
wtorek, 10 grudnia 2019
Urlop geokeszera... - Lesvos, bardziej grecka niż powinna

środa, 25 września 2019
Klapados - droga (przez mękę) do Narnii
| więcej zdjęć: https://photos.app.goo.gl/ZtY85cg9cyBSVQNB9 |
niedziela, 4 marca 2018
PODRÓŻ DO SZWECJI I Z POWROTEM
sobota, 3 marca 2018
Wyższość świąt Wielkiej Nocy nad Bożego Narodzenia.... lub odwrotnie
Odkrywanie nieznanej Europy- Czarnogóra
Którędy nas droga wiodła?
Autor: Wojciech
Trasa, czyli którędy droga nas wiodła
Od granicy przez Durmitor do Tary
Autor: Wojciech
W górach drogi zazwyczaj biegną korytami rzek.
Monastyry, meczety i minarety
Autor: Wojciech
Cetinje, Stari Bar i Stara Maslina
Autor: Wojciech
W przeciwieństwie do Chociażby miast Polski, te czarnogórskie trudno podzielić na stare grody i nowe "metropolie". Tutaj przeszłość ma co najmniej "kilka pięter". Niezwykłym świadkiem historii jest Stara Maslina- rozłożyste drzewo oliwne, pamiętające czasy... Juliusza Cezara i Nerona! Rośnie sobie w Mirivicy, kilka kilometrów od Baru. Otoczony chodnikiem, ławkami i płotkiem pomnik przyrody. Wydaje się, że to kilka drzew, jednak stare oliwki mają właśnie takie ażurowe pnie. Maslina jest oszałamiająca, a fakt, że ciągle owocuje i to pomimo tego, że jakiś idiota wypalił w dużej części jej pień, dodaje jeszcze atrakcji. W tle rozłożystego drzewa z ponad dwutysiącletnią przeszłością wznosi się na prawie 1600m n.p.m. szczyt Rumija, oddzielający Adriatyk od Jeziora Szkoderskiego.
Następnym bogatym w historię jest na przykład leżące nieopodal miasto Stari Bar. Od Baru, nadmorskiego miasta i portu, jest tu zaledwie kilka kilometrów. Historia tej osady, jak to w Czarnogórze bywa, zaczyna się gdzieś w VIII w. p.n.e. razem z Ilirami, czyli ludem pierwotnie zasiedlającym te obszary. Jednak "dopiero" w IX stuleciu naszej ery powstała tu rzymska osada Antibarum. Nazwa pochodzi stąd, że leży po przeciwnej stronie Adriatyku niż Bari. Od tego czasu, mając bardzo burzliwe dzieje, przechodząc z Rąk do Rąk, gdzieś w XIX w. miasto zostało dość poważnie zniszczone przez czarnogórski ostrzał artyleryjski. Ostrzelali je Czarnogórcy, ponieważ wtedy akurat było tureckie, a wcześniej należało do Bizancjum, państwa Zeta, Serbów i Wenecjan. Proste, czyż nie? Do miasta wchodzi się przez bramę w całkiem dobrze zachowanych murach obronnych. Zapłacić trzeba 0.5 euro od głowy. Wchodzimy za mury i doznajemy czegoś niezwykłego. Posuwamy się dróżkami pomiędzy ruinami, z których emanują wieki. Niemal można dotknąć spokoju, ciszy, zadumy i czegoś jeszcze... jakby razem z nami wędrowały duchy wszystkich dekad tego starego grodu. Ekstra.
Widać kilka zagospodarowanych budynków, amfiteatr oraz reflektóry. W nocy musi być tu niezwykła iluminacja. No cóż, nie można zobaczyć wszystkiego. Oglądamy jeszcze tylko minaret bezpośrednio za murami, będący pozostałością po niegdyś stojącym tu meczecie. Meczetów w nowszym wydaniu oczywiście tu nie brakuje. I o ile cyprysy wokół świątyń świadczą o wielu już latach historii, to w dalszym ciągu mamy wrażenie, że to jakaś "młódka".
