czwartek, 25 stycznia 2018

Tylko dla Orłów

Autor: Łukasz Majerczyk

Czym są  góry? Zielonymi w lecie, białymi w zimie wzniesieniami określanymi mianem szczytów? Siedliskiem wilgoci, mgieł, deszczu, ciemności, zapachu świerkowego runa o poranku? Wschodem słońca po burzowej nocy, którą  przespałeś pod cienkim śpiworem, bo zapomniałeś wziąć pod uwagę długość wrześniowych dni oznaczających nieuchronnie zbliżającą się jesień? Można tak długo przytaczać różne określenia. Nie zmieni to jednego. Góry wołają człowieka zakochanego w nich od dzieciństwa. Góry kojarzone z sianem, plackami krowimi na polnej drodze, szumiącym lasem i potokiem, zabawami na kamieńcu, budowaniem tam z kamieni w celu opanowania żywiołu. 

Tych moich gór jest coraz mniej. Żeby do nich dotrzeć, pokłonić się im, muszę przecisnąć się przez tłum deptakowy u ich podnóża. Obojętnie czy to Wisła, czy Zakopane. Kręcę się wśród tandetnych reklam modnych sklepów i butików, wdycham woń oleju z Pizza Hut i Góral Burgera przesłaniającą Giewont. A on wydaje się patrzeć w dół i śmiać się z niedowierzaniem w krzyżu. Odwraca głowę ku słowackiej stronie. Tam spokojniej, mniej zjeżdżających ludzi dziwnego autoramentu, przenoszących zwyczaje warszawskie pod Tatry. Moje Tatry, które najmocniej brzmią we mnie gdy jestem daleko..

Koziniec, Antałówka – w dole widzę to miasto. Brzydkie, zapyziałe, chaotycznie rozplanowane, odpychające. W sam raz do zakopania. Z roku na rok podzielam opinię Witkacego, genialnie opisujący stosunki miasta leżącego między Trzaską a Karpowiczem. Nie lubię Zakopanego. Jest przykrą koniecznością. Przedpokojem, przez który trzeba przejść by wkroczyć na salony tatrzańskie. One zaczynają się dla mnie na granicy Bystrego. Kiedy szum gałęzi smreków pokonuje odgłosy cywilizacji, kiedy reglowe masywy walź się człowiekowi na głowę, kiedy muszę zadzierać głowę wysoko aż do bólu karku. Słyszę znajomy turkot kamieni spod okutych wibramem butów, wiatr i cisza wypełniają całego mnie, serce bije miarowo, słyszę je dobrze. Tak bije serce na widok Ukochanej nie widzianej od dawna. Wzrok nabiera jasnego spojrzenia. Radość wypełnia piękno każdego szczytu, każdej skały, każdego powalonego przez halny drzewa.

Granica między oczekiwaniem na szczęście a ekstazą zaczyna się powyżej 1500 m. Powyżej granicy lasu. Za Halź Gąsienicową, za "Mokiem", za Siklawą. Wreszcie ktoś odwzajemnia powitanie, ktoś pyta się jak daleko gdzieś tam, ile trzeba iść, czy trudno. Wreszcie widzę granitowe głazy pokryte zielonkawą odcienią mchów i porostów. Wreszcie woda szumi daleko, lekkim szmerem. Oznacza to, że cały mój zwykły świat został za mną. Nie tęsknię. Do kłopotów, wątpliwości, obowiązków, ferdydurkowskich gęb przepełnionych falszem. Oczyszcza mnie świątobliwy Mnich, nowe horyzonty otwierają się za Wrotami Chałubińskiego, czeluść Koprowej przytłacza majestatem ludzką zwykłość kłębiącą się w dole. Hruby jakby przyznawał mi rację. Patrzymy na siebie i wiemy obaj, że jesteśmy ponad to. Orzeł wypatrujący w przestrzeni zdobyczy, nawołuje swego pobratymca nadlatującego od strony Zaworów. Witają się charakterystycznym dźwiękiem, który nie sposób pomylić z żadnym z ptaków. 
Powitanie na wysokościach powyżej 2000 m. 
Dla wybranych. 
Tylko dla orłów. 
Wraz z nimi rzucam się w przestrzeń. 

O autorze: 
Historyk z wykształcenia i chyba zamiłowania, bo nikt nie zabiera się za kontrowersyjny temat Ognia-partyzanta z Podhala, nie kochając historii jako takiej

środa, 24 stycznia 2018

Cmentarz przeklętych pod Dzwonkówką

Na podstawie książki Krzysztofa Kopra "Z dziejów Krościenka nad Dunajcem".

O zapomnianym cmentarzu pod Dzwonkówką krążą różne historie. Niewielkie wzniesienie, ukryte w gęstym lesie, kryje wiele tajemnic. To tam przez wiele lat górale porzucali ciała samobójców. 

Wisielce - przeklęte miejsce. 

Cmentarz przeklętych. O zapomnianym cmentarzu pod Dzwonkówką krążą różne historie. Niewielkie wzniesienie, ukryte w gęstym lesie, kryje wiele tajemnic. To tam przez wiele lat górale porzucali ciała samobójców. Wiele ciekawostek na ten temat można wyczytać we właśnie opublikowanej książce Krzysztofa Kopra "Z dziejów Krościenka nad Dunajcem". Na Podhalu jest kilkanaście takich miejsc, jak to w Krościenku. Po większości z nich pozostały jedynie nazwy. W Gorcach nad Nowym Targiem natknąć się można na Wisielakówkę, w Falsztynie na Spiszu na Wisielaki. W Ochotnicy Dolnej znajduje się Przełęcz Zabite oraz Obwisie.

