Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura ludowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura ludowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu-Bierkowicach

  Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu to jedyne muzeum na wolnym powietrzu w województwie Opolskiem i jedno z czterech tego rodzaju, położonych w historycznych granicach Śląska.


Jeden z ładniejszych skansenów na trasie MUWITu.
Utworzono tu 8 zagród z regionu oleskiego i opolskiego.

Zdecydowana większość obiektów prezentuje zrębową konstrukcję ścian. Przy ogrodzony płotami żerdziowymi domach założono ogródki kwiatowo- ziołowe i warzywne. Na polach uprawia się proso, pasternak, proso i grykę. Skansen niewątpliwie żyje- mieliśmy przyjemność obserwować jak kładziono strzechę.


U kowala w kuźni mój tata dostał zagadkę techniczną. Dzieci sobie może z tą  zagadką radzą- pan inżynier poległ:)

Dla mnie to miejsce ma szczególne znaczenie, bo po latach spotkałam tam mojego wspaniałego opiekuna praktyk w Pstrążnej- pana dra Euzebiusza Gila, kompletnie niestereotypowego, kochanego, uroczego opiekuna i wyśmienitego specjalistę, maniaka i pasjonata..

Pracownicy oprowadzają po obiektach- jak wiadomo ludzie są  różni, dlatego polecam następujących przewodników:

pani Lodzia - opiekun w chałupie gbura. Dość duża wiedza, umiejętność przekazania i przede wszystkim uśmiech. Przeurocza i bardzo kompetentna pani.

Mój prywatny profesor- Euzebiusz Gil- opiekun młyna. Bez komentarza- jeśli odpowiednio zagadacie możliwe ze nie wyjdziecie z młyna przed zmrokiem.

Pan Kowal o nieznanym imieniu, ale widoczny na zdjęciach. Tak unikatowy, że nie sposób go pomylić z nikim innym. Fachowiec. Pasjonat. Idealny do przekazywania wiedzy zarówno dzieciom jak i dorosłym.





niedziela, 21 czerwca 2020

Kultura ludowa Beskidu M.

Autor: Piotr "Bebe" Drzewski


Choć omawiany obszar to w całości teren górski, nie jest on jednolity pod względem etnograficznym – nie można nawet powiedzieć, że mieszkają tu tylko górale. Równoleżnikowy układ grzbietów tworzy dość wyraźne, naturalne granice pomiędzy poszczególnymi grupami. Północne obrzeża Beskidu Makowskiego to tereny Krakowiaków zachodnich, zaliczanych raczej do Podgórzan, zaś znaczną cześć doliny Raby i jej okolic Tokarni, Krzczonowa zamieszkują Kliszacy, grupa pośrednia między nizinnymi Krakowiakami a sąsiadującymi od południa Zagórzanami zaliczanymi już do górali. 


Ubodzy Kliszacy nie byli szanowani ani przez jednych ani przez drugich sąsiadów. Nikt też nie uważał ich za "swoich", ponoć nazywano ich pogardliwie "gaciorzami". Przezwisko wzięło się stąd, iż głównym elementem stroju ludowego Kliszaków były białe lniane spodnie, poszarpane na końcach.Jednak do dnia dzisiejszego nie zachował się ani jeden egzemplarz takich "gaci". Najdalej na północ wysunięte wsie o charakterze góralskim to Bieńkówka, Trzebunia, Pcim i Stróża. Oczywiście podział ten opiera się na badaniach etnograficznych z okresu międzywojennego. Obecnie owe różnice nie są  już tak widoczne, a kultura ludowa powoli zatraca swą odrębność i wyrazistość.

Mimo tego w licznych przysiółkach rozrzuconych na zboczach i w dolinkach można spotkać stare domy, zagrody, kapliczki czy dzwonnice, które mogą oczarować niejednego mieszczucha. Na górskich terenach Beskidu Makowskiego do dnia dzisiejszego przeważają zagrody jednym tylko budynkiem (stodoły razem z chałupą pod jednym dachem) zwykle zakryte dachem czterospadowym. Większość domów zwrócona jest dłuższą ścianą do drogi biegnącej wzdłuż doliny rzeki, co można jeszcze z powodzeniem zaobserwować np. w Skomielnej Czarnej czy Tokarni. Przed domami znajdują się wykonane z desek tzw. "podgródki", mające chronić domostwa przed podmywającą je wodą deszczową oraz stanowić przejście wokół budynku w czasie niepogody.



