wtorek, 20 lutego 2018

Szwajcarski szlak luksusu

Entuzjaści szwajcarskiej jakości, precyzji i stylu życia powinni tutaj przyjechać i odkryć szlak luksusu & designu


Entuzjaści szwajcarskiej jakości, precyzji i stylu życia powinni tutaj przyjechać i odkryć szlak luksusu & designu. Proponuje on najciekawsze adresy sklepów, gdzie można dokonywać niebanalnych zakupów, adresy producentów zegarków, których można odwiedzić, najciekawsze wydarzenia, podczas  których można przeżyć coś fascynującego i luksusowe, eleganckie hotele, gdzie można odpocząć.

Spędź cały dzień spacerując wąskimi uliczkami pełnymi eleganckich sklepów i butików, w których można nabyć zegarki, biżuterię i inne dodatki wyprodukowane zgodnie z najnowszymi trendami. Zanurz się w świat wellness'u i piękna. A może wycieczka do fabryki zegarków, muzeum, domu aukcyjnego lub kolekcji wzorcowej z meblami domowymi i biurowymi oraz sprzętem oświetleniowym? Na koniec dnia coś dla podniebienia w eleganckiej restauracji. Na naszej trasie spotkasz imponujące budowle, hotele, restauracje, zakłady wytwórcze i ludzi z nimi związanych. Zapewnimy również wiele dodatkowych propozycji na spędzenie wolnego czasu pośród szwajcarskich krajobrazów.

Przy najładniejszych i najsłynniejszych ulicach handlowych i biznesowych w Szwajcarii. W słynnych kurortach i ośrodkach turystycznych. Oprócz głównego salonu w Lucernie, "City of Lights", firma posiada 16 innych sklepów ulokowanych pod najbardziej ekskluzywnymi adresami w Bazylei, Bernie, Davos, Genewie, Lozannie, Locarno, Lugano, Interlaken, St. Gallen, St. Moritz, Würenlos, Zermatt i Zurychu. Czy to przy ulicy Bahnhofstrasse w Zurychu, czy też przy Rue du Rhône w Genewie, czy też przy Via Nassa w Lugano- salony Bucherer odzwierciedlają filozofię działania firmy, czyli najwyższą jakość w najlepszych lokalizacjach.

NIE POKLEPUJ KROWY W ALPACH


Krowy pasące się w malowniczych szwajcarskich Alpach wyglądają wprawdzie bardzo sielsko, ale mogą być groźne dla ludzi. Szwajcarska federacja turystyki pieszej publikuje w tej sprawie na swej stronie internetowej kilka porad dla turystów na alpejskich szlakach.

Nie zbliżać się do krów, nie nawiązywać z nimi kontaktu wzrokowego, pozostawić zwierzęta w spokoju, nie dotykać ich i w żadnym wypadku nie głaskać cielaków. Pasących się krów nie należy też straszyć, nie należy wymachiwać przy nich kijami, a jeśli już sytuacja zrobi się groźna- a takie wypadki czasem się zdarzają- krowę trzeba odpędzić uderzeniem w pysk, ale tylko w razie absolutnej konieczności. 

Nie prowadzi się statystyki niebezpiecznych spotkań z krowami, ale przedstawiciele szwajcarskiej federacji twierdzą, że w ostatnich latach turyści zgłaszają coraz więcej takich przypadków.

Szwajcarzy dla turystów

Lozanna, po Genewie i kurorcie Montreux, zamierza pozwolić turystom w czasie pobytu w mieście korzystać ze środków transportu publicznego za darmo.

Przed 2008 r. turyści przebywający w jednym z lozańskich hoteli dostaną kartę wstępu umożliwiającą im podróżowanie po mieście bez potrzeby kupowania biletów autobusowych. 7% wzrost pobytów z noclegiem w okresie 2005-2006 spowodował, że ożywienie turystyki Lozanny osiągnęło najlepsze wyniki w ciągu ostatnich 26 lat.

