piątek, 21 września 2018

Na tronie Zeusa

Olimp. Góra - mit. 

Góra, o której marzy chyba każdy czytelnik  "Mitologii".
Góra, na której według starożytnych Greków znajdowało się mieszkanie bogów....

A trzeba przyznać, że nie ma drugiego takiego pasma w Grecji, które tak nadawałoby się dla Zeusa i jego całkiem pokaźnej czeredki.

źródło: Wikipedia - CC

Masyw Olimpu jest naturalną granicą pomiędzy Macedonią (krainą, geograficzną, której lwia część znajduje się właśnie w Grecji) a Tesalią- równiną, znaną ze skalnych, jakby kosmicznych, grzybów, na których wybudowane są  klasztory Meteora. Olimp wyrasta nagle. Zaledwie 20 km od morza pojawia się góra wysoka prawie na trzy kilometry w górę... Nie może to nie zrobić wrażenia...

Burza z piorunami- "Tak tu jest zawsze"


Jest godzina piąta po południu. Siedzimy w Prioniu, na ostatnim parkingu przed wyjściem na szlak. Z gór zbiegają tłumy turystów, uciekając przed ulewą i piorunami uderzającymi w okoliczne szczyty. Przy takiej pogodzie niemożliwym wydaje mi się atakowanie Mitikasu- najwyższego szczytu Olimpu.

- Nie martw się - Mówi Giorgos, chłopak zabrany "na stopa" z Litochoro - greckiego Zakopanego. - Jutro będzie dobrze. Tutaj zawsze tak jest. Do dziewiątej rano świeci słońce, potem chmury podchodzą znad morza, o jedenastej już nic nie widać, a o trzeciej zaczyna się burza. Z piorunami- dodaje.