Na drodze dojazdowej do bramy Starego Baru tradycyjnie koczują hilarki. Tym razem dajemy się skusić i kupujemy oliwę z oliwek – służyła nam jeszcze po powrocie do Polski, oraz doskonałe figi od jakiegoś wieśniaka.
Kolejnym krokiem w historię jest wizyta w dawnej stolicy tego malutkiego kraju: Cetinje. Droga do tego miasta prowadzi nas przez, jakże by inaczej, wysoką górską przełęcz. Ponownie piękny widok wynagradza trudy jazdy. I znowu to przedziwne uczucie: zagłębiamy się w inną rzeczywistość, inny świat i czas . Czujemy się, jakbyśmy byli nie w byłej stolicy, (czyli polskim Krakowie), a w prowincjonalnej, trochę zapyziałej mieścinie. Niby nic konkretnego, ale jakby wszystko tu dzieje się w innym rytmie niż gdzie indziej. Co ciekawe, ceny też są tu zdecydowanie inne. Zrobiliśmy małe zakupy i jestem przekonany, że na wybrzeżu czy w Podgoricy zapłacilibyśmy min. 50% więcej. Nie mówiąc już o dajmy na to lodach – te same w Barze kosztowały trzykrotnie więcej, a co by to było, gdybyśmy je kupowali w barze w Barze?
Na początku zwiedzania jesteśmy zdezorientowani, ponieważ czarnogórskim zwyczajem miasto jest kompletnie nie oznakowane. Mimo że w najnowszej historii tego kraju jest to najsilniejszy ośrodek ruchów wolnościowych (w tej chwili chodzi bodajże o całkowite oderwanie się od Serbii, jednak z zasady nie wgłębiając się w aktualną sytuację polityczną, nie jestem pewien, czy jest to główny powód wystąpień) nas interesuje historia ta trochę dawniejsza. Parkujemy na placyku pod dziwnym pomnikiem w towarzystwie kapliczki przycmentarnej ogrodzonej płotem z karabinów. Nieopodal budynek dawnej ambasady francuskiej. W okolicy są jeszcze rosyjska, austrowęgierska i kilka innych. Kilka minut poszukiwań i znajdujemy Narodowe Muzeum Czarnogóry. Ekspozycja obejmuje okres od neolitu do Tito. Na piętrze galeria sztuki Czarnogóry. Nie robi na nas większego wrażenia, wydaje nam się, że malowali tu sami mocno "zakręceni" impresjoniści, poza tym trochę ikon oraz niewiele nam mówiące "dzieła" współczesne. Ciekawe jest to, że w galerii jesteśmy jedynymi zwiedzającymi! W muzeum poniżej było lepiej, minęliśmy się z bodajże czterema osobami. Ciekawostką jest niewątpliwie to, że nic tu nie jest właściwie zabezpieczone, nikt nas nie pilnuje, swobodnie można robić zdjęcia mimo zakazów, tzn. po pytaniu, czy można robić zdjęcia, usłyszeliśmy: "Nie, ale róbcie sobie". Szczytem jednak było, kiedy weszliśmy do jednej z sal i na podłodze, na dywanach porozkładane były starodruki, kilkusetletnia biała broń i inne eksponaty. Jak się okazało bardzo miła, młoda pani właśnie... sprzątała. Oczywiście bez najmniejszego problemu zgodziła się na wykonanie zdjęć. Zapytała tylko, czy fotografowaną księgę ma potrzymać czy położyć w jakimś konkretnym miejscu!
