Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 stycznia 2018

Siekiery na bok- tradycje bożonarodzeniowe

Trwają od Bożego Narodzenia do Trzech Króli - tzw. "święte wieczory". podczas  nich należy przestrzegać kilku zasad, np. nie używać ostrych narzędzi ani niczego reperować.  To taki czas , kiedy do ręki nie powinno się brać żadnych noży, gwoździ, igieł ani siekier. 
Dlaczego?
Ponoć między Bożym Narodzeniem a Trzema Królami nasze domy odwiedzają dusze zmarłych. Ostre narzędzia mogą wyrządzić im krzywdę i wtedy duszyczki potrafią się zemścić. Kiedyś ludzie bardzo przestrzegali "świętych wieczorów". Teraz ten zwyczaj powoli zanika. Starsi ludzie wierzą, że tego, kto zapomni o przestrzeganiu zasad właściwych "świętym wieczorom", spotka coś złego. Rąbanie drzewa w tym szczególnym czasie grozi rozpadem rodziny. Tym samym skutkuje posługiwanie się nożem.

- Wtedy nie powinno się również naprawiać starych rzeczy. Raz, jak były "święte wieczory", mąż mojej cioci porwał kożuch. Uprosił żonę, żeby załatała dziurę w skórze. Rzecz wydarzyła się tuż przed Nowym Rokiem. Nie trzeba było długo czekać, a w ich gospodarstwie urodziło się chore jagnię. A wszystko przez te cerowanie kożucha- przekonywała Teresa Barcewicz-Aniśko z Janowszczyzny.

"Święte wieczory" powinny upływać na spotkaniach w gronie przyjaciół i znajomych.

piątek, 10 lutego 2017

Sokolica Ski Area

W pewien mało mroźny weekend lutowy wybraliśmy się na spacerek na Orawę. Ponieważ w okolicy był śnieg (kilka kilometrów dalej w Sidzinie nawet nie było biało) postanowiliśmy przetestować nowo nabyty sprzęt. I wprowadzić w życie rady Przemskiego ze skitury.net. Choć do teraz przekonana byłam, że największa radocha to łażenie po dziewiczym śniegu, po tym wyjeździe przyznaję z pokorą rację freeride'owcom, ze największą radochą jest zjazd...

Pasmo babiogórskie (2017 r.) ©

A wszystko zaczęło się od... Lotniskowej w Górach Słonnych

Wychodziliśmy wraz z ekipą kolibową i mamą Basi, która pognała przodem, twierdząc, ze jest to sprawdzian, czy już jest stara, czy jeszcze nie. Jeśli da rady wyjść na Lotniskową bez zatrzymywania, to jeszcze stara nie jest... 

Nasza ekipa, stosując tą  metodę, była strasznie stara. Nie chciało nam się iść w gęstym, lepkim śniegu. Wtedy to powiedziałam do kolegów.

- Żeby ktoś wymyślił takie narty, które służą do wyjścia w górę, ruchome wiązanie, miękki but. A jak już doleziesz na górę, to wystarczy kliknąć guziczek i możesz zjeżdżać.

Wszyscy się ze mnie śmiali, ja też. Że tez ja tego pomysłu wtedy nie opatentowałam...

wtorek, 16 stycznia 2007

Pseudo zimowa wycieczka z Rytra

[w: Beskid Sądecki, Pasmo Radziejowej]

Autor:  Marek Ryglewicz

Takiej zimy nie pamiętają nawet najstarsi górale.


Żeby w połowie stycznia temperatury dochodziły do 10 stopni, a śnieg można tylko było oglądać wysoko w górach. I w taki to dzień, a konkretnie 16 stycznia 2007 roku wybrałem się na pieszą wycieczkę z Rytra. 


Wyruszam rano z centrum Rytra szlakiem czerwonym (główny szlak beskidzki). W dolinie wieje silny ryterski wiatr. Idę wśród pól, a za mną coraz ciekawszy widok na dolinę Popradu i wznoszące się za nim Pasmo Jaworzyny Krynickiej, z Makowicą na pierwszym planie. Tam gdzie pola uprawne obsiano zbożem widać świeżą zieleń. Mijam dużą białą kapliczkę z dwoma modrzewiami, a po chwili przechodzę obok pojedynczego gospodarstwa. Kończy się zwarta powierzchnia pól uprawnych. Szlak coraz częściej prowadzi przez las bukowy z domieszką jodły. Liczne polany po lewej stronie wciąż umożliwiają podziwianie ładnych widoków w kierunku południowo-wschodnim.

