sobota, 11 lutego 2017

Avifauna cz. 4 - Sowy

Ten wpis można spokojnie traktować, jako spis roboczy avifauny karpackiej.
Wielu z nas ma kłopot z rozróżnieniem myszołowa od orlika. A część nie rozpoznaje nawet cienia drapieżnika - nie jest to wymówka, tylko stwierdzenie faktu. Ponieważ sama posiadam problemy z wyobrażeniem sobie niektórych gatunków (ptaków, ssaków, roślin) zamieszczam krótkie posty ze zdjęciami (w zdecydowanej większości pochodzące z internetów:). Mam nadzieję, że komuś się przydadzą...
Autor: Michał Skakuj // znalezione na http://www.birdwatching.pl/ 

Autor: Michał Skakuj // znalezione na http://www.birdwatching.pl/ 



Autor: Michał Skakuj // znalezione na http://www.birdwatching.pl/ -  TAK, można zakupić taki plakat.
Genialne przedstawienie wszelkich sów Polski. 


 Puchacz zwyczajny (Bubo bubo) 

ścisła ochrona gatunkowa w Polsce


Puchacz to największa sowa w Europie. Osiąga 75 cm długości, a rozpiętość jej skrzydeł sięga 1,65 m. Żyje do 30 lat. Zamieszkuje Europę, Azję Środkową i Afrykę Północną, zarówno góry, jak i niziny. cechą charakterystyczną puchacza są  duże odstające kępy piór na głowie, wyglądające jak uszy, oraz wielkie, pomarańczowo zabarwione oczy i biały podbródek. W Polsce jest gatunkiem chronionym.




Włochatka (Aegolius funereus)

ścisła ochrona gatunkowa w Polsce


Sóweczka (Glaucidium passerinum)

ścisła ochrona gatunkowa w Polsce


Puszczyk uralski (Strix uralensis)
ścisła ochrona gatunkowa. 





AVIFAUNA - cz 3. - ptaki łąk i pól

Ten wpis można spokojnie traktować, jako spis roboczy avifauny karpackiej.
Wielu z nas ma kłopot z rozróżnieniem myszołowa od orlika. A część nie rozpoznaje nawet cienia drapieżnika - nie jest to wymówka, tylko stwierdzenie faktu. Ponieważ sama posiadam problemy z wyobrażeniem sobie niektórych gatunków (ptaków, ssaków, roślin) zamieszczam krótkie posty ze zdjęciami (w zdecydowanej większości pochodzące z internetów:). Mam nadzieję, że komuś się przydadzą...

BOCIAN CZARNY (Ciconia nigra) 

ścisła ochrona gatunkowa


 PŁOCHACZ HALNY (Prunella collaris)

ścisła ochrona gatunkowa. // 

W Polskiej Czerwonej Księdze uznawany jest za gatunek bliski zagrożenia. // 

Niezbędna ochrona terenów gniazdowych.





Avifauna - część 2 - Dzięcioły

Ten wpis można spokojnie traktować, jako spis roboczy avifauny karpackiej.
Wielu z nas ma kłopot z rozróżnieniem myszołowa od orlika. A część nie rozpoznaje nawet cienia drapieżnika - nie jest to wymówka, tylko stwierdzenie faktu. Ponieważ sama posiadam problemy z wyobrażeniem sobie niektórych gatunków (ptaków, ssaków, roślin) zamieszczam krótkie posty ze zdjęciami (w zdecydowanej większości pochodzące z internetów:). Mam nadzieję, że komuś się przydadzą...

DZIĘCIOŁ BIAŁOGRZBIETY (Dendrocopos leucotos)

DZIĘCIOŁ TRÓJPALCZASTY (Picoides tridactylus)


samiec

samica



piątek, 10 lutego 2017

Sokolica Ski Area

W pewien mało mroźny weekend lutowy wybraliśmy się na spacerek na Orawę. Ponieważ w okolicy był śnieg (kilka kilometrów dalej w Sidzinie nawet nie było biało) postanowiliśmy przetestować nowo nabyty sprzęt. I wprowadzić w życie rady Przemskiego ze skitury.net. Choć do teraz przekonana byłam, że największa radocha to łażenie po dziewiczym śniegu, po tym wyjeździe przyznaję z pokorą rację freeride'owcom, ze największą radochą jest zjazd...

