wtorek, 30 stycznia 2007

CW 200 - Tarnów-Chyszów

 

https://www.geocaching.com/geocache/GC22AZB


Geocaching Polska





W tarnowskiej dzielnicy Chyszów znajduje sie jeden z najwiekszych w Galicji Zachodniej Austriacki cmentarz wojenny pod wzgledem ilosci pochowanych. Do konca 1918 r. pochowano tam 1355 zolnierzy, pózniej jednak przeniesiono tam prochy poleglych z innych cmentarzy. 


Obecnie pochowanych jest tam 1619 zolnierzy, w tym 779 rosyjskich, 534 austro-wegierskich, 233 polskich, 49 niemieckich, 9 wloskich, 8 ukrainskich, 4 serbskich i 5 nierozpoznanych. Tak duza róznorodnosc narodowosciowa pochowanych tam zolnierzy wyraznie podkresla, iz te cmentarze powstaly dla uczczenia poleglych w walce bez wzgledu na to po której stronie walczyli. Znajdujacy sie na obszarze cmentarza pomnik prawodpodobnie jest tylko czescia nigdy nie zrealizowanego projektu. Mimo sporych rozmiarów cmentarz jest raczej skromnie urzadzony.

wtorek, 16 stycznia 2007

Pseudo zimowa wycieczka z Rytra

[w: Beskid Sądecki, Pasmo Radziejowej]

Autor:  Marek Ryglewicz

Takiej zimy nie pamiętają nawet najstarsi górale.


Żeby w połowie stycznia temperatury dochodziły do 10 stopni, a śnieg można tylko było oglądać wysoko w górach. I w taki to dzień, a konkretnie 16 stycznia 2007 roku wybrałem się na pieszą wycieczkę z Rytra. 


Wyruszam rano z centrum Rytra szlakiem czerwonym (główny szlak beskidzki). W dolinie wieje silny ryterski wiatr. Idę wśród pól, a za mną coraz ciekawszy widok na dolinę Popradu i wznoszące się za nim Pasmo Jaworzyny Krynickiej, z Makowicą na pierwszym planie. Tam gdzie pola uprawne obsiano zbożem widać świeżą zieleń. Mijam dużą białą kapliczkę z dwoma modrzewiami, a po chwili przechodzę obok pojedynczego gospodarstwa. Kończy się zwarta powierzchnia pól uprawnych. Szlak coraz częściej prowadzi przez las bukowy z domieszką jodły. Liczne polany po lewej stronie wciąż umożliwiają podziwianie ładnych widoków w kierunku południowo-wschodnim.

Mijam po lewej w odległości kilkunastu metrów Chatę na Kordowcu, a następnie pojedyncze gospodarstwo i po chwili jestem na rozwidleniu szlaków. Stąd w lewo odchodzi zielony szlak do Rytra i niebieski do Młodowa, natomiast ja skręcam w prawo w kierunku Niemcowej. Idę grzbietem, szeroką, wygodną drogą i po kilkunastu minutach wychodzę na rozległą halę szczytową na środku której, stoi znana miłośnikom turystyki chata babci Nowakowej. 

Nie chcąc zakłócać spokoju właścicielce ograniczam się jedynie do obejrzenie rozległej panoramy Pasma Jaworzyny Krynickiej i widoków na dolinę Popradu w okolicy Piwnicznej. Trochę dalej kończy się odkryta przestrzeń i wśród dorodnych buków zaczynam dość stromo wspinać się na grzbiet Niemcowej. Nie trwa to jednak zbyt długo i znowu wychodzę na kolejną polanę z pojedynczym gospodarstwem. Kilkadziesiąt metrów idę wzdłuż drewnianego ogrodzenia, aż dochodzę do końca polany. Tuż przy szlaku widać ruiny fundamentów szkoły podstawowej, o której Maria Kownacka pisała w książce "Rogaś z doliny Roztoki". Miejsce to upamiętnia obelisk postawiony przez Towarzystwo Miłośników Piwnicznej Zdroju. I znowu lekka wspinaczka wśród drzew.

Jestem na rozleglej hali szczytowej, z której słynie Niemcowa. Trawa zasuszona żółto- szaro-brązowa, ale wśród niej ogromne połacie intensywnie zielonych krzaków czarnej jagody. To chyba jednak zima bo wokół małe połacie zleżałego śniegu. Mijam żółty szlak do Piwnicznej, a kilkaset metrów dalej odchodzącą w lewo przez las drogę, którą  w kilka minut można dojść do schroniska studenckiego "Chatka pod Niemcową". Byłem tam ostatnio latem na wycieczce rowerowej i wciąż jestem pod urokiem tego miejsca. Ale dzisiaj, kiedy przede mną jeszcze tyle godzin marszu postanawiam iść dalej.

