sobota, 15 lutego 2014

Skoczi w Soczi

Odpowiedz internautów na to co się stało na skoczni w Soczi:) - bezczelnie pobrane z zasobów internetu.

Mamy ósmy dzień olimpiady zimowej w Soczi... Średnia medalowa dla Polski? Złoto raz na dwa dni... 
 
Mój patriotyzm walczy dziś o lepsze z ogromną atencją i trzymaniem kciuków za najstarszego skoczka w Soczi. Inaczej rzecz ujmując - patriotka we mnie trzymała kciuki za Kamila Stocha, rzecz jasna. Głównie po to aby wszyscy Ci którzy nie wytrzymaliby pięciu sekund treningu Kamilowego, nie wieszali na nim psów, gdyby zdarzyło się tak, że tego drugiego złota by nie miał. Jak on wytrzymał tą presję, to ja naprawdę nie wiem. Za psychiczną stabilność należy mu się medal wszechczasów.
Ale normalny, zwykły kibic skoków (od czasów Małysza - nie przesadzajmy znowu że zawsze...) we mnie trzymał kciuki za Noriakiego Kasai. I gdyby stali na podium odwrotnie (nie znaczy, że na głowach) to też bym oszalała z radości. Bo, co jak co, ale ćwierć wieku skakania w czołówce zasługuje na medal - zwłaszcza że tak niewielka różnica między nimi była.Co prawda Kasai zdobył pierwszy medal indywidualny na olimpiadzie, ale ja spodziewam się, że za cztery lata też skakać będzie. Co, notabene, już zapowiedział, bo... będzie miał wtedy TYLKO czterdzieści sześć lat...

A apropos różnicy - od dziś powstanie pewnie jednostka czasu zwana "Jeden Bródka" o miarze trzy tysięczne sekundy. Brutalnie mówiąc - chrzanić różnicę! Nikt nie będzie pamiętał, o jakie części sekundy ktoś był lepszy od kogoś. W brutalnej rzeczywistości liczy się tylko hasło MAMY MISTRZA OLIMPIJSKIEGO!
Widziałam przepiękny podpis w sieci: "Nie zawsze zdobywamy medale. Ale jak już - to złote".
 A my dziś zdobyliśmy dwa: Kamil Stoch na dużej skoczni i panczenista Zbigniew Bródka na 1500 m (w łyżwiartwie szybkim - to wyjaśnienie dla tych, którzy tak jak ja, dziś dopiero poznają definicję słowa "panczenista".
Do tego dochodzi złoto Justyny Kowalczyk i złoto Kamila Stocha ze skoczni normalnej.
To jest więcej niż nieprawdopodobne.

I jeszcze jedna uwaga. Prywatna.
Szlag mnie trafia, jeśli wypowiada się w telewizorni sekretarz partii, o! przepraszam, sekretarz polskiego związku olimpijskiego, twierdząc, że "Kamil powinien zdobyć złoto, bo to byłby historyczny dzień dla Polski, gdyby dwa medale złote w jeden dzień zostały zdobyte".
Kretyn i idiota.
A gdyby nie? Nie byłaby to historyczna olimpiada zimowa??
Kiedy, pytam się grzecznie, kiedy mieliśmy aż trzy (do wieczora, bo czwarte dobiło wieczorem) złota na olimpiadzie zimowej?? Kiedy, pytam się grzecznie, mieliśmy DRUŻYNĘ  w skokach narciarskich?? Jeszcze kilka lat temu (niedowiarkom radzę poszperać w pamięci lub zapytać wujka Google) cieszyliśmy się jak głupki, kiedy - oprócz faworyta w skokach - drugi Polak wchodził do II serii skoków (czyli był w trzydziestce). Dziś? "dopiero dwunasty i piętnasty" - jakie DOPIERO?? Chłopaki tworzą genialną drużynę - trzech niemal zawsze wchodzi do dwudziestki, a na olimpiadzie prezentują się w pierwszej pietnastce. To jest sukces. Ogromny. Głównie trenera i dobrego ducha skoków Adama Małysza.
A oni dopiero się rozkręcają...

