sobota, 23 kwietnia 2016

Wrocławskie place - plac Jana Pawla II

Plac powstał w pierwszej połowie XIX w. po zdobyciu Wrocławia przez wojska napoleońskie, a następnie wyburzeniu Bramy Mikołajskiej w 1820 r. W dwa lata później nad fosą przerzucono nowy most zwany Królewskim (Königsbrücke). W tym czasie plac miał kształt prostokąta o powierzchni ok. 0,5 ha i zabudowany był od zachodu w podkowę z zamkniętymi narożnikami. 
na zdjęciu: widok w stronę rynku na ulice Ruską i Św. Mikołaja, po lewej pomnik Otto von Bismarck (nieistniejący)

Wroclawskie fortyfikacje - Brama Oławska

Brama Oławska (niem. Ohlauer Tor – nazwa bram miejskich we wschodniej części umocnień fortecznych Wrocławia. Ponadto jako Nową Zewnętrzną Bramę Oławską (niem. Neues Äußeres Ohlauer Tor) określano w XIX w. rogatki miejskie u zbiegu ulic Traugutta i Kościuszki, nazywane także Ohlauer Barriere. 
na zdjęciu: fragment makiety z basteją Hioba, którą można obejrzeć od strony południowej.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Wysowa - uzdrowisko w cieniu Krynicy

Beskid Niski ma swój charakter.
Opuszczony, z podmurówkami domów zarosłych chaszczami, z piwnicami, które dziś znajdują się na środku pola...
Z orlikami krzykliwymi, czyżykami, ziębami...
Misiami i wilkami.
Ten obraz Beskidu Niskiego ma się nijak do zachodniej jej części - w szczególności do Wysowej. 


Wysowa bowiem to uzdrowisko.

Uzdrowisko, które chciałoby konkurować ze słynną Krynicą (która jest, jak dla Wysowej, zdecydowanie za blisko) czy też z malutkim, prywatnym Wapiennem.
Niestety - to się Wysowej nie udaje.
Nie udaje się również być klasyczną wsią Beskidu Niskiego, z tak zwanym charakterem.
Zresztą - Wysowa zawsze była uzdrowiskiem i nigdy nie pretendowała do miana łemkowskiej wsi, jaka jest Bartne, czy też zupełnie opuszczonej Czeremchy - bo też Wysowa opuszczona nie jest.

Dziś w Wysowej mieszka 700 osób, w tym 7 rodzin łemkowskich. Biorąc pod uwagę liczby- niewiele się zmieniło od czasów przedwojennych - różnica tkwi w różnorodności ludności. Przed II WŚ mieszkali tu Łemkowie, Polacy, Żydzi i Cyganie. Żyd Wimer z rodziną mieli tu piekarnię (jedyną  w Wysowej), zaś Szmul posiadał największy i najlepiej zaopatrzony sklep. Z kolei Cyganie trudnili się kowalstwem i przemytem na drugą stronę granicy (daleko nie jest:)). Żydów i Cyganów w 1943 roku zabrali hitlerowcy.

Dzisiaj w Wysowej są dwa sklepy, dwie karczmy regionalne oraz dwie drewniane świątynie (kościół drewniany oraz cerkiew) - jakieś takie wszystko podwójne.
Zaskakuje lokalizacja owych udogodnień turystycznych - sklepy sąsiadują ze sobą drzwi w drzwi, a karczmy są dosłownie naprzeciwko siebie. Owszem - znajdują się w centrum Wysowej Zdrój - tuż u stóp największego sanatorium i obok parku zdrojowego. Nie zmienia to jednak faktu, że poza centrum nie ma nic. Chociaż sanatoria istnieją i są nawet dość często odwiedzane.


Życie w Wysowej w ogóle kręci się wokół życia sanatoryjnego.

Kiedy, rozglądając się po miejscowości, weszłam do niewielkiego budynku, nad którego drzwiami widniał napis chatka. W środku siedziała przeurocza babcia i sprzedawała pamiątki - gdy tylko mnie zauważyła powiedziała:
- O, to już po obiedzie? A kiedy zabiegi?
Bo tu mało kto przyjeżdża z innym celem niż uzdrowiskowo - sanatoryjnym. W Wysowej nie ma ani bazy rekreacyjnej, ani ścieżek rowerowych, konnych czy klasycznej infrastruktury turystycznej.