Szlak prowadzi grzbietem, wśród pięknych buków, ale stopniowo zwiększa się ilość jodły i świerka. Mijam odejście w prawo lokalnego, zielonego szlaku w dolinę Małej Roztoki i kilkaset metrów dalej spotykam pierwszego w tym dniu turystę, mieszkańca Piwnicznej, który wybrał się na wycieczkę z Piwnicznej na Niemcową i dalej przez Wielki Rogacz, Przełęcz Gromadzką do Kosarzysk. Po kilku minutach rozmowy ruszam w dalszą drogę. Zaczyna się łagodne podejście na Wielki Rogacz. Droga pokryta grubą warstwą ubitego śniegu prowadzi przez las świerkowo-jodłowy. Dochodzę do rozwidlenia szlaków, skąd prosto idzie się niebieskim szlakiem na Przełęcz Gromadzką, natomiast główny szlak beskidzki skręca w prawo. Jesteśmy w jednym z piękniejszych miejsc widokowych. Przed nami rozległa panorama zaśnieżonych Tatr, a lekko po prawej charakterystyczne Pieniny Czorsztyńskie. Jestem na wysokości ponad 1100 m n.p.m. Prawie kilkaset metrów towarzyszy mi po lewej ten niezapomniany widok.

Zaczyna się las z przewagą świerka, idę lekko w dół by po chwili znaleźć się na Przełęczy Żłobki. Stąd w lewo odchodzi lokalny żółty szlak do doliny Wielkiej Roztoki, a ja przed sobą mam najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego Radziejową. wąską ścieżką pokonuję ostatnie 150 metrów wysokości i wreszcie ostatnie kilkadziesiąt metrów prawie po płaskim wychodzę na szczyt. Jestem na wysokości 1262 m n.p.m. A na szczycie miła niespodzianka, bo od ostatniego pobytu sprzed dwóch lat, nastąpiły duże zmiany. Obok tablicy informacyjnej stoi sięgająca kilka metrów nad korony drzew wieża widokowa. Wielka szkoda, że nie mogę na nią wejść, bo z umieszczonej na niej kartki wynika, że jeszcze jest w budowie. Całość imponująca, na pewno będzie mekką turystów odwiedzających Sądecczyznę. I znowu pora iść, bo przede mną jeszcze ponad połowa trasy.

Znowu w dół by po kilku minutach rozpocząć podejście na Małą Radziejową. Na tym odcinku brak wysokich drzew, a młode świerki i jodły jeszcze umożliwiają podziwianie widoków na północ w kierunku Kotliny Sądeckiej, oraz na południe w kierunku Tatr. Z Małej Radziejowej doskonale widzę rozległą kopułę Radziejowej   oraz wspomnianą wieżę widokową. Idę teraz grzbietem Złomistego Wierchu w kierunku północnym i co chwilę między drzewami dostrzegam charakterystyczną wieżę przekaźnikową na Przehybie. Dochodzę do zbiegu kilku szlaków. Niebieskim, skręcającym w prawo będę schodził do Rytra, ale wcześniej postanawiam pójść do schroniska na Przehybie. Kilkanaście minut marszu i mogę wreszcie odpocząć i zjeść coś konkretnego. Pięknie położone z fantastycznym widokiem na Tatry dostępne jest ze wszystkich miejscowości od Szczawnicy przez Krościenko, Łącko, Stary Sącz, Rytro, po Piwniczną. Latem z każdej z tych miejscowości podążają liczne grupy turystów, ale i teraz spotkałem tam liczną grupę dzieci i młodzieży na zimowisku. Po obfitym i smacznym posiłku, wyruszam w dalszą drogę, a przede mną do Rytra ponad dwie godziny marszu.

 Idę teraz niebieskim szlakiem. Początkowo towarzyszy mi żółty tzw. papieski prowadzący do Starego Sącza. Niebieski szlak prowadzi grzbietem oddzielającym dolinę Wielkiej Roztoki od rozległej, mocno rozczłonkowanej doliny Przysietnicy. Szlak prowadzi przez las bukowy, mijamy wychodnie skalne Wietrzne Dziury, a w miejscach rzadziej zalesionych na lewo rozciąga się doskonały widok na dolinę Przysietnicy i Kotliny Sądeckiej. Dochodzę do kolejnego rozwidlenia szlaków skąd w lewo odchodzi zielony szlak do Barcic, a ja skręcam za niebieskim w prawo by rozpocząć zejście z grzbietu w dół doliny. Po drodze mijam bajkowy o tej porze las brzeziny i wkrótce znajduję się w dole doliny nad potokiem Roztoka Wielka. Szeroka szutrowa droga prowadzi wzdłuż potoku.

 Idąc warto zwrócić uwagę na kolejne stacje ścieżki przyrodniczej. Kończy się las, po lewej zaczyna się park ekologiczny, a ja asfaltową już drogą dochodzę do dużego parkingu stacji narciarskiej znanej pod nazwą Ryterski Raj. No cóż rozpoczęcia sezonu jeszcze nie było,  ale to jeszcze nie koniec zimy. Dalej mijam duży dom wczasowy "Perła Południa". Jeszcze kilka kilometrów marszu wśród ładnej zabudowy domów i pensjonatów i po ponad siedmiu godzinach ponownie jestem w centrum Rytra.


