Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chatki i bazy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chatki i bazy. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 września 2020

Nieznajowa - trochę historii

https://www.geocaching.com/geocache/GC4742N


Nieznajowa jest obecnie nieistniejącą wioską u ujścia Zawoi do Wisłoki. Obecnie nad Wisłoką stoją tylko dwa domy. Jeden z nich użytkuje koło PTTK z Politechniki Warszawskiej w okresie wakacji akademickich możliwość noclegu. W centrum wioski stała zbudowana za czasów austriackich karczma, prowadził ją Żyd. W Nieznajowej znajdowały się dwa sklepy, jeden w centrum prowadził Żyd, a drugi w końcu wioski Łemko . Można było kupić podstawowe towary. 


W 1945 r. łemkowscy mieszkańcy wsi dobrowolnie wyjechali do ZSRR, zaś miejscowi Polacy przenieśli się do Czarnego. Od 1969 r. do stanu wojennego na terenie Nieznajowej gospodarował zakład karny. Około 500 m na zachód od ujścia Zawoi znajdują się pozostałości cmentarza; kilkanaście ciekawych nagrobków, m.in. jeden z podpisem miejscowego rzeźbiarza Iwana Szatańskiego z 1911 r. Nagrobki były konserwowane w 1986r. przez działaczy Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Tuż obok miejsce po drewnianej cerkwi unickiej pw. śś Kosmy i Damiana, zbudowana w 1780r. przez Teodora Rusinkę z Biesiadki ze Słowacji. Była to jedna z najładniejszych cerkwi zachodniołemkowskich. Uległa zniszczeniu po 1965 roku. Pochodzący stąd polichromowany portal z przedstawieniami śś Piotra i Pawła oraz rzeźbione ściągi zwieńczenia nawy znajdują się w muzeum w dawnej unickiej cerkwi w Bartnem. 


Widoczne ruiny niedaleko drogi do Rostajnego to pozostałość dużego tartaku, w którym kocioł parowy napędzał trak, żarna młyńskie i prądnicę. Obok stały stajnie i mieszkali pracownicy , zarabiali 15-20 groszy na godzinę. Przed II wojną światową całość dzierżawił Żyd. W 1939 roku kocioł wywieziono, podobno przyczyną był za mały przerób młyna. 




Drugi tartak wodny, prowadził Polak - Julian Dobrzański. Położony był w zakolu Wisłoki około 800 m powyżej ujścia Zawoi. Wodę doprowadzano kanałem ziemnym. Działała prądnica 110w, światło było zainstalowane w tartaku i w domu obok. W roku 1945 Niemcy wysadzili tartak i dom mieszkalny. Zachował się młyn, bo był umieszczony w podziemiach. Właściciel uruchomił go po wojnie i mieszkał w odbudowanym domu Na terenie Nieznajowej zachowała się spora liczba starych krzyży przydrożnych i kapliczek. Jedna z nich stoi przy drodze do Wołowca i pochodzi z końca XIX w. Nad Zawoją zachowała się kamienna ,duża rzeźba Matki Bożej ze śladami malowania ( ma ona czarne włosy i oczy oraz niebieską sukienkę). Przy drodze do Rostajnego stoi figura Św. Rodziny z 1901 roku. Na jej cokole znajdują się trzy płaskorzeźby świętych: Mikołaja, Piotra i Pawła.





wtorek, 2 czerwca 2020

NOCLEGI - Bieszczady - chatki i bazy namiotowe

Zestawienie baz, chatek i schronisk w Bieszczadach 



Ajenci i dzierżawcy schronisk zmieniają się, niestety, dość często. Zazwyczaj schroniska i chatki są przyjazne zwierzętom. Zawsze lepiej się jednak dopytać, aby nie zostać zaskoczonym


wtorek, 23 kwietnia 2019

Jaś i Małgosia - nowa wersja starej bajki

Podczas  deszczu i długich zimowych wieczorów w schronisku, pomysłowość ludzkiej wyobraźni nie zna granic. Zapraszamy do poznania nowej, nieco zmodyfikowanej wersji znanej skądinąd bajki...

Stworzone podczas deszczu na Niemcowej
praca zbiorowa - Trufla & Co


Nie wiadomo, czy Jaś bił Małgosię za to że piła, czy tez Małgosia rozpiła się bo codziennie dostawała tęgie lanie od Jasia. Możliwe, ze wpadli w nałogi jednocześnie, znużeni prymitywną, bajkową rzeczywistością, gdzie wszystko jest albo doskonale czarne, albo doskonale białe. W każdym razie skrzaty-kronikarze zgadzają się co do tego, ze w roku 234 przed Królewną Śnieżką stosunki między rodzeństwem były bardzo napięte. Historia z Babą Jagą zdarzyła się w roku 230 p.K.Ś.