Wnętrze takiej chałupy,jeszcze do niedawna, cechował tradycyjny podział na pomieszczenia o różnym przeznaczeniu i charakterze. Izbę białą i czarną. W izbie czarnej mieściło się palenisko, względnie bite z gliny piece do pieczenia chleba. Kłęby dymy w trakcie gotowania unosiły się na strych przez otwór w powale, zwany "okiennicą". Z czarnej izby prowadził niskie (żeby dym nie mógł się wydostać) wejście do izby białej, czyli do właściwego pomieszczenia mieszkalnego. W praktyce zimą zwykle cała rodzina i tak spędzała cały dzień a także sypiała w izbie czarnej ,gdzie było cieplej i przytulniej, zaś w białej izbie, w bogato malowanych skrzyniach, przechowywano odświętne stroje, rodzinne pamiątki kosztowności, było to takie pomieszczenie "na pokaz", tam przyjmowano gości i jadano niedzielne obiady.

Uprawa ziemi w Beskidzie Średnim nigdy nie należał do łatwego zajęcia, górska gleba nie mogła dać zadowalających plonów, w związku z tym swe pola uprawne gospodarze często powiększali karczując lasy by w ten sposób wejść w posiadanie nowych terenów pod uprawę. Na terenach górskich zasiewa się głównie owies i jęczmień, w mniejszym stopniu żyto i pszenicę.

Natomiast gospodarka pasterska i hodowlana Beskidu Makowskiego kształtowana była przede wszystkim przez doświadczenia i zwyczaje miejscowe, a w znikomym stopniu przez osadników wołoskich, których wpływy widoczne są  dobrze w innych grupach Beskidów. Typowy wypas owiec ograniczał się zaledwie do paru wsi, natomiast w małej ilości owce wypasane były razem z bydłem praktycznie wszędzie. Jednak nie występował tu prawie wcale, charakterystyczny dla wpływów wołoskich, wypas szałaśniczy. Dawnym, lecz do dziś stosowanym zwyczajem jest okadzanie stajni lub krów, wywodzące się z przeświadczenia o uzdrawiającej i zapobiegającej chorobom mocy dymu z niektórych roślin, ziół czy jałowca. Dla wzmocnienia skuteczności tych zabiegów używa się często ziół poświęconych, w postaci bukietów lub wianków, najlepiej w dniu Matki Boskiej Zielnej (15 VIII).



W porównaniu z zamożnością gospodarstw chłopskich na nizinach teren Beskidu Makowskiego nigdy nie należał do bogatych, dlatego rozwinęły się tu i mają swe tradycje liczne zajęcia pozarolnicze, nawet o charakterze wyspecjalizowanej produkcji przemysłowej. Przykładem tego może być prowadzona przez chłopów w XVII wieku huta szkła w Więciórce. W Bieńkówce i Bysinie trudniono się wyrobem gontów, w okolicach Makowa galanterii drewnianej i zabawek. W Lubniu i Tenczynie rozwinęło się koszykarstwo, a w okolicach Myślenic garncarstwo. W okresie od XVI do XVIII wieku w Myślenicach i Pcimiu funkcjonowały folusze dzięki czemu w najbliższej okolicy pojawiły się również warsztaty tkackie. Bogate tradycje kowalstwa maja Sułkowice, którego ponoć miejscowi chłopi nauczyli się od węgierskich Cyganów.

Jak to zwykle bywa, wiele ludowych obrzędów tego regionu wiąże się z dorocznymi świętami: Wigiliź Bożego Narodzenia, dniem św. Szczepana, św. Agaty czy całym okresem wielkanocnym. Żywym do dziś zwyczajem jest tworzenia bardzo okazałych palm wielkanocnych – największe powstają w Tokarni. Interesujące zwyczaje i przesądy związane są w Beskidzie Makowskim z życiem rodzinnym i jego doniosłymi momentami: narodzinami człowieka, zawarciem związku małżeńskiego oraz ze śmiercią. Oto kilka najciekawszych przykładów:
  • Kobieta brzemienna nie powinna patrzeć na zmarłego, bo spowoduje to ponoć, że dziecko będzie blade i chorowite.
  • Do wanienki, gdzie odbywa się pierwsza kąpiel noworodka wrzuca się pieniążek, aby zapewnić dziecku dostatnie życie.
  • Suknie ślubna powinna być szyta bez węzełków, w przeciwnym razie panna młoda będzie miała ciężkie pożycie małżeńskie, a dzieci będą chorowały.
  • Nie mniej popularne jest wierzenie, że to z małżonków będzie miało w związku głos decydujący, które przy ołtarzu przyklęknie drugiemu część ubrania.
  • Moment śmierci członka rodziny poprzedzać mają różnego rodzaju znaki: wycie psa pyskiem skierowanym ku domostwu, nieuzasadniony upadek obrazu czy lustra, a także wypadanie we śnie zębów

