sobota, 14 grudnia 2013

Pesmo moja ...





Na zdjęciu: Darko Bugarić
A dla tych co muszą mieć tekst:



Pesmo moja zakiti se cvetom
    Zdravko Colic


    Pesmo moja, zakiti se cvijetom,
    pesmo moja, zamirisi svetom,
    jos sva srca ohladnela nisu,
    poznace te pesmo po mirisu.

    Poznace te, da si cedo milja,
    da ti ljubav majka i dadilja,
    da si rada pevati od slasti,
    razumece sto neumes kasti.

    Pesmo moja, vec si na poletu,
    pozdravi mi, sve na ovom svetu,
    pozdravi mi slavlje i golube,
    i sva srca sto se silno ljube.

    Bo są takie utwory od których ma się ciarki.

czwartek, 12 grudnia 2013

Gdyby nie mój pies i jej patyś...

Znęcanie się nad patysiem. Pies drwala.
Gdyby nie Szekla i jej patyś, którego zagubiła gdzieś w parku... nie znalazłabym tego keszyka. Wczoraj wgrałam współrzędne w GPSa, niekoniecznie planując keszowanie. No, ale wieczorny spacer z psem zawsze wypada w okolicach parku Polewki, który dziś nosi zaszczytne miano św.Vincentego a Paulo, więc pokusiłam się o tego keszyka, zwłaszcza że dawno nic nie znalazłam.

Wczoraj namierzyłam miejsce, ale tzw. mugole - czyli osoby nieupoważnione (studenci w tym wypadku) przeszkadzały - bo cały wic polega na ukrywaniu się:)
Dziś mój pies stanął na wysokości zadania, wszedł w krzaki przede mną i szukał swojego patysia. Mogłam spokojnie przetrząsnąć zawartość chaberdzi w poszukiwaniu swoich skarbów.
Szelka już swój skarb obrabiała sypiąc drzazgami wkoło.

W końcu! Jest.! Mistrzostwo maskowania. Ależ się musiał autor narobić, żeby coś takiego stworzyć. Aż żałuję, że ideą cachingu jest tajemnica i nie mogę - psiakrew i psiakula - zamieścić zdjęcia tegoż.
Jutro idziemy po drugą skrzynkę tego autora. Bo ponoć maskowanie to jego znak firmowy.

wtorek, 10 grudnia 2013

Rezydenci na krakowskim rynku

Rys: Monika Turska

 Na krakowskim Rynku jest niecałe 50 numerów. 

Lokali gastronomicznych zarejestrowanych jest prawie dziewięćdziesiąt!

Niby to wszystko wiem.   

Na zajęciach z Akademii Dziedzictwa doszliśmy do wniosku, że głównymi użytkownikami Rynku są (oprócz gołębi) turyści zagraniczni. To w sumie nie nowina, że - szczególnie w sezonie - łatwiej się tu porozumieć w języku angielskim, włoskim, hebrajskim czy hiszpańskim.

Jednak wczoraj, wracając na piechotkę (po krakosku: na nogach) z Bernardyńskiej, zostałam zaczepiona przez arcy-przystojnego i bardzo wysokiego Włocha czy Hiszpana. 

Ów wybryk natury (wysoki południowiec), trzymając grzecznie kartę dań nieodległej restauracji (nie wiem jakiej bo skupiona byłam na zadzieraniu głowy - taka rzecz się rzadko zdarza), poinformował mnie, w bezbłędnym angielskim, że wyglądam generalnie na niedożywioną, na pewno jestem głodna i na pewno bella wraz z bellisimą z przyjemnością zje kolację we wspomnianej restauracji.

Wytłumaczyłam grzecznie, że ja jestem stąd, z Krakowa i obiad mam w swojej własnej prywatnej lodówce.

I tu nastąpił szok.

Po pierwsze - wszystkie języki świata a i owszem, ale polski to trudna język i naganiacz na polskiej ulicy polskiego języka nie zna (mówię tu o kilku słowach, podstawowych podstawach, rzec można).