A przecież jeszcze w XIX wieku wszystko wyglądało na to, że Wysowa ma potencjał...

Wzmianki o wodzie o właściwościach leczniczych pojawiły się już pod koniec XVIII w  - w Geografii lub dokładnym opisaniu Królestw Galicyji i Lodomeryji" Ewarysta Kuropatnickiego. Wspomina on, że JW hrabi Lanckoroński, wojewoda bracławski, codziennie zażywa kąpieli w tutejszych wodach, czemu czerstwość ciała przypisuje... Oficjalnie lecznicze właściwości wód zostały potwierdzone na początku XIX wieku, a miano uzdrowiska zyskała ona w 1808 roku, kiedy otwarto pierwsze łazienki napełniane wodą mineralną.
Ale nawet wtedy, gdy odkryto 11 źródeł wody mineralnej z potwierdzonymi urzędowo właściwościami leczniczymi, Wysowa wciąż była w cieniu Krynicy. Do tego stopnia, że nowy właściciel uzdrowiska wysowskiego (od 1858 roku) bardejowski Żyd, Izaak Lando, rozpoczął sprzedaż  wysowskich wód mineralnych, jako pochodzących właśnie z Krynicy i Szczawnicy.
Było to nieuczciwe, ale wskazuje wybitnie jaką pozycję, w uzdrowiskowym przemyśle, piastowała Krynica i jak nikłą rolę, mimo wszystko, miała w tym przemyśle Wysowa...


Autor: Ziellona



Znalezione w sieci:








piątek, 8 kwietnia 2016

Szałas pod Gniewem Prezesa

Szałas pasterski na Zaniowskim


Chodziłam tędy tysiące razy...
Pierwszy raz podchodziłam pod Gniew Prezesa od strony Beniowego- z Agą i Jędrkiem Małeckimi, którzy jeszcze Małeckimi nie byli... A było to pamiętnego roku 1997...
Wtedy też dowiedziałam się, że licha góreczka na trasie nosi lokalną, kolibową, nazwę.

szlakowskaz na polanie Kosarzyska
  - No bo schodzisz już z Beniowych - tłumaczył Jędrek - już wiesz, że za chwilę będziesz w domu. A tu nagle Ci wyskakuje przed nosem taki pryszcz. I nie da się go obejść. MUSISZ pod niego podejść. Prezes zawsze się wkurzał na to...

Stąd niewielkie wzniesienie nosi nieformalną nazwę Gniew Prezesa. Nikt nie wie, który prezes został tym samym uwieczniony na wieczną rzeczy pamiątkę...
No, ale nie o Prezesie miało być.



Hale między polaną Beniowe, a polaną Kosarzyska usiane są szałasami pasterskimi, bacówkami czy - niestety - ich ruinami. O ile do szałasu zwanego lokalnie "U Dziadka"  trzeba nieco skręcić spod kapliczki na Kosarzyskach (szałas wciąż istnieje), o tyle szałasy na polanie pod Gniewem Prezesa są dość widoczne. Jakim cudem zatem nigdy nie zauważyłam szałasu na skraju polany?
Nie mam pojęcia.


Ruiny szałasu na Zaniowskim
Być może dlatego, że stoi tuż przy lesie, schowany w cieniu drzew, a na trasie jest jeszcze kilka - większych, bardziej spektakularnych i posadowionych bliżej szlaku, co oznacza że są po prostu bardziej zauważalne. 
Kiedy dziś szłam z Kaśką Floydomanką na taki króciutki spacerek, okazało się, że te wielkie szałasy są już niestety w totalnej ruinie. Na Przysłopie Dolnym szałas nie posiada już nawet konstrukcji, że o ścianach nie wspomnę. Drugi szałas na tej samej polanie jest chyba w rękach prywatnych, gdyż ściany stoją, dach jest i wyraźnie ktoś się nim opiekuje - prawdopodobnie, jak większość tego typu budynków, służy za składowisko łopat, grabi i innego sprzętu polowo - ogrodniczego.
szałas na Zaniowskim


Za to szałas na Zaniowskim... to ten właśnie pod Gniewem Prezesa... ma się całkiem dobrze i choć niewielki, spełnia wszelkie warunki pięciogwiazdkowego hotelu bacówkowego. Nniegdyś stworzyliśmy klasyfikację bacówek i szałasów - ten szałas zasługuje na najlepsze 4 D Wi Wo... Co oznacza: 4 ściany, Dach, ochronę przed Wiatrem i Wodą... Ktoś nawet go niedawno w tym celu wykorzystał - w kącie leżał siennik, a na nim śpiwór. 