Jaś i Małgosia spacerowali wtedy w lesie. Skończył się właśnie sezon polowań na postacie fikcyjne i po raz pierwszy od długiego czasu spacer taki nie groził poważnymi konsekwencjami las jak to las. Przez kilkaset metrów wydawał się znajomy: zwalone drzewo, dziupla, szkielet myśliwego, lecz nagle stał się dziki i groźny. W innych okolicznościach dzieci zapewne zawróciłyby,ale teraz silniejsza od własnego strachu była świadomość, ze współtowarzysz również się boi oraz przeświadczenie że boi się bardziej (jest to szczególna postać rachunku ekonomicznego: satysfakcja, jako odmiana zysku, to dokładna różnica między strachem twoim a przeciwnika)

 Po kwadransie dotarli do polanki, gdzie, jak wszyscy doskonale wiedzą, znajdowała się chatka czarownicy, w całości wykonana z materiałów łatwozjadalnych. Jaś i Małgosia podeszli ostrożnie do obiektu, oderwali kawałek i pospiesznie wepchnęli w pyszczek przebiegającemu zajączkowi. Kiedy nie pojawiły się żadne objawy zatrucia przystąpili do konsumpcji. 

 Baba Jaga przyleciała wieczorem, opadła na polankę lotem ślizgowym, nie potrafiąc opanować szarpania. Baba- jak to baba- potrąciła przy okazji kilka wróbelków i wylądowała na grzbiecie ryjącego w ziemi dzika. Z pojmaniem Małgosi nie miała żadnych problemów, gorzej poszło jej z Jasiem, gdyż był to młodzieniec wprawny w biciu. 

 Zamknięcie rodzeństwa w jednej celi, z całą jaskrawością ukazało siłę wzajemnych animozji. Zamiast drążyć solidarnie w jednym miejscu, Jaś wgryzał się w ścianę z jednej strony, podczas  gdy Małgosia usiłowała skonsumować jakąś prowizoryczną aparaturę do fermentacji słodkości. Baba Jaga postanowiła skłócić ich jeszcze bardziej, powiększając tym sposobem ilość krążącego po świecie zła. Ogłosiła, ze zje tylko jedno z nich, a drugie puści wolno. Twierdziła przy tym, ze wyboru dokona za kilka dni, po przeprowadzeniu rozmów wstępnych z więźniami.

 Jaś i Małgosia znakomicie przygotowali się do wystąpień. Jaś zwrócił uwagę na fakt, ze szkoda by było marnować tak wspaniałe ciało jak jego, rozwinął wizję wspólnego życia i poddał w wątpliwość sens życia siostry. Małgosia położyła akcent na kobiecą solidarność, nie omieszkając użalić się na wybuchowy charakter brata, zarzucając mu fałszywość i męski szowinizm. powołała się także na wątpliwą znajomość cechu czarownic. 

 Baba Jaga słuchała tego ze skrywaną powaga, ciesząc się w duchu ze swojego niewątpliwego sukcesu. oczywiście puszczać nikogo nie miała zamiaru. Sprosiła już koleżanki na wieczorną ucztę i równie niezbędna była puszysta Małgosia jak i żylasty Jasio, ponieważ clou wyżerki stanowiło wykwintne danie, o długiej francuskiej nazwie, którego żadną miara nie dało przygotować z dziewuchy. Wszystko było doskonale przygotowane, wiadomo przecież że wiedźmy to doskonałe organizatorki. 

 Dlaczego więc uczta się nie odbyła?

 Przyczyna niepowodzenia leży, jak mniemam, w tym, że świat bajkowy nie cierpi logiki i porządku- wszędzie tam gdzie może zastępuje je płytkim moralizatorstwem. W przełożeniu na fakty wyglądało to tak:

 Nadciągnęła nad polankę ogromna chmura i spadł rzęsisty deszcz, rzecz wcześniej w tych stronach niespotykana. Chałupka Baby Jagi w całości wykonana była z żelobudyniu pokrytego piernikiem, więc szybko zmieniła się w gęstą, słodką pulpę. W kleistej mazi utonęła zarówno Baba Jaga jak i jej więźniowie. reszty dopełniły skrzaty kronikarze, specjaliści od fałszowania historii, fabrykujące wartościowe opowiastki z byle śmieci, przekładając fakty z życia Jasia i Małgosi na wszystkim dobrze znaną bajkę.

