sobota, 2 kwietnia 2016

Krokusy na Szlaku Dziesięciu Polan

Krokusy pod Jaworzynką.


Nie trzeba jechać do Chochołowskiej czy Kościeliskiej. 
W Gorcach też są krokusy.
I to ile!
Chociaż - przyznajmy - raczej w partiach do 1000 m nad poziomem morza (Bałtyckiego - jak mawia Hubert), wyżej jeszcze zalega śnieg. Ale w sumie - co się dziwić. Mamy pierwszy kwietnia...

Jaworzynka i widok na Beskid Wyspowy












Wybraliśmy się zatem z KOTem, czyli Kursem Organizatora Turystyki, na wyprawę wiosenną z Lubomierza, przez Kudłoń, przełęcz Borek na Turbacz. Rankiem zeszliśmy klucząc do Nowego Targu. Klucząc, bo podeszliśmy zarówno na Halę Długą jak i do kaplicy Matki Boskiej od Gorców.
Przyznaję bez bicia, że był to jeden z fajniejszych wyjazdów zorganizowanych. 

Szlak Dziesięciu Polan jest jednym z najstarszych szlaków w Gorcach. Wyznaczył go w 1926 roku ksiądz Walenty Gadowski, członek Towarzystwa Tatrzańskiego i orędownik górskiej turystyki. Był twórcą słynnej, tatrzańskiej Orlej Perci oraz dwóch perci w Pieninach: Sokolej (nazywaną dawniej Pienińską Orlą Percią) oraz nieistniejącej już Skalnej Perci.


Szlak znakowany jest kolorem żółtym i prowadzi przez urocze polany, które są niezwykle atrakcyjne pod względem krajobrazowym, przyrodniczym, a także widokowym. Dziś szlak ten jest częścią dłuższego szlaku prowadzącego z Tymbarku przez Mogielicę do Nowego Targu Kowańca.
 
Szałas pod Jaworzynką
Krokusy na halach



Krokusy na halach

Szlakowskaz na polanie Podskały

Podchodzimy pod Kudłoń

W lesie lis... sorry ... w lesie kwietniowym

Inne spojrzenie na giarrrę

Odpoczynek w słoneczku

Planowanie trasy.

Ślady głuszca

Oblodzona Hala Długa

Krzyż partyzancki na trasie do Nowego targu

Nasza Mewa Śmieszka:)

I zarażony śmiechem Kuba


POlana o uroczej nazwie Sralówki

Ania w krokusach

Etatowy noszacz gitarrry na zasłużonym odpoczynku.

poniedziałek, 14 marca 2016

Wypadek może nas zaskoczyć - post o pierwszej pomocy

Pięć kursów pierwszej pomocy (mniejszych i większych) przygotowało mnie do NIEBYCIA chojrakiem. Jeżeli obok jest ktoś, kto zna się lepiej i już kiedyś udzielał tej pomocy - oddaj mu ratowanie życia i zdrowia człowieka, którego spotkałeś / łaś na drodze. 
I to wiem.
Nie wiedziałam tylko, że gminnej, wsiowej drodze może zdarzyć się wypadek, przy którym nie będzie nikogo jakkolwiek doświadczonego.


Wyjeżdżałam sobie ze wsi. Droga jest ostro z górki, asfaltowa, gminna. Za Janickami jest jeszcze bardziej z górki (kiedyś stał tam znak mówiący o 12%). I na końcu tej górki zobaczyłam scenę z filmu. Nad leżącym, pokrwawionym człowiekiem kucał inny człowiek - jedną ręką podtrzymujący leżącego w pozycji tzw. bezpiecznej, drugą usiłując trzymać telefon i podawać informacje pani w dyspozytorni.

*** PRZYPOMINAM; 112 DZIAŁA I NIE JEST TO TELEFON NA PIZZĘ!***

Obok leżał rower, a za przerażającą sceną stał samochód na światłach awaryjnych. Jasnym było, że samochód potrącił rowerzystę jadącego z górki.
Kierowcą, a zarazem człowiekiem ratującym poszkodowanego, był Mirek - mój kolega z sąsiedniej roli (przysiółka, dla tych co nie wiedzą co to rola).