O autorze:

Sądeczanin z powołania, wyboru i przeznaczenia. Patriota lokalny, realizujący swoje regionalne pasje na rowerze w każdej wolnej chwili;) Autor specjalistycznych przewodników rowerowych po Beskidzie Sądeckim: "Beskid Sądecki 22 wycieczki rowerowe" oraz "Jezioro Rożnowskie i Czchowskie 27 wycieczek rowerowych". W przygotowaniu trzecia część - "okolice Nowego Sącza". Formalnie Marek jest informatykiem i automatykiem, uczy młodzież obsługi AutoCada i czym są  języki programowania...

niedziela, 30 kwietnia 2006

Wyprawa do Szwecji - Maj 2006

SPIS WIKINGÓW:


Ewa - element sprawczy całej wyprawy. Kobieta, bez której z pewnością zginęlibyśmy w ogromnym Sztokholmie, a już na pewno nocowali gdzieś pod płotem. Nasz cudowny i niezastąpiony kucharz. Głos rozsądku w ekipie.

Wiktor - bez niego nie zajechalibyśmy nigdzie. Choć kierowców mieliśmy trzech- to właśnie Wiktor woził nas po wszelkich zakamarkach Szwecji. I to właśnie Wiktor wieczorem siadał nad przewodnikiem i mapą i wymyślał. A wymyślał takie rzeczy, ze w sumie do końca nie wiem co nas powstrzymało przed wizytą za kołem podbiegunowym...

Tomasz - Razem z Ewą knuł spisek szwedzki. Razem z Ewą dzielnie dogadzal naszym żołądkom. Już w pojedynkę szkodził naszym wątrobom;)))Rewelacyjny organizator, niezastąpiony kompan. Miłośnik szwedzkich samochodów i szwedzkich kobiet. Aha, no i zapomniałabym o śluzach. Wraz z Wiktorem i Kubalką rozgryzał system parkingowy, co im się w końcu w miarę udało;)))

Kubalka - Oficjalnie dano mu na imię Łukasz, ale o tym fakcie już chyba nawet on sam nie pamięta. Szacowny prezes SKPB Łódź, na bardzo szacownym kontrakcie chwilowym w Linkoping, dzięki czemu w ogóle się do Szwecji wybraliśmy;) Uroczy gospodarz i organizator teoretycznie wolnych wieczorów. Po szwedzku nie mówi, ale dogada się z każdym (szczególnie jeśli jest to każda- w miłośników płci pięknej to nam wyprawa obrodziła, trza przyznać;))

Ziellona - Na wyjeździe czystym przypadkiem. Ale zaopatrzona w przewodnik i mapę;) czyli wieczory spędzałam na patrzeniu "gdzie by tu"- do spółki w Wiktorem przyprawialiśmy resztę ekipy o bóle głowy i nieuchronne stękanie "co wyście znów wymyślili". "Twórca" tematu wycieczki "do grobów Mormonów") Z każdego miejsca przynosiłam tony folderów i mapek, dzięki czemu na przykład byliśmy na szlaku miedzi. O poszukiwaniach fallusa już nie wspomnę...;)

sobota, 4 marca 2006

Handlowa zawierucha wokół Drakuli

Parlament Rumunii uznał we wtorek, że restytucja zamku w rumuńskim Siedmiogrodzie, popularnie nazywanego 'zamkiem Drakuli' odbyła się bezprawnie i wezwał władze do przeprowadzenia dochodzenia w tej sprawie. 

Średniowieczny zamek w Bran zwrócono w maju 2006 roku Dominikowi Habsburgowi. 69-letni arcyksiążę, architekt z North Salem w stanie Nowy Jork, jest synem księżniczki Ileany, która odziedziczyła zamek w 1938 roku po matce, królowej Rumunii Marii Koburg (1875-1938). Zamek z XIV wieku został podarowany jej przez władze pobliskiego Braszowa. W roku 1948 skonfiskowali go komuniści. 

Pod koniec ubiegłego roku Habsburg proponował władzom w Braszowie odkupienie zamku za 80 mln dolarów, ale oferta została odrzucona jako zbyt wygórowana. W zeszłym tygodniu adwokaci Habsburga zagrozili wniesieniem pozwu o 150 mln euro odszkodowania, jeśli parlament przegłosuje, że restytucja odbyła się niezgodnie z prawem. 

Parlament uznał, że dokonano jej z błędami proceduralnymi i że przed zwrotem zamku spadkobiercom właścicielki należało dokonać przekształcenia rodzaju własności. Uznano także, że należało uwzględnić pięcioro spadkobierców, a nie tylko troje- arcyksięcia Dominika i jego siostry Marię- Magdalenę Holzhousen i Elisabeth Sihofen. podczas  debaty część posłów uznała, że zamek, jako ważny obiekt turystyczny, nie powinien być przedmiotem restytucji, zaś inni- że jego zwrot jest usprawiedliwioną reparacją. Habsburg określił wynik debaty jako polityczny i zagroził pozwaniem do są du rumuńskiego państwa. 

Zwolennicy restytucji twierdzili, że jeśli sprawa trafi do są du, może znaleźć finał w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, który w ostatnich latach wydał wiele decyzji, nakazujących rumuńskiemu państwu albo zwrot nieruchomości, albo ich nabycie od legalnych spadkobierców właścicieli. 

Zamek w Bran odwiedza co roku około 450 tys. turystów. Chociaż w celach marketingowych przedstawiany jest jako siedziba okrutnego hospodara wołoskiego Vlada Palownika, w rzeczywistości nie należał do pierwowzoru Drakuli, zaś Vlad III Tepes (1431-1476) nie był wampirem, a praktykowane przez niego wbijanie opornych bojarów i tureckich jeńców na pal nie odbiegało od standardów epoki.

