Jedyny problem to "godzina seksualna" komarów, na którą  akurat trafiliśmy. Istny koszmar. Następnego dnia pakujemy się i przez Cele i Szekszard kierujemy się na Udvar i dalej na Osjek już po Chorwackiej stronie. W okolicach Cele jest mnóstwo straganów z warzywami i owocami. Warto zrobić zaopatrzenie w melony, arbuzy i inne wiktuały. Brzoskwinie jednak najlepiej kupić bezpośrednio w sadzie, których kilka mija się po drodze. Z targowaniem się nie jest najlepiej – cenę można zbić maksymalnie o 10-15 proc.

Po krótkim zwiedzaniu Twierdzy nad Dravą, czyli starej, zrujnowanej części Osjeku, kierujemy się na Vrpolije i Slovanski Brod na kamping, omijając, niestety, widoczną po drodze z lewej strony największą w Chorwacji katedrę w Dakovie. W Slovanskim Brodzie niespodzianka- kampingu brak.

Niestety, nie jest to jedyne zmartwienie, drugie to auto. Od mniej więcej Osjeku coś nie bardzo pasuje naszemu autku skręcanie. Po około trzygodzinnym postoju na stacji benzynowej i kilkunastu telefonach dociera do nas pomoc drogowa. Szybka przejażdżka na lawecie i jesteśmy w warsztacie. Po dalszych 30 minutach wiemy, jak się nazywa problem: "letva volana". Ponieważ jest już późna noc z piątku na sobotę, ubezpieczalnia kwateruje nas w pensjonacie. Całkiem przyjemny – tyle, że nas zaprzątają inne problemy. Sobotę i niedzielę poświęcamy na nieco odpoczynku i przede wszystkim konsultacje z fachowcami i "ludźmi wiedzącymi": co dalej? 

Miejscowy mechanik życzy sobie horrendalną sumę za naprawę. Tak więc z duszą na ramieniu, kupując zapas płynu do układu kierowniczego, wyruszamy w drogę powrotną. Jedziemy niczym pociąg, tzn. tylko łagodne łuki, przez niektóre ronda przejeżdżamy na wprost, zakręty bezlitośnie ścinamy i co pewien czas  dolewamy płynu, który cieknie nieprzerwanym strumieniem. Tym sposobem, wracając niemal po swoich śladach, porządnie wyczerpani po 12 godzinach jesteśmy w domu.

Teraz następuje przerwa na naprawę pomiędzy 2 a 6 sierpnia.
7 sierpnia rozpoczynamy drugie podejście do naszej podróży. Zaczyna się "nieźle"! W Pszczynie, po przejechaniu kilkunastu kilometrów, łapie nas drogówka na radar! Kilkunastominutowe negocjacje i kończy się na pouczeniu, i życzeniach miłej podróży. Dzięki ci, pszczyńska drogówko! Trasa niemal identyczna jak poprzednio, z tą  różnicą, że za Mohaczem, z powodu deszczu, decydujemy się na domek typu bungalow zamiast namiotu. Jednak po kilkunastu minutach lądujemy w zdecydowanie ładniejszym pokoju niż wspomniany domek bez konieczności dopłaty. Ośrodek usytuowany jest nad Dunajem, koczuje tu wielu wędkarzy. Niestety, pozostawili nam w pokoju prezent – pełzające, białe larwy. Po polowaniu i morderstwie wielokrotnym na tych stworzeniach możemy odpocząć, rozkoszując się oglądaniem MŚ w lekkoatletyce w Helsinkach z madziarskim komentarzem. Ekstra.


Następnego dnia podążamy dalej poznaną wcześniej trasą (ponownie omijamy Dakovo), jednak nie skręcamy na Slovanski Brod, tylko prosto na południe- przez  Samac wjeżdżamy do Bośni i Hercegowiny. Następnie przez Doboj, Żenicę do Sarajeva i na kamping do Ildży, kilkanaście kilometrów za stolicą.

Przejazd przez ten kraj dostarcza wiele "atrakcji", szczególnie osobie przyzwyczajonej do środkowoeuropejskich standardów. Poczynając od dróg, zachowania na drogach oraz masy policji i minaretów (nie wiem, czego było więcej), przez konieczność szybkiego przypomnienia sobie cyrylicy, na sanitariatach kończąc- nawet w całkiem niezłej knajpce są  zdecydowanie bardziej "orientalne" niż można by się spodziewać. Sarajevo i przejazd przez to miasto (tygiel kulturowy wyrażany także w charakterze jazdy) jest przeżyciem samym w sobie i raczej nie do opisania. Polecam każdemu, komu wydaje się, że jest dobrym kierowcą. Chyba każdego jest w stanie nauczyć pokory. Dodam tylko, że w trakcie naszej krótkiej wizyty wymieniano asfalt na głównej arterii, oczywiście nie zamykając ruchu. Kto był, ten wie, o czym mowa, kto nie był, ten musi przeżyć to na własnej skórze.

Kolejny dzień, 9 sierpnia, pakujemy się wcześnie i przez Brod (kier. Focza) i Hum docieramy do Czarnogóry w miejscowości Scepan Polije. Ostatni odcinek jest "dość trudny", tzn. ograniczenie do 10 km/h, którego nie sposób złamać, nowo wybudowane mosty, które dziwnym trafem należy objechać i skorzystać z pobliskiego brodu, oraz temu podobne atrakcje. Sama granica przypomina bardziej powszechne wyobrażenie punktu przerzutowego hilarzy kokainą gdzieś w Ameryce Południowej niż przejście graniczne w Europie. Jedynym dokumentem, którym interesowali się pogranicznicy był... dowód rejestracyjny samochodu. Sprawdzenie go zajęło kilkanaście minut.

Dalsza trasa prowadziła przez Plużine, Pivski Monastyr, Trsa do Żablijaka. Przejechaliśmy tym samym przez najwyższą partię Gór Dynarskich, i to bynajmniej nie po asfalcie czy przyjemnym szutrze. Potem odwiedzamy największy w Europie kanion na rzece Tara i usytuowany nad nią monastyr. 

11 sierpnia, pokonując 100 (!) kilometrów serpentyn docieramy do Niksica. Z drogi do Podgoricy odbijamy, aby zwiedzić monastyr Ostrog, święte miejsce dla wszystkich wyznawców prawosławia na Bałkanach. Niecałe 10 kilometrów serpentyn nad przepaścią na niezabezpieczonej drodze, wydawać by się mogło, szerokości naszego auta. Niby nic, ale trzeba było się wyminąć kilkakrotnie z autobusami (dobrze, że pomyślano o symbolicznych "mijankach"), nie licząc kilkudziesięciu osobówek. Oczywiście niemal za każdym razem byliśmy po zewnętrznej. Opis monastyru w rozdziale: "Monastyry, meczety i minarety". Wracamy na drogę do Podgoricy i cudem przejeżdżając przez nie oznakowaną stolicę Czarnogóry, kierujemy się nad morze.

Korzystając z dopiero co otwartego tunelu, za 2,5 euro skracamy sobie drogę i dojeżdżamy do morza. jadąc dalej na południe, przebijając się prze nadmorskie kurorty, docieramy do Ulcinj, gdzie kwaterujemy się na kampingu.

Następnego dnia odwiedzam znowu warsztat mechanika. Coś nieprzyjemnie trzeszczy i zgrzyta w podwoziu. Bardzo pomocna, choć niezbyt przyjemna w obejściu, była Polka mieszkająca w tej okolicy od lat, a zajmująca się wynajmowaniem kwater. Okazało się, że przejazd przez góry okupiliśmy stratą kilku śrub w podwoziu i nielichymi wgnieceniami, a i chłodnica klimatyzacji nieźle oberwała. Trzech mechaników, najwyraźniej przyzwyczajonych do tego typu usterek, sprawnie i bezproblemowo, półtorametrowymi łomami poodginała wgniecione elementy, a następnie uzupełniła braki w śrubunku. Pół godziny czekania, 10 minut "naprawy" i 5 euro – to cena spokoju i braku trzasków. Klimatyzacja do naprawy niestety w Polsce.