Bilet do muzeum nie jest tani- kosztuje 3 euro. Jednak wykupując wejściówkę pakietową, obejmującą: wspomniane i jeszcze jedno muzeum, galerię i Biljardę, czyli rezydencję Piotra II, zawierającą poza makietą Czarnogóry ekspozycję rękopisów, obrazów i pamiątek po tym wielkim władcy i poecie tego państwa – Nejgoszu, płaci się tylko 5 euro. Dzieci do lat siedmiu gratis, czyli nasze córki (9 i 12 lat) też się załapują.<br /><br />
Następnym etapem naszej wędrówki jest Vlaska Crkva, czyli monastyr i cerkiew św. Błażeja. Poznając zarys historii tego miejsca, nasuwa się nieodparte porównanie z naszym Wawelem (znów Kraków), oczywiście w czarnogórskiej skali. są tutaj grobowce władców tego państwa i ich rodzin, a także ręka św. Jana Chrzciciela. Dla nas jednak zdecydowanie ciekawszy jest przepiękny ikonostas oraz doskonale zachowane freski. Teoretycznie za niewielką opłatą można zwiedzić muzeum cerkiewne, ale potrzeba na to większej grupy. Niestety, nie można robić zdjęć, czyli znów większy konserwatyzm niż na wybrzeżu.
Ponieważ po raz kolejny zalewa nas deszcz, czekamy w podcieniach klasztoru, podziwiając przy okazji balet ogników na świecach zapalonych przez wiernych.
Po obejrzeniu Cetińskiego Monastiru kolejna na trasie zwiedzania jeat Crkwa na Ćipru. Jest to XIX wieczna cerkiew z kryptami królów i carskim ikonostasem, zbudowana na ruinach XVI- wiecznego kościoła. Wejście free, zero zabezpieczeń.
Zaczynamy być zmęczeni, a dziewczynki maią dosyć łażenia. Właściwie chcieliśmy już sobie darować resztę, tym bardziej że Biliarda nie spodobała się nam, a makieta tylko na moment odwróciła uwagę od bolących nóg. Jednak zrządzeniem losu i dlatego, że wszędzie jest tu blisko, korzystamy po raz ostatni z naszej wejściówki i próbujemy wejść do oznakowanego carskim herbem i czarnogórską flaga Muzeum Miejskiego. Nie spodziewaliśmy się zbyt wiele. Tym większe było nasze zaskoczenie. Po kilku próbach udało nam się sforsować drzwi, to znaczy ktoś nam otwarł zamknięte wrota, co nie jest tutaj normź. Następnie pytanie i konsternacja naszych gospodarzy: nie mają przewodnika mówiącego po polsku. To było zdziwienie numer dwa. Trzecie natomiast nastąpiło po wejściu na salony dworu króla Mikołaja I Petrovica- njegosa. Niesamowita kolekcja XIX- wiecznych eksponatów- poczynając od mebli i sprzętów użytku codziennego, przez wystawne salony i gabinety, a kończąc na prezentach w postaci na przykład chińskiej wazy z epoki Ming czy też pięciolitrowego kielicha wykonanego z rogu i podarowanego przez gruzińskiego cara. Praktycznie wszystkiego można dotknąć. Znów weszliśmy w inny świat. Co do przewodnika, to operował tak łatwo przyswajalną angielszczyzną oraz prostymi zdaniami po serbsku, że nie trzeba było nawet odwoływać się do naprędce przypominanego rosyjskiego.
Kolejny deszcz wygania nas tym razem do auta. Ponieważ parkujemy nieopodal piekarni, postanawiamy coś przekąsić. Ciekawy widok: nowoczesna, lśniąca chromem i pastelowymi kolorami piekarnia z wszelkiego rodzaju francuskim pieczywem, a obok mała, niepozorna, choć czysta i zadbana, tradycyjna piekarnia z niemal pustymi półkami. Wybieramy oczywiście tę drugą i wychodzimy z przepysznym, prosto z pieca wyjętym burkiem...
Jezioro Szkoderskie
świat w kolorze blue
Autor: Wojciech
sobota, 24 lutego 2018
Noc Walpurgii
niedziela, 30 kwietnia 2006
Wyprawa do Szwecji - Maj 2006
środa, 20 sierpnia 2003
Zielony koszmar - Kosodrzewina w Czarnohorze
Kosodrzewina w Czarnohorze
Zmierzch zapadał nad Połoninami Hryniawskimi.