Na cmentarzach samobójców rzadko pojawiały się krzyże. Ludzie z niechęcią mówili o tych, którzy targnęli się na swoje życie. 
Dawniej nie tylko samobójców, ale także ich ciała traktowano z wielką pogardą. By nie ściągnąć na siebie oraz całą wiejską społeczność złych mocy, górale przestrzegali kilku zasad. Po pierwsze osoba, która znalazła ciało wisielca, musiała zmarłemu wymierzyć policzek lub trzykrotnie uderzyć go w głowę. 

Po drugie ciała samobójcy nie wolno było przed pochówkiem myć ani też przebierać w inne ubranie. "Dawniej ludzie bali się nawet dotknąć takiego człowieka, bo myśleli, że zginął z Rąk diabła"- opowiada w książce Aniela Foltyn, mieszkanka Ochotnicy Górnej.

Przy pochówku starano się nie wynosić ciała samobójcy drzwiami, ale przeciągano go pod progiem, do czego miał służyć specjalnie zrobiony otwór. 

Zdarzało się, że wykorzystywano okna, przez które po prostu wyrzucano ciało z domu. Zabieg taki gwarantował ochronę przed piorunem, gradem i powrotem umarłego. 

Według górali samobójca nie zasługiwał na pogrzeb. Pochówek miał być cichy, bez udziału księdza. Trumny z ciałem nie można było wnieść do kościoła czy też na cmentarz. 

Dlatego też zmarłych grzebano w górach, przeważnie nocą. "Pogrzeb był skromny i cichy, rodzina wstydziła się tego czynu i chciała go jak najszybciej wymazać z pamięci"- wspomina inna z bohaterek książki, Franciszka Jamińska z Ochotnicy. 

"Ta otwarta manifestacja pogardy, ale i strachu wobec aktu samobójczej śmierci powodowała, że oprócz najbliższych nikt w nim nie uczestniczył"- pisze Koper. 

Twarzą do ziemi

"Zwłoki samobójcy wkładano choćby w deszczułkę, wiązano i wywożono wołami w góry"- to kolejna relacja, tym razem Wojciecha Zawilińskiego, który powołuje się na zasłyszane w dzieciństwie opowieści. 

By odstraszyć złe moce, ciała samobójców przykrywano stosem kamieni i obsadzano cierniem- dziką różą, głogiem, czasem też makiem. 

Zwłoki przebijane, nakłuwane kolcami, krępowane, kawałkowane, układane twarzą na dół, także palone- w odczuciu żyjących miały gwarantować wieczny spokój. 

Tradycja także zalecała na grobie samobójcy położyć garść siana, słomy, kawałek drzewa, pojedynczy kamień czy grudkę ziemi. 
<br />
Gest ten miał dwojakie znaczenie. Po pierwsze przynosił ulgę pokutującej duszy. Po drugie rzucanie różnych przedmiotów na przeklęte mogiły stanowiło swoisty substytut pogrzebu, miało też uniemożliwić wychodzenie upiora spod ziemi"- pisze autor. 

Większość górali bała się miejsc, gdzie chowano samobójców. O górach, w których ich chowano, krążyły różne, przerażające historie: "Dawno temu dwie kobiety wracały od siana spod Dzwonkówki. Po minięciu rozstajów dogonił je młody, elegancko ubrany na czarno człowiek. 
Zaczął miłą rozmowę na różne tematy i tak przeszli wspólnie kilkaset metrów. Wtedy tajemniczy przybysz pożegnał się i wrócił ścieżką do lasu, w kierunku Wisielców. 
Po chwili jedna z kobiet odwróciła się i ku swojemu przerażaniu dostrzegła u oddalającego się nieznajomego wzbijające kurz kopyta". 

Sznur dla złodziei

"Dużo gorzej zakończyła się wędrówka samotnej kobiety, idącej na bliższe z Krościenka przez Tylkę do Sromowiec Wyżnych. Przy granicy miejscowości, na ścieżce koło Diablej Skałki czekał szatan. 
Przekaz mówi, że chwycił ją za nogi i wlókł wysoko, na kilkunastometrowy szczyt. Następnego dnia nieszczęsną kobietę znaleziono martwą na dole. 
Widocznie musiała zacząć się głośno modlić i wtedy szatan ją puścił, zabijając na miejscu"- to cytowana w książce relacja mieszkańców Tylek. 

Z samobójcami wiązało się wiele innych przesądów. Podobno kawałek wisielczego sznura miał przynosić szczęście i gwarantować sukces osobie, która go przy sobie nosiła. 
Niezwykle cennym przedmiotem miał być zwłaszcza dla osób trudniących się tzw. złodziejską profesją.