Szczególny szacunek ludność żywiła do ognia, wygaśnięcie ognia nocą w palenisku zwiastować miało nieszczęście. Ponadto znane są  rozmaite opowiadania o duchach i strachach mieszkających w lasach. Jeszcze całkiem niedawno dla ochrony domów przed "złem" malowano na drzwiach wapnem białe krzyże.

O autorze:
Piotr "BeBe" Drzewski

Bodaj jedyny ze współcześnie żyjących prawdziwych bardów- bieszczadników. Człowiek, który nieodparcie wierzy w ideały. Jako jedyny znany mi człowiek z przerażającą konsekwencją chodzi własnymi drogami (a komu się nie podoba to wara;). Jedna z najbardziej rozpoznawalnych osobowości chatkowo bazowych. Nie ma chyba takiej osoby, która bedąc choć raz na Górowej, Niemcowej, Skalance czy w bazie pod Wysoką, nie słyszała o Piotrusiu BeBe. To człowiek wokół którego narosło wiele mitów i legend. Z pewnością do historii górołazęgostwa już przeszedł- choć od sławy stroni jak może, ale sława i tak go dopada. Największy specjalista od chatek i baz namiotowych- kieruje tym działem w e-beskidy.com (od kilku lat jest też redaktorem naczelnym tegoż wortalu).  Dodatkowo prowadzi wspaniałą stronę www.chatki.com.pl. 


niedziela, 28 października 2018

Kapliczka ostatniego czarodzieja (the last wizard's chapel)


Gdyby zapytać przeciętnego miłośnika gór o najwyższe gorczańskie szczyty, odpowiedź najprawdopodobniej brzmiałaby: Turbacz, Gorc, Kudłoń. Bardziej zorientowani dołożyliby jeszcze Lubań. Tymczasem Kudłoń jest czwartym, Gorc- siódmym, a Lubań- ósmym szczytem w rankingu wysokościowym Gorców. Drugie miejsce zaraz po Turbaczu zajmuje przysadzista Jaworzyna Kamienicka..


Z dala prezentuje się mało efektownie.

Ot, zwykłe wybrzuszenie w dwudziestopięciokilometrowym głównym grzbiecie Gorców, ciągnącym się od Rabskiej Góry, przez Turbacz, Jaworzynę, Gorc, Tworogi, aż po Wyszogródkę w Tylmanowej. Kiedy jednak spojrzy się na mapę, owe 1288 m n.p.m. szokuje. Nikt nie spodziewałby się takiej wysokości po wygodnie rozsiadłym nad doliną Kamienicy klocku. Nie jest strzelista jak Kudłoń, charakterystyczna jak Lubań, nie ma tak pięknych polan podszczytowych jak Gorc. Jednak we władaniu Jaworzyny pozostaje coś, co nie pozwala przejść po prostu obok wydeptaną ścieżką.

sobota, 2 kwietnia 2016

Krokusy na Szlaku Dziesięciu Polan

Krokusy pod Jaworzynką.


Nie trzeba jechać do Chochołowskiej czy Kościeliskiej. 
W Gorcach też są krokusy.
I to ile!
Chociaż - przyznajmy - raczej w partiach do 1000 m nad poziomem morza (Bałtyckiego - jak mawia Hubert), wyżej jeszcze zalega śnieg. Ale w sumie - co się dziwić. Mamy pierwszy kwietnia...

Jaworzynka i widok na Beskid Wyspowy












Wybraliśmy się zatem z KOTem, czyli Kursem Organizatora Turystyki, na wyprawę wiosenną z Lubomierza, przez Kudłoń, przełęcz Borek na Turbacz. Rankiem zeszliśmy klucząc do Nowego Targu. Klucząc, bo podeszliśmy zarówno na Halę Długą jak i do kaplicy Matki Boskiej od Gorców.
Przyznaję bez bicia, że był to jeden z fajniejszych wyjazdów zorganizowanych. 