Wszystko sprawdza się co do joty, kiedy nazajutrz rano wychodzimy na szlak. Słoneczko świeci oszałamiająco, kiedy wchodzimy w las. Zewsząd otaczają nas dęby, lipy, cedry. Powyżej 1400 m n.p.m. pojawia się rzadki gatunek sosny<i> Pinus heldreichii,</i> w gwarze z okolic Litochoro zwany Robolo. W paśmie Olimpu opisanych zostało około 1700 roślin. Głównie dla ochrony 23 endemitów, w tym żywej skamieniałości  z epoki lodowcowej Jankea heldreichii,  został stworzony został w 1949 roku pierwszy grecki park Narodowy- OLYMPOS NATIONAL PARK, wpisany w roku 1981 na listę UNESCO, jako rezerwat biosfery. 
Dochodzimy do Refuge A, noszącego wśród Greków wdzięczną nazwę SPILIOS AGAPITOS. Pierwszego schroniska na trasie i, z tej strony Mitikasu, jedynego. Turystów jest dość dużo. Takich jednodniowych z małymi plecaczkami. Niektórzy decydują się na nocleg i będą schodzić dopiero jutro, inni zejdą już dzisiaj, po krótkim postoju. Dla nich, przy wejściu do schroniska wisi karteczka, informująca, że jeżeli ktoś chce skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji tylko na chwilę, musi ponieść koszty  w wysokości 500 drachm. Jest to o tyle logiczne, że do schroniska trzeba dowieźć wszystko, za wyjątkiem wody. Jest to jedyne schronisko w rejonie Olimpu, gdzie woda spływa z gór i właściwie nie trzeba się o nią martwić. Moi rodzice i siostra schodzą w dół; ja, wraz z sześcioma Grekami, idę zdobywać wyśniony szczyt.
Grecka ekipa tylko o herbatce...
Idzie się bardzo dobrze, pomimo, że idziemy tylko o herbatce. Grecy to dziwny naród: na wieczór opychają się do granic możliwości, a rano, kiedy normalny człowiek zjadłby porządne śniadanie, oni wypijają herbatkę z kwiatków. 
Owa herbatka z kwiatków, jakkolwiek by to infantylnie nie brzmiało, jest wspólnym dziełem natury i Irini, kierowniczki schroniska. Roślina o żółtych kwiatach, maleńka wyrastająca zaledwie na 10 cm, jest endemitem tego regionu. Znaczy to mniej więcej tyle, że nigdzie indziej nie można jej spotkać. Nie przeszkadza to wielu turystom, znających lecznicze działanie tej rośliny, wracać z wycieczki z żółto-zielonymi naręczami ziół. Oficjalne starania Parku Narodowego nic nie pomogą, jeżeli nawet strażnicy Parku, stojący na dole w Litochoro i odnotowujący każdego turystę wjeżdżającego do Parku, dodają sobie sił, sącząc żółtawy wywar. Jednak należy oddać cześć naturze i Irini, bo tylko ich duet potrafi sprawić, że taki napój dostarcza sił na najbliższe kilka godzin uciążliwego marszu.
Z widokiem na...
Po godzinie docieramy na szczyt Kaki Skali (2866 m n.p.m.), stąd dopiero widać skalne grzebienie Mitikasu... Niedaleko widnieje szczyt Scolio, na który prowadzi się turystów, którzy chcą być na Olimpie. Nie dopuszczają do wiadomości, że szczytu Olimp nie ma. To trochę tak jakby ktoś powiedział "byłem na Tatrze", zamiast "w Tatrach". Tak samo w Tatrach znajduje się Morskie Oko , do którego stoją kolejki, jak i Mnich, na który wspinają się nieliczni... Scolio prezentuje się mniej więcej jak Czerwone Wierchy. (powtarzam tu opinię mojego kolegi, bo sama Tatr nie znam.) Ale Scolio jest tylko 9 metrów niższe od Mitikasu. Zresztą na obszarze 25km<sup>2</sup>, jest tu jedenaście szczytów powyżej 2800m n.p.m.
Schody nieszczęścia
Kaka Skala w pełni zasługuje na swoją nazwę, która w tłumaczeniu brzmi schody Nieszczęścia" ścieżka prowadzi po skałach, z których, raz po raz osypują się kamienie. Tylko dwa nieuważne kroki i ląduje się w półkilometrowej przepaści Kazania. Nie mam pojęcia, jak przez te skały przechodzi nieodłączny towarzysz Parysa- czworonogi Dias. Wreszcie wychodzimy na szczyt...i...  stąd dopiero widać prawidłowy wierzchołek...
Ostatnie momenty wspinaczki są względnie łatwe, ale i tak kaleczę sobie ręce na ostrych skałach.
Na wierzchołku stoi słup z przymocowaną księgą pamiątkową i flagą grecką. Poczucie Narodowości jest bardzo mocno zakorzenione w Grekach- każdy podchodzi i całuje flagę. Zejście jednak przedstawia sobą pewien problem. 
Na szczycie i tuż pod...
Na dwóch płaskich kamieniach wieńczących szczyt tłoczy się ciżba osób, z których każdy chce schodzić żlebem Louki. Każdemu spod nóg sypie się kamienna lawina. Międzynarodowa mieszanka na szczycie powoduje zamieszanie w żlebie:
- watch out! Stone!
- Achtung! Stein!
- prosochi! petra!
Kamień przelatuje Giorgosowi koło głowy, a Mikosa rani w rękę. Przytuleni do ścian żlebu, schodzimy, względnie bezpiecznie. Potem teren jest już łatwy: Normalna ścieżka nad płytką przepaścią. I właśnie na tej drodze wywracają się wszyscy, z wyjątkiem Parysa. Serie wypadków zapoczątkowuję oczywiście ja, rozwalając sobie kolana i paskudnie obcierając biodro.
Dopiero teraz rozumiem, dlaczego większość wypadków, w Alpach, czy  w Himalajach , dzieje się w trakcie zejścia. Pod górę pcha jakaś bliżej nieokreślona siła, chęć zdobycia i upór. Sam moment pobytu na szczycie wydaje się końcem niebezpieczeństw. Do krwi wydziela się jakiś narkotyk, którego nazwa, oczywiście, wyleciała mi z głowy, człowieka ogarnia euforia, przestaje uważać i wypadek gotowy.
Kolejka mułów
Pod schroniskiem (drugim na trasie) wita nas kawalkada mułów. Tutaj trzeba bowiem wszystko donosić, łącznie z wodą. Muły stoją w kolejce do rozładowania, potem, już tylko w drewnianych siodłach, ustawiają się w drugiej, do grajdołka. Wytarły sobie trawę i tam pozbywają się insektów, wymachując w powietrzu kopytami obitymi metalem.
Nasz Dias nie ma takich udogodnień, wiec teraz oblizuje pokrwawione poduszki. W końcu ruszamy w dalszą drogę, Chociaż wypita kawa trochę rozleniwia.

