sobota, 10 września 2005

Mykologiczno-florystyczna wyprawa na Orawę


Piątek wieczór, wychodzę zmęczona z pracy z jedną myślą w głowie "spać, spać, spać". Moje wspaniałe marzenia przerywa dźwięk telefonu. Tata.
- Jeżeli chcecie jechać na wieś to dzwońcie do Zenita- wybiera się do nas na grzyby. 







Serce mi jęknęło. Z jednej strony: wieś, łączka, las, maliny, borówki (dla osób spoza Krakowa: jagody), szyszki i zapach drewna. Z drugiej strony perspektywa grzybobrania z trzema "kopniętymi grzybami"Wariatami. Już słyszę budzik drący się przeraźliwie o drugiej w nocy, chodzenie po lesie po omacku i usiłowanie wyprzedzenia wszystkich potencjalnych grzybiarzy. Tu należy się Wam, drodzy klubowicze, małe wyjaśnienie. 

Jestem córką grzybiarza i wędkarza, a co za tym idzie: nie łowię ryb i nie jem grzybów. Chociaż ojciec w swej trosce o dobro przyszłego zięcia przekazał mi podstawy grzybobrania i zapał do zbierania grzybów. (To znaczy wydawało mi się, że to był zapał, do momentu kiedy tata nie został członkiem darz grzyba. Okazało się, ze to co ja nazywałam zapałem to było nic, pikuś, nie ważne!!!) W każdym razie koło grzyba nie przejdę obojętnie. Natomiast wizja wstawania w środku nocy napawa mnie przerażeniem i nie widzę w tym najmniejszego sensu. Aczkolwiek podziwiam tych zapaleńców.

Koniec końców dzwonimy do Zenita i o godzinie 21 z minutami spotykamy się na placu Inwalidów (vel Wolności). Nie wiem, kiedy mija nam podróż, ale okazało się, że Zenit jest, może nie jeszcze bardziej, ale porównywalnie z moim tatą kopnięty grzybem. 

O której na grzyby?


Cały wieczór na wsi przebiega nam względnie spokojnie. Ogień buczy w piecu, pieszczocha wyciąga swe chude ramiona nad blachą, a wokół słychać tylko niezrozumiałe nazwy: borowik ceglastopory (dla mnie zawsze był to pociec), usiatkowany, grubotrzonowy... W końcu Wiesiek powiedział coś, za co uwielbiać go będę do końca swego życia.

- Powariowaliście? O trzeciej na grzyby. Myślę, że szósta to jest rozSądna godzina.

Jak sam deklaruje: "musi dbać o interesy członków klubu" i tym samym razem z mężem, (choć prawdziwek dla nas to prawdziwek, a nie borowik usiatkowany, szlachetny czy sosnowy) zostajemy zaproszeni do klubu. Nie mamy wyjścia:))) szósta rano: laski w dłoń, koszyki na plecy, aparaty do ręki i w drogę...

"Na grzyby" nie znaczy "po grzyby"


Wyprawy sobotniej nie nazwałabym ogromnym grzybobraniem. Adekwatna nazwa to raczej "edukacyjna wyprawa mykologiczno-florystyczna". Jak zauważył sam Wiesiek "wysyp jest!", co automatycznie obcinało szansę na rekordowe zbiory. Na dodatek nie znaliśmy tych lasów. Muszę się jednak pochwalić: wykosiłam prezesa!!! Zwyczajnie poszłam tam dokąd król chodzi piechotą i natknęłam się na mglejarki. Z pozycji jaką zajmowałam dość łatwo wypatrzyłam w tłumie brzydkich, wiotkich i oślizgłych grzybów małego maślaczka pieprzowego. To że znalazłam pierwszego grzyba tej wycieczki zawdzięczam jedynie temu, ze mnie się chciało siusiu, a im nie;) Z triumfu nie na wiele mi przyszło, bo kilka godzin później, kiedy oni mieli pełne koszyki, ja dalej miałam tylko małego maślaczka pieprzowego. 

Ale przecież nie przyjechaliśmy po grzyby tylko na grzyby. Takich na przykład zaś łonaków czy muchomorów było dosyć dużo, problem w tym, ze wszystkie jadalne wyzbierali nam już Słowacy. 

Edukacja mykologiczna

Fakt, że i moja rodzinka i Wiesiek mają jakieś ukryte talenty i w czystym lesie poznajdowali okazy prawdziwków, jedynym antytalenciem w tej grupie byłam ja z moim maleńkim maślaczkiem... braki materialne rekompensowała wiedza, którą  na każdym kroku usiłował mi wpajać Wiesiek. Z jakiś krzaków specjalnie przyniósł ślicznego zaś łonaka fioletowego, specjalnie dla celów dydaktycznych. Potem ściągnął mnie z góry, gdzie już marzyłam o jakimś małym, nawet dziurawym prawdziwku, na osłodę po maślaczku, bo znalazł pięknie odcinającego się na tle szaroburego igliwia, żółtego pięknoroga lepkiego. Aż w końcu, kiedy posileni kanapeczkami i herbatką przygotowaną przez mamusię ruszyliśmy pod kolejną górę, Wiesiek rozkrzyczał się na cały głos:

- jest, jest. Jaki piękny. Cudny!, Chodźcie!!!

Przekonana byłam, ze znalazł muchomora czerwonawego, który to grzyb napawa mnie delikatnie rzecz mówiąc odrazą, a tu...

Tak, proszę Państwa, OKRATEK AUSTRALIJSKI. Swoją drogą nigdy bym nie powiedziała, ze to jest grzyb. Piękny, czerwony, śmierdzący jak nieboskie stworzenie, miał tylko jedną wadę: rój much nad sobą. Nasi fotograficy nie przejmowali się jednak muchami, strzelali zdjęcia, niemal wchodząc w tego biednego okratka.


Zostałysmy same ze żmiją


Ale skończyło się dobre. Weszliśmy w las i panowie rozeszli się po nim szukając tego co zostawili nam Słowacy. Opuszczone przez panów pocieszałyśmy się z mamą, chodząc naokoło muchomorów czerwonych. Były po prostu piękne. Albo w tym miejscu nikogo przed nami nie było, albo wcześnie rano był Grzybiarz, przez duże G. Ani jeden niejadalny grzyb nie był uszkodzony! A taki widok naprawdę rzadko można spotkać w sobotę popołudniu. Chodzenie na czworakach pomiędzy gałęziami zaowocowało kilkudziesięcioma maleńkimi prawdziwkami. Musiały wyróść od czasu, kiedy ktoś rano wyzbierał im tatusiów. Niemal przy każdym muchomorze znajdowałyśmy maleńkiego prawdziwka. Niestety zdecydowana większość dwucentymetrowych nawet prawdziwków była dziurawa- jednak grzyb to grzyb. Jak mówi Wiesiek- liczy się sztuka. 

Na zakończenie wycieczki mojego tatusia czekało bolesne rozczarowanie. Wszedłszy miedzy brzózki znalazł dwa kozaki czerwone, po czym miedzy drzewami zobaczył stado czerwonych kapeluszy. "No- pomyślał- w końcu jakiś zbiór..." Ale kiedy podszedł zobaczył pół polany pokrytej potężnymi kapeluszami mleczaja wełnianki. Kiedy wracaliśmy z powrotem na wieś, obawiałam się właściwie każdego młodniaka. Byłam upiornie głodna i z utęsknieniem czekałam, kiedy tata zacznie robić kiełbaski na Grandllu, a te wariaty chciały się zatrzymywać przy każdej kupce drzew w poszukiwaniu kozaków.

Choć grzybów przywieźliśmy niewiele, to wyprawa była cudna. Nie tylko ze względu na las i łąkę, na której, dla odmiany kopnięta kwiatkiem, usiłowałam rozpoznawać wszelkie możliwe rośliny, ale również, a nawet głównie, na cudowne towarzystwo, wspaniały spacer, wspaniały obiad i ogromną ilość wiedzy, którą  teraz muszę sprawdzać w albumie, albo szukać w głowie taty, bo ogromna ilość nazw i nowych wiadomości już mi się doszczętnie w głowie pomieszała. Czekam więc z utęsknieniem na kolejną wyprawę, aby ugruntować wiedzę, może zdobyć nową, a z pewnością po raz kolejny w tak miłym towarzystwie pojechać na spacer (bo widząc wyniki nie będę tego nazywać wyprawą grzybową).

W każdym razie dwa słoiki marynowanych maleńkich prawdziwków oczekują już w pudle czasów, kiedy mój mąż wybuduje mi spiżarnię...


niedziela, 30 stycznia 2005

NIeistniejący cmentarz nr 162 - wzgórze Garbek koło Tuchowa

https://www.geocaching.com/geocache/GC2681R



Na wzgórzu na zachód od Tuchowa w XIX w. zostal zalozony cmentarz zydowski. W czasie I WS pochowano na nim 3 zolnierzy austro-wegierskich i 1 rosyjskiego pochodzenia zydowskiego. Mogily te zostaly wpisane na liste Zachodniogalicyjskich Cmentarzy Wojennych pod numerem 162. 



Niestety, w czasie II WS cmentarz zostal calkowicie zdewastowany przez Niemców. Obecnie na jego terenie znajduja sie domy mieszkalne. Zachowane odlamki macew mozna jeszcze znalezc na terenie jednego z gospodarstw.


Ze wzgórzem wiaze sie jeszcze jedna ciekawostka. W okresie zimnej wojny wybudowano tam schron do... obserwacji wybuchów jadrowych! Podejrzewajac atak nuklearny na Tarnów kazano zbudowac bunkier, w którym miescily sie pomieszczenia dla oficerów i zolnierzy. Podobno schron obslugiwany byly przez specjalny oddzial zolnierzy posiadajacy nawet wlasne unikalne mundury.