Wnet okazało się, że to nie potrącenie. Prawdopodobnie rowerzysta po prostu za ostro zahamował przednimi hamulcami, rower przetarahało, a pan stracił panowanie nad kierownicą.
Przeorał twarzą po asfalcie, tracąc większość zębów oraz poważnie uszkadzając oko - dopóki opuchlizna nie zejdzie nie wiadomo czy będzie na nie widział.


***Hamulce przednie NIE SŁUŻĄ do hamowania z górki. 
PULSACYJNIE moi drodzy PULSACYJNIE, i to najlepiej TYLNE HAMULCE jako pierwsze.***

Wtedy, kiedy ja się zatrzymałam, pan powoli odzyskiwał przytomność (Mirek znalazł go nieprzytomnego, w kałuży krwi - ja nie chcę nawet sobie wyobrażać, co on wtedy poczuł.). Potrafił nawet w miarę sensownie odpowiedzieć na pytanie jak się nazywa i co go boli. (Nazwiska nie zrozumiałam, bo powiedziane było gwarą, a bolało go wszystko.)

Utrzymywaliśmy go w tzw. bezpiecznej pozycji do przyjazdu karetki (gdyby go Mirek tak nie połozył - czyli, inaczej mówiąc, gdyby wtedy nie jechał z dołu i znalazłabym go ja, albo jeszcze kto inny, prawdopodobnie już by nie było kogo ratować, bo by zwyczajnie się zadławił własną krwią).

Ratownicy z karetki... no dobra, poza faktem dość brutalnego sprawdzania czy nie ma połamanych żeber, wzięli pana pod opiekę i zabrali do szpitala. W międzyczasie przyjechała policja - sprawnie szybko i na temat. 
Co prawda, kiedy dzwonili do rodziny z jego telefonu przedstawiając się POLICJA MYŚLENICE... hmmm - ja bym odwaliła na zawał, gdybym usłyszała w telefonie kogoś bliskiego takie hasło... (na tyle dobrze, ze pani już wcześniej była poinformowana przez nas co i jak).

W sumie nie wiadomo czy pan był "wypity", prawdopodobnie tak. Ale tego nawet policjanci nie byli pewni. - nie usprawiedliwiam nikogo. Prawdopodobieństwo bowiem, ze nie był - jest znikome.
Cytuję w tym miejscu siebie: |Tu każdy jest wypity|


TYM BARDZIEJ APELUJĘ:
Po najmniejszym łyku alkoholu NIE WOLNO wsiadać do pojazdu bądź na pojazd.


Prawdopodobieństwo, że skończy się tak, jak się skończyło - czyli jedynie na uszkodzeniach poważnych ciała - też jest znikome. Bardziej prawdopodobne, ze po pijaku zabije się człowiek na drzewie (co akurat jest najłagodniejszą formą), albo wjedzie na jadące z prędkością nadziemską, bo jakieś 30 km na h, auto z naprzeciwka. Albo się wyglebi i na niego wjedzie człowiek jadący z góry, bo tam miejsca do hamowania nie ma, a na zauważenie czegoś na drodze też zbytnio miejsca i czasu nie ma.

I dopiero na końcu zorientowaliśmy się, że pomimo moich i Mirka kursów pierwszej pomocy, żadne z nas nie otworzyło nawet apteczki samochodowej, żadne z nas nie postawiło trójkąta oraz nie ubrało kamizelek odblaskowych. (Panowie policjanci zresztą, też ubrali je dużo później). Poza ułożeniem w pozycji bezpiecznej, mówieniem do poszkodowanego oraz wykonaniem paru telefonów nie zrobiliśmy nic. 
A mogliśmy mu wstępnie twarz opatrzeć, zęby pozbierać, nie wiem co jeszcze.

Pomoc udzielona, ale czy umiałabym tej pierwszej pomocy udzielić sama???? 
Raczej nie.
Chociaż trząść się zaczęłam dopiero, jak już karetka odjechała do szpitala.
----------------------------------------------------------------------

PS. Tak - powyższy post jest wynikiem emocji. Jest wylaniem tego, co siedzi we mnie od kilku godzin. Niby "taki sobie" wypadek. Niby poważniejsze zdarzają się kilkanaście razy dziennie. Niby nic szczególnego, ale ....