Lozanna przyciąga więcej turystów niż inne szwajcarskie miasta, lecz jest trochę w tyle za Genewź i Montreux w oferowaniu turystom darmowego dostępu do środków transportu publicznego. Już od początku roku Genewa zapewniła "Genewską Kartę Transportową" do przemieszczania się transportem publicznym. Natomiast turyści przebywający w regionie Montreux- Vevey mogą korzystać z "Karty Riviera", która prócz darmowego transportu oferuje zniżki do regionalnych muzeów. Obecnie Lozanna próbuje dogonić pomysł turystycznych kart wstępu.

Karty zostaną sfinansowane z podatku turystycznego, który każdy turysta płaci w momencie zameldowania się w hotelu. W zależności od miejsca pobytu podatek wynosi od 80 centymów do 2,8 CHF za dzień.

Najdłuższy tunel świata


Najdłuższy lądowy tunel na świecie został otwarty w Szwajcarii. Około 1000 osób- urzędników i mieszkańców- obserwowało przejazd pierwszego pociągu przez 35-kilometrowy tunel biegnący od alpejskiej miejscowości Frutigen w kantonie Berno do Raron w kantonie Valais.

Tunel, który został wybudowany w ciągu ośmiu lat kosztem około 4,3 mld franków szwajcarskich, skróci czas  jazdy pociągów z Włoch do Niemiec z obecnych trzech godzin do niecałych dwóch. Umożliwi też narciarzom szybszy dojazd do szwajcarskich kurortów- zamiast obecnych 110 minut jazda potrwa teraz 55 minut.

Dopuszczalna prędkość jazdy w tunelu wynosi 160 km na godzinę w przypadku pociągów towarowych i- w przypadku pasażerskich.

Nowy tunel pobił dotychczasowy rekord długości- 26,5 km- należący do tunelu Hakkoda w Japonii. Na świecie istnieją teraz tylko dwa dłuższe od niego tunele- są  to jednak tunele podmorskie- Seikan w Japonii i tunel pod kanałem La Manche.

POLSKO-UKRAIŃSKA GRANICA ABSURDU

Tam, gdzie kończy się unia...

źródło: Forum TravelBit - autor nieznany


Bałagan, zastraszanie i łapówki- to polsko-ukraińskie przejścia graniczne. Żeby przedostać się na drugą stronę, trzeba uzbroić się w cierpliwość, gotówkę i być gotowym na bardzo wiele... 

Hrebenne- Zielony pas dla podróżnych, którzy nie mają nic do oclenia, to fikcja. Tutaj wszędzie są  takie same kolejki.

- Gdzie jedziecie?- rzuca funkcjonariusz ukraińskich służb granicznych. 
- My na zaproszenie konsula- blefujemy. Udało się: przekraczamy granicę w godzinę, podczas  gdy normalnie trzeba stać trzy. 
W drugą stronę, czyli z Ukrainy do Polski, nie działają już żadne sztuczki. Zielony pas, jak zwykle, zatłoczony. 

Dzień jak co dzień, czyli wielka kolejka TIR-ów 

Ochroniarze 

Podchodzi do nas dwóch mężczyzn; wyglądają jak ochroniarze z dyskoteki.
- Dajcie dwadzieścia hrywien- po polsku mówią całkiem nieźle. 
- Za co? 
- Za to, że możecie tu stać- oni nie żartują.- Nie dacie, nie przejedziecie.

Staliśmy cztery godziny, zanim znaleźliśmy się w ścisłej strefie granicznej. Kiedy byliśmy tuż przed ostatnim szlabanem, jeden ze strażników powiedział nam tylko, że mamy wracać na koniec kolejki. 