Zadziwiająca sprawa, że o ile od najbardziej uczęszczanej przez turystów strony istnieje tylko jedno schronisko, to od strony odwiedzanej głównie przez turystów plecakowych są  dwa i to jedno koło drugiego. Jedno, Giosos Apostidilis,  jest klasycznym budynkiem z obsługą, drugie w polskich warunkach zostałoby pewnie nazwane chatką studencką. 

Brak w nim obsługi, sanitariatów i dostępu do wody - co na wysokości prawie 2700 m jest rzeczą absolutnie zrozumiałą. Ale w schronisku imienia pierwszego zdobywcy Mitikasu można spotkać wspinaczy, którzy dziś lub jutro będą atakować najtrudniejszy szczyt masywu- Stefani, zwany również &quot;tronem Zeusa&quot;. czas  tam spędzony zapamięta się na równie długo, jeżeli nie na dłużej, jak zdobywanie mitycznego Olimpu.

Ostatni etap podróży prowadzi przez język lodowca. Cały jęzor ma długość 600 metrów, także Dimitris pyta się cierpko:
-Związujesz się liną, czy chcesz szybciej zobaczyć rodziców w Prioniu?- 
Mamy trzy liny na siedem osób. Związuje się z Dimitrisem. Czuje się jak cielę prowadzone na rzeź. Drobny fakt, że ja prowadzę naszą  dwójkę, jakoś umyka mojej uwadze. Po tamtej stronie zostaje tylko Perykles. Asekuruje się dwoma kamieniami wbijanymi w śnieg. Dimitris idzie mu na pomoc z liną. Tutaj, na szczęście, obywa się bez wypadku.
Chociaż mamy jeszcze dwie godziny marszu w dół, czuję, że moja wielka przygoda w mieszkaniu Bogów dobiegła końca. 
A straszny Zeus nie dał się złapać za nogi! Hera mówiła, że znowu zszedł na ziemię romansować...:-)


Lipiec'1999- refuge C, pasmo Olimpu

Moja trasa na Mitikas:
Prionia >> Refuge A (Spilios Agapitos) >> Chondro Mesorachi >> Kaka Skala (2866 m) >> Mitikas (2917 m) >> Przełęcz pod Stefani >> Refuge Giorgiou Apostidolis  >> Refuge Christo Kakkalos >> refuge A (Spilios Agapiotos) >> Prionia

czwartek, 20 września 2018

[O NAS] Stróżują na niebieskich połoninach

Teresa

Kiedy odebrałam maila od Teresy, odczułam pewne déjà vu. Przez myśl mi przeleciało, czy Teresa to kobieca wersja Karola, czy też Karol jest meską wersją Teresy... 

Teresa bowiem mieszka w okolicach Pustyni Błędowskiej i w czasie wolnym uprawia turystykę rodzimą- po przepięknych podkrakowskich dolinkach, czy sławnej, choć zarośniętej Pustyni błędowskiej. Zresztą... sami zobaczcie zdjęcia oszronionych piasków pustyni i skąpanych w słońcu Dolinek...

03.05.2013 roku Teresa odeszła od nas. Nagle i niespodziewanie przeniosła się na niebieskie połoniny. Fantastyczna, radosna dziewczyna, która była zawsze świetną organizatorką wszelakich imprez i wypraw. Kochała przyrodę, góry- w szczególności The Bieszczady. Można z nią było o nich rozmawiać godzinami. Teresko, będzie nam Ciebie bardzo, bardzo brakować. 

Mariusz Niemczyk:

Nieustraszony idealista, konsekwentnie dążąc do realizacji swoich wielkich marzeń. Zagorzały kolibowicz, zapalony MUWITowiec i pozytywnie fantastyczny pasjonat wszystkiego co niestandardowe, a ciekawe i piękne. Rewelacyjny kolega i prawdziwie niestandardowy towarzysz wszelkich wypraw. Jakkolwiek infantylnie by to nie zabrzmiało- to on dawał nam siłę na pokonywanie przeciwności losu.