świadomość, ze gdyby akurat Mirek nie wracał z pracy.... ze gdybym ja nie przeciągnęła wyjazdu ze wsi.... 
Cholera - najbliższy samochód przejechał obok nas jakieś 15 minut później. 
Gdyby to był pierwszy przejeżdżający obok, mógłby już przejeżdżać obok trupa. 
I ta świadomość mnie tak meczy, ze aż musiałam to opisać.
Z przestrogami jak wyżej
HAMULCE PRZEDNIE NIE DO UZYTKU Z GÓRKI
NIE PIJ JAK PROWADZISZ COKOLWIEK
MIEJ W TELEFONIE ICE albo chociaz kontakt do MAMA, tata, Siostra brat, a nie nazwiskami, bo to niewiele pomoze.

Dziękuję za wysłuchanie.

czwartek, 5 listopada 2015

Ochotnica Górna Jamne... Tu jest moje miejsce.


Sytuacja jest dla mnie co najmniej dziwna. Od czasu kiedy, w Hawiarskiej Kolibie, w Ochotnicy Górnej Jamne 161, rozpoczęłam moje górskie życie... od czasu, kiedy własnymi rękami usiłowałam wykopać dół kloaczny:) od czasu kiedy z sąsiadem Sedlakiem czyściliśmy szabaśnik, a potem wymiennie raczyliśmy się własnoręcznymi wypiekami, od czasu kiedy.... 

(edit, bo nikt tego nie zniesie;...) 

minęło MNÓSTWO czasu. 

Zmieniali się bazowi, potem zmienili się właściciele (czemu akurat przyklaskiwałam z ochotą, ale z pewnym żalem). Zmienił się też nieco charakter chaty. Dobra - wiem minęło te z górą 15 lat. Dobrą górą (prawie jak Gniew Prezesa...).

Sentyment walczy z rozsądkiem. 
Wspomnienia walczą z rzeczywistością. 
Rozum z sercem powoli osiągają kompromis. 
W efekcie... no cóż... nieśmiało wspieram inicjatywę związaną z istnieniem Gorczańskiej Chaty w ogóle. Jak również z istnieniem inicjatyw we wspomnianej chacie - takich jak GSM czyli Gorczańskie Spotkania Muzyczne.

I zrozumiem wszystkich tych, którzy wezmą mnie za wszarz i wywalą do stodoły z butelkami (istnieje jeszcze, mniemam), kiedy zacznę się rządzić, potem zamilknę i będę cicho pochlipywać w kąciku. 
Bo że rządzić się zacznę - to pewne. 
I pewne, że zaraz będę rozpamiętywać czasy minione. 
Należy mnie wtedy zamknąć. 
Najlepiej w odosobnieniu. 
Dobrze, żeby te butelki w stodole były nie do końca puste.

I bardzo proszę wspomnianych na koszulkach artystów o maluteńki prezencik - gitarowanie i wydawanie dźwięków paszczowych na tyle głośno, żeby do odosobnionej stodoły oweż nuty dotarły.
I uprzejmie proszę psa:) - którego imienia jeszcze nie znam, ale jest zacnym Huskym - aby pies nie wył, gdy panowie będą zmuszani do wykonania powyższego prezenciku...

* Psie - przekupne smakuszki czekają:)
** Smakuszki, jak mi kiedyś słusznie dziecko zwróciło uwagę, powinno pisać się przez Ó a nie U - bo skakować. Ale mi to wizualnie nie pasuje.
*** Koniec komentarzy do komentarzy.
**** PS post factum: Pies nosi imię Stefan.

czwartek, 1 października 2015

Halifax FS-P (JP295)

27 sierpnia 1944 r. z lotniska Campo Cassale koło Brindisi na południowym wschodzie Włoch wystartował samolot typu HP Halifax FS-P (JP295) celem dostarczenia zaopatrzenia powstańcom walczącym w Warszawie. 