* Trufla aktualnie nosi wdzięczne miano WONDER, a imię nadane przez niemcowskich współspaczy scedowała na naszego psa- najmłodszą naszą siostrę.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Mała chatka stoi na wzgórzu // Little hut is staying on the top of the hill...

...cienki dym leci z komina,
małe światło w oknie migocze...
przytuleni do kubków z herbatą
grzeją ręce wędrowcy zmarznięci...
chatka 1
sł. Arkadiusz "Hermes" Herma; 
muz. Grzegorz "Śmiały" Śmiałowski



Nie ulega żadnej wątpliwości, że chatki studenckie spełniają marzenia o górskich schroniskach. Takich, gdzie można pograć na gitarze przy huczącym piecu, gdzie zziębnięty turysta dostanie kubek gorącej herbaty, bez wydawania horrendalnych kwot na wrzątek, gdzie przebywają normalni ludzie, nie myślący o tym, jak dojechać na szczyt samochodem....
Chatka "na końcu świata - Lupków Stary

Herbata na wejście

- wejdźcie, wejdźcie- zapraszają. Okazuje się, że trafiłyśmy na bazę studencką na Niemcowej- Trześniowy Groń 5. Wchodzimy do środka. 
- cześć. Wychodzicie na dwór, czy na pole?- Są to pierwsze słowa, jakie padają z ust Hrabiego, jednego ze stałych bywalców. 
- Na pole- odpowiadam oszołomiona. 
- Galicja! Zróbcie im herbaty.- jestem przekonana, że gorącą herbatę dostajemy wyjątkowo. Niedługo później okazuje się, że w większości chałup panuje taka przyjazna, górsko-domowa atmosfera, Mile widziany jest każdy turysta i to nie dlatego że płaci, tylko dlatego, że jest.

Bywają oczywiście wyjątki. Na przykład chatka na Potrójnej. rządzi tam niejaki Leszek, a o jego stosunku do przychodzących najlepiej świadczy ostrzegawczy napis "Turysto uważaj, Leszek na chatce. lepiej zawróć". Z drugiej strony, od strony banku, gdzie robi się przelewy i składa depozyty (czyli od strony latryny) miała zostać umieszczona tabliczka "Kubuś wita!!!". Kuba to ogromny wilczur, na co dzień przyjazny, ale kiedy wieczorem wypuszczany jest na zewnątrz, nie radzę podchodzić nawet ogromnemu niedźwiedziowi. Obie tabliczki nie odstraszają jednak plecakowiczów, gdyż w gruncie rzeczy Leszek jest bardzo miłym człowiekiem, a jego niechęć skierowana jest głównie do turystów zmotoryzowanych, którzy nie zważając na zakaz wjazdu, przyjeżdżają tu samochodami pseudoterenowymi. Dla nich Leszek przygotowuje specjalne pułapki- doły na drodze. Spędziłam na Potrójnej tydzień i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to jedna z sympatyczniejszych chatek. Tłumy wrzątkowców omijają chałupę z daleka, ze względu na charakter Leszka. Dlatego można tu znaleźć ciszę i spokój, tak potrzebne do obcowania z naturą...

Chatkowe zasady

Chatka na Potrójnej jest jedną z niewielu chatek prywatnych, większość prowadzona jest przez oddziały międzyuczelniane, bądź studenckie koła PTTK. Ze względu na dotacje z instytucji ceny noclegów kształtują sie w okolicach 6-9 złotych, przy czym cena ulega rozmaitym negocjacjom. Zależą one od charakteru bazowego i turysty. Tu zawsze jest coś do zrobienia: trzeba porąbać drewno, napalić w piecu, pójść na zakupy, pomyć garnki... Stali chatkowicze muszą czasem zrobić mały (lub wielki remont) czy wykopać studnię....