Pasmo babiogórskie (2017 r.) ©

A wszystko zaczęło się od... Lotniskowej w Górach Słonnych

Wychodziliśmy wraz z ekipą kolibową i mamą Basi, która pognała przodem, twierdząc, ze jest to sprawdzian, czy już jest stara, czy jeszcze nie. Jeśli da rady wyjść na Lotniskową bez zatrzymywania, to jeszcze stara nie jest... 

Nasza ekipa, stosując tą  metodę, była strasznie stara. Nie chciało nam się iść w gęstym, lepkim śniegu. Wtedy to powiedziałam do kolegów.

- Żeby ktoś wymyślił takie narty, które służą do wyjścia w górę, ruchome wiązanie, miękki but. A jak już doleziesz na górę, to wystarczy kliknąć guziczek i możesz zjeżdżać.

Wszyscy się ze mnie śmiali, ja też. Że tez ja tego pomysłu wtedy nie opatentowałam...

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Kurhan w Stefkowej

W Stefkowej, na niewielkim wzgórzu nad kościołem, znajduje się cmentarz. Obok cmentarza widać wzniesienie, które jest jakby sztucznie podwyższone. Z oddali bardzo przypomina kurhan. Według lokalnej legendy kopiec przypominający kurhan jest miejscem pochówku dostojnika tatarskiego, który tu rzekomo zakończył swój żywot. Tradycja mówi, że Tatarzy w czapkach przynosili ziemię na budowę kurhanu dla poległego dowódcy, który zginął w 1672 roku podczas walk odbywających się na tym terenie. Pewnego rodzaju dowodem na wzmiankowane wydarzenia jest nazwa potoku przepływającego w pobliżu, który miejscowi nazywali strumieniem tatarskim a cała dolina, w której odbyła się bitwa to Tatarska Dolina. 

Pojawiają się jednak podejrzenia, że istnienie kurhanu należy raczej łączyć ze znalezionym w Stefkowej skarbem z okresu wczesnego brązu sprzed 3500 lat. Skarb wydobyto podczas budowy linii kolejowej Budapeszt–Lwów w 1872 roku. Składał się on z kilku ozdób wytworzonych przez rzemieślników kultury otomani. To kolejny dowód na to, że Karpaty były zamieszkiwane jużw XV–XIV wieku p.n.e.

Wieś Stefkowa pod nazwą "Stephkowa Vola" została założona na prawie wołoskim przed rokiem 1489 i należała do prywatnych dóbr rodu Kmitów. Następni właściciele to Stadniccy i Mniszchowie. Wieś zniszczyli Tatarzy w 1526 roku. Po spisie w roku 1816, dokonanym w celu oceny stanu miejscowości po zniszczeniach napoleońskich, wieś liczyła 700 mieszkańców.  Do końca 1947 roku wysiedlono większość mieszkańców. Po II wojnie światowej w domach pozostałych po wysiedlonych Ukraińcach zamieszkali osadnicy z różnych stron Małopolski.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Jeśli plotka, to tylko dopracowana!

Dawno temu opublikowałam post na FB - pod wpływem chwili i plotki. 

Po niedawnych wydarzeniach w gronie Hawiarskiej Koliby (na Szyndzielni odbywało się doroczne spotkanie, zwane Barbórką) i plotkach tam szalejących (bardzo miłych i w sumie prawdopodobnych... a na dokładkę - "uśmiechowych") stwierdziłam, że warto post upublicznić raz jeszcze  :)

Z internetów


Zupełnie jak moja ukochana Joanna Chmielewska, uwielbiam słuchać plotek na własny temat. Ileż to się rzeczy można ciekawych dowiedzieć o sobie... Ostatnio dopadły mnie dwie plotki. Przy czym jedna muszę się podzielić, bo mnie zabiła zupełnie i to na amen.

Otóż podobno...

Jeden z moich (wychodzi na to, ze licznych) mężów był Dyrektorem Parku Narodowego...

Plotka nie uwzględniła, który z kolei maż (co mnie akurat mało wzrusza, bo w tym zakresie umiem liczyć niezgorzej niż krasnoludy*). Gorzej ze nie uwzględniła również któregoż to Parku Narodowego - i to mnie interesuje niezmiernie (bo w krasnoludzkim* zakresie to już jest liczba obejmowana słowem MNOSTWO).

Czy ktoś słyszał coś może?

Bo chciałabym się więcej dowiedzieć, czego o sobie jeszcze nie wiem:)

A najbardziej interesuje mnie czemu, na Boga!, - mając za męża dyrektora Parku Narodowego, postanowiłam odejść z intratnej posady pani dyrektorowej i zatrudnić się w pseudo korporacji.