Wisielce - cmentarz samobójców pod Dzwonkówką:

Najbardziej znane i dokładnie zlokalizowane miejsce grzebania zwłok samobójców (do końca XIX wieku) jest położone około 10 minut marszu od kulminacji Dzwonkówki (podążając głównym szlakiem beskidzkim od strony Krościenka). 
Na rozstaju stanowiącym rejon starej granicy czterech dziedzin: Krościenka, Tylmanowej, Obidzy i Szczawnicy należy skręcić w prawo i po około 100 metrach zejść w okolice śródleśnej polanki (na prawo od ścieżki). 
Niewielka, płaska, dość mocno zarośnięta dziś olchź i leszczyną przestrzeń o nieregularnym kształcie (ok. 80 x 100 metrów) leży na północ od kulminacji szczytu Wisielec (873 m). Do niedawna znajdowały się tam trzy niewielkie krzyże wbite w ziemię w niewielkich odstępach od siebie, a wykonane w prymitywny sposób z cienkich żerdzi. W kwietniu 2003 roku zachowany był już tylko jeden.

Autor książki:
Krzysztof Koper - Absolwent historii i filologii polskiej Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Współzałożyciel Komisji Historii Wojskowości i nowotarskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego. Autor internetowego serwisu, poświęconego historii Krościenka. Nauczyciel historii w krościeńskim gimnazjum.

Dźwięki z Mofety


Pełny tytuł tego wydawnictwa brzmi : "Dźwięki z głębi Ziemi- muzyka mofety w Złockiem k/Muszyny".

Co to mofeta?

Miejsce uchodzenia dwutlenku węgla z głębokich warstw geologicznych. Dwutlenek węgla to gaz nieco cięższy od powietrza, trujący dla człowieka i niebezpieczny, bo bezbarwny i bez zapachu. W naturze wydostaje się przez całe kilometry naszej litosfery, szczelinami skalnymi i najczęściej na końcu łączy się z ujściami wody wzbogacając źródła pękającymi banieczkami i srebrnymi "bąblami". czasem mamy do czynienia z tzw. suchą ekshalacją dwutlenku węgla czyli zjawiskiem wydobywania się gazu bez pośrednictwa wody. Największa mofeta w polskich Karpatach, będąca zespołem kilku ujść wodnych i suchej ekshalacji gazu, znajduje się na granicy miejscowości Jastrzębik i Złockie ponad Muszyną.
Jeszcze kilka lat temu była to zaśmiecona i porośnięta krzakami "paryja" (to małopolskie określenie na wąwóz utworzony przez niewielki ciek wodny) ale dzisiaj stanowi zagospodarowaną i udostępnioną dla zwiedzających atrakcję geologiczną Gminy Muszyna. 

Najciekawsze jednak pozostawiam na koniec... każde ujście gazu ma inne brzmienie, a przy wnikliwszym przysłuchiwaniu się odkryć można pewną periodyczność dźwięków i ich głośności. Bulgotanie i odgłos pękających banieczek gazu oraz odgłosy wydobywania się na powierzchnię ziemi kolejnych porcji dwutlenku węgla robią wrażenie, największe tam na miejscu, wystarczy na chwilę posłuchać "gadania" mofety, dochodzącego z kilku różnych miejsc! To naturalny "ambient" o brzmieniu wypracowywanym przez awangardę nowych brzmień w pocie czoła!

Przy opracowywaniu opisów stanowiska geologicznego jakim jest dla fachowców mofeta, nadano nazwy kilku ujściom gazu i wykorzystano przy tym skojarzenia dźwiękowe. Mamy więc : źródło "Bulgotka" i "Dychawka", oraz nazwane od charakteru miejsca ujście CO2 :"Zatopione". Wraz z Mirkiem Badurą, wybraliśmy się w październiku 2005 roku na miejsce, aby zanotować cyfrowo te niezwykłe odgłosy. Tak powstała jedna z najciekawszych naszych "Flagowych" płyt o numerze katalogowym 008, wydana jeszcze tego samego- 2005 roku.

Interesujące są  dalsze losy tego wydawnictwa. Czując potencjał promocyjny i niezwykłość zapisu dźwięków mofety, zaproponowałem stworzenie z nagrań unikalnego elementu promocji regionu. Dla wytłumaczenia się z kontekstu tej propozycji opisałem wyczerpująco ideę w lokalnym (ale bardzo dobrze wydawanym) "Almanachu Muszyny" (rocznik 2006) i wysłałem próbki do firmy zajmującej się butelkowaniem miejscowej wody...
 I... NIC! 
Od załamania nerwowego (traktujcie ten zwrot żartobliwie, bo takie sytuacje przerabiałem już wielokrotnie i posiadam antyciała pozwalające przetrwać...) uratowała mnie krakowska AGH i międzynarodowa konferencja fizjogeograficzna... Naukowcy z całego świata (także z Polski) byli mofetą i płytą niezwykle zainteresowani i leży ona (płyta) na niejednym stole.

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt mofety- odkłada się tam tzw. rudawka, mieszanina glinek i związków żelaza, która jest substancją wyjściową do wytworzenia się naturalnej ochry. 