Przez następne dziesięć dni plażujemy, zwiedzamy wybrzeże oraz niezbyt odległe Cetinje i Jezioro Szkoderskie, a także Bokę Kotorską. 22 sierpnia wieczorem docieramy do chorwackiego Orsacza. Jest to wioska za Dubrownikiem z kapitalnym polem namiotowym "Stara Maslina", obsługiwanym przez niesamowitych ludzi. Opis tych dni zawarty jest w rozdziałach: "Wybrzeże czarnogórskie: Ulcinj – trochę orientu, Sveti Stefan – luksus w najlepszym wydaniu, Boka Kotorska – Błękitna Grota i rzymskie mozaiki" oraz "Cetinje, Stari Bar i Stara Maslina – przeszłość nowsza i starsza" i "Jezioro Szkoderskie".


Kolejny wtorek i środa przeznaczone są  na zwiedzanie Dubrownika, plażowanie i robienie podwodnych zdjęć. 

Teraz dopiero czujemy, jak brakuje nam straconych na początku dni. Ku wielkiej rozpaczy dziewczynek nie możemy oddać się zaplanowanemu lenistwu w należytym stopniu. Trudno ukryć, że i my byliśmy niepocieszeni...

Następnego dnia jedziemy na kemping do Sibenika, obserwując po drodze zmieniający się krajobraz, architekturę i ludzi. Zmiany na trasie są wprost niewiarygodne, a rozpoczynają się już od Ulcinj, które jest najbardziej orientalne ze wszystkich odwiedzonych przez nas miast. Samo miasto i okolica są  pełne turystów, najczęściej z Kosowa i Serbii, a mieszkańcy bardzo życzliwie nastawieni do przyjezdnych – choć nie tak bezinteresowni jak w głębi Czarnogóry. Potem Budva z leżącym nieopodal Svetim Stefanem, przygotowane na przyjęcie zamożniejszych gości, potrzebujących dyskotek, głośnej muzyki itp. Dalej Zatoka Kotorska z samym Kotorem, który jest tu wyjątkiem na tle pozostałych miejscowości leżących na brzegach tego "Fiordu na Adriatyku". Mijamy dziesiątki osad i miasteczek, których historia  sięga nierzadko II wieku. Najczęściej są  ciche, spokojne, a Czasami wręcz opuszczone. Wydaje się, że to tylko cień dawnej świetności. Tutaj przecież biło serce kulturalne, naukowe i gospodarczym tego regionu. Dalej Dubrownik – miejsce zupełnie odmienne od reszty regionu – zapchany ludźmi, turystami, samochodami, zapachami. jadąc dalej na północ wybrzeże coraz bardziej zaczyna przypominać Riwierę Francuską, choć niewątpliwie w karykaturze. Im dalej od niemalże orientalnego południa, tym bardziej komercyjnie, nijako i nieciekawie. Szczerze mówiąc, bardzo się cieszymy, że to nie w tym rejonie postanowiliśmy spędzić wakacje.

Kiedy opuszczaliśmy Sibenik, spotkała nas jedna z niewielu niemiłych niespodzianek. Portier/kasjer na "pokomunistycznym" kempingu, którego lata świetności dawno odeszły w zapomnienie, wbrew wcześniejszym ustaleniom postanowił nie przyjąć zapłaty w euro. Na szczęście poczta była niedaleko. Odwiedzamy Park Narodowy Krka. Późnym popołudniem jedziemy nową, asfaltową drogą pomiędzy... polami minowymi. Wrażenie co najmniej niesamowite. Skradin (Krka)–Knin–Korenicko. Tutaj wynajmujemy kwaterę. Do Plitvic pozostało nam kilkanaście kilometrów. Kolejny dzień poświęcamy sławetnym jeziorom. Choć pogoda nas nie rozpieszczała, warto było je zobaczyć. 

Kolejny dzień jest ostatnim w naszej podróży. Potem Plitvice, Zagrzeb i przez Słowenię, Węgry, wzdłuż granicy Austriackiej i Słowację, gdzie nie można było kupić obowiązkowej "poplatki", wracamy do domu.

Tak więc po 22 dniach podróży lub, jak kto woli, 26, uwzględniając nasz falstart, po przejechaniu 3750 kilometrów (lub 4600) i spędzeniu niemalże 79 (91) godzin za kierownicą wróciliśmy do punktu wyjścia. Ubożsi o 550 litrów paliwa (benzyny i gazu w stosunku 1:3) i całkiem pokaźną kwotę, za to bogatsi o moc wrażeń, przeżyć, widoków i zapachów, zmęczeni i wysmyczeni postanowiliśmy jak najszybciej powtórzyć podobną do tej podróż.

Od granicy przez Durmitor do Tary


Autor: Wojciech

W górach drogi zazwyczaj biegną korytami rzek.

Nie inaczej było  na naszej trasie. Najpierw, przed granicą czarnogórską, była to Drina, rzeka powstała z połączenia najdłuższej rzeki naszego docelowego kraju czyli Tary i Pivy. Na granicy obie rzeki łączą się. Samo przejście wiedzie żelazno-drewnianym mostem nad Tarź. Jednak po przejechaniu na druga stronę i przebyciu kilku kilometrów jedziemy wzdłuż Pivy z nadzieja powrotu nad Tarę w miejscu, gdzie tworzy najgłębszy kanion Europy. zaskakujący, na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, jest kolor wody - niesamowicie turkusowy – choć moje kobiety, jak wszystkie kobiety, posiadając znacznie bogatszy zasób słów w dziedzinie kolorów, odnajdywały w nim wiele różnych odcieni. Z perspektywy czasu możemy zgodnie stwierdzić, iż niedoceniana w przewodnikach i na stronach internetowych Piva robi znacznie większe wrażenie niż Tara, jej sławniejsza i większa siostra. Trasa wiedzie przez niezliczone tunele. Po doliczeniu do 30 daliśmy sobie spokój. 



Przejeżdżając wewnątrz tych budowli odnieśliśmy wrażenie, że wykonane zostały za pomocą laski dynamitu i małego młotka. Nawet nie wszędzie był asfalt, nie wspominając o takich udogodnieniach, jak oświetlenie, wentylatory czy choćby linie na jezdni. Po pewnym czasie przeprawiamy się na drugą stronę kanionu mostem, który rozpoczyna się przy wyjeździe z jednego tunelu, a wpada do tunelu po stronie przeciwnej. Niezłe. Kolejna przeprawa odbywa się po tamie na rzece tworzącej zalew Pivski. Jeśli ktoś jest wrażliwy na widoki, które tworzy natura, to samo tylko rozlewisko kryształowej wody pomiędzy stromymi ścianami gór powinno go ściągnąć w to miejsce i fakt, że jezioro powstało dzięki człowiekowi nie ma tutaj znaczenia. Pogoda nam sprzyjała i słońce przepięknie oświetlające tego dnia całą okolicę dodawało niezwykłego uroku górskiej panoramie.

Po zwiedzeniu monastyru pivskiego trasa wiodła nas w głąb góry. Droga jest poprowadzona wbrew naturze, czyli nie kanionem rzeki, czego konsekwencją był kilkukilometrowy przejazd w znacznie większej mierze pod ziemią niż na jej powierzchni. Oczywiście przerwy w tunelach były na tyle duże, żeby oczy zdążyły się przyzwyczaić do ostrego słońca, ale za krótkie, aby można było na czas  zauważyć zakręty czy wręcz skrzyżowania wewnątrz góry. 