Natychmiast i bez dyskusji. A tam już czekali znajomi panowie. Tym razem bez szemrania wyciągamy 20 hrywien. Niestety, stawka wzrosła do 20 dolarów. 
Po trzech godzinach wreszcie przejechaliśmy przez szlaban. Tyle że jeszcze nie przekroczyliśmy granicy. Stoimy w kolejnej kolejce. Tu z aut mogą wysiadać tylko Ukraińcy.
- Nie wolno, do maszyny- krzyczy celnik.
Obok stoi grupka ukraińskich kierowców. Palą papierosy i nikt im nie robi kłopotów. 

Po dwóch godzinach doczekaliśmy się kontroli paszportowej. 20 minut i trafiamy do polskich celników. Tu też kolejka... 

Nie wytrzymujemy. 

- Jesteśmy dziennikarzami. Musimy zawieźć zdjęcia i teksty do redakcji - tłumaczymy. 
- Oczywiście, bardzo proszę- mówi polski pogranicznik. I dzwoni do swoich kolegów na następnej bramie.
- Przepuście tych ludzi bez kolejki- prosi. 

Staliśmy na tym przejściu od 4 w nocy. Teraz jest 11. Całe przejście graniczne ma długość kilkuset metrów, a pokonywaliśmy je siedem godzin. 

Medyka 

Międzynarodowa droga nr 4. Im bliżej przejścia, tym więcej ukraińskich tablic i reklam na polskich sklepach. 
Przy terminalu zwyczajnie: setka tirów do odprawy.- Trzeba będzie aż do wieczora stać- narzeka Paweł Skarbek z Przemyśla, kierowca. 

- Tylko bez nazwisk i zdjęć!- proszą ukraińscy kierowcy. Wtedy chętnie opowiadają: że dostają telefon, kiedy jest "dobra" zmiana i trzeba jechać. Bo "dobra" zmiana ściągnie plomby, do lasu bezpiecznie wywiezie, a tam trefny towar można wyładować. 
Kto dzwoni z informacjami? 
- Ten, który wie- odpowiadają kierowcy. 
A czyje te wille? 

Kiedy prezydent Wiktór Juszczenko odwiedził przygraniczne tereny, zapytał tylko, czyje są te piękne wille. 
Oczywiście, celników. 

Po wizycie prezydenta na przejściu pojawiły się kontrole przysłane z Kijowa. Kilka miesięcy później grupa ukraińskich parlamentarzystów tłumaczyła swoim polskim kolegom, że to nie pomaga.<br />
- Kontrola jest, a później jej nie ma- mówili.- I na granicy wszystko zostaje po staremu. <br />

Bo ważni ukraińscy celnicy są  ostrożni: jeśli już ryzykują, to biorą duże pieniądze za duży przemyt. 
Zwykli biorą, co popadnie. 
- Grosze, baksy- mówi Polak, który żyje z przygranicznego handlu.- Generują kolejki, żeby od kierowcy wziąć dolara. 

Kobieta i człowiek

Od strony polskiej można wjechać na przejście pasem dla turystów z unii. Po stronie ukraińskiej nie ma znaczenia, kto skąd jest. Szybciej odprawi się ten, kto sprytniej zmieni pas albo zajedzie drogę. I czy prawidłowo wypełni dokumenty, których wciąż przybywa. 

Tym razem celniczka nie chce "Karty imigracyjnej - CK". To nikomu niepotrzebny formularz: kto jedzie, skąd i dokąd. Nikt tego nie czyta. No, może poza Polakami, którzy się dowiadują, że w rubryce "mężczyzna" należy wpisać "człowiek". A w rubryce "kobieta" należy wpisać... "kobieta". Taka ciekawostka. 

Przy wyjeździe z przejścia granicznego ostatnia bramka. Tu z kolei proszą o kawałek papieru, który ukraińscy urzędnicy dali przy wjeździe. Trzeba się wrócić i uzupełnić pieczątki. 

Krościenko- Z Polski na Ukrainę: 2 godziny. 