Szlak Dziesięciu Polan jest jednym z najstarszych szlaków w Gorcach. Wyznaczył go w 1926 roku ksiądz Walenty Gadowski, członek Towarzystwa Tatrzańskiego i orędownik górskiej turystyki. Był twórcą słynnej, tatrzańskiej Orlej Perci oraz dwóch perci w Pieninach: Sokolej (nazywaną dawniej Pienińską Orlą Percią) oraz nieistniejącej już Skalnej Perci.


Szlak znakowany jest kolorem żółtym i prowadzi przez urocze polany, które są niezwykle atrakcyjne pod względem krajobrazowym, przyrodniczym, a także widokowym. Dziś szlak ten jest częścią dłuższego szlaku prowadzącego z Tymbarku przez Mogielicę do Nowego Targu Kowańca.
 
Szałas pod Jaworzynką
Krokusy na halach



Krokusy na halach

Szlakowskaz na polanie Podskały

Podchodzimy pod Kudłoń

W lesie lis... sorry ... w lesie kwietniowym

Inne spojrzenie na giarrrę

Odpoczynek w słoneczku

Planowanie trasy.

Ślady głuszca

Oblodzona Hala Długa

Krzyż partyzancki na trasie do Nowego targu

Nasza Mewa Śmieszka:)

I zarażony śmiechem Kuba


POlana o uroczej nazwie Sralówki

Ania w krokusach

Etatowy noszacz gitarrry na zasłużonym odpoczynku.

sobota, 4 stycznia 2014

Symbol szuka sponsora

Nie trzeba być etnologiem, żeby zauważyć zmierzch kultury ludowej jako takiej. Przez wiele wieków kultura ludowa istniała w ciasnych ramach wsi, wiek XVIII przyniósł zainteresowanie się nią wielu badaczy, pojawiły się nowe nauki: etnologia, socjologia i inne nauki humanistyczne. Nie minęło dwieście lat i w dziedzinie ludowej, przynajmniej z mojego punktu widzenia, nastąpił kataklizm.

Chałupy drewniane zniknęły z krajobrazu wsi, we wsiach podbeskidzkich trudno dopatrzeć się nawet krowy, a o wyrobie sera, czy wypieku chleba nie ma co nawet wspominać. W koszykach wielkanocnych królują ciasta ze sklepu, pomarańcze i banany. 

Grupy kolędnicze owszem chodzą jeszcze po wsi, ale tylko za pieniądze, a na pytanie o obrzędy bożonarodzeniowe i o jakiekolwiek wróżby nawet starsi ludzie odpowiadają "Eeee tam Pani, to bujdy jakieś ludzie tylko propagandę sieją." 

Wydaje się, że wraz z wkroczeniem tak zwanej cywilizacji do wsi podbeskidzkich kultura ludowa jako nieatrakcyjna dla mas, umiera śmiercią naturalną.

Istnieje jednak druga strona medalu.

KOMERCJALIZACJA KULTURY

Kultura ta jako twór osadzony dość mocno w realiach wiejskich postanowiła sama się bronić. Wykorzystała narzędzie, którym usiłowano ją zabić. Pieniądze. Patrząc w aktualne oblicze kultury ludowej, że posłużę się słowami Jerzego Kryszaka, widać znak wodny, a w oczach lśni jej mennica. Wystarczy spojrzeć na Koniaków- wieś na pograniczu Beskidu Żywieckiego i Ślęskiego- znany chyba w całej Europie z pięknych wyrobów koronkowych. Nie chodzi o to, że Koniakowianie sprzedają swoje wyroby turystom i z utęsknieniem wypatrują kolejnego autobusu na niemieckich numerach. Chodzi o to, że koronkowe serwetki o regionalnych wzorach zastąpiły stringi, obcisłe body i inne wyroby mające z tradycją tyle wspólnego, że są wykonywane przez te same kobiety, które kilkadziesiąt lat temu robiły regionalne serwetki. Drewniane chałupy, dzwonnice, kościoły są dziś do oglądnięcia prawie wyłącznie w skansenach, a za ich zwiedzanie pobierane są oczywiście pieniądze. (Zaznaczam jednak, że celem tej pracy nie jest ogólna negacja pieniądza i komercji tylko spowodowanie dyskusji nad aktualnym stanem kultury i jej perspektywami na przyszłość, gdyż niemal pewnym jest, że do stanu sprzed osiemnastego wieku już nie powróci.). Przypadek kościółka w Tokarni jest niestety jednym z licznych przykładów na nieliczenie się z niczym w momencie, kiedy w grę wchodzą pieniądze. Kościółek w Tokarni (Beskid Makowski, na pograniczu pasma Zembalowej i Kotonia) jest drewnianą świątynią z końca XVI wieku. Leży w dolinie rzeki Krzczonówka w starym w parku, nieopodal ślicznego dworu z końca XVIII wieku. Otoczenie do niedawna było cudowne, a wierni chętnie przychodzili właśnie do tego kościoła, chociaż nieopodal postawiona jest nowa świątynia parafii w Krzczonowie. Ale przyszedł nowy proboszcz i dnia na dzień zarządził budowę ogromnego kościoła ceglanego nijak pasującego do okolicy (prosta zasada Krzczonów ma, to my nie możemy być gorsi) Plany budowy zachodzą na teren starego kościoła. Wypowiedź proboszcza do miejscowej gazety jest co najmniej znamienna: „zawsze może się spalić. A okolicy potrzebny jest nowy kościół, bo turyści w Niedzielę Palmową nie mogą się pomieścić.” Turyści przyjeżdżają do Tokarni, żeby zobaczyć najdłuższe oprócz wsi Łyse na Kurpiowszczyźnie i Lipnicy Murowanej w Beskidzie Sądeckim, palmy wielkanocne. Palmy te potem są sprzedawane, a odpust trwający w tym czasie jest największym źródłem dochodów parafii. Przykłady można mnożyć.