Po drugie - w oczach mu mignęło - jak to mieszkasz? Tu się nie mieszka. Tu się bywa. To ulica turystyczna.

Ten wpis nie ma na celu przekonania nikogo, że jednak pracując (nawet jako naganiacz na ulicy) język polski wypadałoby choć minimalnie znać. 

Nie mam na celu przekonania nikogo, że Polska dla Polaków. I takie inne nacjonalistyczne pierdoły, które prowadzą tylko do wojny (jeśli nie wiecie o czym mowię... - przeczytajcie sobie Čolovicia.

NIE. NIE. NIE. 

Absolutnie nie.

Niemniej jednak - doznałam głębokiego szoku, że właściwie Rynek nie jest tylko parkiem kulturowym. 

Jest muzeum na wolnym powietrzu, w którym mieszkańcy Krakowa czują się... obco.

Tak - to jest dobre słowo - obco.


niedziela, 8 grudnia 2013

J. Chmielewska - Szajka bez końca

Kopnięta przez poprzednią (tzn ostatnią) książkę Chmielewskiej, sięgnęłam po klasyk. Jeden z klasyków.
Szajka bez końca - jak zwykle u pani Joanny - ten kto jest porządny, porządnym zostaje do końca. Ten kto jest Be, zostaje zadźgany - sprawiedliwość górą:) Przy okazji giną półporządni, no bo jednak muszą:)


Występują: Alicja (mistrzyni roztargnienia), pan Seweryn, któremu Alicja do pięt nie sięga w roztargnieniu ("można by rzec, że istnieje jedno ogromne roztargnienie, do którego skromnie przyczepiony jest pan Seweryn"), Gacia - a konkretnie deska Gaci (jakich gaci?) i silnie rozczłonkowana i dość specyficzna rodzina - włącznie z synami. Dyskusje matuni z dziećmi są bezcenne.
Do tego całe tłumy absztyfikantów, niekoniecznie absztyfikantów Joanny Ch. - choć Przemysław... chyba znowu tu obrobiono tyłek Bożydarowi ?Markowi/ Bartoszowi Bartoszowi:)
Gdyby ktoś się bardzo uparł można tematykę Szajki podciągnąć pod ochronę zabytków i przemyt dzieł sztuki. Generalnie mienie poniemieckie zatopione w bagienku na Mazurach. I wszechobecne sztabówki.
Aferę pani Joanna mistrzowsko przenosi na tamtą półkulę- jak to ona, ciągle gdzieś wyjeżdża, ciągle wraca, a pomiędzy, tam gdzie jest, trup się ściele gęsto...

piątek, 29 listopada 2013

Chmielewska to Chmielewska.

Oprócz włóczenia się w różnym stylu, posiadam - osobiście, ja, Kasia - różne dziwactwa które mnie kręcą mniej lub bardziej.
Między innymi: Książki, książki, książki.
Od naukowych, przez przewodniki, poradniki, zbeletryzowane powieści historyczne, aż po kryminały.
Choćby jednak nie wiem co się stało, Joanna Chmielewska ze swoją twórczością jest zawsze i wszędzie na pierwszym miejscu.
Nie dlatego, że jest to świetny kryminał, nie dlatego, że do końca trzyma w napięciu i na ostatniej stronie zaskakuje. Nie.
Chmielewska to nie Chandler, Chmielewska to nie Forsyth, Chmielewska to nawet nie Down Brown.
CHMIELEWSKA TO CHMIELEWSKA.
Jej unikatowy styl pisania, zupełnie unikatowe podejście do życia, jej życie pełnią życia i wpływ jaki miała swoimi książkami na mnie i tysiące innych czytelników... TO jest to za co wielbimy Panią Joannę (liczba mnoga, bo nie jestem sama w tej opinii).