Na horyzoncie złotawo-czerwonawa kula słońca chowała się za Grałutem. Za naszymi plecami noc wzięła już góry w swoje mroczne władanie. Ciemność spowiła Skupową i Połoninę Kryntą, u ich stóp, w Zelenem i Dżembronii raz po raz pojawiały się światełka - niechybny znak, że gospodarze powracali już do domów.
Siedzieliśmy przy prymitywnym ognisku zbudowanym naprędce z kilkunastu znalezionych gałązek. Nie zapuszczaliśmy się daleko w las w poszukiwaniu drewna- opowieści o bandytach ukraińskich zostawiły ślad w naszych duszach, Chociaż usiłowaliśmy się do tego nie przyznawać za żadne skarby świata.
Później miało się okazać, że opowieści nie tyle były fikcyjne, ale kompletnie wyssane z palca. Wtedy jednak, w pierwszym dniu wycieczki wydawało nam się, że zawierają w sobie ziarnko prawdy i wbrew logice, bo kogóż mogliśmy spotkać na starej drodze Legionistów?, nie oddalaliśmy się od siebie na krok.
Otoczeni Hryniawskimi Wzgórzami, spowici w ogniskowy dym, przeżywaliśmy nasz pierwszy nocleg pod wymarzonym ukraińskim niebem. Piliśmy gorącą herbatę "dymówę" i snuliśmy plany na nadchodzący tydzień w Czarnohorze.
Wyobraźnia płata figle
Oczyma wyobraźni widziałam trawiaste kopuły szczytów, czułam zapach końskiej skóry i piłam żętycę w napotkanych huculskich bacówkach. Mówiłam cicho: "to już jutro...".
Rzeczywistość jednak rządzi się swoimi prawami, a jednym z nich jest nieprzewidywalność. W najśmielszych snach nie mogłam przewidzieć tego co stanie się naszym udziałem już na następny dzień...
Zaczęło się od całkiem zwyczajnego pobłądzenia. Wyjątkowo nie zgubiliśmy się my, zgubiła się droga...
Ot, szła sobie całkiem długo, porządnie między drzewami, aż w końcu znudziło jej się chyba nasze towarzystwo, bo tak jak stała, bez żadnych oznak zniknęła, zostawiając nas z kompasem, mapą i przewodnikiem Orłowicza po Galicji. Droga nie była jednak złośliwa, zostawiła nam również furtkę. Bynajmniej nie jest to przenośnia. Furtka, co prawda nie otwierała się, ale prowadziła na huculskie pastwisko. Pastwisko zaś zawierało w sobie trawiastą połoninkę i starą, zaznaczoną tylko gdzieniegdzie ogromnymi płaskimi kamieniami, galicyjską drogę.
Doszliśmy za nią aż do lasu.
Według mapy las miał się ciągnąć kilkaset metrów, zaraz za nim miał się znajdować szczyt Skorusznego - pierwszy nasz cel. Mapa pochodziła jednak sprzed I Wojny Światowej, a to oznaczało, że las nieco podrósł i może nawet rozszerzył swoją działalność. Ostatecznie jednak umiemy chodzić po lesie i nawet nieprzebyte trakty nie są nam straszne.
Zasuszone, stare świerki usiłują nam włożyć swoje kłujące gałązki za koszulę i w plecaki. Pnie rosną tak blisko siebie, że z trudem i uszczerbkiem dla karimat przedzieramy się między nimi. Las wygląda, co najmniej nieciekawie: szary, brudny, zaschnięty, nijaki. Zwykły stary las, który trzeba przejść, aby dotrzeć do sedna gór.
Czarnohora jednak jest jednym z najpiękniejszych, o ile nie najpiękniejszym z masywów, jakie widziałam i, jako przeszkodę nie do pokonania, nie sprezentowała nam jedynie zwykłego suchego lasu. Ale o tym jeszcze nie wiedzieliśmy.