Tradycyjnie oświetlenie, nawierzchnia i oznakowanie pozostały bez zmian, czyli ich nie było.Patrząc z góry na naszą drogę okazało się, że jednak tuneli było mniej niż trasy na powierzchni, choć tylko niewiele mniej. Po wspięciu się kilkaset metrów wyżej, wjeżdżamy na płaskowyż. Jeszcze kilka kilometrów i jesteśmy na skrzyżowaniu w ostatniej osadzie po tej stronie Durmitoru, czyli najwyższego pasma Gór Dynarskich. Droga rozwidla się w prawo i w lewo. Oznakowań w dalszym ciągu nie ma. Nieopodal zauważamy kilka osób montujących neon z reklamą piwa. Kiedy pytamy o drogę, z knajpki wychodzi chyba cała wioska i wszyscy z niesamowitą życzliwością tłumaczą, jak jechać, jaka jest droga, nawierzchnia i temu podobne. Wynika z tych opowieści, że nie jest najgorzej. Wprawdzie mamy do przejechania jakieś 40 kilometrów, zamiast 23 wynikających z mapy, ale za to podobno w połowie po asfalcie, a w połowie po  szutrze. Uzbrojeni w wiedzę i żegnani przez sympatycznych mieszkańców Trsy jedziemy dalej. Asfalt kończy się po czterech czy pięciu kilometrach, ale co tam, nasi górale też mają jakieś inne jednostki miar.

Szuter wcale nie jest szutrem, tylko zbiorem kamieni wielkości od małego jajka do piłki koszykowej. W związku z tym jedziemy 5–10 km/h. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów mijamy się z miejscowymi jadącymi w przeciwnym kierunku. Po wyłączeniu silników i po kurtuazyjnej wymianie zdań dowiadujemy się, iż do celu naszej podróży, czyli Żablijaka, pozostało jakieś... 40 kilometrów.

Wypadałoby także wspomnieć słów kilka o miejscu, w którym jesteśmy. Poza tym, że napawamy się jednym z najpiękniejszych widokowo terenów górzystych,  jakie dane nam było oglądać, warto wiedzieć, iż <b>Durmitor jest parkiem Narodowym</b>. Nie przeszkadza to bynajmniej w przejeździe samochodem, wypasie owiec czy uprawie małych poletek. Najwyższym szczytem spośród 22 przekraczających 2200m jest Bobotow Kuk i ma 2523m n.p.m. Nazwa pochodzi z czasów, kiedy mieszkali tu Celtowie i znaczy: góry i woda. Tej ostatniej jednak nie ma tu zbyt wiele. Juhasi, których spotkaliśmy po drodze, pierwszą rzeczą, o którą  zapytali, była właśnie woda. Daliśmy im półtoralitrową butelkę, i kiedy zobaczyliśmy, jak łapczywie piją, zostawiliśmy im ją. Zachowywali się jakby ktoś obsypał ich złotem, a nie poczęstował woda. 

Świat Durmitoru jest materiałem na całą książkę. Warto wygospodarować kiedyś tydzień lub dwa i poświęcić je w całości na poznanie tego niesamowitego masywu. Nam, niestety, nie było dane tyle czasu. Poza krótkimi spacerami i wycieczką nad Crno Jezero, które jest tylko lichź namiastką naszego Morskiego Oka, musieliśmy się obyć samymi widokami.

Tak więc, mając duszę na ramieniu ze względu na jakość drogi, spotkanie z gigantycznych rozmiarów spychaczem, który porządkował drogę w tym parku Narodowym, oraz dziesięciogodzinną jazdę i ogólne syzyfowe zmęczenie, dotarliśmy do Żablijaka. Pierwsze moje skojarzenie: Szczyrk po sezonie. Jak się później okazało, faktycznie znacznie więcej jest tu turystów zimą, ze względu na doskonałe warunki narciarskie oraz kilka wyciągów krzesełkowych i orczyków.  Po dotarciu do głównego skrzyżowania, na którym ruchem kierował policjant (!), próbowaliśmy  dowiedzieć się o pole namiotowe. Policjant nakazał nam poczekać kilka minut i wrócił na środek skrzyżowania, ponieważ samochody zaczęły rozjeżdżać świeżo namalowane linie, których to właśnie pilnował. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Jednak po kilkunastu minutach okazało się, że "pan władza" był jednym z zaufanych ludzi Miszy. Wydawało się, że Miszo był w kilkunastu miejscach równocześnie i zbierał wszystkich turystów z okolicy na własne, prywatne pole namiotowe. 

Jak z wielką duma nam powiedział, a  później  również pokazał, tylko u niego były trzy łazienki, w każdej z nich była muszla, co jest tutaj ewenementem, oraz prysznice z ciepłą wodą, a nawet kuchenka elektryczna. Po takiej autoreklamie nie sposób było odmówić. Wieczorem okazało się, że Miszo zebrał chyba wszystkich turystów w promieniu 30 kilometrów. Na państwowym kempingu nie było prawdopodobnie wielu gości. Nawet dwa autokary, jeden pełen Czechów, a drugi Litwinów, biwakowały u niego. Poza tym Holendrzy, Austriacy, Niemcy, Polacy i jeszcze kilka nacji. Ognisko, które było marzeniem naszych dziewczyn, i za sprawą  których powstało, okazało się świetnym elementem integrującym. Tylko Czesi nie wyszli z luków bagażowych swojego autobusu. Zamiast ogniska rozgrzewała ich beherowka.

Nazajutrz pojechaliśmy podziwiać Tarę z drugiej strony Durmitoru. Zjazd kolejną serpentyną na poziom sławnego mostu na Tarze spowodował zatkanie uszu. Pamiętacie film "Komandosi z Nawarony"? W filmie tym amerykańscy żołnierze niszczą most wodami z wysadzonej zapory. To właśnie ten sam most. Powstał w 1941 roku jako największa w Europie tego typu budowla i do dzisiaj robi imponujące wrażenie. Długość 370 metrów, największe przęsło ma 116 metrów, a do poziomu wody jest ponad 150 metrów. Ciekawostką jest to, że podczas  II wojny światowej most faktycznie został zniszczony, a zrobił to jego konstruktór, wysadzając najmniejsze przęsło, co uniemożliwiało przejazd, jednak pozostawiło główną część nietkniętą. Most został oczywiście odbudowany jednak jego konstruktór zginął na nim w trzy miesiące po wysadzeniu go.

Kilka kilometrów z biegiem rzeka tworzy najgłębszy fragment swojego kanionu. Jest to zarazem najgłębszy kanion w Europie- ma około 1300 metrów. Głębszy jest tylko kanion Colorado (1800 m) i kanion Colca w Peru (3400 m). Wycieczka wzdłuż rzeki jest uwieńczeniem naszego dnia. Z kilometra na kilometr wąwóz jest coraz szerszy. W jednym z nielicznych miejsc, gdzie ściany gór odsuwają się od siebie na wystarczającą odległość, aby powstała tam jakaś budowla, odwiedzamy monastyr św. Jerzego.

Do Żablijaka wracamy po własnych śladach. podczas  pokonywania stromych serpentyn podjazdu na płaskowyż Durmitoru ponownie doświadczamy zatkania uszu, z towarzyszącym tym razem ściskiem w skroniach.

Zapewne wiele osób pokonujących serpentyniaste drogi Chorwacji może sobie mniej więcej wyobrazić trasy w Czarnogórze, jednak zapewniam, że żaden z odcinków Magistrali Adriatyckiej czy też dróg od niej odbijających nawet w przybliżeniu nie oddaje tego, co można przeżyć w tych górach. Może tylko zjazd z Lowvcenu do Kotoru jest równie ekscytujący. Faktem natomiast jest to, iż miejscowi górale, przemieszczający się Ładami Nivami, wszystkich chyba roczników i w każdym możliwym stanie, nic sobie nie robią z tutejszych przepraw. No, ale wszędzie codzienność dość szybko przestaje być atrakcją.