Zbrodnia w efekcie to najnowsza jej książka. Najnowsza i zarazem ostatnia.
Niestety, pani Joanna przeniosła się ze swoimi pomysłami, tam na górę. Dołączyła do babci i pewnie teraz obie popieprzają po chmurkach i prowadzą różnorakie dyskusje. Z babcią dyskusje podejmowałam niemal codziennie, z panią Chmielewską nie, ale rozmawiała ze mną przez swoje książki.

Suszki w moim domu, pisanie i nie krycie się z własnym zdaniem, idiotyczne pomysły, których przestałam się wstydzić po przeczytaniu dwóch albo trzech jej książek (no bo skoro najbardziej płodna kryminalistka w Polsce, może mieć  swoje głupie pomysły, to ja też.
To że kocham policję to też w sumie zasługa Pani Joanny, bo ona zwróciła mi (wówczas może 12 letniej dziewczynce) uwagę na to że tam TEŻ PRACUJĄ LUDZIE. Jedni pomocni inni wręcz przeciwnie.
Nawet o tym nie wiedziała, a urobiła mnie sobie na swoją modłę.
Nie tylko mnie.

Ale wracając do książki - dostałam ją na imieniny od meine Schwester - bo meine Schwester wie doskonale jakiego mam fioła na jej punkcie, a ze nie kupię sobie, to też wie - bo prędzej zakupię jakieś książki naukowe vel Chmielewską, ale w taniej ksiażce:) - mogę poczekać:)

No wiec siostra mnie ubiegła. Efekt?
Rany! Ta kobieta (pani Joanna) nic, kompletnie nic nie straciła ze swojego kunsztu pisarskiego. Nie chcę twierdzić, że to najlepsza powieść, ale jedna z najlepszych. Bożydar, zwany tutaj Bartoszem Bartoszem:) chyba faktycznie jej się naraził, bo ostatecznie go ukatrupiła:). W książce rzecz jasna i nie własnymi rękami. Niemniej jednak:)

niedziela, 27 października 2013

Pierwsza keszerka na trasie

Kiedy zaczynałam się bawić w keszowanie, nie sądziłam, że aż tylu ludzi się tym zajmuje. 
Czy mają GPSy czy nie…


Świt nastał naturalnie.

„Tato. Kupa.” rzekł czteroletni Bruno i postawił nas na nogi. (z siostrą, Helą, która postanowiła sprawdzić, czy ciocia aby na pewno śpi:)). Ciocia zatem przetarła oczy i stwierdziła z przerażeniem, że o takiej godzinie zazwyczaj kładła się spać… Do odjazdu „zamówionego transportu” do Krakowa miałam jeszcze trzy godziny luzu. No to pójdę do Tunelu – przecież to wstyd być na prawie stałym etacie zmywarki w Łupkowie i nie być w Tunelu… Odpaliłam GPSa i natychmiast objawiła się Szybka. Tak naprawdę, siedziała w chacie od wczoraj, rozmawiałyśmy i plotkowałyśmy, tyle że temat keszowania jakoś nie został poruszony.

Dziś okazało się że Szybka też keszuje – i też dziwnie, niestandardowo. Jako, że nie ma GPSa to keszuje tylko wtedy, kiedy ktoś z GPSem jest w pobliżu. No to stanęłam na wysokości zadania. BYłam. GPS też.

Moje dziwactwo w keszowaniu objawia się tym, że nie mam na trasie internetu. Ani w telefonie, ani w czymś innym. Nie posiadam również wydrukowanych wskazówek – chyba ze już w tym miejscu byłam i nie znalazłam kesza. To wówczas posiadam.

Z keszem na cmentarzu łemkowskim w Łupkowie bvł ten problem, że „kordy szalały” i prowadziły nas w hasiory. Niby pamiętałam, że spojler wskazywał na jakiś krzyż, niemniej jednak na cmentarzu krzyży Ci dostatek. Teraz już wiem – spisałam sobie wskazówki na następny raz. Ale wówczas przełaziłyśmy z Szybką wszystkie hasiory, przewaliłyśmy kamienie, zajrzałyśmy nawet do dziury w drzewie (prawdopodobnie wypalonej przez piorun). NIC. Skrzynka nienamierzona.