Zamek Bran, w rumuńskim Siedmiogrodzie, przedstawiany turystom- jako siedziba słynnego Drakuli, wystawiono na sprzedaż.

W 1920 r., miasto Braszów, podarowało zamek- królowej Rumunii Marii (1875-1938). Obecny właściciel siedziby (prawnuk królowej Marii), Dominik Habsburg, odzyskawszy Bran dopiero w maju 2006 r., w ramach postępowania restytucyjnego, zaproponował odkupienie zamku lokalnym władzom- za 25 milionów dolarów. 

Wg historycznych podań, żyjący w latach 1431-1476 władca Wołoszczyzny Vlad III Tepes (Palownik), nie był wampirem, a praktykowane przez niego metody: wbijanie bojarów i tureckich jeńców na pal- były charakterystyczne dla ówczesnej epoki. Natomiast drugi przydomek- Draculea (Syn Smoka), oznacza iż jego ojcem był Vlad II Dracul (Smok)- członek utworzonego przez cesarza Zygmunta Luksemburczyka, rycerskiego Zakonu Smoka, któremu patronował św. Jerzy. 

Legendy o karpackim wampirze, zainspirowane z pewnością przez politycznych oponentów Vlada III, wykorzystał w swej powieści Drakula (1897 r.)- Brytyjczyk Bram Stoker. Umieszczony w książce opis siedziby krwawego hrabiego, ma wiele wspólnego z siedzibą Bran- wg historyków, Vlad III nigdy w tym zamku nie był.

PAŁAC AJAKSA?

Greccy archeolodzy odkopali pozostałości pałacu, który mógł należeć do bohatera "Iliady"- Ajaksa zwanego Wielkim. Fragmenty budowli znaleziono na wyspie Salamis, na zachód od Aten. 

Zdjęcie i tekst pochodzą z przepastnych trzewi internetowych.

Ruiny datowane są  na XIII w. przed naszą erą. są  częścią kompleksu o powierzchni około 750 m2. Według archeologów, miejsce to było poszukiwane przez turystów i badaczy od XIX wieku. Zostało ono opisane w dokumentach datowanych na pierwszy wiek przed naszą erą i odnalezionych na Akropolu. Zapisana w nich lokalizacja zgadza się z opisaną, między innymi, przez Sofoklesa. 

Ajaks to syn Telamona, króla Salaminy. Był najdzielniejszym po Achillesie wojownikiem pod Troją. Gdy Agamemnon przekazał Odyseuszowi zbroję po Achillesie wpadł w gniew i sądząc, że morduje Greków, w szale wybił stado baranów. Gdy zorientował się co zrobił, popełnił samobójstwo.

wtorek, 7 września 2004

Bo na Gorcu, tu na hali... // In the Gorc alp meadows...


Kiedy późnym wieczorem stanęliśmy na drodze prowadzącej do Kamienicy i Szczawy, a dalej do Zabrzeży, nie mogłam powstrzymać bicia serca. Niewiele oddzielało nas teraz od ukochanych, najdroższych Gorców, które przez ostatnich siedem lat oglądały moje górskie dorastanie. Mało które góry wiedzą o mnie tak dużo. W Ochotnicy Górnej przez kilka miesięcy prowadziłam schronisko Hawiarskiej Koliby; na hali Długiej pod Turbaczem, zbieraliśmy z, nieżyjącym już dzisiaj, Metysem drewno na zimę; na Gorcu Gorcowskim przeżyliśmy kilka "Gorcstoków" i jedną noc bez śpiworów, kiedy hale gorcowskie pokrywał szron.

Niejednokrotnie, bezksiężycową nocą usiłowaliśmy znaleźć drogę do chałupy, co nieraz bywało trudne, niekiedy awykonalne. Gorce oduczyły Moją siostrę lęku przed ciemnym lasem, mnie- lęku przed jaskiniami. Teraz nauczyły mnie jeszcze jednego: że silne przekonanie o własnej wiedzy i nieomylności bywa zgubne...

W poszukiwaniu bacówki

Staliśmy w Kamienicy przy stacji benzynowej, modląc się do wszystkim bóstewek zamieszkujących okoliczne lasy, o to by się zlitowały i zesłały nam stopa do Tylmanowej. Teoretycznie mogliśmy wychodzić od tej strony Gorców: zarówno z Kamienicy, jak i Szczawy prowadzą piękne drogi, ale ja, po kilkunastu miesiącach niebytności w górach pragnęłam wychodzić od strony południowej. Niebo zlitowało się nad nami i zesłało nam transport do... Ochotnicy Górnej. Problem czy wychodzenie z Górnej ma sens, skoro to z Dolnej prowadzi szlak na Piorunowiec i Gorc, rozwiązałam krótkim stwierdzeniem, ze trasę z Górnej znam jak własną kieszeń i są  na niej co najmniej dwie bacówki, oferujące dobre warunki spalne.