Mijam po lewej w odległości kilkunastu metrów Chatę na Kordowcu, a następnie pojedyncze gospodarstwo i po chwili jestem na rozwidleniu szlaków. Stąd w lewo odchodzi zielony szlak do Rytra i niebieski do Młodowa, natomiast ja skręcam w prawo w kierunku Niemcowej. Idę grzbietem, szeroką, wygodną drogą i po kilkunastu minutach wychodzę na rozległą halę szczytową na środku której, stoi znana miłośnikom turystyki chata babci Nowakowej. 

Nie chcąc zakłócać spokoju właścicielce ograniczam się jedynie do obejrzenie rozległej panoramy Pasma Jaworzyny Krynickiej i widoków na dolinę Popradu w okolicy Piwnicznej. Trochę dalej kończy się odkryta przestrzeń i wśród dorodnych buków zaczynam dość stromo wspinać się na grzbiet Niemcowej. Nie trwa to jednak zbyt długo i znowu wychodzę na kolejną polanę z pojedynczym gospodarstwem. Kilkadziesiąt metrów idę wzdłuż drewnianego ogrodzenia, aż dochodzę do końca polany. Tuż przy szlaku widać ruiny fundamentów szkoły podstawowej, o której Maria Kownacka pisała w książce "Rogaś z doliny Roztoki". Miejsce to upamiętnia obelisk postawiony przez Towarzystwo Miłośników Piwnicznej Zdroju. I znowu lekka wspinaczka wśród drzew.

Jestem na rozleglej hali szczytowej, z której słynie Niemcowa. Trawa zasuszona żółto- szaro-brązowa, ale wśród niej ogromne połacie intensywnie zielonych krzaków czarnej jagody. To chyba jednak zima bo wokół małe połacie zleżałego śniegu. Mijam żółty szlak do Piwnicznej, a kilkaset metrów dalej odchodzącą w lewo przez las drogę, którą  w kilka minut można dojść do schroniska studenckiego "Chatka pod Niemcową". Byłem tam ostatnio latem na wycieczce rowerowej i wciąż jestem pod urokiem tego miejsca. Ale dzisiaj, kiedy przede mną jeszcze tyle godzin marszu postanawiam iść dalej.

Szlak prowadzi grzbietem, wśród pięknych buków, ale stopniowo zwiększa się ilość jodły i świerka. Mijam odejście w prawo lokalnego, zielonego szlaku w dolinę Małej Roztoki i kilkaset metrów dalej spotykam pierwszego w tym dniu turystę, mieszkańca Piwnicznej, który wybrał się na wycieczkę z Piwnicznej na Niemcową i dalej przez Wielki Rogacz, Przełęcz Gromadzką do Kosarzysk. Po kilku minutach rozmowy ruszam w dalszą drogę. Zaczyna się łagodne podejście na Wielki Rogacz. Droga pokryta grubą warstwą ubitego śniegu prowadzi przez las świerkowo-jodłowy. Dochodzę do rozwidlenia szlaków, skąd prosto idzie się niebieskim szlakiem na Przełęcz Gromadzką, natomiast główny szlak beskidzki skręca w prawo. Jesteśmy w jednym z piękniejszych miejsc widokowych. Przed nami rozległa panorama zaśnieżonych Tatr, a lekko po prawej charakterystyczne Pieniny Czorsztyńskie. Jestem na wysokości ponad 1100 m n.p.m. Prawie kilkaset metrów towarzyszy mi po lewej ten niezapomniany widok.

Zaczyna się las z przewagą świerka, idę lekko w dół by po chwili znaleźć się na Przełęczy Żłobki. Stąd w lewo odchodzi lokalny żółty szlak do doliny Wielkiej Roztoki, a ja przed sobą mam najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego Radziejową. wąską ścieżką pokonuję ostatnie 150 metrów wysokości i wreszcie ostatnie kilkadziesiąt metrów prawie po płaskim wychodzę na szczyt. Jestem na wysokości 1262 m n.p.m. A na szczycie miła niespodzianka, bo od ostatniego pobytu sprzed dwóch lat, nastąpiły duże zmiany. Obok tablicy informacyjnej stoi sięgająca kilka metrów nad korony drzew wieża widokowa. Wielka szkoda, że nie mogę na nią wejść, bo z umieszczonej na niej kartki wynika, że jeszcze jest w budowie. Całość imponująca, na pewno będzie mekką turystów odwiedzających Sądecczyznę. I znowu pora iść, bo przede mną jeszcze ponad połowa trasy.