O szałasach pasterskich jako takich mam wielki plan napisać, ale co z tego wyjdzie to ja nie wiem:)
Póki co - cieszcie się zdjęciami szałasu na Zaniowskim, bo biorąc pod uwagę  postępujące zanikanie tych zabytkowych budynków, może się okazać, że za kilka lat już go nie będzie...
Czyżby to był czyżyk?

szałas na Zaniowskim


szałas na Zaniowskim

szałas na Zaniowskim

szałas na Zaniowskim

szałas na Zaniowskim


szałas na Zaniowskim



sobota, 2 kwietnia 2016

Krokusy na Szlaku Dziesięciu Polan

Krokusy pod Jaworzynką.


Nie trzeba jechać do Chochołowskiej czy Kościeliskiej. 
W Gorcach też są krokusy.
I to ile!
Chociaż - przyznajmy - raczej w partiach do 1000 m nad poziomem morza (Bałtyckiego - jak mawia Hubert), wyżej jeszcze zalega śnieg. Ale w sumie - co się dziwić. Mamy pierwszy kwietnia...

Jaworzynka i widok na Beskid Wyspowy












Wybraliśmy się zatem z KOTem, czyli Kursem Organizatora Turystyki, na wyprawę wiosenną z Lubomierza, przez Kudłoń, przełęcz Borek na Turbacz. Rankiem zeszliśmy klucząc do Nowego Targu. Klucząc, bo podeszliśmy zarówno na Halę Długą jak i do kaplicy Matki Boskiej od Gorców.
Przyznaję bez bicia, że był to jeden z fajniejszych wyjazdów zorganizowanych. 

Szlak Dziesięciu Polan jest jednym z najstarszych szlaków w Gorcach. Wyznaczył go w 1926 roku ksiądz Walenty Gadowski, członek Towarzystwa Tatrzańskiego i orędownik górskiej turystyki. Był twórcą słynnej, tatrzańskiej Orlej Perci oraz dwóch perci w Pieninach: Sokolej (nazywaną dawniej Pienińską Orlą Percią) oraz nieistniejącej już Skalnej Perci.


Szlak znakowany jest kolorem żółtym i prowadzi przez urocze polany, które są niezwykle atrakcyjne pod względem krajobrazowym, przyrodniczym, a także widokowym. Dziś szlak ten jest częścią dłuższego szlaku prowadzącego z Tymbarku przez Mogielicę do Nowego Targu Kowańca.
 
Szałas pod Jaworzynką
Krokusy na halach



Krokusy na halach

Szlakowskaz na polanie Podskały

Podchodzimy pod Kudłoń

W lesie lis... sorry ... w lesie kwietniowym

Inne spojrzenie na giarrrę

Odpoczynek w słoneczku

Planowanie trasy.

Ślady głuszca

Oblodzona Hala Długa

Krzyż partyzancki na trasie do Nowego targu

Nasza Mewa Śmieszka:)

I zarażony śmiechem Kuba


POlana o uroczej nazwie Sralówki

Ania w krokusach

Etatowy noszacz gitarrry na zasłużonym odpoczynku.

poniedziałek, 14 marca 2016

Wypadek może nas zaskoczyć - post o pierwszej pomocy

Pięć kursów pierwszej pomocy (mniejszych i większych) przygotowało mnie do NIEBYCIA chojrakiem. Jeżeli obok jest ktoś, kto zna się lepiej i już kiedyś udzielał tej pomocy - oddaj mu ratowanie życia i zdrowia człowieka, którego spotkałeś / łaś na drodze. 
I to wiem.
Nie wiedziałam tylko, że gminnej, wsiowej drodze może zdarzyć się wypadek, przy którym nie będzie nikogo jakkolwiek doświadczonego.