Monastyry, meczety i minarety


Autor: Wojciech

Dla przeciętnego mieszkańca Europy Środkowej widok kościołów, obecnych w praktycznie każdej wiosce, nie jest tak naprawdę żadną atrakcją. W dużych miastach europejskich, o korzeniach głównie katolickich, wiekowe katedry imponują architektonicznym rozmachem czy wielowiekową historią, poza oczywiście wymiarem czysto duchowym. Zagłębiając się w Bałkany od pewnego momentu zaczęła nas jednak intrygować mnogość świątyń wielu wyznań

Oczywiście regiony są wyraźnie podzielone na muzułmańskie, chrześcijańskie (prawosławne, katolickie, protestanckie) oraz żydowskie. Jednakże przejeżdżając tranzytem, widzi się jedynie wieże kościelne lub minarety. Te ostatnie są  szczególnie widoczne ze względu na ich liczbę, przede wszystkim w południowej części Bośni i Hercegowiny, oraz kolor, zazwyczaj biały. 

W Sarajewie, w mieście-tyglu wspomnianych wcześniej kultur, spotyka się oczywiście wszystkie rodzaje budynków sakralnych. Miasto to kiedyś szczyciło się swoją tolerancją wobec wszystkich religii, jednak w latach 90. to właśnie wielokulturowość stała się jednym z przyczynków (lub raczej pretekstów) do bratobójczej wojny.


Do dzisiaj widać rany zadane miastu przez wojnę. Przepiękne budowle, choćby sławna biblioteka, nadal straszą bliznami i czekają na odnowienie i ponowne uruchomienie. Szkielety wybudowanych przed wojną hoteli na okrytej niechlubną sławą "alei snajperów" górują nad główna arterią miasta.

Cetinje, Stari Bar i Stara Maslina

Autor: Wojciech

Spędzając większość czasu w pobliżu morskiego brzegu Czarnogóry, nie oparliśmy się pokusie odwiedzenia miejsc oddalonych o kilka czy kilkanaście kilometrów od wielkiej wody. Należą do nich Cetinje i Podgorica- stara i nowa stolica kraju, Stari Bar- miasto ruin i duchów przeszłości oraz nieopodal rosnąca Stara Maslina, czy też jedna z żelaznych atrakcji tego regionu – szczyt Lovcen ze mauzoleum i ponoć przepięknym widokiem – przy pięknej pogodzie Czasami widać aż Włochy. Ponoć, ponieważ kapryśna tego lata pogoda uniemożliwiła nam wjazd na szczyt. Oczywiście wdrapać się tam można było, jednak nie miało to większego sensu, ponieważ kilka dni, które spędziliśmy w tym rejonie były niezwykle pochmurne i szczyt zawsze zakryty był grubą "pierzyną". Tak prawdę mówiąc, to po przeanalizowaniu przewodników, Podgoricę też darowaliśmy sobie, tym bardziej że wcześniejsze przebicie się przez kompletnie nieoznakowane i raczej nieciekawe miasto nie skłaniało nas do podjęcia trudów podróży.





W przeciwieństwie do Chociażby miast Polski,  te  czarnogórskie trudno podzielić na stare grody i nowe "metropolie". Tutaj przeszłość ma  co najmniej "kilka pięter". Niezwykłym świadkiem historii jest Stara Maslina- rozłożyste drzewo oliwne, pamiętające czasy... Juliusza Cezara i Nerona! Rośnie sobie w Mirivicy, kilka kilometrów od Baru. Otoczony chodnikiem, ławkami i płotkiem pomnik przyrody. Wydaje się, że to kilka drzew, jednak stare oliwki mają właśnie takie ażurowe pnie. Maslina jest oszałamiająca, a fakt, że ciągle owocuje i to pomimo tego, że jakiś idiota wypalił w dużej części jej pień, dodaje jeszcze atrakcji. W tle rozłożystego drzewa z ponad dwutysiącletnią przeszłością wznosi się na prawie 1600m n.p.m. szczyt Rumija, oddzielający Adriatyk od Jeziora Szkoderskiego.

Następnym bogatym w historię jest na przykład leżące nieopodal miasto Stari Bar. Od Baru, nadmorskiego miasta i portu, jest tu zaledwie kilka kilometrów. Historia tej osady, jak to w Czarnogórze bywa, zaczyna się gdzieś w VIII w. p.n.e. razem z Ilirami, czyli ludem pierwotnie zasiedlającym te obszary. Jednak "dopiero" w IX stuleciu naszej ery powstała tu rzymska osada Antibarum. Nazwa pochodzi stąd, że leży po przeciwnej stronie Adriatyku niż Bari. Od tego czasu, mając bardzo burzliwe dzieje, przechodząc z Rąk do Rąk, gdzieś w XIX w. miasto zostało dość poważnie zniszczone przez czarnogórski ostrzał artyleryjski. Ostrzelali je Czarnogórcy, ponieważ wtedy akurat było tureckie, a wcześniej należało do Bizancjum, państwa Zeta, Serbów i Wenecjan. Proste, czyż nie? Do miasta wchodzi się przez bramę w całkiem dobrze zachowanych murach obronnych. Zapłacić trzeba 0.5 euro od głowy. Wchodzimy za mury i doznajemy czegoś niezwykłego. Posuwamy się dróżkami pomiędzy ruinami, z których emanują wieki. Niemal można dotknąć spokoju, ciszy, zadumy i czegoś jeszcze... jakby razem z nami wędrowały duchy wszystkich dekad tego starego grodu. Ekstra.

Widać kilka zagospodarowanych budynków, amfiteatr oraz reflektóry. W nocy musi być tu niezwykła iluminacja. No cóż, nie można zobaczyć wszystkiego. Oglądamy jeszcze tylko minaret bezpośrednio za murami, będący pozostałością po niegdyś stojącym tu meczecie. Meczetów w nowszym wydaniu oczywiście tu nie brakuje. I o ile cyprysy wokół świątyń świadczą o wielu już latach historii, to w dalszym ciągu mamy wrażenie, że to jakaś "młódka".

Na drodze dojazdowej do bramy Starego Baru tradycyjnie koczują hilarki. Tym razem dajemy się skusić i kupujemy oliwę z oliwek – służyła nam jeszcze po powrocie do Polski, oraz doskonałe figi od jakiegoś wieśniaka.
Kolejnym krokiem w historię jest wizyta w dawnej stolicy tego malutkiego kraju: Cetinje. Droga do tego miasta prowadzi nas przez, jakże by inaczej, wysoką górską przełęcz. Ponownie piękny widok wynagradza trudy jazdy. I znowu to przedziwne uczucie: zagłębiamy się w inną rzeczywistość, inny świat i czas . Czujemy się, jakbyśmy byli nie w byłej stolicy, (czyli polskim Krakowie), a w prow
incjonalnej, trochę zapyziałej mieścinie. Niby nic konkretnego, ale jakby wszystko tu dzieje się w innym rytmie niż gdzie indziej. Co ciekawe, ceny też są  tu zdecydowanie inne. Zrobiliśmy małe zakupy i jestem przekonany, że na wybrzeżu czy w Podgoricy zapłacilibyśmy min. 50% więcej. Nie mówiąc już o dajmy na to lodach – te same w Barze kosztowały trzykrotnie więcej, a co by to było, gdybyśmy je kupowali w barze w Barze?