Najpiękniejsze przejawy kultury ludowej giną na naszych oczach, a zastępują ją wyroby tworzone tylko i wyłącznie na sprzedaż. Rzeczy, których sprzedaż jest trudna, nikną z wiejskich domów: Czy to maselnice, czy osełki, czy zwykłe kosy, zastępują je maszynowo robione egzemplarze z podpisem „Zakopane 2003’. Będąc na Ukrainie w starej opuszczonej chałupie znaleźliśmy drewnianą ręcznie robioną balię i cebrzyk. Gdy przywieźliśmy je do Polski znajomi powiedzieli „ A po co to targaliście jak tu na placu można takie kupić tylko, że nowe za niecałe 200 zł”. Znaleźliśmy również urządzenie do robienia gontów; w Polsce już takiego nigdzie nie ma, zniknęło w latach 40stych wraz ze śmiercią ostatniego gonciarza we wsi Bartne w Beskidzie Niskim. 

Powyższe przykłady są tylko pojedynczymi przypadkami, ale wystarczy się rozejrzeć, żeby zauważyć, że takich przypadków jest wiecej. Pytanie o przyszłość kultury ludowej ciśnie się na usta. Materialna jej strona ma jeszcze szansę przetrwania w sklepach i na bazarach, a co z kulturą duchową. Na jakiekolwiek pytanie o obrzędy i wierzenia nawet starzy ludzie wzruszają ramionami i odchodzą. Uważają etnografów, za „głupich i staromodnych”, którzy „jeszcze w takie bujdy wierzą”. Skomercjalizowana kultura to tylko jedna z nowych twarzy kultury ludowej.

KULTURA JAKO NARZĘDZIE WALKI NACJONALISTYCZNEJ

Inne, bardzo specyficzne oblicze kultury widoczne jest na Bałkanach. Tamtejsze kraje przez wieki przeżywały okresy rozpadu i wspólnej egzystencji, co spowodowało wymieszanie kultur tak dokładne, ze w dzisiejszych czasach trudno o mówić o specyficznie chorwackiej, czy specyficznie serbskiej jej części. Po krwawym konflikcie w 1995 roku rozpoczęła się niepomiernie dłużej trwająca wojna na symbole, wojna kulturowa. Klasycznym przykładem jest tu paprenjak- pierniczek wielkości palca, najczęściej w kształcie serca, z cukrową polewą. O niego toczą się komiczne kłótnie, mające zabarwienie nacjonalistyczne. 
Podobnie rzecz się ma z „typowymi” instrumentami. Serbowie od lat mieli swój narodowy instrument, gęśle. Po 1995 roku Chorwaci na siłę znaleźli swój- lirę, przy czym gdybyśmy zapytali pierwszego napotkanego Chorwata mało prawdopodobne, żeby potrafił odpowiedzieć na pytanie o narodowy instrument. Kłótnie nacjonalistyczne trwają nawet o muzykę popularną. Chorwaci mają swojego Parni Valjaka, Serbowie, swoją Silvanę. Obydwaj wykonawcy kopiują nawzajem swoje utwory, z tym, ze w Chorwacji są śpiewane głosem męskim, a w Serbii- kobiecym. Jest to właściwie jedyna różnica. Fanom to jednak nie przeszkadza, bo Chorwat nie będzie słuchał Silvany, a Serb Valjaka. Wiele jest również elementów kultury, zarówno duchowej jak i materialnej, wspólnych obu narodom. W obu krajach występują one jednak jako typowe i przynależne tylko temu narodowi. Na tym tle rozgrywa się kolejna, cicha wojna. O jej wymiarach świadczyć może próba napisania pracy doktorskiej nt. ”Przenikania się kultur”. Po pierwsze: niemożliwością jest przeprowadzenie badań terenowych, ze względu na przekonanie wszystkich zainteresowanych, że każdy element jest przynależny tylko i wyłącznie do kultury chorwackiej (względnie serbskiej), a sąsiedzi, nie mając własnych symboli bezczelnie je ukradli. Po drugie żaden badacz kultury tamtych terenów, mający tam znajomych, przyjaciół i współpracowników nie podejmie się bycia promotorem takiej pracy. O poszukiwaniu promotora pracy na terenie Serbii czy Chorwacji nie ma nawet co mówić.