Ochra to jeden z najstarszych barwników na świecie. 
W obiegowej kulturze, ochra kojarzy się ze sztuką Aborygenów i malowidłami naskalnymi. Obecność ochry o pięknym, rudo-brązowym kolorze w okolicach Muszyny, wydała mi się bardzo interesująca. Wiele osób kiwało z powątpiewaniem głowami (kiwanie takie nic nie kosztuje, a sprawia wrażenie głębokiego namysłu i mądrości) i dlatego sprawę drążyłem dalej. Napotkałem w katalogu pewnej niemieckiej firmy, handlującej naturalnymi pigmentami, na produkt o nazwie : ochra karpacka, a jako miejsce pochodzenia podano tam...Polskę! Pobiegłem zaraz do specjalistycznego (he,he,he...) sklepu z naturalnymi pigmentami na krakowskim Kazimierzu i tam zniecierpliwiony Pan (typ : wiem- wszystko- najlepiej-prostaczku) wyjaśnił mi łaskawie, że nie ma takiego pigmentu, a ochra bierze się z pieca hutniczego... Oj nasi specjaliści! Tak więc badania zakończyłem konstatacją, że Polacy malują ochrą z pieca hutniczego (czyli imitacją ochry naturalnej), a na tzw. Zachodzie mogą sobie kupić ochrę karpacką z Polski. Pozostaje otwartym pytanie (dla pana z opisywanego sklepu) z jakich to pieców hutniczych wydobywali ochrę Aborygeni tysiące lat temu?

No cóż, ja maluje piękną ochrą karpacką i jest mi obojętne, że moim współziomkom jest to obojętne... Chciałbym tylko, aby ktoś kiedyś sobie przypomniał te informacje i podane na tacy przez World Flag Records produkty regionalne. Bo kiedyś zostaną one "odkryte"W toku ewolucji społeczności lokalnych.

Bogdan Kiwak pięknie opracował plastycznie płytę, wykorzystując fotografie wykonane przez Bognę Badurę i siebie. Niestety, w chwili kiedy piszę o naszym wydawnictwie, nie ma już "Dychawki"... zniknęła za sprawą zniszczeń, które dotykają periodycznie cały obiekt pomnika przyrody "Mofeta w Złockiem k/Muszyny" za sprawą wrednego charakteru kilku żałosnych ludzi. Kilka tygodni temu nasłuchując uważnie odnalazłem jej inne usytuowanie ale podczas  późniejszych odwiedzin tego miejsca przez Mirka Badurę sucha ekshalacja w tym miejscu nie była słyszalna. Mamy "rękę na pulsie" karpackiej mofety i znowu kiedyś uzupełnimy bank nagrań o westchnienia i oddechy z wnętrza Ziemi... W studiu próbki dźwięków mofety wykorzystaliśmy na naszych regularnych płytach : "Mirrors" (www.vivo.pl) oraz w stanie naturalnym i przetworzonym w interesujące "drony" i środowiska dźwiękowe, także w innych nagraniach i wydawnictwach, np. Na "Cyber Totem" i na dvd pt. "Kompromis"

Mofeta i Bulgotka


Autor: Ewa Tomczyk- Miczka


Odnajdziemy je w Muszynie- Złockiem


Mofeta jest  ruda  i lśniąca, Bulgotka ma wesołe usposobienie, a Dychawka niebezpiecznie upajająca. Ukryte w moczarach, od zawsze fascynowały śmiałków, którzy przedzierali się przez las, żeby zawrzeć z nimi znajomość. Powracali jednak lekko oszołomieni, z poczuciem wciąż nie odkrytej tajemnicy.

Ich wielka tajemnica tkwi głęboko pod ziemią. Jak głęboko, nikt nie wie. Wiadomo było od zawsze, że śmiertelnik nie powinien zbyt długo przebywać w kotlince przy źródełkach. Dawniej podejrzewano je o konszachty z diabłem, dziś wiemy, ze trzy sąsiadki maja korzenie w "pokładach tektoniczno-facjalskiech jednostki Magurskiej zewnętrznych Karpat fliszowych".

Beskid Sądecki, niezwykle georóżnorodny, posiada unikalne wody mineralne, bogate w cenne dla zdrowia pierwiastki, nasycone dwutlenkiem węgla. Wśród licznych źródeł i odwiertów.  wykorzystywanych w uzdrowiskach do balneologii, inhalacji i butelkowania, zjawiskiem są  nasze przyjaciółki wymienione na wstępie.

Motety to "suche eskalacje dwutlenku węgla", a najpiękniejsze z nich znajdziemy w Muszynie- Złockiem. Wytrącający się ze szczaw rdzawo-żółty żel pięknie współgra z jaskrawą zielenią unikalnych błotnych roślin. Z dna bagnistego koryta potoku Złockiego wydobywają się nieustająco bąbelki, wydając syczące odgłosy wabiące do Bulgotki. A Dychawka to prawdziwy "oddech ziemi" – syczący duszący powiew z niezbadanej szczeliny. Wydobywający się gaz to prawie czysty 94-procentowy dwutlenek węgla, co daje się odczuć po chwili przebywania opodal źródełek.

Odkąd Popradzki Park Krajobrazowy przy współpracy z gminą udostępnił i oznakował teren,
zakątek jest dostępny, lecz zdecydowanie mniej romantyczny. Tablice informują o pochodzeniu i składzie minerałów, mostek nad kotlinką pozwala na wgląd w serce niezwykłych zjawisk. Opuszczamy je z lekkim zawrotem głowy, nie tylko od nagromadzonych w kotlince gazów, ale od niezwykłej urody fantastycznych barw i atmosfery jak nie z tej, a jednak właśnie z tej ziemi.