A właśnie - jeszcze druga uwaga prywatna.
Różnica klas między niektórymi sportowcami jest znaczna. Drogi Holendrze, o niewypowiadalnym nazwisku, który stanie na podium olimpijskim (złośliwie dodam, że ZA Zbigniewem Bródką), trzeba umieć przegrywać. Trzeba umieć z godnością przyjąć fakt, że jest się sportowcem. A sport jest nieprzewidywalny.
Różnica między wściekającym się młokosem (o te trzy tysięczne sekundy), a legendą (chyba można tak rzec) skoków narciarskich, Noriakim Kasai jest widoczna gołym okiem.
Strasznie bym sobie życzyła (gdybym miała cokolwiek do gadania w tej kwestii) żeby Japończycy wygrali drużynówkę - bo szanse mają spore. A zasłużyli, jak żadna inna drużyna.
Szanowny Panie Kasai - powiedział Pan, że będzie Pan skakał dopóty, dopóki nie zdobędzie medalu olimpijskiego. Uprzejmie proszę o zmianę wytycznych. Na "dopóki nie zdobędzie Pan złota olimpijskiego." Do olimpiady w Korei zostały tylko cztery lata...



czwartek, 30 stycznia 2014

CW 162 (nieistniejący) - wzgórze Garbek koło Tuchowa


Geocaching Polska


Na wzgórzu na zachód od Tuchowa w XIX w. został założony cmentarz żydowski. 
Ze wzgórzem wiąże się jeszcze jedna ciekawostka. W okresie zimnej wojny wybudowano tam schron do... obserwacji wybuchów jądrowych! 

Podejrzewając atak nuklearny na Tarnów kazano zbudować bunkier, w którym mieściły się pomieszczenia dla oficerów i żołnierzy. Podobno schron obsługiwany były przez specjalny oddział żołnierzy posiadający nawet własne unikalne mundury. 

środa, 22 stycznia 2014

Kesze wokół Bukowiny

Michał patrzył na mnie jak na nierozgarniętą dziewoję, która z obłędem w oku szukała CZEGOŚ GDZIEŚ TUTAJ. Czego - obłąkana dziewoja nie wiedziała. Gdzie dokładnie - takoż.
Kesz pod Domem Strachów oparł się zakusom. Już drugi raz. Chodzę i chodzę i do teraz nie wiem gdzie on jest. Chyba najwyższy czas sprawdzić na geocaching.com podpowiedzi i spojlery. Bo bez tego nie ujedzie...
Kesz pt Szkieletor 2 również się oparł, bo zrobiłam dokładnie to co zrobiłam w Cisnej pod Honem. Mianowicie - chcąc otworzyć opis skrytki na mpoim GPSie niechcący zrobiłam MOVE. A jak się zrobi MOVE i przesunie tzw. waypointa o nawet ułamek milimetra to kicha, bo siłą rzeczy nie znajdzie się dokładnego miejsca. A brutalnie rzecz ujmując - CTRL + Z w GPS nie działa.

Jedyny keszyk, który nam się nie oparł to Kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny.
Trochę pomacałam murek, trochę poszperałam w dziurach i jest! Zamaskowany całkiem zacnie. PRawie jak keszyki Bambeloona. Choć "prawie jak" jest określeniem niesprawiedliwym. Dokładnie jak keszyki bambeloona. 
A po co w ogole są te keszyki?
Nie czarujmy się - kto z Was jadąd na Uniwersytet Ekonomiczny, na cmentarz Rakowicki, czy wręcz do Bukowiny przy Topolowej 42 zastanawiał się nad dziejami kościoła na skrzyżowaniu Rakowickiej? Znam odpowiedz. NIKT.
Ja też nie, pomimo tego ze kościołami, zabytkami i historiami różnych zapomnianych budowli jestem co najmniej kopnięta. Zastanowiłam się dopiero, kiedy przeczytałam opis skrytki na geocaching.com