Na bazach (czy to chatkach, czy bazach namiotowych, czynnych w wakacje) obowiązuje kilka niepisanych zasad:
  • każdy sprząta po sobie
  • traktuje chałupę jak własny dom, a więc pracuje na jej rzecz
  • w chatce obowiązuje zakaz picia alkoholu (oczywiście bywają wyjątki jak do niedawna Zyndranowa, czy Skalanka, oraz przymykanie oczu, ale to już zależy od bazowego)
  • palenie papierosów odbywa się na zewnątrz
  • w większości chałup obowiązuje zmiana obuwia, chyba, że chcecie później sprzątać całą chałupę
  • jedzenie należy przynieść ze sobą, a generalnie panuje zasada, że wyjeżdżający zostawiają jedzenie bazowemu i reszcie zostających. Osobiście siedząc na dyżurze w Hawiarskiej Kolibie nie zeszłam na dół ani razu. Przez miesiąc cały prowiant miałam od turystów. Bóg raczy wiedzieć czemu najwięcej zostawiali mi keczupu....
  • zazwyczaj gotuje się wspólnie- każdy daje swój wkład w potrawę zwaną zależnie od bazy: pulpą, glumzą lub pawiem... Szczególną tradycją cieszy sie Chatka Górzystów w Górach Izerskich. Przychodzący turysta zostawia całe jedzenie w kuchni i odgórnie wyznaczane są  pory posiłków.

Studencka; nie- studencka

Nazwa studencka nie ma zastosowania wewnątrz. Spotykają się tu wszyscy: licealiści, prawnicy, lekarze, robotnicy, urzędnicy. Zacierają się różnice wiekowe, pochodzeniowe, kulturowe. Przy gitarze, herbacie i Rąbaniu drewna każdy jest sobą, nikt się nie wywyższa, traktowany jest na równych prawach.

Klimat panujący w chatkach studenckich nie ma sobie równych. Tu można odnaleźć to czego zabrakło dla niektórych w normalnym świecie: przyjaźń, zrozumienie wśród ludzi, którzy, wcześniej Cię nie znając, oceniają Cię po tym jaki jesteś, nie jakich masz rodziców i jak wysoko postawione znajomości...


Towarzystwo ludzi o podobnych zainteresowaniach, wieczory przy gitarze i świeczkach, ogień buzujący w piecu i zapach przypalonych podpłomyków sprawiają, ze chce się tu wrócić jeszcze raz i jeszcze raz.....

Będę odchodził i na pewno wrócę, do tej chatynki pełnej ziół i malin, 
gdzie serdeczności zachłanny uczeń kochałem tych co mnie kochali, 
będę odchodził i wrócę niebawem do was przyjaciół w tej starej chacie,
powiemy sobie co z dawna dawien wpisali ludzie w poufny pacierz..

"chatka 2"
sł. autor nieznany;
muz.Grzegorz " Śmiały" Śmiałowski


chatka pod Niemcową- maj'1999

środa, 30 listopada 2016

Znowu świt nas zastał... - III GSM w chacie - refleksje prywatne


Moi najmilejsi...
W imieniu własnym, żony i ojczyzny...
DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ



Za to, że znowu świt nas zastał...
Za szesnastą-zero-jeden...
Za gitar multum
(znacie mnie... hasło: nadmiar gitar dla mnie NIE ISTNIEJE),
za wspólne granie,
za wspólne spanie (nawet z piesiem:)...
za po prostu BYCIE.
Szczególne podziękowania dla Artystów (kolejność przypadkowa)
I dla wszystkich grających na czymkolwiek, śpiewających,
drących się lub nucących i wyjących....

Powróćmy do artystów:

Renacie Jaśkowskiej - Mazoń
uwielbiam Twój wokal.
I jest to jeden z nielicznych przypadków, kiedy lubię kobiecy śpiew.
A Twój - powtarzam - UWIELBIAM...
Włodzimierz Mazoń
Nie wyobrażam sobie GSM bez Waszej obecności,
I tak... pojawię się w końcu na OSPie. Na razie się ustawicznie wybieram :)
Yopek Roztropek
to chyba był Twój pierwszy raz w chacie za tej kadencji?
Ale ufam, że nie ostatni. Za rok kolejny GSM i wtedy KONIECZNIE musisz dotrzeć
na biforek. Już abstrahując od samej bytności (która mnie wybitnie ucieszyła)
to solóweczki do Włodkowego grania.... Ech...
 


Debiutantom GSM - owym: Raffee (Rafał Zięba), Janusz

Kurowski, Rado Barłowski (z wtórującą spod pieca Małgosią) oraz Wojtkowi w
czapce-niewidce, za przyjęcie zaproszenia i urozmaicenie imprezy o różne pieśni
- od piosenki poetyckiej po starocie znane i lubiane.