W odwrotną stronę: koszmar. W Medyce stalibyśmy ok. 7 godzin i wydali sporo pieniędzy na łapówki. 
Dlatego wracamy przez przejście w Krościenku. Tu jest normalnie. Tak, jak być powinno. Może dlatego, że na tu nie ma "ziemi niczyjej" między strefź polską i ukraińską? Może dlatego, że służby polskie i ukraińskie urzędują w tej samej budce? A może dlatego, że tu nie traktuje się każdego jak przemytnika. 
- Mamy wspólne odprawy. I dlatego idzie nam tak sprawnie- chwali się porucznik Andrzej Siwiec, kierownik zmiany. 

Kiedy otwierano przejście, zakładano, że codziennie skorzysta z niego ok. 500 aut i półtora tysiąca osób. Tymczasem przejeżdża 3 tysiące samochodów i 7 tysięcy ludzi. 
I nie ma kolejek. 

Zosin 

Z kolejki samochodów oczekujących na wjazd do Polski nagle wysiada kierowca. Przeskakuje barierkę dzielącą kolejki i wsiada do samochodu stojącego przed nami.- Ukraińcy tak robią- tłumaczy nam właściciel wysłużonego dostawczaka. - Współpracują ze sobą. Mają kilka samochodów w kolejce. Jeden kierowca podjeżdża, kiedy trzeba. A drugi jedzie na Ukrainę, by ustawić w kolejce kolejne auto. A potem handlują miejscami w kolejce. Za kilkadziesiąt hrywien, czy kilka dolarów można skrócić sobie oczekiwanie na wjazd do Polski. 

Ciężarówką niet 


Tymczasem podchodzi do nas ukraiński pogranicznik. 
- Karty macie? - pyta. 

Nie mamy. Dostajemy malutkie karteczki, które skrupulatnie wypełniamy. Imię, nazwisko, dokąd jedziemy... Bez tego nie wrócimy potem z Ukrainy. 
W końcu podjeżdżamy do miejsca, gdzie odbywa się kontrola paszportowa. W małym pomieszczeniu ktoś siedzi i wyciąga rękę po nasze paszporty. Ktoś, bo przez lustro weneckie zupełnie nie widać, czy to kobieta, czy mężczyzna. Długo trwa sprawdzanie naszych dokumentów. W końcu ręka z nimi wysuwa się z okienka.
- Nie pojedziecie- słyszymy. 

I nie pojechaliśmy. Okazało się, że auto, którym jedziemy, mimo że to samochód osobowy, nie może przekroczyć granicy w Zosinie. Bo w dokumentach jest zarejestrowany jako ciężarowy. Nawet mieszkańcy Zosina, którzy mają samochody z kratkami, nie mogą tu przekroczyć granicy. Muszą pojechać do Dorohuska lub Hrebennego. 

Wycieczka  

Sobota, wczesny ranek. Z dwójką gości z Pomorza jedziemy na wycieczkę do Lwowa. Przed nami tylko 10 aut. Liczymy, że za pół godziny będziemy po drugiej stronie. Przeliczyliśmy się. Chociaż tłumy ludzi w ukraińskich mundurach biegają w tę i z powrotem, krzyczą, kłócą się albo coś gorączkowo omawiają, odprawienie dwóch samochodów zajmuje pół godziny. A za nami rośnie kolejka. 
Po godzinie wysiadamy, żeby zapalić papierosa. Podbiega ukraiński pogranicznik i drze się: Palić nie wolno! Mandat będzie! 

Po dwóch godzinach docieramy przed okienko odpraw. Ukrainiec ogląda paszporty, kartki imigracyjne, "talonczik", czyli świstek z wypisanymi numerami rejestracyjnymi naszego auta. 
- Dokąd - pyta. 
- Do Lwowa.
- Na długo?
- Na jeden dzień. 
- Po co? 
- Turystycznie. 
- Co znaczy "turystycznie"? 
- Pooglądać miasto, pójść do muzeum, na Cmentarz Łyczakowski....- dukamy zaskoczeni. 
- A vouchery turystyczne macie? 
- Nie, ale mamy gotówkę: euro, hrywny i karty kredytowe....
- Bez voucherów nie ma jazdy. Na koniec kolejki! 

