sobota, 25 czerwca 2016

Brexit i różnica pokoleń




Pan Jan Himilsbach, otrzymał niegdyś propozycję udziału w zagranicznym filmie, pod warunkiem nauczenia się języka angielskiego. Aktor odmówił, a odmowę uzasadnił następująco:
- Ja się nauczę angielskiego, a oni odwołają produkcję filmu i co? Zostanę jak chuj z tym angielskim.
Źródło Pan Andrzej Saramonowicz
Nie rozwalił mnie Himmilsbach.
Ani Brexit.
Rozwalił mnie fakt, ze moja pracowa córcia nie kojarzy Ikony polskiego pijaństwa i ciętej riposty. Nie kojarzy również Rejsu ani sceny o polskim filmie.
 /Zupełnie niewart wspomnienia jest fakt, ze Rejsu nie lubię, nie oglądałam w całości i ogólnie znam tylko szczególnie. Krowę i drogę na Ostrołękę.../

To, ze córcia ma pracowa mogłaby byc bez problemow większych fizyczna córka również, już pomijam, bo przecież to się rozumie samo przez się.
Dobitnie poczułam różnicę pokoleń.

sobota, 18 czerwca 2016

Impreza pod byle pretekstem

foto: Konrad
"Sam fakt że Ziemia jeszcze raz okręciła się dookoła własnej osi nie jest jakiś specjalnie znaczący, wszak zrobiła to miliony razy i jeszcze nie raz powtórzy, nie jest specjalnie ważny. Fakt, że od jakiegoś już czasu kręci mnie razem z nią też nie specjalnie, ale jako pretekst służy całkiem zacnie. Dlatego też proponuję pokręcić się w dość ładnym zakątku tejże planetki."

Owo, wysublimowanie inteligentne, zaproszenie okazało się ... zbyt inteligentne na mój, otępiały Facebookiem, umysł. Nie domyśliłam się faktu urodzin mojego młodszego brata...
Na Żeleźnikową jednak planowałam już dotrzeć od wielu miesięcy, a nawet lat, i jakoś nigdy mi się nie udawało. Pech jakiś parszywy nade mną ciążył...
Próbowałam, próbowałam i zawsze jakaś tajemnicza siła przeszkadzała mi w dojeździe na miejsce...
Zapraszał tata, zapraszała mama, zapraszał w końcu brat...
A tu pech mi stawał na drodze i mówił "a kuku. Nie dojedziesz kochana na Żeleźnikową i już...".

Tym razem, jako że wspomniana wyżej ziemia obróciła się wokół własnej osi... zrzuciła ze swoich bark mojego pecha. I tym razem dojechałam. 

Co prawda spóźniona o dzień (wieczór wcześniejszy spędziłam z piesem mym, sukiem, na wsi swej), ale jednak. Oczywiście, faktu spóźnienia o dzień mój brat nie omieszkał mi wypomnieć. I oczywiście - jak zwykle  - nie zrozumiałam. Przyjęłam do wiadomości, że mam żałować. Pożałowałam i na tym się skończyło. Dopiero po powrocie do domu i zobaczeniu Sasankowych fotek, zrozumiałam co brat miał na myśli. A miał na myśli pobyt (i granie) kolegi Grzegorza Śmiałowskiego, którego - jak wszyscy wiedzą - darzę miłością nieziemską i nieuzasadnioną. 
No dobrze - uzasadnioną. 
Nikt, tak jak on nie potrafi zagrać "Chatki II", "Karczmy" i jeszcze kilkunastu (dobra - kilkudziesięciu utworów). Nikt tak jak on nie potrafi zagrać tzw. Śmiałego Akordu G7*#***##&C czy coś takiego... 

Zatem: Na Śmiałego się spóźniłam. Nie spóźniłam się natomiast na grabienie.

Wiadomym było, że ognisko w pięknych okolicznościach przyrody powinno się rozpalić. Zwłaszcza, że miejsce na ognisko było. Niestety, jako, że lato mamy w pełni, a przyroda szaleje, miejsce na ognisko troszeczkę zarosło... No, ale od czego mamy Mamę;)