Załoga samolotu w składzie: kpt. nawigator Franciszek Omylak, ppor. pilot Kazimierz Widacki, ppor. bombardier Konstanty Dunin-Horkawicz, ppor. strzelec pokładowy Tadeusz Mroczko, sierżant mechanik pokładowy Wilhelm Balcarek, sierżant radiooperator Jan Ozga, sierżant strzelec pokładowy Józef Skorczyk należała do 1586 Eskadry do Zadań Specjalnych (S.D.F.) utworzonej na bazie 301 dywizjonu bombowego stacjonującego we Włoszech. Eskadra posiadała własne samoloty, jednak do tego lotu został wypożyczony od 148 dywizjonu do zadań specjalnych RAF samolot Handley Page H.P. 59 HALIFAX B Mark II Series 1A. Po wystartowaniu z lotniska kontakt z samolotem został zerwany, nie odebrano z samolotu żadnych sygnałów, dlatego też przebieg lotu nie jest znany. Po wykonaniu zadania podczas lotu powrotnego samolot rozbił się w rejonie Banicy koło Gładyszowa, w Beskidzie Niskim. W katastrofie zginęła cała załoga samolotu. Znalezione szczątki części ciał członków załogi samolotu pochowane zostały przez miejscową ludność w miejscu katastrofy, ponieważ Niemcy zabronili pogrzebać je na cmentarzu. Po zakończeniu wojny szczątki złożono w dwóch trumnach na cmentarzu we wsi Krzywa.

Z dokumentacji niemieckiej wynika, że samolot Halifax zostal zestrzelony nad Banicą na wysokości 8 kilometrów w nocy 28 sierpnia około godz. 2.33 przez niemiecki myśliwiec Ju 88 pilotowany przez obfw. Rudiego Dudinga. Całe dziesięciolecia po wojnie przypuszczano, że pod Banicą rozbiła się załoga samolotu kpt. pil. Zygmunta Pluty na Liberatorze VI GR-R (EW275). Dopiero w 2006 r. - po przeprowadzeniu dokładnych badań na miejscu upadku samolotu - wykazano, że pod Banicą zginęła załoga kapitana Franciszka Omylaka na Halifaxie, natomiast rozbicie Liberatora należy łączyć z inną katastrofą, która miała miejsce w nocy z 16 na 17 sierpnia 1944 r. w miejscowości Olszyny koło Biecza.

28 sierpnia 2009 r. został odsłonięty nowy pomnik autorstwa Zdzisława Tohla upamiętniający to wydarzenie. Na cokole pomnika tym razem widnieją nazwiska członków załogi samolotu Halifax, którzy zginęli w katastrofie. Na tablicach poglądowych ustawionych obok pomnika możemy poznać historię ostatniego lotu załogi kapitana F. Omylaka oraz krótkie życiorysy wszystkich członków załogi samolotu.

czwartek, 17 września 2015

Żegiestów - cerkiew grekokatolicka



Żegiestów nie wytrzymuje konkurencji drewnianych świątyń połemkowskich w okolicznych dolinach (szlak Architektury Drewnianej), a przecież cerkiew tutejsza jest unikatowa tak bardzo, że bardziej już być nie może.


Tego typu świątynie zachowały się jedynie w Europie Środkowo-Wschodniej i jest ich ponoć tylko trzy w Europie. Co więcej - cerkiew została wybudowana dla grekokatolików (a nie zaadoptowana do ich obrządku). 
Nigdy jednak nie była użytkowana w obrządku, dla którego została stworzona. Nigdy również nie została ukończona. Budowę cerkwi przerwała II Wojna światowa, a po wojnie już nie było komu kończyć budowy. Nie było też dla kogo - grekokatolicy zostali wysiedleni (w ramach brutalnej akcji Wisła). Warto o tym pamiętać, bo większość z nas kojarzy akcję Wisła z wysiedleniami z Łemkowszczyzny oraz Bojkowszczyzny. Zapominamy, że dotyczyła ona również prawosławnych i grekokatolików zamieszkałych na terenach tzw. Rusi Szlachtowskiej (Jaworki i Szlachtowa) oraz w wielu wsiach Nadpopradzia. Tu przebiegała nieco mniej brutalnie, przez co o wysiedleniach z tych okolic, jakoś się nie wspomina.