(* tekst ten był pisany tuż po wojnie na terenie byłej Jugosławii - teraz, na szczęście, podejście "zwykłych obywateli" się zmieniło, co napawa optymizmem. Po długich dyskusjach z Serbem mieszkającym w Polsce, artystą, muzykiem i choreografem, Darko Bugarićiem, zaczęłam się zastanawiać, czy ten tekst publikować. Postanowiłam jednak go opublikować - z adnotacją o czasie napisania - oraz stworzyć tekst drugi - jak to wygląda dziś. Ale do tego muszę się tam znowu pojawić i wówczas spodziewajcie się, drodzy Państwo, tekstu weryfikacyjnego)
 
Śmieszna dla europejskiego obserwatora wojna na symbole nie jest bynajmniej zabawna dla bezpośrednich uczestników. Symbole narodowe służą nie tylko identyfikacji narodowej, ale również są wykorzystywane do podjudzania społeczeństwa przeciwko sąsiadom.

Symboli materialnych w kulturach krajów byłej Jugosławii jest ogromna ilość.: Chorwacka plecionka na zabytku z XII wieku (Baśćanska ploća) który dumnie wskazuje na tradycje głagolickie i na fakt, że na ziemiach chorwackich głagolica utrzymała się najdłużej., wspomniany paprenjak, który choć można go kupić zarówno w Serbii jak i Bośni czy Chorwacji przeszedł do kultury jako element chorwackim, czy nawet długopis, który wedle tradycji chorwackiej skonstruował pan Penkalla i stąd nazwa (długopis po chorwacku to właśnie Penkalla)

Ciekawym jest również fakt, że niektóre elementy kultury (np. dania) chociaż pochodzą z kultury azjatyckiej wymieniane są jako chorwackie, bądź serbskie. Tak rzecz się ma na przykład z tureckimi ćevapcići- roladami z mięsa, czy z burekiem- serem zapiekanym w formie chleba. Pierwszy „należy” do Serbów, drugi do Chorwatów. I nie ma dla nich żadnego znaczenia, ze dania te pojawiły się na Bałkanach wraz z najazdem tureckim i początkowo były postrzegane jako element kultury wrogiej. W momencie, kiedy znajduje się inną wrogą kulturę (w tym wypadku sąsiadów) każdy krok jest dozwolony, aby tylko dowieźć własnej wyższości.

Jednakże problem symboliki nie dotyczy li i tylko symboli materialnych. Bardzo ciekawa dla badacza jest duchowa strona kultury ludowej. Bogactwo epickich pieśni, mitów, opowiadań i legend nie ma sobie równych chyba w całej Europie. Ale i tu pojawiają się animozje i wzajemne podkradanie pieśni, postaci, czy zdarzeń. Niekiedy duch narodu przechodzi do działań politycznych i do najnowszej historii. Legenda i tradycja nakazała Chorwackiemu (i serbskiemu również) królewiczowi Marko wraz z wiernym towarzyszem – koniem, zostawić ślady stóp na głównym placu w Zagrzebiu. Ta sama legenda, acz w innymi bohaterami znalazła swoje odbicie podczas zamachu w Sarajewie (Stolica Bośni) rozpoczynającym pierwszą wojnę światową. Podobnie jak królewicz Marko Gavrilo Prinzip zostawił odcisk swoich stóp na placu w Sarajewie.