I tu chyba należałoby wyjaśnić rodzinne konotacje.
Mam fantastycznych rodziców. Mamusię i Tatusia - moich rodzinnych. Takich wpisanych do serca i dowodu. Ale niegdyś na Gorcstoku, Piotr (tata Szymona) powitał mnie hasłem "Wyglądasz, jakbyś potrzebowała kawy...". Na co Terenia (mama Szymona) zakrzyknęła "Już się robi!, tylko zjedz coś najpierw" Naturalną konsekwencją było moje stwierdzenie "jak mama!" Bo Terenia to górska mama - wszystkich stworzeń. Potrzebujących kawy i niepotrzebujących kawy. Rzadko kiedy spotyka się tak cudownych ludzi, zatem od razu i bez pytania o zgodę, zaadoptowałam ich na moich rodziców;) Tym sposobem mam ich czterech. Fajnie tak:)
I tym samym, Szymon (obchodzący dziś urodziny i wypominający fakt spóźnienia:)) automatycznie wpasował się na stanowisko brata. Szkoda, że młodszego, bo zawsze chciałam mieć brata, ale STARSZEGO. Fakt niemożliwości genetycznej takiego chcenia mało mnie obchodził:)
Mam nadzieję, że konotacje rodzinne pi drzwi wyjaśniłam:)

foto: Agnieszka Dworzanska
Wracając do zarośniętego (ponoć:)) ogniska... Mama scedowała koszenie na Szymona, ale tata (jak każdy tata nawet najbardziej dorosłego potomstwa) stwierdził, że dziecko (Mój Ty Panie - życzyłabym sobie być takim "dzieckiem") może sobie krzywdę zrobić. Siuuur - na pewno:) ale na tym właśnie polega bycie tatą i mamą. Moi mają tak samo. Nieważne co wiesz, co umiesz i ile Nobli masz na koncie. Jesteś dzieckiem i kropka;) I zabrał się za koszenie sam. Szymon podążył za nim z grabiami. Ruszyłam za nim z pytaniem "czy coś Ci pomóc bracie...". Z właściwym sobie zakamuflowaniem odpowiedzi odparł "Grabi Ci u nas dostatek"... Faktycznie - grabi Ci dostatek. Ogarnęliśmy kupki pozostawiane przez Piotra. Nawet nam to sprytnie i szybko poszło.
Dołączyły do nas dwa psy sąsiada - takie wsiowe kundelasy, które Terenia dokarmia wszystkim co tylko ma. Kundelas "Hiena" i kundelas "Uszatek".
Hiena nie dał się pogłaskać za nic, Uszatek natomiast, w ogóle się nie przejmując kupkami trawy i strasznymi grabiami, domagał się tulenia constans. 

A potem nadszedł czas relaksu.

Foto: Agnieszka Dworzanska
Na ognisku skwierczały kiełbaski, Robert grał na gitarze utwory cudowne i powalające treściowo, Bartek dorabiał solóweczki ala Śmiały lub grał swoje, Aga strzelała zdjęcia, Maksiu trochę zasypiała, wszak wieczorem dopiero wróciła z wielodniowej eskapady... 

czy ja naprawdę muszę tłumaczyć dlaczego wieczór był tak cudowny?

foto: Agnieszka Dworzanska, na zdjeciu Robert Marcinkowski 

sobota, 7 maja 2016

Hawiarska Koliba, Gocha vel Gorczańska


zdjęcie pobrane z FB Gorczańskiej
Bywsza Hawiarska Koliba w Ochotnicy Górnej Jamne 161. Pozniejsza GOCHA, dzisiejsza Gorczańska. Zmieniali się właściciele, ajenci, bazowi... Nie zmieniło się jedno - Ci którzy prowadzą ową chałupę studencką, wciąż kochaja to miejsce i wkładają ogrom pracy w to, aby inni czuli się tu jak w domu. 