Na początku zwiedzania jesteśmy zdezorientowani, ponieważ czarnogórskim zwyczajem miasto jest kompletnie nie oznakowane. Mimo że w najnowszej historii tego kraju jest to najsilniejszy ośrodek ruchów wolnościowych (w tej chwili chodzi bodajże o całkowite oderwanie się od Serbii, jednak z zasady nie wgłębiając się w aktualną sytuację polityczną, nie jestem pewien, czy jest to główny powód wystąpień) nas interesuje historia ta trochę dawniejsza. Parkujemy na placyku pod dziwnym pomnikiem w towarzystwie kapliczki przycmentarnej ogrodzonej płotem z karabinów. Nieopodal budynek dawnej ambasady francuskiej. W okolicy są  jeszcze rosyjska, austrowęgierska i kilka innych. Kilka minut poszukiwań i znajdujemy Narodowe Muzeum Czarnogóry. Ekspozycja obejmuje okres od neolitu do Tito. Na piętrze galeria sztuki Czarnogóry. Nie robi na nas większego wrażenia, wydaje nam się, że malowali tu sami mocno "zakręceni" impresjoniści, poza tym trochę ikon oraz niewiele nam mówiące "dzieła" współczesne. Ciekawe jest to, że w galerii jesteśmy jedynymi zwiedzającymi! W muzeum poniżej było lepiej, minęliśmy się z bodajże czterema osobami. Ciekawostką jest niewątpliwie to, że nic tu nie jest właściwie zabezpieczone, nikt nas nie pilnuje, swobodnie można robić zdjęcia mimo zakazów, tzn. po pytaniu, czy można robić zdjęcia, usłyszeliśmy: "Nie, ale róbcie sobie". Szczytem jednak było, kiedy weszliśmy do jednej z sal i na podłodze, na dywanach porozkładane były starodruki, kilkusetletnia biała broń i inne eksponaty. Jak się okazało bardzo miła, młoda pani właśnie... sprzątała. Oczywiście bez najmniejszego problemu zgodziła się na wykonanie zdjęć. Zapytała tylko, czy fotografowaną księgę ma potrzymać czy położyć w jakimś konkretnym miejscu!



Bilet do muzeum nie jest tani- kosztuje 3 euro. Jednak wykupując wejściówkę pakietową, obejmującą: wspomniane i jeszcze jedno muzeum, galerię i Biljardę, czyli rezydencję Piotra II, zawierającą poza makietą Czarnogóry ekspozycję rękopisów, obrazów i pamiątek po tym wielkim władcy i poecie tego państwa – Nejgoszu, płaci się tylko 5 euro. Dzieci do lat siedmiu gratis, czyli nasze córki (9 i 12 lat) też się załapują.<br /><br />
Następnym etapem naszej wędrówki jest Vlaska Crkva, czyli monastyr i cerkiew św. Błażeja. Poznając zarys historii tego miejsca, nasuwa się nieodparte porównanie z naszym Wawelem (znów Kraków), oczywiście w czarnogórskiej skali. są  tutaj grobowce władców tego państwa i ich rodzin, a także ręka św. Jana Chrzciciela. Dla nas jednak zdecydowanie ciekawszy jest przepiękny ikonostas oraz doskonale zachowane freski. Teoretycznie za niewielką opłatą można zwiedzić muzeum cerkiewne, ale potrzeba na to większej grupy. Niestety, nie można robić zdjęć, czyli znów większy konserwatyzm niż na wybrzeżu.
Ponieważ po raz kolejny zalewa nas deszcz, czekamy w podcieniach klasztoru, podziwiając przy okazji balet ogników na świecach zapalonych przez wiernych.

Po obejrzeniu Cetińskiego Monastiru kolejna na trasie zwiedzania jeat Crkwa na Ćipru. Jest to XIX wieczna cerkiew z kryptami królów i carskim ikonostasem, zbudowana na ruinach XVI- wiecznego kościoła. Wejście free, zero zabezpieczeń.

Zaczynamy być zmęczeni, a dziewczynki maią dosyć łażenia. Właściwie chcieliśmy już sobie darować resztę, tym bardziej że Biliarda nie spodobała się nam, a makieta tylko na moment odwróciła uwagę od bolących nóg. Jednak zrządzeniem losu i dlatego, że wszędzie jest tu blisko, korzystamy po raz ostatni z naszej wejściówki i próbujemy wejść do oznakowanego carskim herbem i czarnogórską flaga Muzeum Miejskiego. Nie spodziewaliśmy się zbyt wiele. Tym większe było nasze zaskoczenie. Po kilku próbach udało nam się sforsować drzwi, to znaczy ktoś nam otwarł zamknięte wrota, co nie jest tutaj normź. Następnie pytanie i konsternacja naszych gospodarzy: nie mają przewodnika mówiącego po polsku. To było zdziwienie numer dwa. Trzecie natomiast nastąpiło po wejściu na salony dworu króla Mikołaja I Petrovica- njegosa. Niesamowita kolekcja XIX- wiecznych eksponatów- poczynając od  mebli i sprzętów użytku codziennego, przez wystawne salony i gabinety, a kończąc na prezentach w postaci na przykład chińskiej wazy z epoki Ming czy też pięciolitrowego kielicha wykonanego z rogu i podarowanego przez gruzińskiego cara. Praktycznie wszystkiego można dotknąć. Znów weszliśmy w inny świat. Co do przewodnika, to operował tak łatwo przyswajalną angielszczyzną oraz prostymi zdaniami po serbsku, że nie trzeba było nawet odwoływać się do naprędce przypominanego rosyjskiego.

Kolejny deszcz wygania nas tym razem do auta. Ponieważ parkujemy nieopodal piekarni, postanawiamy coś przekąsić. Ciekawy widok: nowoczesna, lśniąca chromem i pastelowymi kolorami piekarnia z wszelkiego rodzaju francuskim pieczywem, a obok mała, niepozorna, choć czysta i zadbana, tradycyjna piekarnia z niemal pustymi półkami. Wybieramy oczywiście tę drugą i wychodzimy z przepysznym, prosto z pieca wyjętym burkiem...

Jezioro Szkoderskie

świat w kolorze blue

Autor: Wojciech

Po niedzielnym nieróbstwie i smażeniu się na plaży przychodzi poniedziałek, kiedy to... nic nie robimy. Tak naprawdę to tylko do południa jesteśmy na plaży. Ostatnia godzina była nie do wytrzymania ze względu na spiekotę. Około trzynastej ewakuujemy się. Postanawiamy zobaczyć Jezioro Szkoderskie. Przed wyprawą należy spróbować miejscowej kuchni. Lokujemy się w jednej z setek przydrożnych knajpek. Zamawiamy talerz miejscowych specjałów, zaznaczając, że jesteśmy okrutnie głodni i chcemy wydać nie więcej niż 15-20 euro. Jak się okazało, przesadziliśmy- ilość nas przerosła.  Na talerzu jest: quebapa (czyli kebab), pleskawice (rodzaj hamburgera), xuxhok (pikantne kiełbaski), pire (pita), kurczak, frytki, kapusta, pomidory, ogórki, kilka rodzajów papryki z  rożna.


Posileni postanawiamy wreszcie wyruszyć na zaplanowaną wycieczkę. Najpierw kierujemy się z Ulcinj na Vladimir, ostatnią większą osadę przed granicą z Albanią, a następnie na przełęcz w górach Rumija, będących ostatnim na południu pasmem Gór Dynarskich. Drugi koniec jest w Alpach Julijskich w Słowenii, pomiędzy nimi są wszystkie góry, które można oglądać będąc w Chorwacji. Przeprawa przez pasmo leży na wysokości ponad 1000m n.p.m. Droga nas nie rozczarowuje. Jest wąsko, okrutnie dziurawo, serpentyny bez żadnego oznakowania, niezabezpieczone przepaście, czyli standard. Rekompensatą jest jednak widok na jeden z nielicznych płaskich obszarów Czarnogóry. Na południe widoczna jest rzeka Bojana-  naturalna granica z Albanią.

Przekraczamy przełęcz, czy też raczej przekopany szczyt grzbietu górskiego i... stajemy przed jednym z najbardziej niezwykłych widoków, jakie dane nam było oglądać. Lakoniczna wzmianka w jednym tylko przewodniku, że warto tędy przejechać ze względu na panoramę Jeziora, jest niesprawiedliwa. Może to przepiękna pogoda i kłęby chmur siedzących na grzbietach Alp Albańskich (właściwie Gór Północnoalbańskich), a może cisza i niesamowity błękit, w każdym razie jesteśmy zaczarowani.