(Staram, ale jaram, jak mawia Robert Marcinkowski)

Przy okazji - jako, że to GSMowi debiutanci... to ja Wam
powiem, że niektóre z tych utworów NIGDY WCZEŚNIEJ nie były wykonywane
publicznie. Byliśmy zatem świadkami premiery, a właściwie premier...
Na następnym GSM już będziemy mogli nucić:)



Starym wyjadaczom GSMowym... - i nie kładę tu nacisku na "starym"... właściwie nie wiem co napisać, żeby oddało to moje uczucia, które "mną szarpają"... 
A napiszę bez szarpania, a co!


Całemu duetowi "Bez Zobowiązań" i każdemu z Was z osobna... wiem z kuluarowych rozmów jak dużo trzeba było samozaparcia i świetnej organizacji, aby móc w ogóle dotrzeć na GSM. W sumie do końca nikt z nas nie był pewien, czy Wam się uda. Udało się.

I wiem, że już dziękowałam, ale podziękuję szczególnie:

 

Robertowi Marcinkowskiemu
- Przecież wiesz, że za wszystko, ale... za Łopatkę Wojciecha szczególnie.
Śmiałemu
- Ty też wiesz. Ale za dwa utwory bardzo szczególnie. Za "Sanem", którego nigdzie nie ma... i za
"Karczmę", której moja szafa grająca jeszcze się nie nauczył grać w tej wersji.
I ostatnie podziękowania (a ostatni będą piersiami, czy cuś) kieruję właśnie do owej szafy grającej...
(Bartek Rydz) Bartuś - ja wiem, że Ty zagrasz wszystko. Ale duża część tego wszystkiego to jest właśnie to za co... powtarzam się... dziękuję bardzo.
Za piosenkę ze słowem klucz, a nawet z dwoma kluczami, za tego nie tak pijanego, za to że Cię kocham, a Ty śpisz :P
No i za Esmeraldę:)
PS. Powyższy post jest osobisty (MÓJ), a moje, jak mawiają w jakiejś reklamie, zmienia wszystko.
Podziękowała
Ziellona
PS. Zdjęcia autorstwa Meteora (te z podpisem) oraz Pauli
Przestworek (te bez podpisu)










sobota, 7 maja 2016

Hawiarska Koliba, Gocha vel Gorczańska


zdjęcie pobrane z FB Gorczańskiej
Bywsza Hawiarska Koliba w Ochotnicy Górnej Jamne 161. Pozniejsza GOCHA, dzisiejsza Gorczańska. Zmieniali się właściciele, ajenci, bazowi... Nie zmieniło się jedno - Ci którzy prowadzą ową chałupę studencką, wciąż kochaja to miejsce i wkładają ogrom pracy w to, aby inni czuli się tu jak w domu. 