Wyjeżdżałam sobie ze wsi. Droga jest ostro z górki, asfaltowa, gminna. Za Janickami jest jeszcze bardziej z górki (kiedyś stał tam znak mówiący o 12%). I na końcu tej górki zobaczyłam scenę z filmu. Nad leżącym, pokrwawionym człowiekiem kucał inny człowiek - jedną ręką podtrzymujący leżącego w pozycji tzw. bezpiecznej, drugą usiłując trzymać telefon i podawać informacje pani w dyspozytorni.

*** PRZYPOMINAM; 112 DZIAŁA I NIE JEST TO TELEFON NA PIZZĘ!***

Obok leżał rower, a za przerażającą sceną stał samochód na światłach awaryjnych. Jasnym było, że samochód potrącił rowerzystę jadącego z górki.
Kierowcą, a zarazem człowiekiem ratującym poszkodowanego, był Mirek - mój kolega z sąsiedniej roli (przysiółka, dla tych co nie wiedzą co to rola).


Wnet okazało się, że to nie potrącenie. Prawdopodobnie rowerzysta po prostu za ostro zahamował przednimi hamulcami, rower przetarahało, a pan stracił panowanie nad kierownicą.
Przeorał twarzą po asfalcie, tracąc większość zębów oraz poważnie uszkadzając oko - dopóki opuchlizna nie zejdzie nie wiadomo czy będzie na nie widział.


***Hamulce przednie NIE SŁUŻĄ do hamowania z górki. 
PULSACYJNIE moi drodzy PULSACYJNIE, i to najlepiej TYLNE HAMULCE jako pierwsze.***

Wtedy, kiedy ja się zatrzymałam, pan powoli odzyskiwał przytomność (Mirek znalazł go nieprzytomnego, w kałuży krwi - ja nie chcę nawet sobie wyobrażać, co on wtedy poczuł.). Potrafił nawet w miarę sensownie odpowiedzieć na pytanie jak się nazywa i co go boli. (Nazwiska nie zrozumiałam, bo powiedziane było gwarą, a bolało go wszystko.)

Utrzymywaliśmy go w tzw. bezpiecznej pozycji do przyjazdu karetki (gdyby go Mirek tak nie połozył - czyli, inaczej mówiąc, gdyby wtedy nie jechał z dołu i znalazłabym go ja, albo jeszcze kto inny, prawdopodobnie już by nie było kogo ratować, bo by zwyczajnie się zadławił własną krwią).

Ratownicy z karetki... no dobra, poza faktem dość brutalnego sprawdzania czy nie ma połamanych żeber, wzięli pana pod opiekę i zabrali do szpitala. W międzyczasie przyjechała policja - sprawnie szybko i na temat. 
Co prawda, kiedy dzwonili do rodziny z jego telefonu przedstawiając się POLICJA MYŚLENICE... hmmm - ja bym odwaliła na zawał, gdybym usłyszała w telefonie kogoś bliskiego takie hasło... (na tyle dobrze, ze pani już wcześniej była poinformowana przez nas co i jak).

W sumie nie wiadomo czy pan był "wypity", prawdopodobnie tak. Ale tego nawet policjanci nie byli pewni. - nie usprawiedliwiam nikogo. Prawdopodobieństwo bowiem, ze nie był - jest znikome.
Cytuję w tym miejscu siebie: |Tu każdy jest wypity|


TYM BARDZIEJ APELUJĘ:
Po najmniejszym łyku alkoholu NIE WOLNO wsiadać do pojazdu bądź na pojazd.


Prawdopodobieństwo, że skończy się tak, jak się skończyło - czyli jedynie na uszkodzeniach poważnych ciała - też jest znikome. Bardziej prawdopodobne, ze po pijaku zabije się człowiek na drzewie (co akurat jest najłagodniejszą formą), albo wjedzie na jadące z prędkością nadziemską, bo jakieś 30 km na h, auto z naprzeciwka. Albo się wyglebi i na niego wjedzie człowiek jadący z góry, bo tam miejsca do hamowania nie ma, a na zauważenie czegoś na drodze też zbytnio miejsca i czasu nie ma.

I dopiero na końcu zorientowaliśmy się, że pomimo moich i Mirka kursów pierwszej pomocy, żadne z nas nie otworzyło nawet apteczki samochodowej, żadne z nas nie postawiło trójkąta oraz nie ubrało kamizelek odblaskowych. (Panowie policjanci zresztą, też ubrali je dużo później). Poza ułożeniem w pozycji bezpiecznej, mówieniem do poszkodowanego oraz wykonaniem paru telefonów nie zrobiliśmy nic. 
A mogliśmy mu wstępnie twarz opatrzeć, zęby pozbierać, nie wiem co jeszcze.