Samo Jezioro Szkoderskie w 2/3 należy do Czarnogóry, a reszta jest Albańska. W zależności od poziomu wody ma od 400 do 550 km<sup>2</sup>, co biorąc pod uwagę obszar całego kraju nieco tylko przekraczający 13 500 km<sup>2</sup> jest całkiem sporym kawałkiem wody. Średnia głębokość Jeziora waha się w przedziale 6-8m, a tafla wody jest przeciętnie 5m n.p.m., czyli występuje tu tak zwana pseudodepresja. Samo powstawanie Jeziora to też ciekawe zjawisko. Kiedyś przepływały przez ten obszar tylko rzeki, stanowiące teraz dopływy jeziora. Było tu sporo wzniesień, na niektórych z nich wybudowano nawet twierdze i monastyry. Teren stopniowo obniżał się, a rzeki zalały cały ten obszar. Mamy teraz ogromne jezioro, na którym pozostało około 50 wysepek, zwanych "goraca", oraz kilkanaście budowli na nich. Większość to tylko ruiny, jednak niektóre są  ponownie zasiedlone przez mnichów. inną atrakcją rozlewiska jest flora i fauna. Niestety, nie spotkaliśmy zwierząt, gadów czy ptaków, mimo że żyją tu nawet pelikany! 

Poznaliśmy jednak dość szczegółowo czterech przedstawicieli świata roślinnego. Pierwszy z nich to wszechobecne figi, małe i duże, zielone, żółte i fioletowe, ale nieodmiennie przepyszne, choć raz słodkie, a raz orzeźwiające. Drugi, to jak nam się wydaje rozmaryn porastający zbocza nad jeziorem, 0 który do dnia dzisiejszego służy nam w kuchni. Trzeci przedstawiciel to również zioło – palim. Jest to coś, czego dodaje do swojej rakii tutejszy winiarz – nazywany przez nas Luis de Fines za sprawą swojej fizjonomii i zachowania. Otrzymuje on dzięki temu niezwykły napitek, jako żywo przypominający najlepszej jakości dżin. Palim (bo tak również nazywa się zaprawiona tym ziołem rakija) w połączeniu ze schłodzonym tonikiem daje niesamowite efekty. No i czwarty przedstawiciel świata roślin to winne grono. Oczywiście przetworzone na całkiem niezłe wino białe i czerwone, wspomnianą już rakiję występującą w postaci czystej jako palim i niedościgłą w smaku wiśniówkę zrobioną na bazie tego wysokoprocentowego trunku. Do dzisiaj żałujemy, że nie zapełniliśmy wszystkich dziur w bagażniku tym zacnym trunkiem, a ponieważ w Czarnogórze obowiązuje zerowy poziom alkoholu we krwi, degustacje trzeba było przerwać bardzo szybko i zdać się w dużej mierze na instynkt.

Wspominane wcześniej monastyry i ruiny twierdz, z góry wyglądające jak okruszki na wyspach rozsianych wzdłuż wybrzeża, można podziwiać dopiero po przejechaniu kilkunastu kilometrów i to właściwie tylko przez lornetkę lub teleobiektyw. Niemniej warto. Okoliczni mieszkańcy, np. w Virpazar, organizują przejażdżki po jeziorze, jednak na taki wypad należy wybrać się rano i mieć cały dzień w zapasie. Trasa biegnąca zboczem, niestety na znacznej długości wije się wśród drzew i maleńkich wiosek. Droga jest jednak bardziej bezpieczna, choć wąska i często ograniczona kamiennymi murkami. Szerokość pomiędzy nimi wynosi jakieś trzy metry. Nie było niespodzianką, że właśnie w momencie przejeżdżania pomiędzy takimi biami z przeciwka nadjechał autobus. No, ale gdyby nic takiego się nie wydarzyło, bylibyśmy trochę zawiedzeni.

Jadąc dalej na zachód w kierunku drogi Podgorica–Petrovac, którą  mieliśmy wrócić do Ulcinj, natykamy się na jeszcze jeden niezwykły widok. W świetle zachodzącego słońca przebłyskującego zza chmur oglądamy "fidżi"! Krajobraz skojarzył się nam właśnie z naszym wyobrażeniem Fidżi- lekko rozmywające się kopczyki wysepek wyrastających z błękitno-zielonej wody.

 Wracając na kemping, obejrzeliśmy przepiękny spektakl światła i cienia, jaki stworzyło zachodzące słońce z chmurami coraz mocniej zaś nuwającymi niebo. Niestety, efektem tych chmur była nocna burza, która nas lekko podtopiła, ale nic to, dzień był naprawdę udany.

sobota, 24 lutego 2018

Noc Walpurgii

Kiedy przybywam do nieznanego kraju, niemal pierwsze kroki kieruję zawsze na cmentarz. niemal- bo nie zawsze jest to technicznie możliwe, jednak nie ma co ukrywać iż dwa miejsca w mieście są w stanie powiedzieć wszystko o mieszkańcach: centrum młodzieżowe i właśnie cmentarz.

W centrum zazwyczaj przebywają młodzi ludzie, młoda krew, współczesna Szwecja, na cmentarzu zaś można znaleźć przeszłość. Nieważne, że nie ma nagrobków sławnych ludzi, olśniewającej architektury, zresztą nawet lepiej- jest duch narodu. Cmentarz powie całą prawdę o mieszkańcach- czy to danej miejscowości, czy całego kraju. Polskie cmentarze pokazują eklektyzm społeczeństwa, zasadę "zastaw się, a postaw się", skłonność do przesady i ułańską fantazję. Na cmentarzu w Linkoping rzuca się w oczy niesłychany wręcz porządek.

Zresztą na cmentarzach w Grebo, Atvidaberg, Rök, czy Valdstenie wygląda tak samo. Porządek, zaplanowany układ architektoniczny, wysypane żwirkiem, czyściutkie alejki, równiótko przystrzyżona trawka. Nawet ptak w locie szuka wyznaczonego miejsca na załatwienie swoich potrzeb...

Bo Szwedzi tacy są .
Uporządkowani, ułożeni, dokładni. Nawet imprezy mają stonowane. Szczerze mówiąc trudno to nazwać imprezą..

niedziela, 30 kwietnia 2006

Wyprawa do Szwecji - Maj 2006

SPIS WIKINGÓW:


Ewa - element sprawczy całej wyprawy. Kobieta, bez której z pewnością zginęlibyśmy w ogromnym Sztokholmie, a już na pewno nocowali gdzieś pod płotem. Nasz cudowny i niezastąpiony kucharz. Głos rozsądku w ekipie.

Wiktor - bez niego nie zajechalibyśmy nigdzie. Choć kierowców mieliśmy trzech- to właśnie Wiktor woził nas po wszelkich zakamarkach Szwecji. I to właśnie Wiktor wieczorem siadał nad przewodnikiem i mapą i wymyślał. A wymyślał takie rzeczy, ze w sumie do końca nie wiem co nas powstrzymało przed wizytą za kołem podbiegunowym...