Kościół spektakularny nie jest. Szczególnie jeśli chodzi o Kraków, bo zapewne gdyby stał np w Więciórce to takim byłby. W Krakowie - w tłumie innych zabytków - trudno go zauważyć.
A przecież jego historia siega początków 20 wieki. Budowę rozpoczęto już w 1910 roku - kościół i klasztor karmelitów bosych, z czerwonej cegły, miał już wtedy część prezbiterium i wieżę z zegarem. 
Jednak wybuchła I Wojna światowa i ostatecznie budowlę ukończono na przełomie lat 20-tych i 30tych.
W kościele warto zwrócić uwage na marmurowe płyty, kryjące cząstki relikwii św. brata Alberta Chmielowskiego - po beatyfikacji w 1983 roku przeniesiono je do kościoła Ecce Homo na Prądniku Czerwonym. W kościele przy Rakowickiej 18 znajdują się też relikwie św. Rafała Kalinowsskiego.
 Warto też zwrócić uwagę na alabastrowe ołtarze i ambonę.
Zdjęcie pochodzi z Wikipedii.

wtorek, 21 stycznia 2014

Jak dać kotu tabletkę

Koleżanka z pracy ma kota...
A właściwie dwa. Kartezjusza i Atenę. 
Zwariowała na ich punkcie bardziej niż ja na punkcie Szeli... Chociaż...? Czy to możliwe?:P

Specjalnie dla Gosi, Ateny i Kartezjusza... Wydłubane z netu:
Jak dać kotu tabletkę
  1. Weź kota na ręcę i otocz go lewym ramieniem tak, jak się trzyma niemowlę. Umieść palec wskazujący i kciuk prawej reki po obu stronach pyska i nacisnij lekko trzymajac tabletke w pozostalych palcach prawej reki. Gdy kot otworzy pysk wpuść tabletkę, pozwol kotu zamknąć pysk i przełknąć.
  2. Podnieś tabletkę z podłogi i wyciągnij kota spod tapczanu. Ponownie otocz kota lewym ramieniem i powtórz caly proces jeszcze raz.
  3. Wyciągnij kota z sypialni i wyrzuć rozmamlaną już tabletkę.
  4. Wyjmij nową tabletkę z opakowania, otocz kota lewym ramieniem jednocześnie trzymając lewą ręką wierzgające tylne nogi. Rozewrzyj pysk kota i palcem wskazującym prawej ręki wepchnij tabletkę tak głęboko, jak się da. Przytrzymaj kotu zamknięty pysk i policz do dziesięciu.
  5. Wyciągnij tabletkę z akwarium a kota z garderoby. Zawołaj żonę do pomocy.
  6. Przyduś kota do podłogi klinując go między kolanami jednocześnie trzymając wierzgające przednie i tylnie łapy. Nie zwracaj uwagi na niskie warczące odgłosy wydawane w tym czasie przez kota. Niech żona przytrzyma głowę kota jednocześnie wpychajac mu drewnianą linijkę między zęby. Następnie wsuń tabletkę wzdłuż linijki między rozwarte zęby i intensywnie pogłaszcz kota po gardle co skłoni go do przełknięcia.
  7. Wyciągnij kota siedzącego na karniszach i rozpakuj nową tabletkę. Zanotuj sobie, żeby wymienic firanki. Pozbieraj kawałki porcelany z potłuczonej wazy, możesz je posklejać później.
  8. Owiń kota w ręcznik kąpielowy, a następnie niech żona położy się na kocie tak, żeby tylko jego głowa wystawała spod jej pachy. Umieść tabletkę w środku plastikowej rurki do napojów. Przy pomocy ołówka otwórz kotu pysk i wcisnąwszy rurkę między rozwarte zęby mocno wdmuchnij tabletkę do środka.
  9. Sprawdź na opakowaniu, czy tabletki nie są szkodliwe dla ludzi, a następnie wypij jedną butelkę piwa, żeby pozbyć się nieprzyjemnego smaku w ustach. Zabandażuj żonie rozdrapane ramię, a następnie przy pomocy wody z mydłem usuń plamy krwi z dywanu.
  10. Przynieś kota z altanki sśsiada. Rozpakuj następną tabletkę. Przygotuj następną butelkę piwa. Umieść kota w drzwiczkach od kredensu tak, żeby przez szczelinę wystawała tylko jego glowa. Rozewrzyj mu pysk łyżeczką od herbaty i przy pomocy gumki recepturki strzel tabletką miedzy rozwarte zęby.
  11. Przynieś śrubokręt i przykręć wyrwane zawiasy z drzwiczek na swoje miejsce. Wypij piwo. Weź butelkę wódki. Nalej do kieliszka i wypij. Przyłóż zimny kompres do policzka i sprawdź, kiedy ostatnio byłeś szczepionyna tężec. Przemyj policzek wódką w celu zdezynfekowania rany i wypij kolejny kieliszek aby ukoic ból. Podartą koszulę możesz już wyrzucić.
  12. Zadzwoń po straż pożarną, żeby sciągnęli tego pier… kota z drzewa. Przeproś sąsiada, który wjechał samochodem w płot próbując ominąć kota przebiegającego przez ulicę. Wyjmij kolejną tabletkę z opakowania.
  13. Skrępuj tego drania przy pomocy sznurka od bielizny zwiazujac razem przednie i tylnie łapy, a następnie przywiąż go do nogi od stołu. Weź grube, skórzane rękawice ogrodnicze. Wciśnij tabletkę kotu do gardła popychając dużym kawałkiem polędwicy wieprzowej. Już nie musisz być delikatny. Przytrzymaj głowę kota pionowo i wlej mu dwie szklanki wody wprost do gardła, żeby spłukać tabletkę.
  14. Wypij pozostałą wódkę z butelki. Pozwól żonie zawieźć się na pogotowie. Siedź spokojnie, żeby doktor mógł zaszyć ci ramię i wyjać resztki tabletki z oka. Po drodze do domu wstąp do sklepu meblowego i kup nowy stół.
  15. Zadzwoń do schroniska dla zwierząt, żeby zabrali tego mutanta z piekła rodem i sprawdź, czy w pobliskim sklepie zoologicznym nie mają chomików.
JAK ZAAPLIKOWAĆ PSU TABLETKĘ
Zawiń tabletkę w plaster szynki i zawołaj psa.