Chałupa w Ochotnicy Górnej Jamne 161 to miejsce w którym wielu z nas zostawiło serce. W teorii jest to jedna z wielu tzw. chałup studenckich, czyli schronisk turystycznych z dawnych czasów. Tu każdy powinien się czuć jak u siebie. Zasady chatkowe są proste, ale też i - trzeba to powiedzieć wprost  - chatka nie jest dla każdego. To zdecydowanie nie jest Hilton:) 
W praktyce - chałupa w Jamnem jest miejscem, które stworzyło wielu ludzi. Ludzie stworzyli chatę - chata stworzyła ludzi. Aktualnie miejscem w Ochotnicy zajmuje się Stowarzyszenie Przyjaciół Chałupy (nie znam oficjalnej nazwy niestety) i to - można rzec - jest kwintesencją tego miejsca. Chałupa jest w stanie trudnym technicznie. Najbardziej zagraża jej nieodległy potok do którego od wielu lat powoli się zsuwa (Bardzo powoli, ale konsekwentnie) - biorąc pod uwagę że w dzisiejszych czasach bezproblemowo można wziąć w najem czy schronisko czy agroturystykę, tylko prawdziwi pasjonaci i miłośnicy tego właśnie miejsca mogli się na coś takiego, jak opieka nad chałupą, porwać.
Na szczęście mają pomoc - pomoc przeróżną... zaczynając od najstarszych bywalców, którzy pamiętają jeszcze czasy robienia własnym sumptem dachu i dodatkowych pokoi na górze (lata 80-te, kiedy opuszczoną chałupę przejął klub Hawiarska Koliba), przez nieco młodszych, którzy na własnych plecach wnosili na górę lodówkę czy płytki do łazienki (samochody terenowe nawet jeśli były, to dla studentów były niedostepne) i przez tych najmłodszych stażem, którzy dopiero się w tym miejscu zakochują. Ale każdy jeden człowiek, który wszedł w progi chałupy zostawił tam swój ślad - od najmniejszych (pomyj garnki) po ogromne (trzeba zrobić łazienkę)... I te "człowieki" wracają i tworzą klimat i czar chałupy.
Teoretycznie można tu podjechać samochodem 4x4, ale to teoria o tyle, że droga jest naprawdę trudna (nigdy nie widziałam tej drogi w miarę suchej - błota tu ci multum jest) - lepiej samochód zostawić na dole - albo na obszernym parkingu przy kościele, albo na prywatnym, niewielkim parkingu w Jamnem (tuz przy szlaku), ktory dla gosci Gorczanskiej Chaty udostepnia sąsiad..
Jak dojść do chałupy?
Żółtym szlakiem z Ochotnicy Górnej (przystanek PKS - częste busy i autobusy) - około pół godziny asfaltem w górę doliny. Po czym nalezy skręcić w las (za szlakiem nadal żółtym) koszmarnie błotnistą drogą jakieś 15-20 minut dojścia. Starszych bywalców prosimy o nie używanie tzw. skrótu "przez Sedlaka" - to teren prywatny i sąsiad sobie tego nie zyczy. Prosimy o uszanowanie prywatności. Samochód można zostawić w Ochotnicy Górnej na parkingu przy kościele lub na niewielkim parkingu, tuż za skrętem szlaku, gdzie dla gości chaty udostępniony jest parking przy rurach:)
Co jest w chałupie? A czego nie ma.
Jest łazienka. Nie ma ciepłej wody (bieżącej, bo można sobie nagrzać na piecu). Jest ogólnodostępna kuchnia, z piecem i czajnikiem elektrycznym. Nie ma gastronomii. Ogrzewanie drewnem, które trzeba sobie przynieść z drewutni (tak naprawdę aktualny opiekun zapewnia drewno, jak i napalenie w kominku, ale zawsze dobrze jest pomóc)

czwartek, 5 maja 2016

Bulwary nad Wisla

Bulwar Kurlandzki

Bulwar Kurlandzki – popularne miejsce wypoczynkowe dla wielu krakowian. Moim zdaniem najlepszym fragmentem jest odcinek od mostu Kotlarskiego do stopnia Dąbie. Jest to szeroka łąka w samym centrum miasta, która najlepiej wygląda wiosną, kiedy cały obszar pokryty jest kwiatami mniszka. W lecie wspaniałe miejsce do poleżenia na trawce w słońcu.
Najlepiej przyjechać tu na rowerze lub rolkach. Przez łąkę przechodzi także trasa narciarstwa biegowego i nornic walking.
Warto też wybrać się dalej, za stopień wodny Dąbie gdzie rozpoczynają się niezagospodarowane, dzikie brzegi Wisły. 

sobota, 23 kwietnia 2016

Wrocławskie place - plac Jana Pawla II

Plac powstał w pierwszej połowie XIX w. po zdobyciu Wrocławia przez wojska napoleońskie, a następnie wyburzeniu Bramy Mikołajskiej w 1820 r. W dwa lata później nad fosą przerzucono nowy most zwany Królewskim (Königsbrücke). W tym czasie plac miał kształt prostokąta o powierzchni ok. 0,5 ha i zabudowany był od zachodu w podkowę z zamkniętymi narożnikami. 
na zdjęciu: widok w stronę rynku na ulice Ruską i Św. Mikołaja, po lewej pomnik Otto von Bismarck (nieistniejący)

Wroclawskie fortyfikacje - Brama Oławska

Brama Oławska (niem. Ohlauer Tor – nazwa bram miejskich we wschodniej części umocnień fortecznych Wrocławia. Ponadto jako Nową Zewnętrzną Bramę Oławską (niem. Neues Äußeres Ohlauer Tor) określano w XIX w. rogatki miejskie u zbiegu ulic Traugutta i Kościuszki, nazywane także Ohlauer Barriere. 
na zdjęciu: fragment makiety z basteją Hioba, którą można obejrzeć od strony południowej.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Wysowa - uzdrowisko w cieniu Krynicy

Beskid Niski ma swój charakter.
Opuszczony, z podmurówkami domów zarosłych chaszczami, z piwnicami, które dziś znajdują się na środku pola...
Z orlikami krzykliwymi, czyżykami, ziębami...
Misiami i wilkami.
Ten obraz Beskidu Niskiego ma się nijak do zachodniej jej części - w szczególności do Wysowej. 