Znowu w dół by po kilku minutach rozpocząć podejście na Małą Radziejową. Na tym odcinku brak wysokich drzew, a młode świerki i jodły jeszcze umożliwiają podziwianie widoków na północ w kierunku Kotliny Sądeckiej, oraz na południe w kierunku Tatr. Z Małej Radziejowej doskonale widzę rozległą kopułę Radziejowej   oraz wspomnianą wieżę widokową. Idę teraz grzbietem Złomistego Wierchu w kierunku północnym i co chwilę między drzewami dostrzegam charakterystyczną wieżę przekaźnikową na Przehybie. Dochodzę do zbiegu kilku szlaków. Niebieskim, skręcającym w prawo będę schodził do Rytra, ale wcześniej postanawiam pójść do schroniska na Przehybie. Kilkanaście minut marszu i mogę wreszcie odpocząć i zjeść coś konkretnego. Pięknie położone z fantastycznym widokiem na Tatry dostępne jest ze wszystkich miejscowości od Szczawnicy przez Krościenko, Łącko, Stary Sącz, Rytro, po Piwniczną. Latem z każdej z tych miejscowości podążają liczne grupy turystów, ale i teraz spotkałem tam liczną grupę dzieci i młodzieży na zimowisku. Po obfitym i smacznym posiłku, wyruszam w dalszą drogę, a przede mną do Rytra ponad dwie godziny marszu.

 Idę teraz niebieskim szlakiem. Początkowo towarzyszy mi żółty tzw. papieski prowadzący do Starego Sącza. Niebieski szlak prowadzi grzbietem oddzielającym dolinę Wielkiej Roztoki od rozległej, mocno rozczłonkowanej doliny Przysietnicy. Szlak prowadzi przez las bukowy, mijamy wychodnie skalne Wietrzne Dziury, a w miejscach rzadziej zalesionych na lewo rozciąga się doskonały widok na dolinę Przysietnicy i Kotliny Sądeckiej. Dochodzę do kolejnego rozwidlenia szlaków skąd w lewo odchodzi zielony szlak do Barcic, a ja skręcam za niebieskim w prawo by rozpocząć zejście z grzbietu w dół doliny. Po drodze mijam bajkowy o tej porze las brzeziny i wkrótce znajduję się w dole doliny nad potokiem Roztoka Wielka. Szeroka szutrowa droga prowadzi wzdłuż potoku.

 Idąc warto zwrócić uwagę na kolejne stacje ścieżki przyrodniczej. Kończy się las, po lewej zaczyna się park ekologiczny, a ja asfaltową już drogą dochodzę do dużego parkingu stacji narciarskiej znanej pod nazwą Ryterski Raj. No cóż rozpoczęcia sezonu jeszcze nie było,  ale to jeszcze nie koniec zimy. Dalej mijam duży dom wczasowy "Perła Południa". Jeszcze kilka kilometrów marszu wśród ładnej zabudowy domów i pensjonatów i po ponad siedmiu godzinach ponownie jestem w centrum Rytra.


O autorze:

Sądeczanin z powołania, wyboru i przeznaczenia. Patriota lokalny, realizujący swoje regionalne pasje na rowerze w każdej wolnej chwili;) Autor specjalistycznych przewodników rowerowych po Beskidzie Sądeckim: "Beskid Sądecki 22 wycieczki rowerowe" oraz "Jezioro Rożnowskie i Czchowskie 27 wycieczek rowerowych". W przygotowaniu trzecia część - "okolice Nowego Sącza". Formalnie Marek jest informatykiem i automatykiem, uczy młodzież obsługi AutoCada i czym są  języki programowania...

sobota, 15 marca 2003

Zimowe Skały Błędne

Zimowe Skały Błędne

Błędne skały, kaplica czaszek i Urwisko Beaty



Zanim wyjechaliśmy- trochę zeszło. Trzeba było zjeść śniadanie, kupić karimatę, filmy do Zenita... Wyjechaliśmy około godziny pierwszej popołudniu... Droga- koszmar!!! Gorzej na pewno być mogło, ale oznaczało by to powtórkę z rozrywki z Woodstoku w 1998 roku, kiedy staliśmy na autostradzie 4,5 godziny. 