Okazało się jednak, że dwa lata nieobecności w Gorcach, zmieniło wszystko. Była północ, kiedy dochodziliśmy do pierwszej bacówki. Nie przejęłam się zbytnio faktem, że nie widać jej z drogi. Nawet w świetle dnia, ciężko było wypatrzeć jej postrzępiony dach wśród gęstwiny smreków. 

Na rekonesans ruszył Radek. Pech chciał, że zapomniałam o istnieniu w tym miejscu bardzo wydajnego źródełka. Radek utopił w nim nadzieję na suche skarpety. 

Pod lasem bacówki nie było, Miejsca jej położenia jestem pewna. Co się z nią stało? Nie wiadomo. Podobno, tak zwani turyści rozłożyli wiele bacówek gorczańskich na opał.

Pomrukując pod nosem różne kalumnie na moją osobę, Radek z Magdą ruszyli za mną, świergocącą jak pierwiosnek na wiosnę. Co mnie obchodziły bajora, kałuże, ciemność i brak noclegu, skoro wreszcie byliśmy w Gorcach!!! Tak bardzo chciałam pokazać Radkowi moje ukochane góry, góry, które mnie wychowały i jakoś od dwóch lat nie było takiej możliwości. jeżdżąc po Słowacji, Ukrainie i odległych zakątkach Polski, szerokim łukiem omijaliśmy tą  malutką grupę górską. Teraz w końcu tu byliśmy i nie zamierzałam zepsuć tego wyjazdu jakimś marudzeniem o braku bacówki i mokrych butach. Nawiasem mówiąc, Magda też wpadła w kałużę, a przyjeżdżając z Mazur do Krakowa nie myślała o wędrówkach górskich- miała więc na nogach tylko sandały. Nie najlepsze obuwie na wędrówki, ale, jak wykazały doświadczenia bieszczadników i niektórych taterników, lepsze niż na przykład adidasy.

Bacówki przerobione lub rozebrane...

Przez ciemny las doszliśmy w końcu do miejsca, w którym wedle moich rozeznań powinna znajdować się druga bacówka.

Była.

Ale przerobiona na domek letniskowy i zamknięta na głucho. Włamywać się jakoś nie mieliśmy ochoty. Pomyślawszy chwilę ruszyliśmy w las na poszukiwanie gałęzi świerkowych na leże i suchych badyli na ognisko. Szukanie okazało się owocne i już za chwilę siedzieliśmy przy czerwono-żółtym płomieniu , który trawił suche igliwie , powoli dobierając się do grubszych gałązek. Ognisko nie było duże, ot, wystarczające do upieczenia kiełbaski i ogrzania się. Skoro jednak zamierzaliśmy przy nim spać, należało sporządzić trochę zaru. Razem z Radkiem ruszyliśmy w las na poszukiwanie opału. Magda cierpi bowiem na nieuzasadniony lęk przed ciemnością w ogóle, a ciemnym lasem w szczególności. Przez ułamek sekundy zastanowiłam się jak można z taką przypadłością pływać, przecież noclegi żeglarzy również niekiedy wypadają w miejscach nie nadających się do tego celu idealnie. 
Kiedy patrzyłam na rozdygotaną ze strachu Magdę, przypomniało mi się, jak Gorce wyleczyły moja siostrę z podobnej fobii... 



Strach przed lasem

Nad Pucołowskim Stawkiem dopadła nas burza. Schroniliśmy się w nieodległej szopie, gdzie spędzamy całe popołudnie grając w kółko i krzyżyk, państwa- miasta i statki. Kiedy burza odchodzi, spokojnie ruszamy pod górę. Idziemy i idziemy, aż docieramy na Jaworzynę Kamieniecką. Cudny zachód słońca koniecznie muszę uwiecznić na kliszy, sięgam więc po aparat- babciną małpkę- i... Nie ma go. Został nad Pucołowskim Stawkiem- w tej szopie od kółka i krzyżyka. Rafał postanawia mi pomóc w poszukiwaniach i decyduje, że Monika zostanie tu, z plecakami, których nie ma sensu nosić tam i z powrotem. Tylko ja wiem ile wysiłku kosztowało Moją siostrę nie przyznanie się do lęku, jaki odczuwa przed lasem, boi się do niego wejść nawet w dzień!). Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu- szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy zachowałabym się podobnie, las w okolicy Jaworzyny Kamienieckiej zawsze napawał mnie irracjonalnym lękiem.


Swoje przeżycia opisała nam Monika po powrocie.

"Siedzę sobie pod drzewem i czuję, że ono na mnie patrzy. Boję się jak skurczybyk. Siadłam na plecakach, żeby mieć wszystko pod kontrolź. Myślę o tych wilkach, których podobno w Gorcach jest kilka i mogę się założyć, że wszystkie są  tu. Za tamtym drzewem widziałam rozżarzone ślepia. Powtarzam sobie,nie bój się głupia , i sama siebie nie słucham. Ciemno się zrobiło. Świecę latarką i widzę tylko te drzewa, ale wiem, ze za tymi drzewami jest wszystko i tego się boję. Ze strachu zasnęłam. Śniło mi się, że wilki ciasnym kordonem otoczyły mnie i plecaki. Patrzą się i podchodzą bliżej. Nagle poczułam na policzku wilgotny, zimny nos. Obudziłam się nagle i popatrzyłam prosto w pysk wilka..."- Pysk wilka jej się nie śnił. Okazało się jednak, że był to tylko duży pies, który poszedł na spacer ze swoim Państwem. To niebagatelne zdarzenie odegrało doniosłą rolę w życiu mojej młodziutkiej wtedy siostry. Jak ręką uciął minął jej cały lęk, a do lasu wchodzi ze śpiewem na ustach..