Powyższe informacje pochodzą z tzw. wywiadu środowiskowego, bo bez rzetelnych badań terenowych (przepraszam za to moje zboczenie etnograficzne) prawdy się raczej nie dojdzie. Na stronie parafii jest bowiem napisane, że cerkiew została wybudowana w latach 1917-1925, co nieco kłóci się z informacją miejscową, że budowę przerwała II WŚ. Jest zbudowana w typie bojkowskim (czyli podobna do tych w Bieszczadach), a jej unikatowość określa budulec - czyli cegła i kamień. Cerkwie bojkowskie (podobnie zresztą jak większość łemkowskich z tamtego okresu) budowane były z drewna, jako najłatwiej dostępnego budulca.

Cerkiew grekokatolicka pw. św. Michała Archanioła została konsekrowana w roku 1928, zaś po wojnie przekształcona w kościół rzymskokatolicki (pod wezwaniem św. Anny). Przez długie lata był zaniedbywany, aż w końcu doczekał się gruntownej renowacji w latach 1980-1985. Świątynia zbudowana jest z kamienia i cegły, dach przykryty blachą. Budynek zwieńczają trzy kopuły (cerkiew trójdzielna) z drewnianymi wieżyczkami (niestety dach wymaga renowacji). Warto wejść do środka (kościół jest praktycznie cały czas otwarty) , jak również zobaczyć krucyfiks na zewnętrznej ścianie prezbiterium (na zewnątrz kościoła), autorstwa Z. Janczury. Osobiście nie spotkałam jeszcze tak przejmującego wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego.
Co jeszcze można zobaczyć w Żegiestowie? [dla tych, którzy lubią ślady historii]
Tuż za świątynią znajduje się źródełko nad którym zbudowano kapliczkę. 
- ruiny pierwszej murowanej cerkwi unickiej - powyżej drogi na Palenicę, skręcając w górę w polną drogę obok domu numer 92
- obok ruin cerkwi znajdują się pozostałości cmentarza. Do dziś zachowało się kilka nagrobków, Najstarszy pochodzi z XIX wieku. Zachował się tu również nagrobek Anny Prisłopskiej - żony ostatniego greckokatolickiego księdza.

wtorek, 8 września 2015

Partyzantka w Beskidzie Sądeckim - miejsca pamięci


Włócząc się po Beskidzie Sądeckim, na halach, polach i łąkach, spotykamy ludzi, których już nie ma. Ludzi, którzy w tych górach walczyli o naszą wolność. Tracili życie i zdrowie, a historia... niby pamięta, ale tak wybiórczo i regionalnie.

Powspominajmy ich zatem:

W Kosarzyskach stoi pomnik poświęcony pamięci bohaterskich kurierów z lat 1939 - 1944. Sądecczyzna z racji swojego położenia i warunków była najlepszą drogą przerzutową na zachód i to przez tutejsze szlaki przeprowadzono najwięcej operacji kuriersko-przerzutowych w okupowanej Polsce.

Beskid Sądecki, pasmo Jaworzyny, Hala Pisana

W Beskidzie Sądeckim na  Hali Pisanej, przy szlaku czerwonym i żółtym z Piwnicznej do Frycowej znajduje się obelisk usypany z kamieni  w ściętą piramidę.  Na obelisku tablica z napisem: 

MIEJSCE UŚWIĘCONE/ KRWIĄ POLAKÓW/ POLEGŁYCH W WALCE/ O WOLNOŚĆ/ TU POLEGŁ ŻOŁNIERZ/ 1PSP-AK GRUDA "ŚWIERKA"/ ADAM KONDOLEWICZ "BŁYSK"/ *1925 † 1944/ CZEŚĆ JEGO PAMIĘCI

Tekst i zdjęcie z https://www.geocaching.com/geocache/GC5DK6K


Beskid Sądecki, pasmo Radziejowej, przy szlaku na Niemcową

Na żółtym szlaku Piwniczna - Niemcowa znajduje się pomnik żołnierza AK . Na tablicy napis.
W dniu 12. 07. 1944 rolu w tym miejscu zginął w walce z hitlerowcami Franciszek Grucela "Kowalik" żołnierz AK placówki Łomnica - "Łąka"

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Raj na Rosochatym Rogu



Wędrówką jedną życie jest człowieka...


Są takie dni, że człowiekowi nie chce się iść. Siedziałby tylko, czytał książkę i wpatrywał się w przepastną toń jeziora. 
Ale są też takie dni, że nogi same niosą. Mijają metry, kilometry, a człowiek idzie i idzie i wcale nie ma ochoty na odpoczynek. Taki dzień mam dzisiaj. Właściwie tylko kilometrowy odcinek z Magdalenowa do Czerwonego Folwarku nie sprawił mi satysfakcji, ale serce moje czuło...