Na końcu kolejki pytamy Ukraińców o te cholerne vouchery. 
- Jakie vouchery?- śmieją się.- Nie ma żadnych voucherów. Kartki się liczą. 
Kartki, czyli tzw. wizy imigracyjne, karteluszki z wpisanymi danymi personalnymi, których nikt nie czyta. Wypełniamy je ponownie, dokładnie jak tamte, które zostały w rękach pana od voucherów. Czekamy dwie godziny. 
- Źle wypełnione- orzeka nasz prześladowca z okienka.- Na koniec kolejki. 

Trzeciej próby nie będzie. Pojedziemy przez Dorohusk, 40 km na północ od Zosina. 

 Dorohusk  

Tu w kolejce polskie mrówki uświadamiają nas "granicznie". 
- To nie wiecie, że trzeba dać po 10 hrywien od głowy temu, co dopuszcza do szlabanu, temu od paszportów i celnikowi. I dobrze mieć 10 gotowych dla milicjanta, bo jak zjedziesz z przejścia, to cię zaraz drogówka sprawdzi, a po co kłopoty.

Próbujemy. "Ten od szlabanu" bierze 30 hrywien jak swoje. Jedziemy dalej. Kierowca bierze wszystkie trzy paszporty (w każdym po 10 hrywien), wizy, talonczik i idzie do biura odpraw. Jedna godzina, druga... Pecha mieliśmy. 

Pieniądze w paszportach zauważył Bardzo Ważny Pogranicznik. Zrobił awanturę. Tłumacz przysięgły, przesłuchanie, deportacja i zakaz wjazdu na teren Ukrainy przez rok. Na koniec przemówienie Bardzo Ważnego: od czasów pomarańczowej rewolucji funkcjonariusze ukraińskiej administracji łapówek nie biorą! 

Agnieszka Włodarkiewicz-Łabędzka- rzecznik prasowy Izby Celnej w Białej Podlaskiej 

- Na wschodniej granicy przemytniczym hitem wciąż są  papierosy. Od początku roku przejęliśmy już ponad 4,5 mln paczek. Na drugim miejscu są  podróbki markowych towarów: odzieży, butów, kosmetyków, zegarków itd. Przemycane są też pirackie płyty CD i DVD, przede wszystkim z filmami i grami komputerowymi. Przemytnicy starają się zarobić także na sterydach anabolicznych; odebraliśmy im ponad 61 tys. tabletek i ampułek. Dobrą cenę ma u nas też nieoszlifowany bursztyn i ikony. 

Granica polsko-białoruska 

Z Białegostoku dojeżdżamy do Kuźnicy. To niewielkie miasteczko. Po lewej stronie szkoła, po prawej sklep i jeszcze dwa kantory przy głównej drodze. Mimo to handel kwitnie. Głównie alkohol i papierosy. 
Na przejściu kilometrowa kolejka TIR-ów. 
- Bez nerwów- mówią kierowcy.- Dwie godziny i po sprawie. Dalej będzie gorzej- ostrzegają.

W kolejce osobowej kilkanaście aut. Dojeżdżamy do białoruskiego przejścia. Pogranicznik wypisuje nam kwit i zaznacza, ile osób jest w samochodzie. Puszcza nas dalej. 
- Już? Po wszystkim?- nie możemy ukryć zdziwienia. I dokładnie za minutę dowiadujemy się, że było to przedwczesne. Jakieś 200 metrów przed nami zaczyna się następna kolejka. Czekamy. Przez 20 minut kolejka nie poruszyła się nawet o krok. Następne 20 minut i... przejechał jeden samochód. Okazuje się, że musimy wypisać jeszcze świadectwo naszego wjazdu. Dostajemy kwit. Napisany po białorusku. Na szczęście mamy ze sobą wypełniony wzór. 