Najpiękniejsza połonina
Na razie przed sobą mieliśmy pierwszą połoninkę Skorusznego, czarowną i niesamowitą, a we wspomnieniach chyba najpiękniejszą. czasem myślę sobie, że Czarnohora dała nam Skoruszny jako osłodę przyszłych przeżyć, i usiłuję zapomnieć, że przecież trasę z Zelenego wybierałam sama.Prowadziłam również naszą dwójkę, przez porośnięty jałowcami szczyt, aż do przełęczy. Wtedy nam się wydawało, że nic gorszego na trasie zdarzyć nam już się nie może. Karimaty były potargane, my poobdzierani i zmęczeni. Pomimo wszystko zadowolenie z nas tryskało. Zdobycie jest ciekawsze, kiedy trzeba pokonywać przeszkody. Nieopatrznie powiedzieliśmy to głośno, a Czarnohora nas usłyszała...
| Skoruszny (zdj. własne) |
Skończyliśmy pić poranną kawę, ognisko powoli dogasało, a przez gęste gałęzie drzew przenikały pierwsze promyki słońca.
- w południe powinniśmy być na Stajkach, a najpóźniej wieczorem wejdziemy na główne pasmo i prześpimy się w ruinach obserwatorium na Popie. Co ty na to?
- Na Stajkach będziemy wcześniej- zawyrokowałam i ruszyliśmy w drogę.
O! Biedni naiwni!!!
Nie chcieliśmy powielać szlaku poprzedniej grupy i postanowiliśmy zdobywać Stajki od północy. Cóż to zresztą za różnica i tak z żadnej strony nie prowadzi szlak. Po zboczu spływała ogromna ilość strumyczków, jednak spora susza panująca w tym czasie nie dopuściła do powstania błotnistych kałuż- tego by tylko brakowało...
Początkowo szliśmy za drogą, potem za ścieżką, później za wydeptaną nitką w lesie. Kiedy i ona się skończyła zaczęliśmy śledzić, z przeproszeniem, końskie kupy. Zgodnie z zasadą: jak one przejdą to my też...
Końskie kupy się skończyły, a my znaleźliśmy się w środku lasu, bez żadnej widocznej szansy na poprawę naszej sytuacji.
- Tam, na gorze, są jakieś krzaczki. Chodź, przejdziemy przez nie i wejdziemy na szczyt. Tam powinna być połonina.
| Nigdy więcej kosodrzewiny? |
| Nie zawsze jest ławo... |
Nie, nie okazało się, że nie było połoniny. Było gorzej. Krzaczki okazały się być kosodrzewiną- przekleństwem naszego wyjazdu. Potężne drzewa wysokości człowieka, wtykające swoje igły wszędzie, gdzie o możliwe, a nawet tam gdzie niemożliwe, ciasno posadzone pnie, gęsta plątanina potężnych konarów. Z każdej strony drzewa o podobno pięknych igłach. Mnie te igły kuły właśnie w ucho i z tej perspektywy ciężko mi było podziwiać ich urodę.
Weszłam na kolejny konar. Podwyższona o pół metra zobaczyłam gdzieś w oddali polankę, na której nie rosła kosodrzewina. Tak się przynajmniej wydawało z tej perspektywy
Gdy w końcu wymordowani stanęliśmy na szczycie, nomen omen, Stajek, było dobrze po południu.
Przedzieraliśmy się przez zielony busz ponad cztery godziny!!!
Kilkaset metrów!!!
Nigdy więcej kosodrzewiny?
- Nigdy więcej kosodrzewiny- poprzysiągł Radek i zaraz na następny dzień tą zasadę złamał. Cud boski ustrzegł nas przed pokusą "pójścia jeszcze kawałek", zgodnie, z niedziałającą w zielonym buszu, zasadą, że "przespać się można wszędzie..."
Nazajutrz obudziła nas Opatrzność, która czuwa nad idiotami i wariatami różnego rzędu. Wiedziała chyba co nas czeka i musiała zarezerwować nam trochę czasu. W porannym słońcu zobaczyliśmy nasz cel- Smotrec- oddalony o jakieś trzy kilometry...
... zielonego morza.