W Ząbkowicach Śląskich utknęliśmy na dobre. Radka zaczął trafiać popularnie zwany szlag, a ja odpracowałam już wszelkie drogi alternatywne: Kotlinę Kłodzką (w czym głównie przeszkadzał nam brak mapy), Masyw Śnieżnika (jak wyżej), Śląskiego Kopciuszka i Kopalnię w Złotym Stoku...

Kwitliśmy na drodze jak te kaktusy (Chociaż kaktusy w tej temperaturze nie kwitną- było-0,1 st.C). W końcu jednak zlitował się kierowca Tira i za jego pomocą i fantastycznego wynalazku ludzkości jakim jest CB-radio idało nam się przed zmrokiem dostać do Czermnej. Kapliczka była już niedostępna...

Bogiem, a prawdą, czyli jak to mówią, miedzy Bugiem, a Odrą, z planowanego zapisu "wstaliśmy rano", pozostało tylko "wstaliśmy". Wczoraj w nocy rozłożyliśmy się noclegiem nad Urwiskiem Beaty- gdzieś między nadajnikiem RTV na Górze Parkowej, a Świni Grzbietem- 50 metrów w dół i cypelek 2 x 2 x 2- idealne miejsce na naszego Marabuta.Kiedy dotarliśmy do kapliczki czaszek w Czermnej było już południe.

Kaplica czaszek w Czermnej

No cóż... Kaplica rozczarowała nas i to bardzo. czaszki ułożone pod sznurek w idealnej harmonii. 

Cholerne aniołki i krzyże, które kościół katolicki wetknie wszędzie, wprowadzały okropny dysonans. Na miejscu był jedynie ołtarz z wyłożonymi trzema kośćmi udowymi: człowieka mającego ponad 2 metry wzrostu (więcej takich kości leży w piwnicy),mężczyzny z raną po postrzale, oraz kość źle zrośniętą po złamaniu z przemieszczeniem. Na ołtarzu leżą też czaszki. Jedna należy do sołtysa, który zginął od strzału w głowę, druga do jego żony, która zginęła od szabli (na czaszce jest widoczna rana), a trzecia do grabarza, kóry w testamencie zastrzegł sobie, a właściwie swojej czaszce miejsce na ołtarzu. To on właśnie pomagał biskupowi Tomaszce w realizacji projektu kaplicy. Na ołtarzu leżą też czaszki Mongoła i Tatara- prof. Rosiński z Uniwersytetu Wrocławskiego znalazł by tu wymarzony materiał do badań.

Komercja, nienaturalność i sztampa widoczna jest z każdej strony. Jedyne miejsce, gdzie widać przerażającą autentyczność jest piwnica, gdzie w bezładzie i kurzu poniewierają się szczątki ponad 21,000 osób. W kaplicy znajduje się ich 3000.
Lekko zdegustowani ruszamy dalej.

Szopka Ruchoma jako rekompensata



To Radziu wymyślił, aby wejść do Szopki Ruchomej.

Je pewnie bym nie wstąpiła z prostego powodu: wiele wsi przeszłam, gdzie na każdym kroku były jakieś regionalne muzea, które okazywały się nędzną izbą z kilkoma eksponatami. nic ciekawego. Tu intuicja Radka wprowadziła nas do izby, gdzie na długiej ścianie wisiała (czy stała) SZOPKA. 5 metrów długości, metr wysokości i 80 zm głębokości. Starsza pani w białym kitlu nacisnęła guziczek i postacie zaczęły się ruszać, a z organów popłynęła muzyka. Dziadek tej pani, pan Franciszek, nad rzeźbieniem figurek i pracy nad szopką spędził 20 lat. 

Można było iść drogą, ale my oczywiście poszliśmy zielonym szlakiem. Dość ostro pod górę w błocie i śniegu. Nie mogę powiedzieć, aby był to najpiękniejszy szlak jaki widziałam. jednak tuż za zboczami Dufałek otworzył się przed nami piękny widok na Wielkie Brusznice. I wtedy ruszyła śnieżyca...
Radek był zachwycony, bo w końcu wiało (choć żagli i Jeziora brak), ja z zachwytem miałam mało wspólnego, bo zamek w kurtce mi się rozwalił, a polar wiadomo przewiewnym jest.

Dochodziła chyba trzecia kiedy docieraliśmy do Błędnych Skał. 


Na przemian to wiało śniegiem, to wychodziło słońce i trochę grzało. Trochę to mało adekwatne określenie. Ledwo c0- to już lepiej. Gdy ruszaliśmy spod sanatorium dziecięcego ORLIK było-6 st! Przypominam, ze jest koniec marca;))) Błędne skały to istny obłęd!!!