Informacja co mną kierowało interesuje mnie niemniej niż informacja w którym parku i czy mam tam jeszcze (i czy w ogóle miałam) chody?

Jeśli ktos coś wie na ten temat jest proszony o złożenie uprzejmego donosu.

Dziękuję.

=======================

* Mylisz system liczbowy krasnoludów i trolli...- napisał mi Kóba J... i ma rację. Moja wina :)

piątek, 9 grudnia 2016

Gdzie jest Lucia ???


Po ostatnim pobycie w Głuchołazach (miesiąc temu) postanowiłam aktualizować przewodnik po tym mieście i jego okolicach. Przewodnik jest aktualizowany cały czas, ale nasunęły mi się... hmmm... psiemyślenia i postanowiłam je upublicznić w tym oto poście :)


Od ostatniego pobytu w 2008 roku, zmieniło się dość dużo, chociaż nie zmieniło się nic. 

Dalej jest to małe, przygraniczne miasteczko, które czasy świetności ma dawno za sobą. 
Wciąż jest to miasto ludzi starszych, chociaż istnieją tu aż trzy szkoły - w tym szkoła muzyczna. 
Jest to również miasto ludzi schorowanych - w promieniu dwóch kilometrów są tu aż trzy szpitale i liczne sanatoria - zresztą, to akurat nie powinno dziwić - Głuchołazy bowiem były znane jako centrum leczenia gruźlicy (to właśnie tutaj przeprowadzono pierwsze, skuteczne naświetlania krtani. Metoda naświetlania, rzeklibyśmy dzisiaj, była nieco drastyczna, ale skuteczna...)
Nadal w malutkich sklepikach ceny przyprawiają o "odwrotny zawrót głowy"...

pamiętam, jak we wspomnianym 2008 roku postanowiłam zaszaleć... Wzięłam całe miesięczne wynagrodzenie i ruszyłam NA ZAKUPY z zamiarem wydania WSZYSTKIEGO. Weszłam do absolutnie WSZYSTKICH sklepów w Głuchołazach, wzięłam z wieszaków i półek ABSOLUTNIE WSZYSTKO co mi się podobało i w efekcie kupiłam WSZYSTKO co na mnie pasowało. Wydałam wówczas dużo  mniej niż połowę pensji, wyszłam z pięcioma pełnymi siatami i plecakiem (również pełnym), a kolega Adam - pogranicznik z Konradowa - niósł za mną jeszcze dwa pudła butów. 
Nie piszę tego po to, aby się pochwalić jak ja wiele zarabiałam - tylko aby Wam uzmysłowić niski koszt zakupowy tamże. W odległym o niecałe 20 km Prudniku wydałabym "na bidę" dwie pensje i to zakładając, że kupowałabym to samo. Bo w Prudniku jednak i sklepów jest więcej i wybór większy. 

Głuchołaskie sklepiki, do których wciąż czuję nieuzasadniony niczym, potężny sentyment..., są raczej w typie "szwarc, mydło i powidło" niż w typie galerii handlowych, ale ceny zbijają z nóg. Do tego jakość, która nie odbiega od zachodnich marek - z wszystkich rzeczy, które wówczas nabyłam, zdecydowaną większość posiadam do dzisiaj i wcale nie wyglądają na bardzo znoszone...

Co się w takim razie zmieniło?
Rynek się zmienił, mili Państwo. 
Niedawno Głuchołazy dostały unijną dotację, wykonano rewitalizację rynku i ulic przyległych. W efekcie zabytkowe kamieniczki, wieża bramy głównej oraz fragmenty murów obronnych prezentują się co najmniej nieźle. Nie jest to atrakcja turystyczna na miarę Wieliczki czy Bambergu, ale widać metrykę miasta, widać wkład ludzi i - podkreślę to z całą stanowczością - Głuchołazy bardzo zyskały na remoncie centrum. Myślę, że porównanie do niewielkich, niemieckich miasteczek (dziś zadbanych i wyremontowanych) nie będzie w żaden sposób naciągnięciem.