Wysowa bowiem to uzdrowisko.

Uzdrowisko, które chciałoby konkurować ze słynną Krynicą (która jest, jak dla Wysowej, zdecydowanie za blisko) czy też z malutkim, prywatnym Wapiennem.
Niestety - to się Wysowej nie udaje.
Nie udaje się również być klasyczną wsią Beskidu Niskiego, z tak zwanym charakterem.
Zresztą - Wysowa zawsze była uzdrowiskiem i nigdy nie pretendowała do miana łemkowskiej wsi, jaka jest Bartne, czy też zupełnie opuszczonej Czeremchy - bo też Wysowa opuszczona nie jest.

Dziś w Wysowej mieszka 700 osób, w tym 7 rodzin łemkowskich. Biorąc pod uwagę liczby- niewiele się zmieniło od czasów przedwojennych - różnica tkwi w różnorodności ludności. Przed II WŚ mieszkali tu Łemkowie, Polacy, Żydzi i Cyganie. Żyd Wimer z rodziną mieli tu piekarnię (jedyną  w Wysowej), zaś Szmul posiadał największy i najlepiej zaopatrzony sklep. Z kolei Cyganie trudnili się kowalstwem i przemytem na drugą stronę granicy (daleko nie jest:)). Żydów i Cyganów w 1943 roku zabrali hitlerowcy.

Dzisiaj w Wysowej są dwa sklepy, dwie karczmy regionalne oraz dwie drewniane świątynie (kościół drewniany oraz cerkiew) - jakieś takie wszystko podwójne.
Zaskakuje lokalizacja owych udogodnień turystycznych - sklepy sąsiadują ze sobą drzwi w drzwi, a karczmy są dosłownie naprzeciwko siebie. Owszem - znajdują się w centrum Wysowej Zdrój - tuż u stóp największego sanatorium i obok parku zdrojowego. Nie zmienia to jednak faktu, że poza centrum nie ma nic. Chociaż sanatoria istnieją i są nawet dość często odwiedzane.


Życie w Wysowej w ogóle kręci się wokół życia sanatoryjnego.

Kiedy, rozglądając się po miejscowości, weszłam do niewielkiego budynku, nad którego drzwiami widniał napis chatka. W środku siedziała przeurocza babcia i sprzedawała pamiątki - gdy tylko mnie zauważyła powiedziała:
- O, to już po obiedzie? A kiedy zabiegi?
Bo tu mało kto przyjeżdża z innym celem niż uzdrowiskowo - sanatoryjnym. W Wysowej nie ma ani bazy rekreacyjnej, ani ścieżek rowerowych, konnych czy klasycznej infrastruktury turystycznej.

A przecież jeszcze w XIX wieku wszystko wyglądało na to, że Wysowa ma potencjał...

Wzmianki o wodzie o właściwościach leczniczych pojawiły się już pod koniec XVIII w  - w Geografii lub dokładnym opisaniu Królestw Galicyji i Lodomeryji" Ewarysta Kuropatnickiego. Wspomina on, że JW hrabi Lanckoroński, wojewoda bracławski, codziennie zażywa kąpieli w tutejszych wodach, czemu czerstwość ciała przypisuje... Oficjalnie lecznicze właściwości wód zostały potwierdzone na początku XIX wieku, a miano uzdrowiska zyskała ona w 1808 roku, kiedy otwarto pierwsze łazienki napełniane wodą mineralną.
Ale nawet wtedy, gdy odkryto 11 źródeł wody mineralnej z potwierdzonymi urzędowo właściwościami leczniczymi, Wysowa wciąż była w cieniu Krynicy. Do tego stopnia, że nowy właściciel uzdrowiska wysowskiego (od 1858 roku) bardejowski Żyd, Izaak Lando, rozpoczął sprzedaż  wysowskich wód mineralnych, jako pochodzących właśnie z Krynicy i Szczawnicy.
Było to nieuczciwe, ale wskazuje wybitnie jaką pozycję, w uzdrowiskowym przemyśle, piastowała Krynica i jak nikłą rolę, mimo wszystko, miała w tym przemyśle Wysowa...


Autor: Ziellona



Znalezione w sieci: