środa, 26 marca 2014

Wildlife reserve in Sevenoaks

Kent Wildlife Reserve has ample parking and a visitor centre. I recommend you take some time to visit the centre and also take along a pair of binoculars!
The map and text is from https://www.geocaching.com/geocache/GCWQGP
The reserve is open every day from dawn to dusk. No overnight access is permitted. There is no charge for entry but donations are welcome. There is very deep water and under 16's must be accompanied by an adult. Due to the fact that this is a wildlife reserve, absolutely no dogs or bicycles can be permitted anywhere in the reserve.

wtorek, 25 marca 2014

Dogkeeper needed - czyli pies też człowiek...

 

Angus ogląda regaty.

Jak zostałam dogkeeperem? Przez przypadek. Dziki przypadek.

Mój kalendarz wykazywał bowiem dziury. Byłam zaproszona do Lesley do Royal Tunbridge Wells na tydzień w marcu. Pobyt u Lesley kończył się 20 marca. Natomiast od kwietnia miałam potwierdzoną pracę w Windermere (na "angielskich Mazurach") Ani jednego, ani drugiego terminu nie dało się przełożyć. Powrót do Polski na te 10 dni wiązał się z dodatkowymi kosztami (już o targaniu dwudziestoparo-kilogramowej walizki nie wspomnę w ogóle). Kombinowałam jak koń pod górę z pustym wozem - a to pojadę pozwiedzać Anglię, nocować będę pod chmurką albo w szkockich "bothies" (coś pomiędzy szałasami pasterskimi, a chałupami studenckimi), a może odwiedzę wszelkich możliwych znajomych po drodze, żebrząc o dach nad głową... Pomysłów miałam mnóstwo, ale żaden tak naprawdę nie nadawał się do realizacji.

Z pomocą przyszedł mi przypadek - a właściwie zbieg przypadków.

Pierwszy przypadek odwalał swoją robotę za moimi plecami - ja bowiem do Wrocławia na Szanty nie dotarłam. Dotarł za to Ninja, który nawet wszedł na scenę i zaśpiewał dwa utwory. Ci, co wówczas stali pod sceną mieli tzw "opad szczęki" aż do podłogi. Fani (nieco podstarzali, bo Ninja ostatni raz stał na scenie 10 lat temu) bez zwłoki umieścili nagranie na ścianie płaczu* - dzięki czemu pół niegdysiejszej "Gawry" ** odnowiło ze sobą kontakt.

Działo się to na początku marca.

Dzięki wrocławskiemu przypadkowi dowiedziałam się, że część z nich mieszka w Anglii. Krótkie rozmowy telefoniczne wykazały, iż jeden osobnik mieszka nawet w hrabstwie Kent (jakieś 10 mil od Lesley). Dwa dni później osobnik zadzwonił z hasłem "Ziellona, a może byś się mi psem zaopiekowała? Bo ja muszę wyjechać na tydzień."

Tym sposobem zapełniła mi się luka między pobytem u Lesley, a rozpoczęciem pracy w Windermere.

Jeszcze nie wiedziałam, że tej pracy mieć nie będę...

* Ściana płaczu, czyli portal exhibicjonistów, zwany również FAKBUKiem to niezwykle popularne medium społecznościowe, choć aktualnie jest to głównie portal reklamowy wszystkiego co niepotrzebne nikomu.

** Gawra na placu Wróblewskiego we Wrocławiu to było miejsce magiczne. Teoretycznie można było - z braku innego określenia - nazwać ją knajpą szantową, tawerną, klubem żeglarskim. Ale to tylko ze względu na zbyt małą elastyczność języka polskiego - Gawra była po prostu Gawrą. Prowadzona przez korsarski zespół Różę Wiatrów - co środę odbywały sie spotkania gawiedzi żeglarskiej plus jednego żeglarza suchego (czyli mnie, bo każdy, łącznie z malutkimi dziećmi, jednak swoje w życiu wypływał. Każdy - z wyjątkiem mnie. Przepraszam, błąd: 4,5 godziny na pojezierzu Brodnickim w charakterze balastu. Tyle moich osiągnięć. Brak żeglarskiej duszy i doświadczenia, nie przeszkadzał nikomu. A mnie tym najmniej, bo Gawra byłą Gawrą - jedyną knajpą, do której uczęszczałam cyklicznie. Kurcze - jedyną knajpą do której w ogóle uczęszczałam:).

czwartek, 20 marca 2014

Chatham - zabytkowe doki, w których wciąż trwa produkcja lin


Plany się nie zmieniły, ale trochę zmodyfikowały. W wyniku modyfikacji pojawiła się możliwość króciutkiej wycieczki do Chatham. Kompletnie nie znam geografii wysp, co akurat powodem do chwalenia się nie jest, ale jest to niestety prawda. Zatem dopiero po powrocie do domu zorientowałam się, że Chatham leży kilka kilometrów od Rochester. A jednak tutaj świat wygląda zupełnie inaczej. 

Rochester z katedrą i zamkiem, to typowe miasteczko turystyczne. Sklepy z pamiątkami, ludzie odpoczywający na trawniku przed zamkiem, podziwiający panoramę, wieczny ruch i gwar. Tak wygląda Rochester. 

Chatham jest kompletnie inne. Dawne doki, dziś stanowiące atrakcje turystyczną, wyglądają tak, jakby marynarze opuścili port na chwilę tylko. Tak na sekund pięć. Chociaż właściwie ...?

Z zabudowań portowych dochodzi stuk i dźwięk jakiś maszyn - to trwa produkcja lin.
No, ale jak to lin? - zapytacie. Przecież doki w Chatham to atrakcja turystyczna, muzeum, miejsce, w którym ogląda się eksponaty, podziwia statki, a nie produkuje liny. Czyż nie? 
No właśnie: nie! 
To mnie właśnie tak urzeka w Anglikach - jeżeli mamy muzeum to musimy je utrzymać. Skoro w tym miejscu od zawsze trwała produkcja lin, to czemu nie robić tego nadal? Więc robią.

http://www.thedockyard.co.uk/ - strona muzeum Historical dockyards in Chatham

sobota, 15 marca 2014

Rowerowo...

Metodą kupna, nabyłam rower.
Górski.
Sprawny.
Do odbioru osobiście - jak to z rowerem bywa. Raczej rzadko nadają pocztą lub kurierem. 
Odległość? Jakieś 50 mil w jedną stronę.
Nakombinowałam się trochę, żeby znaleźć logiczne połączenie.
Nie znalazłam.
Najlogiczniejsze połączenie pociągowe obejmowało pociąg w kierunku Carlisle, przejazd 10 mil na rowerze do kolejnej stacji i powrót pociągiem linii Settle - Carlisle. Niestety, po południu (bo wtedy był odbiór możliwy) najwcześniejszy pociąg przyjeżdżał do stacji przesiadkowej jakoś około ósmej wieczorem, co powodowało złapanie pociągu do Horton o jakiejś... siódmej rano. 
Tak, wiem, że to nielogiczne. Ale najlogiczniejsze.
Bo do tej mojej dziury pociągiem można się dostać jedynie z Leeds lub Carlisle. Każda inna opcja to karkołomna łamigłowka i przesiadki niejednokrotnie zahaczające o konieczność noclegu.
Tak, Ryan miał rację - car is a must.
Na szczęście posiadam fajnych kolegów. Fajni koledzy, w osobie Charliego, zaproponowali mi podrzucenie do Preston. Uparłam się, że za koszt benzyny i nie zgadzam się na wolontariat. 
Pojechaliśmy do Preston - dokładnie do Longridge, gdzie jeszcze_własciciel roweru zamieszkiwał.
Przyznam, że otoczenie zniewalające. To znaczy - u nas ładniej:) Ale i tak Forest of Bowland zniewala urokiem. Jak już opanuję rower wybiorę się w okolice Longridge na przejażdżkę.

Tylko muszę załatwić bagażnik rowerowy lub koszyczek, bo w stanie aktualnym nie mam jak przewieźć głupiej kurtki:)
Minusem roweru - do dzisiaj - była też wysokość. Siodełko chciałam sobie podnieść, ale nie da rady, bo sztyca za krótka. Na szczęście posiadam drugiego fajnego kolegę:) Kolegę kombinatora. Tim pochodzi z południowej Afryki i kombinuje lepiej od Polaków. Tak, jest to możliwe. To właśnie Tim.
Ponieważ również metoda kupna nabył rower, o większej wysokości względnej:) przemontował swoje siodełko do mojego roweru. Przez co nabyłam wymarzoną wysokość. 
Dziś na rowerku pomknęłam całe 7 kilometrów w górę rzeki Ribble. Dlaczego tak krótko?
Pizgało, wiało, waliło deszczem między oczy. Przyjemność średnia na jeża, ale uparłam się, że pojadę. Bo jak mawia Charlie - to jest Anglia, czekanie na dzień bezdeszczowy mija się z celem.
Do końca prawda to nie jest, ale faktycznie temperatur i słońca cypryjskiego to tu się nie uświadczy:) Niemniej jednak, choć pada często, to pogoda jest powiedzmy że wiosenna. Zapewne w lecie też jest wiosenna, a zamiast złotej jesieni występuje jesienna plucha. Ale do tych wniosków dojdę za pół roku. Na razie wali deszczem między oczy:)

We młynie

W drodze do Hastings, do którego notabene nie dotarłyśmy, Lynn nagle powiedziała:

- Wiesz co Kasia, tu gdzieś jest młyn. Wiatrak, dokładniej rzecz ujmując. Słyszałam historię, że odziedziczyła go taka starsza pani, która nie miała siły na opiekowanie się młynem i zapisała go dwójce swoich siostrzeńców, czy bratanków. Ponoć, ale to tylko plotki, młodszy siostrzeniec (czy bratanek) wykupił młyn od drugiej osoby i teraz go remontuje. Ale to tylko plotki i to sprzed kilku lat. 

Blackdown Mill ©
Nie musiała więcej mówić. Razem z Lynn, pomimo różnicy kulturowej, różnicy wiekowej i wszelkich innych różnic, jesteśmy podobnie pieprznięte.

Jasnym było, że młyn będzie nasz.

niedziela, 23 lutego 2014

Wyhasać haskiego - czyli: sisi-kupa z Szeklą w Karniowicach


Sobotnie, mgliste popołudnie. Pogoda średnia na jeża. No, ale pies się domaga... Wsiedliśmy zatem w Sienkę i pomknęliśmy (hasło nieco na wyrost) w kierunku dolinek. Michał tam się niegdyś wspinał, więc zdecydowanie bardziej kręcą go skałki, niż górecki pt Beskid Myślenicki. A że psu jest obojętne skąd harata patysie....
Założenie było proste "gdzieś za Modlniczką skręcimy". Ale mnie, w międzyczasie, przypomniały się Górki Karniowickie, gdzie jeździliśmy na spacery z tatą, tam - skąd Truśka wynosiła poroże jeleni.
Trafiłam bez pudła.


Początkowo trasa biegła prostą drogą, nieubłoconą. Po spotkaniu przeuroczej husky, która biegała tam z panem swym (właśnie tak - to ona biegała z nim, a nie on z nią) i była wybitnie zainteresowana Szeklunią (Szeklunia nią mniej:))) trasa sama wybrała się w dół, w kierunku dolinki Kobylańskiej. Husky ciągnąc za sobą pana, pobiegła w kierunku Bolechowickiej.

Pogoda? Średnia. Mglisto, chłodno, bez rewelacji.
Światło? - Brak.
Ludzie? BRAK, BRAK , BRAK - I to był największy plus dodatni wizyty w Kobylańskiej poza sezonem i w dzień daleko odbiegający od hasła "ładny weekend".
Podczas zejścia do głównej części doliny, trafił się keszyk:) - podjęty bez żadnych problemów - tak na osłodę po brzydkiej pogodzie.

W dolince zaczęło się już ściemniać, więc zaczęliśmy się piąć pod górę, w kierunku samochodu.
Mapy co prawda nie mieliśmy (Michał spędził tam ćwierć życia i zna te tereny, a ja mam GPS-a). Niemniej jednak, trochę pobłądziliśmy - to znaczy nie pobłądziliśmy, tylko pragnąc iść na skróty dotarliśmy do bocznej dolinki, dochodzącej do Karniowickiej od wschodniej strony. Nie mieliśmy pojęcia o jej istnieniu.
Nie chciało nam się schodzić po ostrym zboczu i wyłazić z powrotem na górę, więc lekki powrót i "pójdziemy po mojemu". Co mnie cieszy, to to, że pomimo wszystko orientacji w terenie nie straciłam zupełnie, a przynajmniej nie tak bardzo jak mi się wydawało.
Do samochodu dotarliśmy po ciemku (to już chyba tradycja, gdziekolwiek i z kimkolwiek nie jadę, nie ma innej możliwości - wracamy po ciemku).



wtorek, 18 lutego 2014

Park Strzelecki

Park Strzelecki – park miejski w Krakowie przy ulicy Lubicz 16 zajmujący 1,4 ha powierzchni.
Bogaty kupiec Józef Louis wybrany królem kurkowym w 1836 nabył duży ogród na przedmieściu Wesoła, w obrębie dzisiejszych ulic Rakowickiej, Topolowej, Bosackiej i Lubicz od cukiernika Steinkellera, z zamiarem podarowania go Bractwu Kurkowemu.
Bractwo Kurkowe, które wznowiło działalność w 1831 urządziło tutaj strzelnicę i zbudowało pałacyk w stylu neogotyckim z basztą widokową według projektu Tadeusza Majewskiego. Strzelnicę uroczyście otwarto 15 października 1837 r., a już dwa tygodnie później odbyło się pierwsze uroczyste strzelanie do drewnianego kura. W latach 1874-75 pałacyk rozbudowano o reprezentacyjną salę zwaną strzelecką. Tutaj bracia kurkowi podejmowali swoich gości wśród których byli między innymi: cesarz Franciszek Józef I, jego syn arcyksiążę Rudolf, a później Ignacy Jan Paderewski, gen. Józef Haller, marszałek Józef Piłsudski, marszałek Francji Ferdynand Foch oraz prezydenci Polski Stanisław Wojciechowski i Ignacy Mościcki.
W 1883 na terenie parku ustawiono dwa pomniki: w 200 rocznicę zwycięstwa pod Wiedniem króla Jana III Sobieskiego i założyciela Bractwa Kurkowego króla Zygmunta Augusta. Oba pomniki zostały zaprojektowane przez Walerego Gadomskiego i wykonane w wapieniu przez Michała Korpala. Ten sam artysta wykonał jeszcze w 1890 r. popiersie Marcina Oracewicza zdobiące fasadę pałacyku.
W 1939 Niemcy zajęli ogród wraz z pałacykiem i w 1940 rozwiązali Bractwo Kurkowe, a jego pałacyk od tego momentu przez cały czas II wojny światowej służył jako pralnia i odwszalnia dla wojsk Wehrmachtu. W 1947 r. reaktywowano Bractwo, które w 1951 r. zostało ponownie rozwiązane, tym razem pod pretekstem kolaboracji z Niemcami. Do ponownej reaktywacji Bractwa Kurkowego doprowadził Wincenty Bogdanowski, który w pierwszym powojennym strzelaniu w 1964 r. został królem kurkowym. Park i pałacyk zostały zwrócone Bractwu Kurkowemu w 1991 r. Na terenie parku rozpoczęła się lecznicza pielęgnacja mocno zaniedbanego drzewostanu, złożonego zwłaszcza z kasztanowców. Park zyskał nowe ogrodzenie, a w pałacyku rozpoczęto w 1993 r. kompleksowy remont ukończony w 1997 r. Wtedy też, do odnowionego budynku przeprowadził się oddział Muzeum Historycznego Miasta Krakowa opiekujący się pamiątkami Bractwa Kurkowego, które w zbiorach muzeum miejskiego przetrwały wojnę i późniejsze lata.
W 1997 r. w 40. rocznicę reaktywowania Bractwo ufundowało swojemu wskrzesicielowi Wincentemu Bogdanowskiemu niewielki pomnik-popiersie z brązu autorstwa Czesława Dźwigaja. Ten sam artysta na zamówienie Bractwa Kurkowego w 2001 r. wykonał pomnik papieża Jana Pawła II. W czerwcu 2007 stanął w parku pomnik-obelisk upamiętniający 750-lecie istnienia Bractwa Kurkowego, a 17 lipca 2010 r. odsłonięto w parku pomnik Ignacego Jana Paderewskiego, oba pomniki wykonał również prof. Czesław Dźwigaj.