Ludzie się nie zmienili, na szczęście. Wciąż są cudownie plotkarscy i małomiasteczkowi - dokładnie tacy, jak powinni być w tym miejscu. (o tym za chwilę, i zapewne już w innym poście:))

Zmieniła się również mapa gastronomiczna, jeżeli można się tak szumnie wyrazić. 
We wspomnianym 2008 roku, pracując w Pokrzywnej i wynajmując maleńkie mieszkanko na osiedlu Tysiąclecia, nie miałam wielkich możliwości przygotowywania wypasionych obiadów;) Z przyjemnością zatem zrzuciłam ten przykry obowiązek na personel restauracyjno-knajpiano-hotelowy. Stołowałam się wówczas w przesympatycznej knajpce, noszącej nazwę "pizzeria Lucia". Były ich dwie - jedna Lucia w Głuchołazach, druga, bliźniacza, w Nysie przy stacji benzynowej. Napisałam wówczas tak:

Dobre jedzenie. Ogromny wybór. Przesympatyczna obsługa:) Tu szczególny ukłon dla Pana Przemka, który doskonale wie na co klient ma ochotę, choć klient sam jeszcze nie wie;) I oczywiście dla ekipy dowożącej jedzenie do domu w trybie oszałamiająco szybkim. I wielkie dzięki dla Pań w kuchni- na brokuły zapiekane z serem i pomidorami będę chyba przyjeżdżać specjalnie z Krakowa. 

I tak bardzo pamiętałam te brokuły zapiekane z serem i pomidorami, że, przyjechawszy 8 lat później pierwsze kroki (drugie, bo pierwsze poszły na osiedle;))) skierowałam w stronę przejścia granicznego w Mikulasovicach, bo przy głównej drodze oważ pizzeria się znajdowała...
I walnęło mnie jak obuchem...  - niby wiem, że scena gastronomiczna zmienia się wszędzie. Niby wiem, że knajpy otwierają się i zamykają. Mieszkam w Krakowie - żywotność restauracji liczy się tutaj raczej w miesiącach, niż w latach... I w sumie mogłam się tego spodziewać... 
Pizzeria Lucia została zamknięta dwa lata temu...
I nie jest dziwne to, że została zamknięta. 
Dziwna jest moja reakcja - straciłam w tym momencie taką "głuchołaską pewność" - może to kretyńsko zabrzmi, ale brokuły zapiekane z serem i pomidorami stanowiły stały, niezmienny punkt w planie wizyty w Głuchołazach. Przemknęło mi przez myśl "Jak to? co ja będę jeść - jakby jedzenie stanowiło immanentną część mojego jestestwa i jakby w Głuchołazach nie było, co najmniej, kilku miejsc godnych polecenia... - Gdzie jest LUCIA, gdzie MOJE brokuły, gdzie panie z kuchni??? Co jest, do cholery! Tak się nie robi!".
Może niekoniecznie świat mi się zawalił, ale mojemu żołądkowi na pewno...

Jednak, jako, że żołądek nigdy nie miał u mnie większego prawa głosu... poszłam poszukać restauracji "Mały Orient". Wówczas (osiem lat temu) mawiano o tym miejscu CHINA TOWN - i chyba (podkreślę słowo: chyba) ta nazwa była główną, a Mały Orient był tylko dodatkiem. Głowy sobie urwać za to nie dam, ale takie wrażenie mam... 

China Town- Mały Orient - nazwa nieco mylna, bo w menu są też pierogi ruskie, ale JAKIE!!! z ręką na sercu: takich pierogów i tak pięknie podanych nie jadłam jeszcze nigdzie! Miłośnicy kuchni orientalnej znajdą tu bogate menu, ale także Ci, którym ta kuchnia nie za bardzo podchodzi, znajdą dania kuchni polskiej. U Pana Sylwestra Matyji można też organizować kameralne imprezy okolicznościowe.
Dojazd jest dość prosty- należy pojechać w kierunku granicy w Konradowie. 500 m za torami kolejowymi (jadąc od centrum) skręcamy w prawo (przed przystankiem- jest znak na China town), kolejne 50 m i skręt w lewo przed skupiskiem sklepów (tu Eko i Market  też jest kierunkowskaz), jedziemy za brukowaną drogą parkingową 30 m i w prawo. Jedziemy do końca i po prawej stronie przy parkingu znajduje się właśnie restauracja China Town. 