Chałupa w Ochotnicy Górnej Jamne 161 to miejsce w którym wielu z nas zostawiło serce. W teorii jest to jedna z wielu tzw. chałup studenckich, czyli schronisk turystycznych z dawnych czasów. Tu każdy powinien się czuć jak u siebie. Zasady chatkowe są proste, ale też i - trzeba to powiedzieć wprost  - chatka nie jest dla każdego. To zdecydowanie nie jest Hilton:) 
W praktyce - chałupa w Jamnem jest miejscem, które stworzyło wielu ludzi. Ludzie stworzyli chatę - chata stworzyła ludzi. Aktualnie miejscem w Ochotnicy zajmuje się Stowarzyszenie Przyjaciół Chałupy (nie znam oficjalnej nazwy niestety) i to - można rzec - jest kwintesencją tego miejsca. Chałupa jest w stanie trudnym technicznie. Najbardziej zagraża jej nieodległy potok do którego od wielu lat powoli się zsuwa (Bardzo powoli, ale konsekwentnie) - biorąc pod uwagę że w dzisiejszych czasach bezproblemowo można wziąć w najem czy schronisko czy agroturystykę, tylko prawdziwi pasjonaci i miłośnicy tego właśnie miejsca mogli się na coś takiego, jak opieka nad chałupą, porwać.
Na szczęście mają pomoc - pomoc przeróżną... zaczynając od najstarszych bywalców, którzy pamiętają jeszcze czasy robienia własnym sumptem dachu i dodatkowych pokoi na górze (lata 80-te, kiedy opuszczoną chałupę przejął klub Hawiarska Koliba), przez nieco młodszych, którzy na własnych plecach wnosili na górę lodówkę czy płytki do łazienki (samochody terenowe nawet jeśli były, to dla studentów były niedostepne) i przez tych najmłodszych stażem, którzy dopiero się w tym miejscu zakochują. Ale każdy jeden człowiek, który wszedł w progi chałupy zostawił tam swój ślad - od najmniejszych (pomyj garnki) po ogromne (trzeba zrobić łazienkę)... I te "człowieki" wracają i tworzą klimat i czar chałupy.
Teoretycznie można tu podjechać samochodem 4x4, ale to teoria o tyle, że droga jest naprawdę trudna (nigdy nie widziałam tej drogi w miarę suchej - błota tu ci multum jest) - lepiej samochód zostawić na dole - albo na obszernym parkingu przy kościele, albo na prywatnym, niewielkim parkingu w Jamnem (tuz przy szlaku), ktory dla gosci Gorczanskiej Chaty udostepnia sąsiad..
Jak dojść do chałupy?
Żółtym szlakiem z Ochotnicy Górnej (przystanek PKS - częste busy i autobusy) - około pół godziny asfaltem w górę doliny. Po czym nalezy skręcić w las (za szlakiem nadal żółtym) koszmarnie błotnistą drogą jakieś 15-20 minut dojścia. Starszych bywalców prosimy o nie używanie tzw. skrótu "przez Sedlaka" - to teren prywatny i sąsiad sobie tego nie zyczy. Prosimy o uszanowanie prywatności. Samochód można zostawić w Ochotnicy Górnej na parkingu przy kościele lub na niewielkim parkingu, tuż za skrętem szlaku, gdzie dla gości chaty udostępniony jest parking przy rurach:)
Co jest w chałupie? A czego nie ma.
Jest łazienka. Nie ma ciepłej wody (bieżącej, bo można sobie nagrzać na piecu). Jest ogólnodostępna kuchnia, z piecem i czajnikiem elektrycznym. Nie ma gastronomii. Ogrzewanie drewnem, które trzeba sobie przynieść z drewutni (tak naprawdę aktualny opiekun zapewnia drewno, jak i napalenie w kominku, ale zawsze dobrze jest pomóc)

czwartek, 5 listopada 2015

Ochotnica Górna Jamne... Tu jest moje miejsce.


Sytuacja jest dla mnie co najmniej dziwna. Od czasu kiedy, w Hawiarskiej Kolibie, w Ochotnicy Górnej Jamne 161, rozpoczęłam moje górskie życie... od czasu, kiedy własnymi rękami usiłowałam wykopać dół kloaczny:) od czasu kiedy z sąsiadem Sedlakiem czyściliśmy szabaśnik, a potem wymiennie raczyliśmy się własnoręcznymi wypiekami, od czasu kiedy.... 

(edit, bo nikt tego nie zniesie;...) 

minęło MNÓSTWO czasu. 

Zmieniali się bazowi, potem zmienili się właściciele (czemu akurat przyklaskiwałam z ochotą, ale z pewnym żalem). Zmienił się też nieco charakter chaty. Dobra - wiem minęło te z górą 15 lat. Dobrą górą (prawie jak Gniew Prezesa...).

Sentyment walczy z rozsądkiem. 
Wspomnienia walczą z rzeczywistością. 
Rozum z sercem powoli osiągają kompromis. 
W efekcie... no cóż... nieśmiało wspieram inicjatywę związaną z istnieniem Gorczańskiej Chaty w ogóle. Jak również z istnieniem inicjatyw we wspomnianej chacie - takich jak GSM czyli Gorczańskie Spotkania Muzyczne.

I zrozumiem wszystkich tych, którzy wezmą mnie za wszarz i wywalą do stodoły z butelkami (istnieje jeszcze, mniemam), kiedy zacznę się rządzić, potem zamilknę i będę cicho pochlipywać w kąciku. 
Bo że rządzić się zacznę - to pewne. 
I pewne, że zaraz będę rozpamiętywać czasy minione. 
Należy mnie wtedy zamknąć. 
Najlepiej w odosobnieniu. 
Dobrze, żeby te butelki w stodole były nie do końca puste.

I bardzo proszę wspomnianych na koszulkach artystów o maluteńki prezencik - gitarowanie i wydawanie dźwięków paszczowych na tyle głośno, żeby do odosobnionej stodoły oweż nuty dotarły.
I uprzejmie proszę psa:) - którego imienia jeszcze nie znam, ale jest zacnym Huskym - aby pies nie wył, gdy panowie będą zmuszani do wykonania powyższego prezenciku...