Czuło zbliżający się raj.

Raj, który otworzył się przede mną, kiedy minęłam zardzewiałą tabliczkę "Rosochaty Róg". 

Przedzieranie się przez zarośla stanowiło dla mnie zawsze najprzedniejszą rozrywkę świata - dlatego tak kocham Beskid Niski. Nie spodziewałam się odkryć go na nizinach. Zaraz potem weszłam na drogę czasem uczęszczaną przez samochody, ale tylko czasem. Kurz jaki się podnosi po przejechaniu, odstrasza właścicieli eleganckich wozów.

Nie wiedzą, co tracą.

Bezbłędnie błękitna, a zarazem niesamowicie wprost przejrzysta toń Jeziora Wigry to pokusa nie do odparcia. Także kiedy dotarłam na skraj cypla nie odmówiłam sobie przyjemności zanurzenia grzesznego ciałka w wodzie. Tu, na samym końcu, jednak zdarzają się turyści - przypływają kajakami, żaglówkami, szukając sklepu. 

Ale nie tędy droga.

Najbliższy sklep jest gdzieś w okolicach Wigier. Niedaleko, ale trzeba opłynąć kilka zatoczek i, niebezpiecznych dla żaglówek, płycizn. Na tych "szuwarowych wyspach" tętni życie. Kaczki, perkozy, łabędzie- to władcy tego małego świata. Ludzie, jak zwykle, chcą go ratować, stworzywszy Park Narodowy.
Ale są też inni ludzie - odwieczni mieszkańcy tej ziemi - procesujący się z parkiem o "brzegowe". Uważają, że z dziada, pradziada, łowili tu ryby i mają do tego prawo. Udokumentowane jest to papierami carskimi, nadającymi im te ziemię we wieczyste władanie.
I oni też mają rację. 
Gdyby tylko zechcieli łowić ryby na własne potrzeby, na pewno nie uszczupliłoby to zasobów jeziora. Ale staropolskie przysłowie mówi: "daj chłopu palec, weźmie całą rękę". Gdyby Park zezwolił na połów, wkrótce zabrakłoby ryb w jeziorze, a miejscowe sklepy, bazary i restauracje zawalone byłyby siejami, sielawami i węgorzami. 

Mam czas  na myślenie.

Nogi same połykają kilometry piaszczystej drogi. 
Jeden, drugi, trzeci. 
Na tak równej drodze nie muszę zastanawiać się, gdzie postawić nogę, nie zastanawiam się nawet nad zmianą trasy. I dobrze. Droga sama wyprowadza mnie na najpiękniejszy punkt widokowy. Gdzie tam osławionym "górom" Suwalszczyzny do tego prostego widoku na Plos Wigierski!

Na północ zatoka wschodnia. Choć stąd nie widać, wiem, że tuż za nią znajduje się miejsce mego wczorajszego noclegu: wdzięczne, choć niewielki jeziorko Mozguć. Z dala przebłyskuje Postaw. Nad taflą przepięknęgo Jeziora Wigry góruje szlachetna sylwetka pokamedulskiego zespołu klasztornego. Od bielonych ścian odbija się słońce, rażąc tak okropnie, że muszę odwrócić wzrok. 

Tam, na południe, też jest pięknie. Zastanawia mnie, czy słońce, aby nie specjalnie tak mocno przypieka, żebym odwróciła oczy ku cudownemu Plosowi Zakątowskiemu z zatokami Krzyżańską i Wasilczykowską. Na jego powierzchni rozpanoszyły się trzy wyspy: Kamień, Brzozowa i przysadzista Krowa. Wody Jeziora wkoło szuwarów przybrały kolor stalowoszary, wewnątrz zaś przerażają mroczną czernią. 

Zbliża się wieczór.

zasiedziałam się w tym uroczym miejscu. A jeszcze przed chwilą pisałam, że nie mam ochoty na odpoczynek. Cóż w obliczu takiego cudu natury, człowiek sam nie wie czego chce... 


sierpień'2000- Magdalenowo