Mariusz był zawieszony miedzy życiem w grupie, a silnym indywidualizmem. Połowa Mariusza była w świecie własnych myśli, połowa z nami. Nie były to równe połowy, miały poszarpane linie łączące i przenikały się nawzajem. Jedna połowa bez drugiej nie istniała. Dziś- kiedy patrzę na to pod innym kątem i z perspektywy lat, jestem niemal pewna, że Mariusz był naszym aniołem stróżem. Takim, który chciałby się dołączyć, ale musi pilnować żebyśmy głupot nie popełniali.

Jest taki piękny utwór Gdańskiej Formacji Szantowej 

Aniele- stróżu mój,
Gdy wiatr mnie na morze wywieje,
Ty zawsze przy mnie stój.
(...) Trochę pewnie zgrabieją Ci ręce,
Kiedy sztorm ześle Pan Bóg,
Powiesz- Stary, gdzie masz tą  butelkę,
No tę, w której trzymasz rum?

Taki był Mariusz. Dokładnie taki ludzki anioł

"Tylko zróbmy to całkiem spokojnie,
Bo po co ma wiedzieć Twój szef,
Że, owszem, bogobojnie,
A jednak musiałem Cię nieść."

Dziś- po latach stwierdzam właśnie, że był takim aniołem stróżem, który owszem bogobojnie, a jednak... Aniołem, który nie upominał, nie ganił, nie narzekał, nie składał meldunków na górze. Aniołem, który naprowadzał na dobre drogi.

zastanówcie się przez chwilę- czy słyszeliście kiedyś od Mariusza wykład? Monolog? odpowiedź pt "ja sądzę"- zastanówcie się. Ja sobie nie przypominam. Zawsze celnie zadawał pytania, zawsze trafiał w sedno. Opowiadał owszem anegdotki, gromadził informacje o najnowszych wydarzeniach i odkryciach. I zawsze w odpowiednim momencie przed odpowiednią osobą wyciągał odpowiedni fragment swojej potężnej wiedzy. Zmuszał do myślenia, zmuszał do działania.

W zeszłym roku podczas kursu inwentaryzacji w Lanckoronie spędziliśmy kilka godzin na rozmowach. Można rzec, że dziwnych, kosmicznych. Przyznam, że wtedy niezbyt rozumiałam sens naszej rozmowy i jej temat. Dopiero później otworzyły mi się oczy na pewne sprawy. Kiedy zaczęłam się zastanawiać dlaczego nagle inaczej pewne rzeczy pojmuję, zrozumiałam, że stało się to za sprawą rozmowy z Mariuszem.

Bo Mariusz działał jak bomba z opóźnionym zapłonem. Nie mówił wprost, nie radził, nie dociekał- swoimi uwagami, na pozór oderwanymi, drążył jak woda skałę- zawsze było w nich jakieś genialne sedno rzeczy. Efekty widać było dużo później- zastanawia mnie ilu ludzi nie wie, że zmiany w swoim życiu zawdzięczają tej kropli drążącej? Mariuszowym myślom, wtrącanym anegdotkom, powiedzeniom. Niby zwyczajnym, a jednak nie do końca. zastanawia mnie- ile ja rzeczy przegapiłam, na które wpływ miał Mariusz? Czy kiedyś zrozumiemy całkowicie ile dla nas znaczył i jak dużo mu zawdzięczamy?

Obawiam się ze nie- taka jest rola anonimowego anioła stróża...
Nie ma takiego słownika, który ma wystarczającą ilość słów, aby choć w części oddać jaki jest Mariusz. Podobnie jak w tej części przestworzy nie ma takiego świata, aby pomieścić jego pasje, zainteresowania i plany. Rodzinie Mariusza życzę silnej wiary, w to że Tam jest Mu lepiej. Że Pan powołał go do większego, lepszego świata, gdzie zrealizuje to na co ten świat był dla niego za mały.

Powodzenia Maniek. 
Szykuj nam przewodnik po Niebieskich połoninach- dołączymy niebawem.

[O NAS] Monika Turska "Wonder"

Konserwator zabytków, renowator (słowo wymyślone przez złośliwych), grafik i artysta. Zawodowo dbała o aktualność ofert turystycznych, szczegółowe opisy obiektów i atrakcji turystycznych oraz dobór pięknych zdjęć, aktualnie zajęła się sztuką (na wiadomość, co sztuka na to, wciąż czekamy). Ze względu na pasje architektoniczna, dojeżdża tam, gdzie inni z nas zapewne nie dotarliby nigdy. A z pewnością widzi to czego my nigdy nie zobaczymy. Na szczęście oddaje nam trochę w fotografii...