Ledwo położyliśmy się na smrekowych gałęziach, zaczęło kropić. Magda zadecydowała o schronieniu się pod dachem domu. Niewygodnie tam było- beton wylany był nierówno i nijak nie chciał się przystosować do ciała- gdzież mu było do wygodnej łąki!!! Po pierwszych kroplach i chmurach na niebie, Magda przepowiedziała na jutro niepogodę. Radek jak zwykle był optymistą, a ja się "przezornie nie wypowiadałam", bo też nieumiejętność czytania znaków, po tylu latach spędzonych w górach wydaje się niepojęta. 


Piorunowiec- wspomnienie bacówki




Góry jak zwykle nie zawiodły. Powitały nas rano ciepłymi promykami słońca i oszałamiającym widokiem na stoki Jaworzynki Gorzowskiej, popularnie zwanej Piorunowcem. Naprawdę nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszej pogody na tę, najpiękniejszą w świecie trasę. Gorc Gorcowski ciągnie się od stoków Piorunowca, aż po sam szczyt i składa się z hal, hal, hal. Na nich jak grzyby rosną bacówki. są w różnym stanie, ale każda zapewnia mniej lub bardziej, dach nad głową. Pamiętam takie Gorcstoki (co roku na bazie SKPG Kraków organizowane są  festiwale piosenki turystycznej), kiedy oprócz pola namiotowego, zajęte były dokładnie wszystkie bacówki, a jest ich tu kilkadziesiąt. 

Wychodziliśmy z Frankiem od strony Przysłupia. Było ciepło, cicho i słonecznie. Już około czwartej Franek zaczął szukać noclegu, Chociaż ze wszystkich sił usiłowałam go powstrzymać- był środek Upałnego, sierpniowego dnia. Franek nie dał się jednak przekonać. Wiadomo, ile jest bacówek w Gorcach, choć nie wiem, czy ktoś kiedyś pokusił się o ich inwentaryzację. Franek zwiedził wszystkie na trasie od Ochotnicy Górnej, przez Przysłup, aż po Gorc Kamieniecki. Nasza jednodniowa wycieczka zyskała nagle miano: "Z Frankiem po bacówkach". Kiedy dotarliśmy na polanę, gdzie stoją idealne bacówki, byłam przekonana, że Franek wreszcie znajdzie to czego szuka. Ale nie. W tej bacówce dach przecieka, w tamtej ściany są  przewiewne, w najbardziej ekskluzywnej gorczańskiej bacówce, Warszawiance, też doszukał się mankamentu: było tu za dużo ludzi. W końcu dochodzimy na, jak twierdzi O!Dziwo, najbardziej gorczański, ze wszystkich Gorców: Gorc Gorcowski. Tu bacówek jest bez liku, ale sama wiem, że nie są  idealne. Franek wchodzi do pierwszej z nich i mówi:

- Gnój leży.- ale widząc Moją minę, dodaje- Ale jest jeszcze góra. 
Na górze z kolei deski są  niepewne i lekko się uginają. Zdenerwowałam się.

- Franiu- mówię jadowito- słodkim głosem- czy ty zamierzasz się tu kochać, czy krakowiaka tańczyć?

Franek popatrzył na mnie z lekkim obrzydzeniem, ostatecznie znamy się ponad dwadzieścia lat.

- Nie. Kochać to nie. Zostajemy tutaj. 


Cudowna woda z gorczańskiego źródełka

Magda jest zmęczona i znużona. Siadamy przy źródełku, które zostało przez bywalców bazy namiotowej, zaadoptowane na piękną umywalnię. Tak pysznej wody nie piłam nigdzie indziej. Pozostaje pytanie, czy to faktycznie woda, czy też zmęczenie ostrym podejściem, daje uczucie niebiańskiego smaku w ustach. Nie chce nam się stąd ruszać, Magda jednak dochodzi do wniosku, że nie przepada za górami i zdecydowanie woli gładką taflę wody od stromizn górskich. Nie pomaga nawet olśniewający widok na Pieniny, pasmo Lubania, a w oddali pasmo Radziejowej. W związku z tym rezygnujemy z zaplanowanej trasy przez Przysłup, Jaworzynę, Halę Długą aż na Turbacz i zmieniamy trasę na znacznie krótszą, ale też i mniej piękną: przez Przysłup, do Hawiarskiej Koliby (może zobaczyłabym, co się tam dzieje i jak się mają moje koty) i dalej do Ochotnicy Górnej. Pech chce, że fatum Gorca dopada mnie nawet dziś...

Osiem godzin z Gorca na ... Gorc

Na Gorcu Kamienieckim podchodzi do nas chłopak z kłódką na szyi i mordem w oczach.

- Może co pomóc, bo Panie takie zagubione.