Czym jest mofeta?:

Mofeta usytuowana jest w dnie bagnistego koryta potoku Złockiego, przez co wypływ CO2 częściowo ma miejsce pod pokrywą wody i dlatego jest doskonale widoczna. W kilku punktach, na powierzchni około 25 m2, wydobywają się nieustannie w dzień i w nocy różnej wielkości i ze zmienną częstotliwością bąble CO2. W rejonie tym występuje kilka źródeł wód mineralnych. Największe nazwane jest Bulgotką, inne, Zatopione – pokryte jest wodą potoku; występuje tu również samotna sucha ekshalacja dwutlenku węgla – Dychawka. Nazwy te doskonale obrazują ich charakterystyczne cechy, gdyż pękające bąble wydają syczące i bulgoczące odgłosy, a z pozbawionej wody Dychawki słychać "oddech" ziemi.

Wydobywający się gaz odznacza się bardzo wysoką zawartością CO2, wynoszącą 94,3 %, a w jego składzie znajduje się również N2 – 4,17 % i O2 – 0,44 %. Gaz ten pochodzi z głębokiego podłożą subdukowanego w miocenie pod orogen Karpat a genetycznie jest on związany z młodotrzeciorzędowym wulkanizmem i/lub niskotemperaturowym metamorfizmem skał węglanowych.

Na wyjątkowo atrakcyjną oprawę mofety w Złockiem wpływa bulgoczące rdzawożółte błoto, kolorystycznie kontrastujące z porastającą je intensywnie zieloną, niskopienną roślinnością. Wytrąca się ono z wód wypływających tu szczaw, zawierających dużą ilość związków żelaza i ma charakter koloidalnej, czerwonobrunatnej galaretowatej zawiesiny, cienkiej powłoki lub spienionego żelu. Osad ten zawiera także wiele minerałów wymytych ze skał podłoża, takich jak: kwarc, kaolinit, illit, montmorillonit, kalcyt, skalenie i chloryt. Ten rdzawy sedyment nazywany jest potocznie "rudawką" a jego nagromadzenie może doprowadzić do powstania ochry, cenionego od czasów paleolitu surowca mineralnego.

Roślinność porastająca rejon występowania mofety należy do zespołu siedlisk wilgotnych i błotnych. Rośnie tu w gęstych kępach: sitowie leśne, mietlica rozłogowa, knieć błotna, rzeżucha gorzka, przytulia błotna, karbieniec pospolity, tojeść rozesłana, mięta długolistna, niezapominajka błotna, jaskier rozłogowy oraz manna jadalna.

Mofetę udostępniono do zwiedzania według projektu pracowników AGH: Lucyny Rajchel, Jacka Rajchela i Tomasza Wieji we współpracy z Popradzkim Parkiem Krajobrazowym.

informacje ze strony gminy Muszyna- www.muszyna.pl

Ustrzyki Dolne - prezent Stalina

Autor: Dariusz Piwiński

Źródło: Gazeta.rzeszow.pl

Ustrzyki to szczególne miasto. Leży na terenach przenikania się wielu kultur, religii i tradycji. Do dzisiaj mieszkają tu Polacy, Rusini i Żydzi.

O dziwo, ta Narodowościowa i kulturowa mieszanka nie dała Ustrzykom urody.- To jedno z najbrzydszych miast w Polsce. Zbudowane bez żadnego stylu- mówi miejscowy architekt Łukasz Winnicki. Przyczyną są  historyczne burze- ludność była stąd wielokrotnie wysiedlana, domostwa palone, a nowa, napływowa, nie dbała o styl budownictwa.








Prezent Stalina

Miejscowi powiadają, że miasto to podarunek Stalina dla Bieruta- dzięki łaskawości Soso znalazło się w granicach Polski. Do miejskich ciekawostek należy wypchany niedźwiedź w muzeum fauny, upolowany przez Bieruta. Niektórzy twierdzą, że Bierut był tak pijany, że tylko trzymał strzelbę, inni- że miś zwabiony pod ambonę został po prostu zamordowany, a nie upolowany.

11-tysięczne beskidzkie miasteczko ciągnie się wzdłuż płynącej zakolami rzeki Strwiąż. Prawami miejskimi cieszy się od 1727 roku (z przerwą w latach 1945-52).


Niestety, wspaniałe, nadrzeczne położenie nie jest wykorzystane. Przed wojną przy jednym z zakoli był bulwar- tzw. plac Pod Dębami. Tam odbywały się festyny i tam chodziło się pod rękę z dziewczyną "pokazać się". Po wojnie, tuż nad brzegiem, postawiono garaże. Wyasfaltowano kawałek ścieżki, wzdłuż niej postawiono ławki i lampy. Przez te lampy miejscowi nazywają to miejsce "k... parkiem".

Przy rynku

Choć Ustrzyki są  stare (pierwsze wzmianki o nich pochodzą z XV wieku), perełek architektonicznych mają niewiele. Za duża była tu migracja ludności, liczne wysiedlenia i przymusowe osiedlenia. Dlatego trudno było się tu zakorzenić i wybudować coś trwałego, spójnego architektonicznie.

Najstarszy jest zabytkowy rynek o nieregularnym kształcie. Przecina go (podobnie jak całe miasto) główna droga z Sanoka do Krościenka.