Ale nie opłaciliśmy jeszcze "zielonej karty"- specjalnego ubezpieczenia samochodu. Dla spóźnialskich na przejściu jest bank, gdzie można wykupić polisę. Tu kosztuje 20 dolarów. W Polsce 10 zł. 
Na przejściu czeka nas jeszcze odprawa paszportowa, celna i odprawa samochodu. 
Paszportową przechodzimy bez trudu, choć i tu trzeba się naczekać. Wszyscy stoją, marzną i czekają, a celnik gdzieś sobie poszedł. Kiedy wróci? A kto to wie? 

Z odprawą celną jeszcze gorzej. Celnik się obraża, bo kiedy przeglądał nasze bagaże odebraliśmy telefon. Obraził się tak bardzo, że po prostu nas zostawił. Czekamy, czekamy, a reszta kolejki razem z nami. Celnicy też czekają. Chodzą tu i tam, coś robią, ale przez godzinę nie odprawiają. W końcu im przechodzi. Celnik znowu wszystko przegląda i wreszcie puszcza dalej. To znaczy do kolejnego okienka. Tu sprawdzają deklarację samochodową. Wszystko w porządku, więc ruszamy w drogę. Czyli do następnego szlabanu. Kwadrans czekania, sprawdzanie paszportów i kwitów. 

Wreszcie, po czterech i półgodzinie jesteśmy na Białorusi. I jeszcze się dowiadujemy, że mieliśmy szczęście.- Dzisiaj to i tak było bardzo szybko- tłumaczy nam Leszek, kierowca z Białegostoku.- Tydzień temu stałem tu 17 godzin."

Muzeum Pisanki w Kołomyi // The Easter egg museum in Kolomyia

Autor: Ewa Stanek
Źródło: Gazeta Wyborcza

Gdzie nie spojrzeć jajka: kurze, gęsie, strusie, z kamieni szlachetnych. Drapane, wyszywane, malowane, oklejane.


Gdyby nie 10. Zjazd Hucułów, kto wie, jak potoczyłyby się losy pisanek zbieranych od lat przez Muzeum Pokucia i Huculszczyzny w Kołomyi. Po długich staraniach w 1987 r. muzeum dostało na swoje zbiory XVI- wieczną drewnianą cerkiew (stoi na cmentarzu przy wjeździe do miasta od strony Lwowa). Ledwo ją jednak wyremontowano i urządzono ekspozycję, przyszła pierestrojka i wierni upomnieli się o świątynię. Zaczęto więc szukać innego miejsca dla pisanek.

Tymczasem zbliżał się zjazd Hucułów, którzy swój jubileusz postanowili obchodzić w Kołomyi (co roku spotykają się w innym miejscu), stolicy Pokucia, dla Hucułów- stolicy Huculszczyzny. Z tej okazji w ciągu trzech miesięcy, pracując w dzień i w nocy, w centrum miasteczka wybudowano 13,5- Metrowej wysokości jajo, które stało się siedzibą Muzeum Pisanki.

W środku na dwóch poziomach w gablotach i na tablicach zobaczymy 10 tys. pisanek, większość z okolic Kołomyi.

- Najcenniejsza? U nas wszystkie cenne- śmieje się Mirosława Bojkiw, która kieruje pisankowym oddziałem Muzeum Pokucia i Huculszczyzny.


Gdzie nie spojrzeć, jajka kurze, gęsie, strusie, a na piętrze- toczone z kamieni szlachetnych.