[O NAS] Łukasz Majerczyk


Historyk z wykształcenia i chyba zamiłowania, bo nikt nie zabiera się za kontrowersyjny temat Ognia-partyzanta z Podhala, nie kochając historii jako takiej. 

Zawodowo Łukasz... no właśnie- zawodowo Łukasz zajmował się realizacją rzeczy niemożliwych. W tym momencie nie mam już tej przyjemności jaką dawała mi współpraca z nim. 

Dziś pisze artykuły o bezpieczeństwie w górach, w ramach współpracy z TOPR i GOPR. W międzyczasie pisuje artykuły dla portalu historyków historycy.pl- gdzie został opublikowany jego artykuł o Ogniu.

[O NAS] - Karol Piłka - Olkusz


Karol to nasza dobra dusza. Pojawił się poprzez maila z zapytaniem o szczegóły dotyczące Doliny Górnego Sanu. I tak został;))) Karol włóczy się to tu to tam i czasem podsyła zdjęcia z wycieczek, a niekiedy i swoje wrażenia. Mam nadzieję, że kiedyś napisze artykuł- w szczególności liczę, Karolu, na Jurę, którą  niezmiennie i niestrudzenie reklamuje.

[O NAS] Marek Ryglewicz


Sądeczanin z powołania, wyboru i przeznaczenia. patriota lokalny, realizujący swoje regionalne pasje na rowerze w każdej wolnej chwili;) 

Autor specjalistycznych przewodników rowerowych po Beskidzie Sądeckim: Beskid Sądecki 22 wycieczki rowerowe oraz Jezioro Rożnowskie i Czchowskie 27 wycieczek rowerowych. W przygotowaniu trzecia część- okolice Nowego Sącza. W MUWICIE zajmuje się... zgadnijcie... rowerami? 

Mamy niesamowitą przyjemność i ogromny zaszczyt zaprezentować propozycje tras rowerowych na Sądecczyźnie autorstwa właśnie Marka Ryglewicza. Formalnie Marek jest informatykiem i automatykiem, uczy ludzi obsługiwać AutoCada i czym są  języki programowania- tu następuje długi ciąg niezrozumiałych dla mnie haseł...

[O NAS] - Piotr "Bebe" Drzewski


Bodaj jedyny ze współcześnie żyjących prawdziwych bardów- bieszczadników. 
Człowiek, który nieodparcie wierzy w ideały. 
Jako jedyny znany mi człowiek z przerażającą konsekwencją chodzi własnymi drogami (a komu się nie podoba to wara;) i za to go uwielbiamy...) 
Jedna z najbardziej rozpoznawalnych osobowości chatkowo bazowych. Nie ma chyba takiej osoby, która będąc choć raz na Górowej, Niemcowej, Skalance czy w bazie pod Wysoką, nie słyszała o Piotrusiu BeBe. 
To człowiek wokół którego narosło wiele mitów i legend. Z pewnością do historii górołazęgostwa już przeszedł- choć od sławy stroni jak może, ale sława i tak go dopada. 

Największy specjalista od chatek i baz namiotowych- kierował tym działem eBeskidy.com  (kilka lat był też redaktorem naczelnym tegoż wortalu). To się nazywa właściwy człowiek na właściwym miejscu. 

Dodatkowo prowadzi wspaniałą stronę www.chatki.com.pl. Piotr pisze również wiersze. Moim skromnym zdaniem należy do czołówki gitarzystów chatkowych i jako prawdziwy artysta stroni od używania gitary-twierdzi ze karty się po niej ślizgają. A w brydża gra równie dobrze, jak ratuje poparzone łapy (tak Piotruś, pamiętam, jak wiele lat temu chwyciłam ten komin pod Wysoką. I pamiętam doskonale że śladu po tym nie ma...). 
I choć ciężko go namówić, to jednak... "Miasteczko w Karpatach", "Pod stopą trzeszczy lodu szkło" i "Zakręty" (które ponoć gra się wtedy, kiedy się repertuar już skończył) to tylko nieliczne utwory,które w wykonaniu Piotrusia brzmią przepięknie. 

A jak to Piotrek przeczyta to mnie zabije...
Ale zakręty może zagra na stypie...