środa, 15 stycznia 2014

Tęsknota za szafą grającą

A Marian w Bukowinie przepowiadał... 
Oj, przepowiadał...
"Wracam do domu, a tam, na progu, siedzi moja tęsknota".
Tęsknota odezwała się dzisiaj.

Wzdłuż linii kolejowej Settle-Carlisle w roku pańskim 2014 odbywają się liczne imprezy, festiwale i koncerty związane z 25 leciem linii kolejowej. Między innymi i u nas, w Horton in Ribbesdale. Na jeden dzień, a właściwie wieczór, Crown Pub (jeden z dwóch barów w tej ślicznej wioseczce), rozbrzmiał dźwiękami gitary, mandoliny i fletu-chyba-poprzecznego. 
Twórczość lokalna wywodząca się z okolic górskich, pipantów i hal po horyzont, raczej powinna się kojarzyć z Ciszą jak ta, Caryną, Browarem Żywiec i innymi zespołami tworzącymi w cieniu gór. Jednakże Anglia leży nad morzem. Więc może raczej szanty? I utwory rodem z morza? O tyle byłoby łatwiej, że przynajmniej linia melodyczna ta sama (formalnie mówi się na to: muzyka tradycyjna:))
NIe zaprzeczajmy oczywistościom - wzięło mnie. Zatęskniło mi się za dźwiękami gitar rozbrzmiewającymi gdzieś w Beskidach. Za listą życzeń do szafy grającej (Bartek, a znasz to? Bartek, a jak Ci zanucę, zagrasz?, Bartek...), pomijając już zupełnie rozwrzeszczaną tęsknotę za dwoma utworami pod wiele mówiącymi tytułami: "Bartek, Ty wiesz..." i drugi "piosenka ze słowem klucz, a nawet dwoma kluczami" - wyjaśnienia się nie doczekacie...
Po wyjaśnienie zapraszam na śpiewanki, ale jak wrócę:)
 


B-R-A-S-Y

- Mieliśmy tu niedawno, miesiąc temu, polski zespół. - powiedział główny mówca festiwalu nad rzeką Ribble. Staliśmy na tzw. papierosie i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym.