Chciałyśmy dojść do doliny Kamienicy i stamtąd dostać się na Przysłup i dalej do Koliby. Doliną biegnie stara asfaltowa droga, choć ruch jest tam zakazany. Nieopatrznie mówimy to chłopakowi.<

- A asfalt to tu, w Szczawie. Nawet autobusy jeżdżą.

Nie potrafimy mu wyjaśnić, że nie chodzi nam o taki asfalt. W końcu po, do niczego nie prowadzącej dyskusji, stwierdziłyśmy, że zdamy się na instynkt kobiecy. 

Jakim cudem udało nam się pogubić drogę i będąc już na Ustępnem, nie dojść do doliny Kamienicy, do teraz pozostaje nieodgadnione. Dość, że po sześciu godzinach marszu, docieramy na polanę, na której skraju płonie światełko. Mam wrażenie, że mi się wydaje, przecież na Przysłupie, na którym niewątpliwie jesteśmy, nie ma prawa być żadnego źródła światła. W końcu zbieram się na odwagę.

- Aga, tam się coś świeci.

- No przecież ci mówię, że wyszłyśmy w to samo miejsce!

Ledwo dotarłyśmy do Warszawianki, dowiedziałyśmy się, że chłopcy z poprawczaka w Mszanie, noclegu nam nie odmówią. Zaprosili nas na kiełbaskę z ogniska.

- O, Asfaltowe przyszły! Co to? Kobiecy instynkt was zawiódł tam, gdzie jest trzydziestu chłopa?- od ogniska poderwał się chłopak z kłódką na szyi... 

KOT- ostateczna przegrana z Gorcem

Fatum Gorca ciąży nade mną od lat. Niewiadomo dlaczego, choć z zamkniętymi oczami mogę innym wytłumaczyć drogę, sama zawsze się gubię. Powinnam była przewidzieć, ze i tym razem nie będzie inaczej - Walka z gorcowskim przekleństwem to walka z wiatrakami. Czyż nie tak było i wtedy, kiedy za wszelką cenę usiłowałam odegrać rolę poważnego prezesa poważnego klubu?


Aby poszerzyć grono klubowiczów, które z racji odchodzenia studentów na emeryturę, topniało coraz bardziej, zorganizowaliśmy Kurs Organizatorów Turystyki, popularnie zwany KOTem. Pierwszy wyjazd musiał być oczywiście do Koliby. Wszystko byłoby super, gdyby nie pękła struna od gitary. Towarzystwo składało się z osób sobie nieznanych, toteż zapadła głucha cisza. Zaproponowałam nocną wycieczkę na Gorc. Odpowiedziało mi głuche milczenie. Opanowała mnie granitowa pewność, że za chwilę ktoś nie wytrzyma i popuka się palcem w czoło- była przecież druga w nocy. Jednak niezawodny Janusz Klakla, który nie dowierzał mi, że jestem w stanie tak po prostu wstać i pójść, powiedział:


-Jak idziesz, to ja z tobą.

Poszliśmy spakować śpiwory i coś do jedzenia. Kiedy zaczęliśmy podchodzić pod Gniew Prezesa, okazało się, że zamiast dwóch osób, na nocną wycieczkę idzie kilkanaście... Dokąd szliśmy szlakiem, było wspaniale. Problemy zaczęły się, kiedy pokusiłam się o pójście na przełaj. Chociaż bez problemu dotarliśmy pod kapliczkę papieską i z dumą pokazałam, gdzie jest baza, gdzie Nowy Sącz, a gdzie Krościenko. Z wprawą przewodnika opowiedziałam, jakie szczyty byłoby widać, gdyby było jasno i zarządziłam okrążenie Gorca w celu dotarcia do osławionych już bacówek. Tam mieliśmy spać. Na polu było poniżej zera i szron już zaczynał obsypywać gorczańskie trawy. Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że UFO porwało bacówki i skróciło polanę. Nie było wyjścia. Rozłożyliśmy obóz w zagłębieniu zwanym rowem i usiłowaliśmy zasnąć, otulając się w śpiwory. Janusz poszedł na rekonesans- uparł się znaleźć bacówki. Wrócił po dwóch godzinach z informacją, że są  niecałe 10 minut stąd, a wczoraj wieczorem okrążyliśmy Gorc dwa razy i wyszliśmy z powrotem pod kapliczkę papieską. Dziwne, że nikt tego nie zauważył. Na pamiątkę tej wycieczki klub Hawiarska Koliba , co roku organizuje w marcu, Rajd Błądzących.





Wyleciały mi z głowy te wszystkie niepowodzenia i wbrew pechowi postanowiłam doprowadzić Moją dwójkę do Przysłupia. Fatum Gorca było jednak silniejsze. Zamiast wejść na pasmo, zeszliśmy w dolinę. Kiedy się zorientowaliśmy, było już za późno. Magda chyba by nas zabiła, gdybyśmy się zaczęli cofać. Zejście w dół prowizoryczną ścieżką, żywo przypominało schodzenie ze Świdowca.