Drugi keszyk – na stacji w Łupkowie – został namierzony sprawnie i szybko – jak zresztą nick keszerki wskazuje:) Tu jednak miałyśmy podpowiedź – WK2. Być może szukałybyśmy dłużej, bez podpowiedzi, ale Szybka nie wypadła sroce spod ogona i od razu odgadła gdzie skrzynka może być. I była.

Trzeci łupkowski keszyk – również nie został namierzony – był już po stronie słowackiej, za tunelem, w lesie. Zakopany:) Szybka musiała uciekać do wsi, a ja się uparłam (zupełnie zapominając, że chłopaki na crossach już powoli jadą w kierunku Krakowa…). Tu również wypadałoby mieć coś na kształt wskazówek czy spojlera. Miejsc do zakopków jest tu mnóstwo – po porytej okolicy widać, że nie tylko ja tam kesza szukałam. (z tym, że ja nie kopałam – na razie. Bo ja tu wrócę.)

Efekt łupkowskiego keszowania to jak 1:2. Jedna znaleziona, dwie nie. Fajny spacer, tunel odkryty. A po powrocie do domu okazało się że w okolicy jeszcze z dwie skrzyneczki dodatkowo czekają na namierzenie.

Czyli co? Zimowisko w Łupkowie?

Stacja w Łupkowie

W 1869r. wystawiono dokument koncesyjny na budowę pierwszej transkarpackiej linii kolejowej łączącej Galicję z Węgrami (a dokładnie Budapeszt z Przemyślem i Lwowem). Prace przy budowie linii trwały do 25 grudnia 1872r., kiedy to oddano kolej do użytku (choć dopiero w maju 1974r. ukończono tunel na Przełęczy Łupkowskiej).
Linia odgrywała strategiczną rolę do czasów I wojny światowej, po 1918r. jej znaczenie osłabło - w tym czasie rozebrano jeden z jej torów. Rola kolei przez Przełęcz Łupkowską wzrosła ponownie w czasie działań zbrojnych II wojny, o pobliski tunel kilkakrotnie toczyły się krwawe walki.
Zakończenie wojny przyniosło wysiedlenia i zniszczenie wsi Łupków – jedynym ocalałym elementem przedwojennej zabudowy był właśnie budynek stacji. Starannie odnowiony mógł dalej służyć kolei jako graniczna stacja nowo otwartego przejścia.
Do niedawna stacja obsługiwała znikomy ruch towarowy i jeszcze mniejszy ruch pasażerski w sezonie letnim, teraz, gdy remontują tory na trasie Zagórz-Jasło oraz Jasło-Rzeszów, linia prawdopodobnie nie działa. Co będzie dalej? Jedne źródła podają, że linii po polskiej stronie grozi całkowita likwidacja, inne, że Polska wraz z Węgrami stara się wskrzesić linię jako atrakcję turystyczną. 

I jeszcze ciekawostki:
1) stacja w Łupkowie została wzniesiona na wysokości 600m n.p.m.
2) jest ona najdalej wysuniętą na południe stacją kolejową w Polsce! 
3) w literaturze można znaleźć wzmiankę, jakoby na łupkowskiej stacji miał się pojawić dobry wojak Szwejk! - podobno z tej okazji za budynkiem stacji miał stać niegdyś jego pomnik, o czym świadczyć miałby ceglany cokół za stacją ... niestety, może pomnik Szwejka byłby lepszy, cokół jednakowoż służył wpierw pomnikowi sławiącemu zwycięstwo niemiecko-austriackie w bitwie gorlickiej, a po wojnie popiersiu radzieckiego generała ...