Polski zespół. 
Hmm - bądźmy szczerzy, polskich zespołów jest od nakićkania i ciut, ciut. I lepszych i gorszych, i większych i mniejszych. Również "różnie znanych", bo przecież zespół Vader - hardrockowo metalowy znany jest bardziej za oceanem, niż w Polsce. A ileż jest zespołów tzw. niszowych? Taka Caryna na przykład - w niektórych kręgach bardzo znana, w innych - nawet o chłopakach nie słyszano. A Kaczmarski i Wysocki, że pozwolę sobie pojechać z grubej rury, kto w Anglii, Niemczech czy Skandynawii słyszał bardów i wie, mniej więcej chociaż, o czym ich utwory mówią? (abstrahując od faktu, że młode pokolenie Polaków nie za bardzo wie o czym i dlaczego - to nie są wymówki, tylko stwierdzenie faktu). Jaka jest szansa na spotkanie obcokrajowca, który zna zespół taki jak Sąsiedzi, Banana Boat, Ryczące Dwudziestki? Powiedzmy wprost - znikoma. Ta znikoma szansa jeszcze bardziej znika, gdy jesteśmy w górach, gdzie powinna królować lokalna yorkshire'ska muzyka oraz wszelkie górskie utwory z rodzaju Wolnej Grupy Bukowina, tylko po angielsku. 

Toteż, kiedy wspomniany mówca festiwalu wypowiedział słowo, które coś mi mówiło, poprosiłam o powtórzenie. (Coś mi mówiło, nie oznacza, że nie znam słowa. Oznacza, że zostało powiedziane w dialekcie Yorkshire, w którym ciężko zrozumieć nawet zwykłe 'Good Morning"). Mówca nie na darmo był mówcą. I nie na darmo wspomniał o polskim zespole. Ponownie wydobył z siebie dźwięk podobny do gulgotania z przerwami, po czym powiedział: " przeliteruję Ci to." I przeliterował....
B-R-A-S-Y
Zdębiałam.
Tu, w niewielkiej wioseczce liczącej jakieś stu mieszkańców (jak rodzina przyjedzie), spotkać kogoś kto zna zespół, z którym mijałam się niejednokrotnie na wielu festiwalach... to sztuka na raz. 
Zareagowałam opadnięciem szczęki.
W kilka sekund później dostałam kolejny cios.
- w październiku będzie (lub był, bo ten cholerny dialekt mi przeszkadza) inny fajny zespół z Polski. Banana Boat.

Drastyczne skoki ciśnienia wskazane ponoć nie są...

czwartek, 9 stycznia 2014

Jak nie dojechaliśmy na Żeleźnikową...


Pierwszy raz nie dojechałam na Żeleźnikową, bo zwyczajnie nie miałam pieniędzy na podróż. 

Co prawda, autostop sprawdza się w każdych warunkach, jednakże nie w zimowych, kiedy w kieszeni jedna wielka dziura, a na koncie debet... Skoro TRZEBA jechać stopem i nie ma innej opcji, wtedy na pewno przyjdzie siarczysty mróz i wysiadka z autostopu nastąpi na początku Nowego Sącza, dzięki czemu trzeba będzie dreptać, a dreptać... Przeciwko dreptaniu nic nie mam, ale w mrozie lub słocie, kiedy zegarek nieubłaganie odlicza minuty, a tam, w chacie juz się bawia, już śpiewają, już mama Szymona stawia kawę - najlepszą z możliwych, już tata Szymona pali w piecu, już gitarzyści sie stroją, a ty tu stoisz na rozdrożu lub dreptasz, mając nadzieję na podwózkę.
Przy braku pieniędzy w kieszeni na ewentualny autobus prawie gwarantowane jest że nic się nie złapie...