Pierwsze pisanki odkryto w Persji. Pochodzą sprzed co najmniej 5 tys. lat. Pisano na nich (dziś powiemy: rysowano) gorącym, roztopionym woskiem, a potem barwiono. Jednak można też jajka oklejać piórkami, papierkami, drapać, malować, a nawet wyszywać. są  takie wyszywane pisanki w Kołomyi- białe, ścieg krzyżykowy. Do ich zrobienia potrzebna jest zaokrąglona igła chirurgiczna, wiertła stomatologiczne i... dużo cierpliwości. Wierzyć się nie chce, że te misterne, delikatne wzorki zrobiła ludzka ręka. Każdy rysunek coś oznacza. Róża to słońce, krzyż ułożony z grabi wróży urodzaj, trójkąt, romb i kwadrat to ziemia. Ptaki są  posłańcami dobra i błogosławieństwa, ryba symbolem Chrystusa, kobieta to bogini, opiekunka rodzaju ludzkiego, baranie rogi- znak corocznego odradzania przyrody, a falista linia (bezkonecznik)- wodę i nieskończoność ludzkiego istnienia.

- Kiedyś wierzono, że człowiek, który ma pisankę z bezkonecznikiem jest bezpieczny, bo jeśli jakaś zła siła będzie mu chciała zaś zkodzić, to wpadnie w ten nieskończony wir i już nigdy się z niego nie wydostanie- tłumaczy mi ukraińska koleżanka.

Przechodząc na drugie piętro do głównej sali muzeum, mijamy gablotę z pisankami ze świata: Chiny, Izrael, Egipt, Indie, Kanada, Rumunia, Francja, USA, Sri Lanka. Przywożą je z podróży pracownicy muzeum, ale także przysyłają zwiedzający.

Na górze ściany pomalowane na czerwono, ciepłe światło. Pisanki trzeba chronić przed promieniami słonecznymi, bo te malowane farbami olejnymi płowieją. Wzory są  jaskrawe, drażnią oczy, ale trudno oderwać wzrok.

Najefektowniejsze są  pisanki kosmackie ze wsi Kosmacz, gdzie ulubionym kolorem jest intensywny pomarańcz. są  bogato zdobione w mikroskopijne wzorki, każda niepowtarzalna. Pięknie prezentują się też wydmuszki z Zakarpacia- białe z delikatnymi roślinnymi motywami, z dziurek wystają zwinięte z materiału kwiaty. A pisanki z Czarnego Potoku na Pokuciu odpowiadają kolorem nazwie wioski- na czarnym tle stoją krzyże, lecą ptaki, płyną ryby.

Pośrodku sali stała wystawa rzeźb Marii Kowalczuk, która mieszkała pod Kołomyją. Mówią tu o niej "nasz Nikifor". Od dzieciństwa ciężko pracowała, bo rodzice założyli nowe rodziny i nie zajmowali się córką. W wolnych chwilach lepiła figurki. Opracowała swoją technologię niewymagającą wypalania. Mieszała glinę z podartymi na małe kawałki gazetami i otrębami. Kiedy rzeźba wyschła, malowała ją, potem pokrywała lakierem. Choć jej życie było smutne i samotne, tyle w jej pracach radości: uśmiechnięta pasterka, druhny na koniach, zakochani pod kwitnącymi jabłoniami, wesele.

W zbiorach muzeum znajdują się prace tylko jednego mężczyzny- Iwana Semczuka z okolic Werchowyny. Różnią się od pozostałych. Każda pisanka przedstawia inną historię, polowanie, galopujące konie.- Umieścić tyle na maleńkiej powierzchni jajka to wielka sztuka- chwali Semczuka pani Mirosława.

Pachnie wosk. Idziemy na pokaz pisania, czyli malowania pisanek. Dziś pracuje energiczna, uśmiechnięta pani Olga. Zajmuje miejsce za stołem, na którym stoi kilka miseczek z woskiem i barwnikami, parę drewienek do pisania i maszynka elektryczna. Drewnianym pisakiem maczanym w podgrzanym wosku pani Olga rysuje na wydmuszce symetryczne wzorki, w centrum- krzyż. Potem maluje na żółto, zielono, czerwono i czarno- w tej kolejności. Następnego dnia na jarmarku w pobliskim Kosowie zapytałam panią Olenę, nauczycielkę matematyki (dorabia do pensji pisankami), czy można zmienić kolejność.- No jak to tak?- oburzyła się.- Nie można inaczej, bo pisanka się nie uda.