Tomasz - Razem z Ewą knuł spisek szwedzki. Razem z Ewą dzielnie dogadzal naszym żołądkom. Już w pojedynkę szkodził naszym wątrobom;)))Rewelacyjny organizator, niezastąpiony kompan. Miłośnik szwedzkich samochodów i szwedzkich kobiet. Aha, no i zapomniałabym o śluzach. Wraz z Wiktorem i Kubalką rozgryzał system parkingowy, co im się w końcu w miarę udało;)))

Kubalka - Oficjalnie dano mu na imię Łukasz, ale o tym fakcie już chyba nawet on sam nie pamięta. Szacowny prezes SKPB Łódź, na bardzo szacownym kontrakcie chwilowym w Linkoping, dzięki czemu w ogóle się do Szwecji wybraliśmy;) Uroczy gospodarz i organizator teoretycznie wolnych wieczorów. Po szwedzku nie mówi, ale dogada się z każdym (szczególnie jeśli jest to każda- w miłośników płci pięknej to nam wyprawa obrodziła, trza przyznać;))

Ziellona - Na wyjeździe czystym przypadkiem. Ale zaopatrzona w przewodnik i mapę;) czyli wieczory spędzałam na patrzeniu "gdzie by tu"- do spółki w Wiktorem przyprawialiśmy resztę ekipy o bóle głowy i nieuchronne stękanie "co wyście znów wymyślili". "Twórca" tematu wycieczki "do grobów Mormonów") Z każdego miejsca przynosiłam tony folderów i mapek, dzięki czemu na przykład byliśmy na szlaku miedzi. O poszukiwaniach fallusa już nie wspomnę...;)

środa, 20 sierpnia 2003

Zielony koszmar - Kosodrzewina w Czarnohorze

Kosodrzewina w Czarnohorze

Zmierzch zapadał nad Połoninami Hryniawskimi. 
Na horyzoncie złotawo-czerwonawa kula słońca chowała się za Grałutem. Za naszymi plecami noc wzięła już góry w swoje mroczne władanie. Ciemność spowiła Skupową i Połoninę Kryntą, u ich stóp, w Zelenem i Dżembronii raz po raz pojawiały się światełka - niechybny znak, że gospodarze powracali już do domów.




Siedzieliśmy przy prymitywnym ognisku zbudowanym naprędce z kilkunastu znalezionych gałązek. Nie zapuszczaliśmy się daleko w las w poszukiwaniu drewna- opowieści o bandytach ukraińskich zostawiły ślad w naszych duszach, Chociaż usiłowaliśmy się do tego nie przyznawać za żadne skarby świata.
Później miało się okazać, że opowieści nie tyle były fikcyjne, ale kompletnie wyssane z palca. Wtedy jednak, w pierwszym dniu wycieczki wydawało nam się, że zawierają w sobie ziarnko prawdy i wbrew logice, bo kogóż mogliśmy spotkać na starej drodze Legionistów?, nie oddalaliśmy się od siebie na krok. 
Otoczeni Hryniawskimi Wzgórzami, spowici w ogniskowy dym, przeżywaliśmy nasz pierwszy nocleg pod wymarzonym ukraińskim niebem. Piliśmy gorącą herbatę "dymówę" i snuliśmy plany na nadchodzący tydzień w Czarnohorze.





Wyobraźnia płata figle

Oczyma wyobraźni widziałam trawiaste kopuły szczytów, czułam zapach końskiej skóry i piłam żętycę w napotkanych huculskich bacówkach. Mówiłam cicho: "to już jutro...".

Rzeczywistość jednak rządzi się swoimi prawami, a jednym z nich jest nieprzewidywalność. W najśmielszych snach nie mogłam przewidzieć tego co stanie się naszym udziałem już na następny dzień...

Zaczęło się od całkiem zwyczajnego pobłądzenia. Wyjątkowo nie zgubiliśmy się my, zgubiła się droga... 

Ot, szła sobie całkiem długo, porządnie między drzewami, aż w końcu znudziło jej się chyba nasze towarzystwo, bo tak jak stała, bez żadnych oznak zniknęła, zostawiając nas z kompasem, mapą i przewodnikiem Orłowicza po Galicji. Droga nie była jednak złośliwa, zostawiła nam również furtkę. Bynajmniej nie jest to przenośnia. Furtka, co prawda nie otwierała się, ale prowadziła na huculskie pastwisko. Pastwisko zaś zawierało w sobie trawiastą połoninkę i starą, zaznaczoną tylko gdzieniegdzie ogromnymi płaskimi kamieniami, galicyjską drogę.

Doszliśmy za nią aż do lasu.


Według mapy las miał się ciągnąć kilkaset metrów, zaraz za nim miał się znajdować szczyt Skorusznego - pierwszy nasz cel. Mapa pochodziła jednak sprzed I Wojny Światowej, a to oznaczało, że las nieco podrósł i może nawet rozszerzył swoją działalność. Ostatecznie jednak umiemy chodzić po lesie i nawet nieprzebyte trakty nie są  nam straszne. 

Zasuszone, stare świerki usiłują nam włożyć swoje kłujące gałązki za koszulę i w plecaki. Pnie rosną tak blisko siebie, że z trudem i uszczerbkiem dla karimat przedzieramy się między nimi. Las wygląda, co najmniej nieciekawie: szary, brudny, zaschnięty, nijaki. Zwykły stary las, który trzeba przejść, aby dotrzeć do sedna gór. 

Czarnohora jednak jest jednym z najpiękniejszych, o ile nie najpiękniejszym z masywów, jakie widziałam i, jako przeszkodę nie do pokonania, nie sprezentowała nam jedynie zwykłego suchego lasu. Ale o tym jeszcze nie wiedzieliśmy.


Najpiękniejsza połonina

Na razie przed sobą mieliśmy pierwszą połoninkę Skorusznego, czarowną i niesamowitą, a we wspomnieniach chyba najpiękniejszą. czasem myślę sobie, że Czarnohora dała nam Skoruszny jako osłodę przyszłych przeżyć, i usiłuję zapomnieć, że przecież trasę z Zelenego wybierałam sama. 

Prowadziłam również naszą dwójkę, przez porośnięty jałowcami szczyt, aż do przełęczy. Wtedy nam się wydawało, że nic gorszego na trasie zdarzyć nam już się nie może. Karimaty były potargane, my poobdzierani i zmęczeni. Pomimo wszystko zadowolenie z nas tryskało. Zdobycie jest ciekawsze, kiedy trzeba pokonywać przeszkody. Nieopatrznie powiedzieliśmy to głośno, a Czarnohora nas usłyszała...

Skoruszny (zdj. własne)

Skończyliśmy pić poranną kawę, ognisko powoli dogasało, a przez gęste gałęzie drzew przenikały pierwsze promyki słońca. 

- w południe powinniśmy być na Stajkach, a najpóźniej wieczorem wejdziemy na główne pasmo i prześpimy się w ruinach obserwatorium na Popie. Co ty na to?
- Na Stajkach będziemy wcześniej- zawyrokowałam i ruszyliśmy w drogę.
O! Biedni naiwni!!!



Nie chcieliśmy powielać szlaku  poprzedniej grupy i postanowiliśmy zdobywać Stajki od północy. Cóż to zresztą za różnica i tak z żadnej strony nie prowadzi szlak. Po zboczu spływała ogromna ilość strumyczków, jednak spora susza panująca w tym czasie nie dopuściła do powstania błotnistych kałuż- tego by tylko brakowało... 

Początkowo szliśmy za drogą, potem za ścieżką, później za wydeptaną nitką w lesie. Kiedy i ona się skończyła zaczęliśmy śledzić, z przeproszeniem, końskie kupy. Zgodnie z zasadą: jak one przejdą to my też...



zasada zawiodła. 


Końskie kupy się skończyły, a my znaleźliśmy się w środku lasu, bez żadnej widocznej szansy na poprawę naszej sytuacji.
- Tam, na gorze, są  jakieś krzaczki. Chodź, przejdziemy przez nie i wejdziemy na szczyt. Tam powinna być połonina.


Nigdy więcej kosodrzewiny?

Nie zawsze jest ławo...

Nie, nie okazało się, że nie było połoniny. Było gorzej. Krzaczki okazały się być kosodrzewiną- przekleństwem naszego wyjazdu. Potężne drzewa wysokości człowieka, wtykające swoje igły wszędzie, gdzie o możliwe, a nawet tam gdzie niemożliwe, ciasno posadzone pnie, gęsta plątanina potężnych konarów. Z każdej strony drzewa o podobno pięknych igłach. Mnie te igły kuły właśnie w ucho i z tej perspektywy ciężko mi było podziwiać ich urodę. 
Weszłam na kolejny konar. Podwyższona o pół metra zobaczyłam gdzieś w oddali polankę, na której nie rosła kosodrzewina. Tak się przynajmniej wydawało z tej perspektywy
Gdy w końcu wymordowani stanęliśmy na szczycie, nomen omen, Stajek, było dobrze po południu.
Przedzieraliśmy się przez zielony busz ponad cztery godziny!!!
Kilkaset metrów!!! 