I w Gorcach można znaleźć stromizny i zarośnięte, do granic możliwości, ścieżki. Trzeba tylko mieć trochę szczęścia lub nie wyrównane porachunki z Gorcem. 
Tak jak ja. 


wrzesień'2004 - Gorc Kamieniecki


sobota, 31 lipca 2004

Skała Kmity i Las Zabierzowski

W końcu po długich dyskusjach, przekomarzaniach i awanturach ruszyliśmy na wycieczkę rowerową po okolicach Krakowa. Awantury osbywały się najczęściej na tle stanu naszych rowerów, który łagodnie rzecz ujmując jest dramatyczny. Radek jechał na rowerze Moniki, który skrzypiał nieziemsko i miał słabe hamulce, ja- na mojej starej Gazeli, która świetnie spisuje się w mieście, ale na trasach przełajowych nie nadaje się do jazdy.



Ruszyliśmy spod domu w okolicach południa. Jeszcze zajechaliśmy do sklepu po pompkę, bo nasze były na Zawadce, a koła nie trzymają powietrza tak, jak byśmy sobie tego życzyli. 

Droga nad Rudawą jest piękna, prosta i łatwa. Jechało się cudnie. Do momentu dojechania do stawów w Mydlnikach. Tam Ścieżka się nagle skońćzyła i trzeba było ratować się za pomocą mapy (tu szczerze polecam mapy Compassu- zaznaczony jest chyba każdy kamień i jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby rzeczywistość nie pokrywała się z mapą.


Potem niestety droga wiedzie asfaltem, a konkretnie główną drogą na Balice. Ruch dosć spory, bo most na Rudawie w Zabierzowie był remontowany iw szystkie auta jechały przez Szczyglice. W końcu jednak dojechaliśmy i tu okazało się, że ludzka pamięć złudną jest. Dałabym sobie głowę uciąć, że, kiedy kilkanaście lat temu jeździłyśmy tu z babcią to skała Kmity górowała nad parkingiem przy restauracji Kmita. Okazało się że skała została przeniesiona i góruje teraz nad drogą na Zabierzów, a od restauracji Kmita jedynie się na nią wychodzi. 

Oczywiście prostowaliśmy ścieżki, bo nie chcieliśmy wyjeżdżać NA skałę tylko POD nią. Koniec końców zjeździwszy pół lasu w końcu dotarliśmy pod krzyż na skale Kmity. Stąd skakał biedny Kmita, kiedy nie mógł ożenić się z wybranką swego serca. Moja siostra jeszcze w dzieciństwie skwitowała to krótko:
- Idiota, ale szkoda konia.

Dojazd na skałę Kmity nie wystarczył jednak rowerowym zapaleńcom, którymi nagle się staliśmy. Pojechaliśmy dalej przez las Zabierzowski, mając zamiar dojechać do Kleszczowa.


Przez przypadek skręciliśmy nie w tą  dróżkę co trzeba było i dojechaliśmy do Stacji Cywilnej Kontroli Lotów. Sprawia ogromne wrażenie, co można zobaczyć na zdjeciach (Radka- bo moje nie wyszły- nie miałam jeszcze wtedy filtra polaryzacyjnego). Droga przez las poszła nam dobrze, aczkolwiek w niektórych momentach musiałam pchać mojego dziada pod górę (przemilczę dyskretnie czy to wina roweru, czy też mój brak sił)


Zrobiło się mocno po południu kiedy dojechaliśmy do Kleczewa i pogubiliśmy drogę. Zamiast skręcić w wyboistą drogę, pojechaliśmy dalej asfaltem, wychodząc z błędnego założenia, że jeżeli jest drogowskaz do Nieplic dla samochodów to droga będzie prowadzić asfaltem. Błąd. Wjechaliśmy komuś do posiadłości, napadły na nas psy, obżarliśmy się jeżyn i... 

... musieliśmy się cofnąć.

Ale nie tylko my się pogubilismy- na polnej drodze spotkaliśmy rodzinę która wyjechała na wycieczkę ekskluzywnym samochodem- zaiste nie droga na takie podwozie...

Mieliśmy zamiar zrobić ognisko w kamieniołomie w Nieplicach, ale kiedy tam dojechaliśmy okazało się że "nie lzia". Nie wolno w ogóle wchodzić. Radek jednak ma dar przekonywania i strażnik tegoż kamieniołomu nie dość że nam pozwolił wejść to jeszcze przypilnował nam rowerów.


Pewnie, nawet gdyby było można, nie jedlibyśmy tam obiadu, bo pył z wapienia unosił się wszędzie. Istny koszmar. Wyjechaliśmy stamtąd cali biali.

Zaczęło się już mocno zmierzchać, kiedy zarządziliśmy odwrót.

Ruszyliśmy przez przepieknie położoną wieś Baczyn, chcąc jeszcze zobaczyć dolinkę Mnikowską, ale było już późno, a Radek po zjeździe Kmity już w ogóle nie miał hamulców, więc z żalem zrezygnowaliśmy.


Za Cholerzynem zrobiliśmy sobie ognisko. A ponieważ zaczęliśmy je robić po 21,00 to nie było żadnych szans na dojazd do domu jeszcze dzisiaj. jednak Gazela to jest klasyczny rower na asfalt, dała taki popis, że 18 km zrobiliśmy w nieco ponad pół godziny. Może to nie jest wyczyn, ale my jeździmy po pierwsze rekreacyjnie, a po drugie na rowerze nie siedzieliśmy dobre kilka lat;)))