Drugi raz nie dojechałam na Żeleźnikową, bo zwyczajnie zepsuł się samochód.
Prawdopodobnie taki skład grał na Żeleźnikowej, kiedy nie dojechałam po raz drugi...

Mogliśmy w teorii pojechać od razu z Bukowiny krakowskiej wraz z Ziutem, który sam nie wiedział dokąd jedzie, ale wiedział że ma wziąć gitarę. Mogliśmy jechać z Kamilem, Włodkiem, Martą bądź ostatecznie autobusem za jasności. Ale w praktyce nie mogliśmy, bo Michał kucharzył na imprezie opłatkowej działkowców. Kucharzy tak od kilku lat - co mu zresztą nad wyraz dobrze wychodzi.

Zatem po imprezie, dopakowaliśmy niezbędny osprzęt do plecaków i o godzinie mocno po ósmej wieczorem, ruszyliśmy Sieną w kierunku Nowego Sącza. Kierunek wypadł trochę lewo, bo Zakopianką - uznaliśmy bowiem, że nieco dalej, ale za to szybciej.
Świeżo ściągnięty z ładowania akumulator, wykazywał iż najedzony nie jest. Czym się specjalnie nie przejęłam, bo już nieraz takie sztuki wyczyniał, a palił od kopa. Tym razem też odpalił od kopa.

Odwidziało mu się dopiero na Zakopiance. Zaczął przerywać, krztusić się - zupełnie jakby nie miał gazu. Wg wskazań licznika miał go jeszcze na jakieś 50 km. Benzyny było ponad pół baku, co nie zmienia faktu, że przełączenia z gazu na benzynę moja szacowna Siena nie zauważyła i dalej przerywała.

Ostatecznie przerwała na podjeździe z Mogilan pod Gaj. Przerwała i zdechła.
Tyle tylko, że udało mi się zjechać na pobocze i włączyć awaryjne.

Nieco ponad godzinę zajęło nam pchanie samochodu (dobra, przyznaję - Michałowi zajęło. Ja siedziałam za kierownicą i usiłowałam trzymać się pobocza. Z trzymaniem nie do końca wyszło - rychło okazało się, że mój ojciec, który do tej pory służyl mi przy cofaniu za nawigatora, rozumie hasło "Prostuj" jako "prostuj koła". Michał zaś rozumie to samo hasło jako prostuj samochód.  W efekcie, słuchając rad nawigatora, bo przecież w lusterkach nic nie widziałam, poza potworami nadjeżdżającymi z tyłu (potwory - ciężarówki lub busy, które beztrosko jechały prawym pasem, mając lewy wolny, i za nic nie chciały go zmienić.) jechałam slalomem.

Cofanie po nocy na Zakopiance z pełnym ruchem, na wyłączonym silniku (bo akumulator wystarczył na trzy odpalenia, a potem się zwurdził) to przeżycie nie do opisania.
Udało nam się (i tu mogę śmiało powiedzieć, że nam - też pchałam Sienę, aczkolwiek moja pomoc była nikczemnie nikła) ustawić auto na podjeździe miłej pani w Mogilanach, która co prawda mocno się wystraszyła, kiedy zakamuflowany zbir (ja:) w czapce, goretexie i czarnych portkach) podszedł do okna... Zbir gnąc się w ukłonach, poprosił o możliwość zostawienia auta, na co Pani, odetchnąwszy, że nie prosi ów zbir o pieniądze albo życie, wyraziła zgodę.

Niemniej jednak zrobiła się godzina późna, a my dalej byliśmy bardziej w Krakowie, niż w Nowym Sączu.
Wróciliśmy stopem z trójką młodych ludzi, którzy jechali sobie na imprezę z Tychów do Krakowa.
Tym sposobem nie dojechałam na Żeleźnikową po raz drugi...

Trzeci raz...
Nie!
Do trzech razy sztuka. Trzeci raz dojadę.