A musi wyglądać tak jak pisanki jej mamy i babci. I nie można zacząć pisania wcześniej niż w Wielkim Poście.

Na koniec obowiązkowy przystanek w muzealnym sklepiku. Tyle jajek! Które wybrać?- Pisanek zawsze robiono dużo- mówi Mirosława Bojkiw.- Część zostawała w domu, pozostałe zanoszono krewnym i znajomym. Pisankami ludzie życzyli sobie zdrowia, szczęścia, radości, miłości. Liczyło się nimi lata. Po przyjściu z cerkwi jedną poświęconą pisankę trzeba było powiesić na sznurku pod świętym obrazem.

Wybieram pisanki z ptakami, jeleniami i drzewem życia. Kurze kosztują 15 hrywien, gęsie są  dwa razy droższe. Na jarmarku w Kosowie zapłacę nie więcej niż 5 hrywien za sztukę, ale to nie będą pisanki konserwowane. Te z muzeum przecina się na pół, wzmacnia od środka papierem, potem skleja, suszy tydzień-dwa i pisanka staje się długowieczna.

Muzeum Pisanki w Kołomyi, oddział Muzeum Pokucia i Huculszczyzny im. Josafata Kobrynskiego, czynne w godz. 10-18, z wyjątkiem poniedziałków, wstęp 4 hrywny, dzieci- 2, fotografowanie- 20, filmowanie- 30. Podróż Lwów- Kołomyja trwa 3-4 godz. z powodu fatalnej drogi- dalej w kierunku Czarnohory droga jest tylko gorsza;)- dane z początku 2008

niedziela, 11 lutego 2018

Hotel ze sniegu



Z pewnością żaden z gości hotelowych nie zmarznie. Łóżka są  ciepłe i wygodne, wysłane skórami z reniferów, a w sąsiednim budynku są  również toalety i prysznice z gorącą wodą. Restauracja hotelowa serwuje lokalne, arktyczne przysmaki.

Każdego roku powstaje ten niezwykły hotel. W tym roku Kirkenes Snow Hotel ma ponad 40 pokoi, bar i kaplicę. A wszystko zrobione jest ze śniegu i lodu. Goście mają do wyboru łóżka typu queen i king size. We wszystkich pokojach na ścianach są  dekoracje ze śniegu. We wnętrzach hotelowych znajdują się także rzeźby lodowe. Hotel oferuje również usługę budzenia dla wszystkich zainteresowanych oglądaniem zorzy polarnej. 

 Oprócz pobytu w hotelu ze śniegu Radius Kirkenes proponuje turystom spotkania z kulturą Samów, przejażdżki psim zaprzęgiem i safari skuterem śnieżnym. podczas  pobytu trzeba koniecznie wybrać się na safari w poszukiwaniu zorzy polarnej. Można zacząć od obejrzenia filmu z Davidem Spinxem, który wybrał się na poszukiwania zorzy polarnej. 

Jak dotrzeć do Kirkenes

 Codziennie bezpośrednio z Oslo do Kirkenes kursują samoloty linii lotniczych SAS i Norwegian. Lot trwa około dwie godziny. Inne połączenia lotnicze z i do pozostałych miejscowości w Norwegii Północnej obsługuje Wideroe.

 O Kirkenes

 Małe miasteczko Kirkenes znajduje się na północnym wschodzie Norwegii Północnej, blisko granicy z Rosją. Kirkenes jest znane jako stolica regionu Barentsa i brama prowadząca na wschód. Miasto leży między dwiema strefami czasowymi; helsińską a moskiewską. W Kirkenes, który znajduje się w gminie Sor-Varanger ludzie mówią po norwesku, w języku Samów, po fińsku i rosyjsku. To małe, górnicze miasteczko ma około 3300 mieszkańców.