* Psie - przekupne smakuszki czekają:)
** Smakuszki, jak mi kiedyś słusznie dziecko zwróciło uwagę, powinno pisać się przez Ó a nie U - bo skakować. Ale mi to wizualnie nie pasuje.
*** Koniec komentarzy do komentarzy.
**** PS post factum: Pies nosi imię Stefan.

niedziela, 27 października 2013

Pierwsza keszerka na trasie

Kiedy zaczynałam się bawić w keszowanie, nie sądziłam, że aż tylu ludzi się tym zajmuje. 
Czy mają GPSy czy nie…


Świt nastał naturalnie.

„Tato. Kupa.” rzekł czteroletni Bruno i postawił nas na nogi. (z siostrą, Helą, która postanowiła sprawdzić, czy ciocia aby na pewno śpi:)). Ciocia zatem przetarła oczy i stwierdziła z przerażeniem, że o takiej godzinie zazwyczaj kładła się spać… Do odjazdu „zamówionego transportu” do Krakowa miałam jeszcze trzy godziny luzu. No to pójdę do Tunelu – przecież to wstyd być na prawie stałym etacie zmywarki w Łupkowie i nie być w Tunelu… Odpaliłam GPSa i natychmiast objawiła się Szybka. Tak naprawdę, siedziała w chacie od wczoraj, rozmawiałyśmy i plotkowałyśmy, tyle że temat keszowania jakoś nie został poruszony.

Dziś okazało się że Szybka też keszuje – i też dziwnie, niestandardowo. Jako, że nie ma GPSa to keszuje tylko wtedy, kiedy ktoś z GPSem jest w pobliżu. No to stanęłam na wysokości zadania. BYłam. GPS też.

Moje dziwactwo w keszowaniu objawia się tym, że nie mam na trasie internetu. Ani w telefonie, ani w czymś innym. Nie posiadam również wydrukowanych wskazówek – chyba ze już w tym miejscu byłam i nie znalazłam kesza. To wówczas posiadam.

Z keszem na cmentarzu łemkowskim w Łupkowie bvł ten problem, że „kordy szalały” i prowadziły nas w hasiory. Niby pamiętałam, że spojler wskazywał na jakiś krzyż, niemniej jednak na cmentarzu krzyży Ci dostatek. Teraz już wiem – spisałam sobie wskazówki na następny raz. Ale wówczas przełaziłyśmy z Szybką wszystkie hasiory, przewaliłyśmy kamienie, zajrzałyśmy nawet do dziury w drzewie (prawdopodobnie wypalonej przez piorun). NIC. Skrzynka nienamierzona.


Drugi keszyk – na stacji w Łupkowie – został namierzony sprawnie i szybko – jak zresztą nick keszerki wskazuje:) Tu jednak miałyśmy podpowiedź – WK2. Być może szukałybyśmy dłużej, bez podpowiedzi, ale Szybka nie wypadła sroce spod ogona i od razu odgadła gdzie skrzynka może być. I była.

Trzeci łupkowski keszyk – również nie został namierzony – był już po stronie słowackiej, za tunelem, w lesie. Zakopany:) Szybka musiała uciekać do wsi, a ja się uparłam (zupełnie zapominając, że chłopaki na crossach już powoli jadą w kierunku Krakowa…). Tu również wypadałoby mieć coś na kształt wskazówek czy spojlera. Miejsc do zakopków jest tu mnóstwo – po porytej okolicy widać, że nie tylko ja tam kesza szukałam. (z tym, że ja nie kopałam – na razie. Bo ja tu wrócę.)

Efekt łupkowskiego keszowania to jak 1:2. Jedna znaleziona, dwie nie. Fajny spacer, tunel odkryty. A po powrocie do domu okazało się że w okolicy jeszcze z dwie skrzyneczki dodatkowo czekają na namierzenie.

Czyli co? Zimowisko w Łupkowie?

sobota, 26 października 2013

Szlakiem keszy w opuszczonych wsiach


Rankiem śmignęłam sobie tylko pod mostecek, niekoniecznie zielony. Tam gdzieś bowiem był keszyk:) Namierzony, podjęty i odłożony grzecznie na miejsce.