Nigdy więcej kosodrzewiny?


- Nigdy więcej kosodrzewiny- poprzysiągł Radek i zaraz na następny dzień tą  zasadę złamał. Cud boski ustrzegł nas przed pokusą "pójścia jeszcze kawałek", zgodnie, z niedziałającą w zielonym buszu, zasadą, że "przespać się można wszędzie..."


Nazajutrz obudziła nas Opatrzność, która czuwa nad idiotami i wariatami różnego rzędu. Wiedziała chyba co nas czeka i musiała zarezerwować nam trochę czasu. W porannym słońcu zobaczyliśmy nasz cel- Smotrec- oddalony o jakieś trzy kilometry...
... zielonego morza.

Sierpień'2003 - pod Howerlą


piątek, 3 maja 2002

Zagrzeb i Dubravko

Stolica kraju. o poszukiwaniu słownika, cmentarzu Mirogoj i kawie na Ślieme. 
O wspaniałym fotografie i o powrocie na wariackich papierach.

Aga, Staś, Krzyś i Darusia zostawili mnie pod Plitvicami. Pomysłów miałam kilka i wszystkie niesamowicie celne. Jadę do Zagrzebia i tam zwiedzam nocą, albo śpię tutaj, rozkładając się gdzieś w lesie, i oglądnę sobie wodospady o świcie – pomysł o tyle genialny, ze nie miałam najmniejszych szans na złapanie czegokolwiek, zaczynało się już zmierzchać. Mimo wszystko stanęłam jednak na drodze - takie profilaktyczne 15 minut.

Nie stałam trzech. Zatrzymał się Dubravko - kierowca małego autobusiku dla turystów, Dubravko jest przemiłym człowiekiem, acz troszeczkę za bardzo nachalnym. Uznał ze jeśli już... mnie wziął, to na nim spoczywa cała odpowiedzialność za moje życie, zdrowie, i dobre samopoczucie. A nade wszystko za mój pobyt w Zagrzebiu.

Jadąc więc do Zagrzebia zwiedziłam Rostok, wioseczkę skansen, gdzie po wojnie wszystko oczywiście było zniszczone. Miła Chorwatka, na wieść, że jestem z Polski i mówię po chorwacku otworzyła mi młyn. Do Rostoku muszę jeszcze pojechać za jasności, bo o jedenastej w nocy mogę jedynie stwierdzić ze miejsce jest oszałamiające, choć zlokalizowane tuż przy drodze. 

W Zagrzebiu byliśmy około północy. Dubravko zabrał mnie na Mirogoj, gdzie zainteresowała się nami policja. Dwa tygodnie wcześniej jakiś wariat podłożył pod pomnik ładunek wybuchowy i teraz patrole są  częstsze. Mirogoj nawet w nocy robi oszałamiające wrażenie. Tak wielkiego cmentarza nie widziałam nigdy w życiu. Może jest brzydszy niż cmentarz Łyczakowski we Lwowie (tamten leży na stoku, a Mirogoj, choć położony na wzgórzu, to jednak na płaskim), ale ogrom przedsięwzięcia zwala z nóg. Na następny dzień rano Dubravko zabrał mnie tam jeszcze raz i mogłam zobaczyć najstarszą część cmentarza oraz cześć najnowszą, powojenną. Robi straszne wrażenie- takie same ciemne groby, jeden w drugiego wypełnione nazwiskami chłopców w moim wieku, ciut młodszych, ciut starszych.

Zagrzeb zwiedzany nocą nie podobał mi się szczególnie. Trg bana Jelacicia wyobrażałam sobie jako maleńki placyk, pomijając w wyobrażeniach wiedzę, ze jest to centrum Zagrzebia. Tu okazało się, ze jest to potężny plac z pomnikiem bana na środku. Zresztą nie ma co za dużo wymagać. Zagrzeb jest stolicą Chorwacji, a na 4,5 miliona mieszkańców, w Zagrzebiu mieszka ich ponad milion. 

Spałam w samochodzie na tylnym siedzeniu. Dubravko jest fotografem amatorem i dostałam od niego trzy zdjęcia; malarza ze Splitu, babci - koronczarki z Istrii i kamienne wrota w Zagrzebiu. Pojechaliśmy fotografować na Ślieme – wzgórze nad Zagrzebiem, w nocy byliśmy jeszcze nad jeziorkiem na pizzy i coli, a o dwunastej w południe przeżyliśmy wybuch z armaty. 
Kiedy w Krakowie grają hejnał, w Zagrzebiu południe obwieszczają wybuchem z armaty. Łatwo wtedy poznać kto jest stałym mieszkańcem, a kto przyjezdnym. Turyści automatycznie się kulą, Zagrzebianie zaś patrzą na zegarek. 

Zaopatrzona w słownik chorwacko- angielski, słownik na CD, rzutkę od chłopaków, ogromną ilość długopisów, jedną zapalniczkę i jedenaście przerobionych filmów wyjechałam z Zagrzebia. Dubravko wywiózł mnie na stację. Stąd wziął mnie facet do Varażdina, który tez muszę zobaczyć, bo ponoć piękne miasto. Szczęście się do mnie uśmiechnęło i złapałam dwójkę Węgrów jadących nad Balaton. I tu skończyło się dobre. Następny stop- Włoch- chciał amore, więc musiałam wysiąść. Wysiadłam w miejscu beznadziejnym do łapania, ale za to spotkałam dwójkę polskich kierowców, którzy czekali na załadunek. Poczęstowali mnie normalna, parzoną kawą!!!

Jakiś Węgier z którym bardzo ciężko było mi się dogadać, wywiózł mnie pod Budapeszt. I wszystko byłoby piękne ładnie. Miałam plan okrążyć Budapeszt jakimś Tirem dojechać do Sahy i była dość spora szans, ze zdążę do Polski przed rankiem. Zaprzepaściłam szanse łapiąc włoskiego Tira, który owszem jechał do Sahy... Problem polegał na języku włoskim, którego jeszcze nie opanowałam...

Obudziłam się 100 kilometrow przed granicą rumuńską. Z pewnym trudem wytłumaczyłam właścicielowi knajpy, który w żadnym żywym języku poza węgierskim się niestety nie porozumiewał, że ja tu za tą  knajpka bym się śpiworkiem i karimatą rozłożyła. 

Rano złapałam olśniewającego Citroena z Niemcem, Hansem w środku. Pod Budapesztem, kiedy zobaczyłam miejsce w którym wczoraj złapałam ów samochód na Rumunię, wymiękłam i stwierdziłam, ze jadę do Wiednia – z Austriakami łatwiej mi będzie się dogadać niż z Węgrami. Hans podrzucił mnie do Bratysławy, tłumacząc że jemu nie robi nic czy przekroczy jedną czy dwie granice;). A tam, w Bratysławie złapałam polski autokar do Nowego Targu. Droga powrotna, pomimo nadrobienia 300 kilometrów okazała się piorunująco szybka - Średnia ponad 60 km na godzinę !!!
No i obyło się bez ekscesów na granicy!


W niedzielę zadzwonił Stasiu, czy dojechałam. Za dwa tygodnie jadę do Wrocławia. A wczoraj zadzwonił Zlatko... kiedy jadę do Chorwacji?

maj'2002- Zagrzeb

MOJA TRASA:
[HR] Plitvice > Slunj > Rostok > Turanj > Zagrzeb > Varażdin > Gorićin > [HU]Zamardi > Abony, Szolnok > Torokszentmikos > Gyor > Rojke >[SK] Bratislava > Trencin > Zilina > Martin > Trstena >[PL] Chochołów > Nowy Targ > Krakow [1390 km]