Niejako w międzyczasie natknęłam się na pizzerię / kawiarnię, która ponoć w tym miejscu istnieje od 20 lat... O ile pamiętam dobrze, znajduje się przy ulicy Batorego, a przynajmniej na którejś z ulic odchodzących od Rynku... Nie znałam jej wcześniej, ale wstąpiłam, bo miałam ochotę na reklamowaną gorącą czekoladę. Mnie - centusia Krakowskiego -przekonała cena CZTERY złote. Ludzie dobrzy - tyle kosztuje bilet parkingowy (a właśnie -w Głuchołazach jest strefa parkingowa płatna, ale obejmuje jedynie ścisłe centrum). Czekolada akurat się skończyła, więc skusiłam się latte w tej samej cenie. To ze nie dostałam zawału z wrażenia, można spokojnie nazwać cudem...

Będąc tu tydzień później ze Sławkiem - znajomym z pobytu rehabilitacyjnego - długo szukaliśmy miejsca, gdzie można coś zjeść. Informacje, które uzyskaliśmy od pana na ulicy brzmiały tak: jest burgerownia dla turystów przy wieży (i widać, że dla turystów, bo elewacja owej burgerowni niczym nie różniła się od krakowskich, londyńskich, wrocławskich- nawet czcionkę mieli podobną....), są też - powiada dalej ten pan - dwie pizzerie. Tu blisko Adrenalina, wchodzi sie przez bramę i na podwórko. A druga przy Biedronce, tylko trzeba przejść między garażami i wejść w podziemia. 

Zdecydowaliśmy się na Adrenalinę, bo była blisko (jakby w Głuchołazach było gdziekolwiek daleko...). I był to strzał w dziesiątkę - pizza dobra, dodatków multum, obsługa miła i dużo miejscowych, co wybitnie dobrze świadczy o lokalu - czyli dokładnie tak jak lubię. Zatem - chociaż to nie Lucia - to jednak warte polecenia.

Niemniej jednak, żaden z lokali wymienionych powyżej, "nie kupił mnie" tak, jak osiem lat temu Lucia... Przez głowę przeleciała mi arcyidiotyczna myśl, że skoro Lucię zamknęli, to już nic nie ma w tych Głuchołazach... Bez sensu i w ogóle jakoś idiotycznie...
Druga - równie kretyńska w brzmieniu - myśl brzmiała... "no to chodźmy do Zdroju - co prawda turystyczne miejsce, ale kawiarnia pod Amorkiem chyba będzie czynna. To ostatnia głuchołaska ostoja... Jeśli nie, to świat się kończy..."

Kawiarnia pod Amorkiem była czynna - co prawda zmieniło się menu. i wystrój chyba też (na plus), ale grzane wino i urocza obsługa przekonało mnie do tego lokalu, chociaż wszelkie lokale tutaj są nastawione li i tylko na turystów i kuracjuszy. No, ale taka specyfika miejsca...



W miejscu, gdzie wówczas stał Amorek (czyli fontanna pod Amorkiem) jest sama fontanna, a Amorek został przesunięty w bok jakieś pięć metrów. Wiem, że różnica żadna, ale te pięć metrów - podobnie jak wspomniana LUCIA - dobitnie mi pokazało, jak to miejsce się zmieniło (choć nadal jest takie jak było) i jak bardzo te - jak to mawia moja siostra - zapyziałe Głuchołazy zwyczajnie lubię...

I kiedy już byłam pewna, że po zamknięciu Lucii, miejsca do których warto wracać w Głuchołazach, po prostu się skończyły... pojawił się ON.
Mały psiur rasy jakiś tam terrier - przeuroczy, przefajny i w ogole prze... okazało się, iż ten skaczący całuśnik (bo przecież jasnym jest, że wyściskaliśmy się z piesem na środku placyku - "pod Amorkiem" zobowiązuje :)) ma na końcu smyczy właściciela, któryż to właściciel polecił mi naleśnikarnię na rogu. 
Naleśnikarnia (Miód Malina) znajduje się w miejscu, w którym niegdyś znajdował się sklep pod Amorkiem, jedyny sklep, z wyjątkiem dyskontów, który otwarty był w niedziele, a i normalne godziny pracy miał wydłużone do 22.00 - kurort zobowiązuje... 

I wiecie co...? Po stracie Lucii (tak myśleć o jakiejś knajpie to chyba lekko dziwne jest...) znalazłam drugie miejsce, dla którego warto zboczyć z trasy, a nawet nadłożyć drogi. Brakowało takiego miejsca pod Górą Chrobrego. Już nie brakuje, chociaż... ceny nie są głuchołaskie, to trzeba przyznać. Ale ostatecznie... dla takich naleśników i takiego towarzystwa warto zapłacić cenę pół-prudnicką :)

=======================================================================

W sieci: linkownia