Na rynku rosną stare drzewa.- Rynek powinien być przestrzenny. To miejsce, gdzie coś się dzieje, a nasz wygląda jak skwer. Trzeba go odnowić, ale ponieważ podlega konserwatorowi zabytków, a ten nie ma pieniędzy, czeka na swoją kolejkę- mówi Artur Bobrecki, ustrzycki architekt.


Do roku 1920 rynek miał zwarte, stylowe pierzeje. Zburzono je bezmyślnie po wojnie- łatwiej było zniszczyć, niż odnowić.

Dziś okalające rynek stare kamieniczki o stylowych elewacjach (z XVIII i XIX wieku) poprzecinane są  tandetną współczesnością. Jest nawet kamienica obłożona sidingiem!

Jedną z pierzei rynku wyburzono, w jej miejscu stanęły drewniane budki z hamburgerami.- Z architektonicznego punktu widzenia to knot- stwierdza Winnicki.

Podobnym knotem są  cztery domy stojące tuż obok rynku. Mają dwóch właścicieli. Jeden z nich chciał, aby były pokryte dachem spadowym, drugi płaskim. Pokłócili się i teraz trzy bloki mają dach spadowy, a czwarty ma płaski.

Stajnie, cerkwie i kościoły

Tuż przed rynkiem stoi neogotycki kościół rzymskokatolicki z przełomu XIX i XX wieku, w którym teraz mieści się cerkiew. Jeśli wierzyć opowiadaniom, powstała w zaskakujący sposób. Proboszcz parafii w Jasieniu, do której należały Ustrzyki, nie chciał zgodzić się na odłączenie części parafii. Mieszkańcy sprzedali więc budynek z działką prawosławnym i tak powstała cerkiew.

- Za PRL-u cerkwie były dla władz sporym problemem- świadczyły o innej niż oficjalna historii tych terenów. Przerabiano je na magazyny np. dla sklepu żelaznego- mówi Winnicki. Kilkadziesiąt lat wcześniej podobny los spotykał kościoły rzymskokatolickie, które zamieniano na stajnie.

Przed wojną w Ustrzykach były też cztery bożnice. Dziś w budynku jednej z nich, pochodzącej z pierwszej połowy XIX wieku, stojącej nieopodal rynku, jest biblioteka publiczna

Czkawka socjalizmu

Za czasów peerelowskiej gigantomanii u wylotu miasta (przy drodze na Krościenko) wybudowano potężne zakłady drzewne. Po 1989 roku splajtowały- zostały po nich ogromne, ponure, puste hale. W niektórych zainstalowały się prywatne firmy.

- Nowi użytkownicy zmienili architektoniczny wygląd hal. Np. obok starego, typowego fabrycznego okna ktoś wmurował nowe, niczym z mieszkania Kowalskiego. wygląda to teraz nie tylko paskudnie, ale i śmiesznie- mówi Winnicki.


W położonej nieopodal Ustrzyk Ustjanowej też powstał wielki kombinat drzewny. Przed wojną była tu słynna szkoła szybowcowa. (Ciekawostka - dzięki korzystnemu usytuowaniu lotniska i specyfice terenu szybowce wypuszczano do lotu z... procy).

To jednak nie koniec architektonicznych i urbanistycznych nieporozumień. Na obrzeżach miasta, tuż przy stoku Gromadzynia, wybudowano mleczarnię.- Z jednej strony wyciąg narciarski, z drugiej stadion, a w środku mleczarnia- irytuje się Bobrecki. W samych Ustrzykach przy głównej ulicy wybudowano dom handlowy Halicz, typowy kloc- pomnik budownictwa komunistycznego- w żaden sposób nie przystający do architektury pozostałych budynków.

Przykłady takiego przestrzennego bezhołowia można mnożyć w nieskończoność... Wjeżdżając do Ustrzyk od strony Sanoka, po prawej stronie mijamy osiedle domków jednorodzinnych w zabudowie szeregowej.- Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że powstało ono w miejscu słabo nasłonecznionym, co zwiększa koszty eksploatacji budynków. Równie niefortunnie zlokalizowano szpital- przed wjazdem do miasta, tuż obok oczyszczalni ścieków, a do tego w kotlince, która tworzy strefę malaryczną. Miejscowi twierdzą, że wielu wyszło z tego szpitala nogami do przodu.

Sam budynek szpitala nie grzeszy urodą- typowy mrówkowiec z widocznymi na elewacji dobudówkami i przebudowami.

Architekci zgodnie ubolewają, że u nas nie robi się- jak w np. Niemczech- szczegółowych, długookresowych planów zagospodarowania przestrzennego.- Trzeba myśleć, jak, co i gdzie się buduje. Budujmy tak, aby przyszłym pokoleniom nie zostawiać przestrzeni zdewastowanej urbanistycznie- mówi Winnicki.