Gavrilo Prinzip, wykonawca zamachu na księcia Franciszka Jozefa I był chłopcem na posyłki organizacji Mlada Bosna – głównej organizatorki zamachu. Historia zakpiła sobie z twórców i głównych przedstawicieli organizacji zostawiając pamięć jedynie po tym niewydarzonym człowieczku. Gavrilo Prinzip, chudy niewydarzony człowieczek, chory umysłowo i niesprawny fizycznie trzymał pistolet tylko dlatego, że proponowany do tego celu zabójca zginął dzień wcześniej z rąk konkurencyjnej organizacji, a wszyscy liczący się w organizacji Mlada Bosna byli zaangażowani przy organizacji zamachu. Legenda i tradycja kazała tej ofierze losu zostawić ślady godne wielkich epickich postaci. Czyż to nie kolejny przykład na odwieczną rywalizację na symbole i kulturę?!

Symbole narodowe urastają z czasem do mitów, które w efekcie niejednokrotnie stają się narzędziem walki narodowościowej, niejednokrotnie krwawej i okrutnej. Najbardziej klasycznym przykładem jest oczywiście mit Kosowego Pola- mit, którego mocne zakorzenienie w świadomości serbskiej doprowadziło do krwawych rozgrywek albańsko serbskich. Historycznie była to wielka porażka wojsk serbskich pod dowództwem księcia Lazara w bitwie przeciwko potędze tureckiej, ale w świadomości serbskiej zapisała się jako wielkie zwycięstwo duchowe. Książe Lazar wybrał dla siebie i dla swojego narodu Królestwo Niebieskie. Do współczesnej mitologii serbskiej przeszedł jako serbski Leonidas (chorwackim Leonidasem jest ban Nikola Zrinski z obrony Śigetu – twierdzy na Węgrzech). Zaś Miloś Obilić, na pół mityczna postać, zapisał się jako bohater narodowy, kiedy podstępem zabił Sułtana w jego namiocie. Oczywiście natychmiast poniósł śmierć. Co ciekawe, gdyby wiadomość o śmierci sułtana przedostała się do żołnierzy losy potyczki na Kosowym Polu mogłyby zupełnie inaczej wyglądać. Jednakże Serbom nie zależało na zwycięstwie. Już wybrali Królestwo Niebieskie. W dzisiejszej świadomości dzień Św. Wida (Vidovdan) czyli dzień Kosowego Pola jest chyba najważniejszym dniem. Również wszelkie gry polityczne odwołują się do tradycji, w tym szczególnie do tradycji Kosowego Pola.

Idea, że „polityka to, w największej mierze, sprawa symboli” nie jest bynajmniej ideą nową. Od dawna obecna jest w antropologii i filozofii politycznej, odnaleźć ją można u Rousseau („władza obywateli też ma swoją świecką religię”), czy w totalitarnych systemach i ich metodach manipulacji masami. Symboliczny aspekt polityki ujawnia się też w tworzeniu systemów demokratycznych, tak jak w krajach powstałych po rozpadzie Jugosławii .

Nic w tym dziwnego, że politycy nawołując do wojny etnicznej (gdyż w takim aspekcie należy rozpatrywać wszelkie konflikty na Bałkanach) grali na strunach narodowej tradycji, przywołując te elementy kultury i tradycji narodowej, które w społeczeństwie były mocno zakorzenione. Wystarczy przypomnieć sylwetkę Radovana Karadžicia, który w swoim wystąpieniu telewizyjnym, nawołującym do wojny w Bośni grał na gęślach (narodowym instrumencie serbskim) na tle portretu Vuka Karadžicia. Vuk Karadžić jest postacią z samego szczytu panteonu serbskiego. Jako reformator cyrylicy i gramatyki zapisał się w tradycji jako ojciec języka serbskiego. Wykorzystanie tego samego nazwiska (jego domniemane pokrewieństwo z Vukiem jest wciąż nie sprawdzone), przez przywódcę bośniackich Serbów dowodzi, cokolwiek by o tym człowieku nie powiedzieć, doskonałej znajomości serbskiej tradycji, serbskiego społeczeństwa i perfekcyjnego opanowania manipulacji symbolami.