Skalny labirynt- to mało powiedziane. Przeciskaliśmy się między skałami, śmiejąc się w duchu z chłopaka, który na swojej www informował, że lepiej nie brać dużego plecaka,, bo się utknie....

Śmiech do momentu...

Śmialiśmy się do momentu, kiedy musieliśmy ściągnąć plecaki i czołgać się na wysokości 30 zm, bo tylko tam widniał kawałek przejścia.
- To niemożliwe, żeby tędy prowadził szlak- powiedziałam, po czym okazało się, ze niemożliwe stało się możliwym i nasza trasa weszła w takie szczeliny, że o mało co nie zaklinowałam się twarzą.
Za chwilę doszło czołganie i ślizganie się na przyskalnych jeziorkach.


Coś, czego na pewno nie można zobaczyć w lecie to biało złote lodospady i gigantyczne sople. Dlaczego złote? Skały porasta las sosnowy- sosna jak wiadomo jest drzewem żywicznym. Złote nacieki to najprawdopodobniej żywica, łącząca się z wodą. Gdyby choć na chwilkę wyszło słońce, wrażenie byłoby olśniewające również w sensie dosłownym.

Ruszyliśmy z Błędnych Skał, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi. Przez las, mokradła, zalodzone kładki ruszyliśmy naprzód w tempie średnim. Wystarczyło jednak do tego, żebym wywaliła się kilka razy, a raz nawet poważnie. Litościwa Opatrzność, czuwająca nad idiotami różnego rzędu nie zesłała pod mój nos kamienia, bo pewnie bym już zębów nie miała. Na rozdrożu czerwonego i zielonego szlaku zapadł zmrok. Po tzw. ćmoku dotarliśmy do Karłowa do ośrodka konferencyjnego PZU AKADEMIA. Intuicja kobieca nakazała mi zostać w przedpokoju i na negocjacje o wrzątek wysłać Radka. Podziałało. Pani recepcjonistka absolutnie nie zgodziła się na zrobienie herbaty w naszych kubkach. Zrobiła nam herbatkę z cukrem i cytrynką w kubkach firmowych i otworzyła nam salę konferencyjną, gdzie nanieśliśmy tyle śniegu, że aż wstyd..

No i nasza wybujała nadmiernie wyobraźnia kazała nam iść do Kudowy (23 kilometry!!!), bo wydawało nam się, że tam będą jeździć TIRy... I mieliśmy rację... Wydawało nam się... 

Marzec'2003- Kudowa Słonne

środa, 10 marca 1999

Babia Hora po slovensku

Pomysłów na zakończenie czarownego tygodnia, jak zwykle było wiele. Pierwszy obejmował spędzenie weekendu z rodzicami na wsi. Weekend miał być niejako kontynuacją tradycji pomaturalnych: to znaczy miał się charakteryzować obecnością Marcinów (wszystkich trzech) i flaszki (całej jednej). Pomysł upadł, ze względu na niedyspozycyjność jednego z Marcinów. Na spędzenie normalnego, szarego weekendu na wsi nie pozwalała piękna, mroźna pogoda i oczywiście zew gór... 

Pasmo babiogórskie - zdj. własne (2017 r.)

Z reszty pomysłów, wśród dominujących idei zjazdu na nartkach skądkolwiek - dokądkolwiek, wyłuskaliśmy dwa i zdecydowaliśmy się na to, co Marcinowi chodziło już po głowie od ponad roku – Babią Górę od strony słowackiej.

środa, 3 lutego 1999

Biuro Rzeczy Zgubionych - Niemcowa

- Ziellona, a może założysz biuro rzeczy znalezionych?

- Raczej zgubionych... Miesiąc temu zgubiła siostrę, teraz przyjaciółkę...

- Jeżeli będziemy chcieli się kogoś pozbyć, po prostu wyślemy go z Zielloną w góry! Efekt murowany!!!

Teraz dowcipkujemy, ale wtedy do śmiechu nam nie było...

Niemcowa ©

Po sylwestrze w Rudence zostaje nam dwa dni wolnego. Chcemy iść na połoniny, ale Pyrtek - moja siostra - spuściła sobie drewnianego konia na nogę i lekko utyka. Pomimo historii, Trojanie nas nie wpuszczają, dlatego jedziemy na Niemcową.