Z Wikipedii:
W 1497 r. król Jan Olbracht oddał okolice Ustrzyk Dolnych w dzierżawę Iwonii Janczonowiczowi herbu Przestrzał rodem z Siedmiogrodu, za zasługi położone w czasie wojny bukowińskiej. W 1509 r. Iwonia Unihowski herbu Przestrzał, protoplasta rodu Ustrzyckich, lokował wieś Ustrzyki, wtedy nazwaną Ustryk. Wioska leżała u zbiegu dwóch bezimiennych strumieni, a mieszkańcy nazywali ją po staropolsku US, czyli ujście, RZYK czyli rzeki – stąd nazwa wsi Ustrzyki, albo ujście rzeki. Od nazwy wsi ród Unihowskiego przyjął później miano Ustrzyckich. Emerykowi Ustrzyckiemu ok. 1505 r. nadano wójtostwo i ziemie Ustrzyk Dolnych, obejmujące miejscowości Jasień, Równia, Zamłynie, Strwiążyk i część Ustjanowej. W 1667 r. Maciej Stanisław Ustrzycki – sędzia sanocki, poseł na Sejm w roku 1670, komisarz (wyznaczony do monety srebrnej, ułożenia w swoich dobrach w roku 1676) – wystawił kościół farny w Jasieniu, co aprobowała Konstytucja w 1667 r.

wtorek, 23 stycznia 2018

Lesko - kirkut, zamek i dwa rynki

Autor: Ewa Głowacka
Źródło: Gazeta.rzeszow.pl

Turyści udający się w Bieszczady zwykle przejeżdżają przez Lesko, niektórzy nie przypuszczają nawet, że to jedna z najbardziej zabytkowych miejscowości w tym regionie. Miasto zachowało bardzo ciekawe i rzadko spotykane założenie urbanistyczne z dwoma rynkami.



Malowniczo położone na wysokim brzegu Sanu Lesko wita przyjezdnych widoczną z daleka panoramą, w której nad skupiskiem zwartej miejskiej zabudowy dominuje strzelista wieża gotyckiego kościoła parafialnego. Świątynia znajduje się przy Starym Rynku, zwanym obecnie placem Konstytucji 3 Maja. Stąd też najlepiej rozpocząć zwiedzanie. 

Dwa rynki

Przy Starym Rynku, który dzisiaj jest zadrzewionym skwerem, otoczonym kamieniczkami z XVIII-XIX wieku, od czasów lokacji miasta, datowanej na drugą połowę XVI wieku, skupiało się życie mieszkańców. Pośrodku rynku stał drewniany ratusz z salą zebrań rady miejskiej, wagą, więzieniem i wyszynkiem trunków. Obok ratusza był specjalny zbiornik, do którego wodociąg doprowadzał wodę z potoku wypływającego na wzgórzu Baszta. 


Starego ratusza nie ma już od ponad 200 lat, a najstarszy tutaj zabytek to potężny kościół parafialny z 1530 roku, fundacji Piotra Kmity, zbudowany na miejscu poprzedniej drewnianej świątyni. Gotycki jest tylko z zewnątrz, wnętrza ma barokowe. W kościele zachowały się liczne epitafia upamiętniające byłych właścicieli Leska. Było to bowiem miasto prywatne, początkowo własność rodu Kmitów, później drogą koneksji rodzinnych trafiło w ręce Stadnickich, następnie Ossolińskich i Krasickich. 


Zgodnie z wymaganiami tamtych czasów Lesko otaczały wały ziemne wzmocnione basztami, bezpieczeństwa mieszkańców strzegły bramy i dwa zwodzone mosty. Toteż gdy w XVI wieku na skutek napływu coraz większej liczby ludności do Leska zaś zła konieczność powiększenia miasta, wytyczono poza tymi obwarowaniami drugi rynek nazywany do dzisiaj Nowym Rynkiem. Przy nim właśnie stoi wspaniale odrestaurowany eklektyczny ratusz z zegarem z końca XIX stulecia, który pełni dzisiaj właściwe sobie funkcje, jest siedzibą władz miejskich.

Twierdza Kmitów

Z rodem Kmitów i kolejnych panów na Lesku związana jest historia leskiego zamku, zbudowanego poniżej Starego Rynku, na stromym brzegu Sanu. W XV wieku Kmitowie wznieśli tu drewniany dwór obronny, w którym bywali tylko okazyjnie, zarządzając leskimi dobrami z Wiśnicza lub pobliskiego zamku Sobień. Dopiero na początku XVI wieku wojewoda krakowski Piotr Kmita wzniósł prostokątną wieżę mieszkalną i przeniósł tu administrację swych włości. Z czasem do wieży dobudowano korpus i tak zamek zaczął się rozrastać. W XVII wieku, za czasów Stadnickich, była to już czworoboczna budowla z basztami w narożach. 


Dalsze losy zamku to pasmo kataklizmów oraz permanentnej odbudowy przez kolejnych właścicieli. Obecnie zamek widziany od strony dziedzińca sprawia wrażenie klasycystycznej rezydencji pałacowej, zaś od strony miasta, gdzie przetrwała wieża i korpus z czasów Kmitów, przypomina średniowieczną fortecę. Kompletnie zdewastowany i ograbiony podczas  ostatniej wojny został odbudowany i obecnie mieści ośrodek wypoczynkowy. Wnętrza więc zobaczymy tylko wtedy, gdy wykupimy noclegi. Możemy za to pospacerować po świetnie utrzymanym dawnym parku przyzamkowym.