Pomoc udzielona, ale czy umiałabym tej pierwszej pomocy udzielić sama???? 
Raczej nie.
Chociaż trząść się zaczęłam dopiero, jak już karetka odjechała do szpitala.
----------------------------------------------------------------------

PS. Tak - powyższy post jest wynikiem emocji. Jest wylaniem tego, co siedzi we mnie od kilku godzin. Niby "taki sobie" wypadek. Niby poważniejsze zdarzają się kilkanaście razy dziennie. Niby nic szczególnego, ale ....

świadomość, ze gdyby akurat Mirek nie wracał z pracy.... ze gdybym ja nie przeciągnęła wyjazdu ze wsi.... 
Cholera - najbliższy samochód przejechał obok nas jakieś 15 minut później. 
Gdyby to był pierwszy przejeżdżający obok, mógłby już przejeżdżać obok trupa. 
I ta świadomość mnie tak meczy, ze aż musiałam to opisać.
Z przestrogami jak wyżej
HAMULCE PRZEDNIE NIE DO UZYTKU Z GÓRKI
NIE PIJ JAK PROWADZISZ COKOLWIEK
MIEJ W TELEFONIE ICE albo chociaz kontakt do MAMA, tata, Siostra brat, a nie nazwiskami, bo to niewiele pomoze.

Dziękuję za wysłuchanie.

czwartek, 5 listopada 2015

Ochotnica Górna Jamne... Tu jest moje miejsce.


Sytuacja jest dla mnie co najmniej dziwna. Od czasu kiedy, w Hawiarskiej Kolibie, w Ochotnicy Górnej Jamne 161, rozpoczęłam moje górskie życie... od czasu, kiedy własnymi rękami usiłowałam wykopać dół kloaczny:) od czasu kiedy z sąsiadem Sedlakiem czyściliśmy szabaśnik, a potem wymiennie raczyliśmy się własnoręcznymi wypiekami, od czasu kiedy.... 

(edit, bo nikt tego nie zniesie;...) 

minęło MNÓSTWO czasu. 

Zmieniali się bazowi, potem zmienili się właściciele (czemu akurat przyklaskiwałam z ochotą, ale z pewnym żalem). Zmienił się też nieco charakter chaty. Dobra - wiem minęło te z górą 15 lat. Dobrą górą (prawie jak Gniew Prezesa...).

Sentyment walczy z rozsądkiem. 
Wspomnienia walczą z rzeczywistością. 
Rozum z sercem powoli osiągają kompromis. 
W efekcie... no cóż... nieśmiało wspieram inicjatywę związaną z istnieniem Gorczańskiej Chaty w ogóle. Jak również z istnieniem inicjatyw we wspomnianej chacie - takich jak GSM czyli Gorczańskie Spotkania Muzyczne.

I zrozumiem wszystkich tych, którzy wezmą mnie za wszarz i wywalą do stodoły z butelkami (istnieje jeszcze, mniemam), kiedy zacznę się rządzić, potem zamilknę i będę cicho pochlipywać w kąciku. 
Bo że rządzić się zacznę - to pewne. 
I pewne, że zaraz będę rozpamiętywać czasy minione. 
Należy mnie wtedy zamknąć. 
Najlepiej w odosobnieniu. 
Dobrze, żeby te butelki w stodole były nie do końca puste.

I bardzo proszę wspomnianych na koszulkach artystów o maluteńki prezencik - gitarowanie i wydawanie dźwięków paszczowych na tyle głośno, żeby do odosobnionej stodoły oweż nuty dotarły.
I uprzejmie proszę psa:) - którego imienia jeszcze nie znam, ale jest zacnym Huskym - aby pies nie wył, gdy panowie będą zmuszani do wykonania powyższego prezenciku...

* Psie - przekupne smakuszki czekają:)
** Smakuszki, jak mi kiedyś słusznie dziecko zwróciło uwagę, powinno pisać się przez Ó a nie U - bo skakować. Ale mi to wizualnie nie pasuje.
*** Koniec komentarzy do komentarzy.
**** PS post factum: Pies nosi imię Stefan.