Drugi keszyk nie został namierzony – keszyk pod hasłem „Zagroda Chryszczata” – nie został, bo nie miałam dodatkowych informacji (które zdobyłam dopiero po powrocie), że trzeba się grzecznie zgłosić do pana Henryka – strażnika skarbu. A ja łaziłam naokoło zagrody i mruczałam „to gdzieś tu, tylko gdzie…”

Panowie na pierdzących maszynach ruszyli na zdobywanie pasma granicznego, wraz z tunelem w Łupkowie. Nie mam pojęcia jak sobie poradzili, bo szłam dzień później przez tunel na piechotę i osobiście nie wyobrażam sobie jazdy na crossie tamtędy. No, ale jazdy z plecakiem na crossie też sobie nie wyobrażałam. Gorzej – siebie na crossie sobie nie wyobrażałam:)

Kiedy szłam drogą od Smolnika do Zubeńska (to szutrową, to asfaltową) ani pół silnika nie zakłóciło oszałamiającej ciszy wokół. Miła odmiana po wczorajszej, szaleńczej jeździe.

Kesza w Zubeńsku nie znalazłam. Miejsce na kesza – tak. Wokół było rozkopane i sądzę, że albo go już tam nie ma, albo jest. Innej wersji nie widzę:)


Ale co tam – wrócę to poszukam dokładniej. Teraz szukałam na chybcika, bo zgubiłam scyzoryk. I trochę się zdenerwowałam tym faktem.

Scyzoryk znalazł się pół godziny później, na szutrowej drodze, z której zeszłam właśnie na poszukiwanie kesza. Co to jednak znaczy teren opuszczony – nikt, dosłownie nikt, nie przeszedł tamtędy. A zapewne nawet gdyby przeszedł to by nie wziął scyzoryka. Kocham takie miejsca.


Długo się tu idzie szutrówką – tylko ostatni fragment prowadzi ścieżką wśród łąk. Głupota – wybierać się w taki teren bez roweru.
W schronisku Franek poznał mnie po kilku chwilach. Franek to pies.




Patryk zaś, gospodarz, przywitał mnie uroczymi słowami „Jesteś p…nięta:)”. Patryk jest w ogole mistrzem komplementów – ostatnim razem, kiedy maniacko zmywałam garnki, żeby jakoś się wkupić:) w łaski gospodarza, mówił do mnie „moja Ty zmywarko”, co zdecydowanie przewyższyło wszystkie komplementy uzyskane kiedykolwiek.:) Ale choćbym się nie wiem jak wkradła w łaski, keszyka ze schroniska, nie wydał. Dziad.

Nie wydał, bo nie zaśpiewałam piosenki (taki jest warunek zdobycia dodatkowych informacji o keszu). Na nic zdało się tłumaczenie, że od mojego śpiewu ptaki w locie zdychają. Ustawiliśmy keszowanie w chacie na „następny raz”, kiedy Patryk już nabędzie metodą kupna, korki do uszu…




poniedziałek, 3 lipca 2000

Historia 24-godzinnej szarlotki - Piec

Ogień cicho buzuje w przepastnym brzuchu pieca. Podkowa powoli się nagrzewa. Za kilka godzin może będzie już w kranie ciepła woda. Ale nic nie jest pewne.
Kaflowe piece mają bowiem swoje fanaberie. Mają swoje dobre i złe dni. Przyjaciół i wrogów.
Jak ludzie.

rys. Wonder ©


Problem suchego drewna, a właściwie jego braku przewija się przez wszystkie chaty i bacówki. Tym razem, kiedy ze świeżo porąbanych bali kapie woda, nie udaje się nam szarlotka. Już od sześciu godzin siedzi w piekarniku, w którym temperatura nie przekracza stu stopni! Piec nieznajowski swoje fanaberie uzewnętrznia brakiem cugu. Raz buzuje w nim jak w piekle, innym razem-to znaczy wtedy, kiedy nam ślinka cieknie na szarlotkę- wygasa wewnętrzny żar i piec zapada w długotrwałą śpiączkę.

Za nic nie daje się przebłagać.

środa, 3 lutego 1999

Biuro Rzeczy Zgubionych - Niemcowa

- Ziellona, a może założysz biuro rzeczy znalezionych?

- Raczej zgubionych... Miesiąc temu zgubiła siostrę, teraz przyjaciółkę...

- Jeżeli będziemy chcieli się kogoś pozbyć, po prostu wyślemy go z Zielloną w góry! Efekt murowany!!!

Teraz dowcipkujemy, ale wtedy do śmiechu nam nie było...

Niemcowa ©

Po sylwestrze w Rudence zostaje nam dwa dni wolnego. Chcemy iść na połoniny, ale Pyrtek - moja siostra - spuściła sobie drewnianego konia na nogę i lekko utyka. Pomimo historii, Trojanie nas nie wpuszczają, dlatego jedziemy na Niemcową.