Wygnańcy z Hiszpanii


Przy ulicy Berka Joselewicza znajduje się jeden z najcenniejszych obiektów kultury żydowskiej w Polsce- synagoga obronna z przełomu XVI i XVII wieku. Łatwo ją poznać po Tablicach Mojżesza na frontonie oraz hebrajskim napisie "Jakimże strachem przejmuje Dom Boży". W okresie międzywojennym Lesko było dużym skupiskiem Żydów, stanowili oni zdecydowaną większość mieszkańców. 


Żydzi mieszkali w Lesku prawie od powstania miasta. Przybyli podobno w XV wieku z Hiszpanii, uchodząc przed prześladowaniami. W latach 20. XX wieku mieli tu kilka swoich świątyń. Niemcy zburzyli je w czasie wojny. Jedną zostawili na magazyn i tylko dlatego przetrwała. Po wojnie została odrestaurowana na Bieszczadzki Dom Kultury, obecnie mieści też salę wystawową. Jest tu także mała ekspozycja judaików. Zachowała się sala modlitw z interesującym wystrojem w stylu manierystycznym. 30 czerwca 1995 roku, po ponad 50-letniej przerwie, rabin z Nowego Jorku Michael Schudrich odprawił w niej nabożeństwo szabasowe.


Nieopodal synagogi trafiamy na jeden z najstarszych w Polsce kirkutów, zachowało się tu ponad 2 tys. pięknie zdobionych płyt nagrobnych. Najstarsze pochodzą z XVI wieku. Tak stare macewy przetrwały jeszcze w Krakowie, Lublinie i Szczebrzeszynie.

Kamień diabła 

Ulicą Źródlaną, prowadzącą na wschód od kirkutu dochodzi się do położonego już za miastem, ocembrowanego ujęcia pięciu źródeł mineralnych. Zawierają one słabo zmineralizowane wody siarczkowe. W okresie międzywojennym był tu niewielki zakład leczniczy. 



Wędrując dalej na wschód, około 3 km od centrum miasta, na początku wsi Glinne, w lesie natrafimy na słynny, owiany legendami Kamień Leski, czyli ogromny piaskowcowy ostaniec wysokości 20 m i kilkudziesięciometrowej długości. Opowieści z nim związane fascynowały Wincentego Pola i Aleksandra Fredrę, który na ich kanwie napisał poemat "Kamień pod Leskiem". 


Według miejscowych legend to kamień diabła, którym zamierzał on zniszczyć jeden z leskich kościołów. Diabeł wyrwał kamień z ziemi i leciał z nim do miasta, ale że kamień był bardzo ciężki, to leciał wolno. Gdy był już blisko, zapiał kur i skończył się czas  diabelskiej mocy. Kamień wypadł z czarcich Rąk i spadł na wzgórze. Inna legenda mówi, że to dziewczyna zaklęta w głaz za nieposłuszeństwo wobec matki.



czwartek, 18 stycznia 2018

GÓRALE PIENIŃSCY


Zamieszkują okolice Czorsztyna, Grywałdu, Hałuszowej, Kluszkowiec, Krościenka, Krośnicy, Niedzicy, Sromowiec Niżnych i Wyżnych oraz Szczawnicy i Tylki. 

Strój męski: płócienna koszula,  białych sukienne spodnie zdobione skromną sercówką, haftowana kamizelka z ciemnoniebieskiego sukna, z haftem roślinnym przy krawędziach przodów i drzewkiem na  plecach, szeroki, skórzany pas, kierpce, kurtka lub sukmana zdobiona, na przodach i rękawach, pasem czerwonego sukna wyciętego w zęby oraz kapelusz o małej główce i niewielkim rondzie ozdobiony rakiem-  skórzanym paskiem, nabijanym mosiądzem, wyciętym w ząbki.

Strój kobiecy:  płócienna koszula z falbanami przy szyi i mankietach, zdobionymi białym haftem lub koronką,  granatowa spódnica z płótna ozdobiona drobnym, białym wzorem (od święta spódnica z samodziału w  czerwone lub niebieskie prążki), zapaska oraz sukienny gorset (czerwony lub zielony) ozdobiony skromnym haftem kwiatowym (niekiedy aksamitny lub atłasowy, w kwiaty). Mężatki nosiły czepce z zębem zachodzącym na czoło.

Źródłem utrzymania Górali pienińskich było rolnictwo, hodowla owiec, bydła, trzody chlewnej i  gęsi oraz praca przy spławie drewna Dunajcem (od schyłku XIX wieku przewóz i turystów na tratwach (flisacy) przez pieniński Przełom Dunajca.

W muzyce wyraźne są wątki pasterskie. Spotykamy w niej także charakterystyczną  diafonię pienińską- wielogłos występujący zwłaszcza w przeciągłych melodiach.
W gawędach sporo jest odniesień do podań i legend odnoszących się do górskich wzniesień i miejscowych zamków oraz motywów związanych z obecnością w Pieninach św. Kingi.

W sztuce ludowej zwraca uwagę rzeźba w drewnie, snycerka i wielokolorowy haft.

Zbiory kultury materialnej oglądać można w Muzeum Pienińskim im. Józefa Szalała w Szczawnicy,  pl. Dietla 2, 34-460 Szczawnica , tel. + 48 18 262 22 58 (czynne: wtorek- niedziela: 10.00-13.00 i 14.00 – 16.00,  środy - wstęp wolny, w poniedziałki- nieczynne)