Również Slobodan Milošević rozpoczynając XX-wieczną bitwę o Kosowo, powoływał się na Vuka Karadžićia, choć nieco w innym sensie. Srbi svi i svuda „manifest” Vuka z 1836 roku , mający na celu zjednoczenie Serbów wszystkich trzech wyznań (Srbi sva tri zakona) w czasach Miloševicia przerodził się w manifest polityczny służący do eliminacji wszystkich nie- Serbów, żyjących w granicach Serbii. A granice Serbii nie oznaczają tu wcale granic politycznych (o etnomicie granicy pisał Ivan Ćolović), tylko miejsca, które Serbowie jako naród kiedykolwiek na przestrzeni wieków zamieszkiwali. „Serbowie wszyscy i wszędzie” oraz „granice Serbii wyznaczają serbskie groby” to nie są zwykłe zdania, są to hasła nacjonalistyczne, padające na bardzo podatny grunt społeczny.

Nacjonalistyczne oblicze kultury zostało bezpardonowo wykorzystane w konfliktach etnicznych na Bałkanach, czy mówimy o wypędzeniu Serbów z Vojnej Krainy w Chorwacji, czy o szturmie wojsk serbskich na bogu ducha winne bośniackie wioski, czy wreszcie na albańsko serbski konflikt na równinie kosowskiej. Wracając do kłótni nacjonalistycznych na tle kulturowo- symbolicznym warto na koniec przytoczyć wypowiedź pewnego emerytowanego profesora albańskiego, który jako jeden nielicznych żyje z Serbami w zgodzie i ma wśród nich przyjaciół. (zamieszczono w artykule Any Uzelac „Serbska Jerozolima” w gazecie wyborczej.). „Dziś nawet nietrudno spotkać wykształconego Serba i wykształconego Albańczyka, którzy pokłócą się o to kto był większym bohaterem serbski książę Marko, czy albański Skanderberg. I odejdą obrażeni z postanowieniem nie odzywania się do drugiego do końca życia. A prawda jest taka, że i Marko i Skanderberg byli tureckimi wasalami….” Równie dobrze to zdanie można odnieść do stosunków chorwacko- serbskich, jak i innych narodów bałkańskich.

Powyższe, z konieczności krótkie, wizerunki kultury ludowej nie wyczerpują oczywiście tematu. Nowych wizerunków kultury jest zapewne dużo wiecej i są równie ciekawe. Wydaje się, że kultura ludowa choć straciła swoje osiemnastowieczne oblicze, przekształca się w twór nie mniej interesujący i wieloaspektowy. Moim zdaniem najwyższy czas, aby etnolodzy przestali wchodzić w drogę socjologom i innym badaczom społecznym, a powrócili do badania swojego tematu, lekko tylko przekształconego.

piątek, 19 września 2008

Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu-Bierkowicach

Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu to jedyne muzeum na wolnym powietrzu w województwie Opolskiem i jedno z czterech tego rodzaju, położonych w historycznych granicach Śląska.

Jeden z ładniejszych skansenów na trasie MUWITu.
Utworzono tu 8 zagród z regionu oleskiego i opolskiego.

Zdecydowana większość obiektów prezentuje zrębową konstrukcję ścian. Przy ogrodzony płotami żerdziowymi domach założono ogródki kwiatowo- ziołowe i warzywne. Na polach uprawia się proso, pasternak, proso i grykę. Skansen niewątpliwie żyje- mieliśmy przyjemność obserwować jak kładziono strzechę.


U kowala w kuźni mój tata dostał zagadkę techniczną. Dzieci sobie może z tą  zagadką radzą- pan inżynier poległ:)

Dla mnie to miejsce ma szczególne znaczenie, bo po latach spotkałam tam mojego wspaniałego opiekuna praktyk w Pstrążnej- pana dra Euzebiusza Gila, kompletnie niestereotypowego, kochanego, uroczego opiekuna i wyśmienitego specjalistę, maniaka i pasjonata..

Pracownicy oprowadzają po obiektach- jak wiadomo ludzie są  różni, dlatego polecam następujących przewodników:

pani Lodzia - opiekun w chałupie gbura. Dość duża wiedza, umiejętność przekazania i przede wszystkim uśmiech. Przeurocza i bardzo kompetentna pani.

Mój prywatny profesor- Euzebiusz Gil- opiekun młyna. Bez komentarza- jeśli odpowiednio zagadacie możliwe ze nie wyjdziecie z młyna przed zmrokiem.

Pan Kowal o nieznanym imieniu, ale widoczny na zdjęciach. Tak unikatowy, że nie sposób go pomylić z nikim innym. Fachowiec. Pasjonat. Idealny do przekazywania wiedzy zarówno dzieciom jak i dorosłym.