piątek, 10 kwietnia 2020

Szlak Tradycji Wielkanocnych

Święta Wielkanocne są  najważniejszymi świętami w liturgii katolickiej. Zaraz po nich plasują się Zielone Świątki, a Boże Narodzenie – dopiero na trzecim miejscu. Obrzędy i zwyczaje Świąt Wielkanocnych są  niezwykle barwne i różnorodne – niegdyś pamięć o zwyczajach i obrzędach była żywa w całej Polsce, dziś tylko w niektórych miejscowościach. 



Proponujemy odwiedzenie szlaku tradycji wielkanocnych, dość nietypowego, bo ściśle określonego w czasie, acz niekoniecznie "w miejscu". Wydzieliliśmy zatem dwie części:

A) część stałą – muzealną


Pisanki Wielkanocne

"Starodawny zwyczaj malowania jaj na święta Wielkanocne, sporządzania malowanek, z ruska hałunek, kraszanek lub pisanej, przed laty powszechny na ziemiach słowiańskich, z biegiem czasu zanika coraz bardziej. W wielu okolicach naszego kraju zwyczaj ten jest całkowicie już nieznany, w innych zanika i jeszcze tylko najstarsi wiekiem ludzie utrzymują go..."- te słowa napisał Włodzimierz Fisher w 1922 roku. Proroctwo kompletnego zaniku tradycji na szczęście się nie sprawdziło. Niemal w 90 lat później, wciąż istnieją regiony, w których pisankarstwo jest nie tyle popularne, co wręcz modne i w wielu przypadkach stanowi źródło zarobkowania dla specjalistek od pisania (rysowania) jaj.

Skorupki z jaj święconych wykorzystywano w rożny sposób- najczęściej zakopywano w podwalinach domu (na szczęście) na grządkach, aby zioła lecznicze wyrosły, karmiono nimi bydło, rzucano w pole, co miało przynieść dorodne plony, lub też kąpano się w wodzie ze skorupami- miało to zapobiegać "pękaniu skóry". W regionach, w których skorupki nie były wykorzystywane w celach obrzędowych i magicznych, zwyczajnie je palono, co miało zapobiec profanacji. 

B) część ruchomą (określoną w czasie) 

1. Łyse (Kurpiowszczyzna)
2. Gilowice (Żywiecczyzna)
3. Lipnica Murowana 
4. Tokarnia (pow. myślenicki)
5. Sierpc (Mazowsze)
6. Bibice, Zielonki i Trojanowice – Małopolska
7. Pruchnik (Podkarpacie)
8. Skoczów (Śląsk Cieszyński)
9. Kalwaria Zebrzydowska (Małopolska) i inne kalwarie (vide: Misteria Męki Pańskiej)
10. Poznań – Cytadela Poznańska
11. Radomyśl,  Woli Rzeczycka, Zaleszany
12. Koprzywnica pod Sandomierzem
13. Pietrowice Wielkie
14. Dobra pod Limanową (Małopolskie)
15. Wieliczka i Lednica Górna (Małopolskie)
16. Wisła (Beskid Sląski) – Goik
17. Mazowieckie wsie: Rawa Mazowiecka, Łowicz, Sieradz i Łęczyca
18. Kraków, Podgórze

Muzea Pisanki:



To pierwsze takie muzeum w Polsce i drugie w Europie (po Kołomyi na Ukrainie). Mieści się w XIX- wiecznym dworku myśliwskim należącym do Muzeum Rolnictwa im. ks. Kluka w Ciechanowcu. Jest tu skansen budownictwa drewnianego, w którym odtworzono wieś z pogranicza mazowiecko-podlaskiego, można obejrzeć wiele zabytków techniki rolniczej. Część ekspozycji mieści się w budynkach podworskich (jest tu również jedyne w Polsce Muzeum Weterynarii) oraz w neoklasycystycznym pałacu.

Gromadzone przez 35 lat zbiory podarowała prof. Irena Stasiewicz-Jasiukowa z Państwowej Akademii Nauk w Warszawie, autorytet w dziedzinie pisankarstwa. Pochodzą z całej Polski oraz m.in. Ukrainy, Białorusi, Rosji, Czech, Chin, Japonii, Kenii, Brazylii, Palestyny, Grecji, Chin, Kuby... Zbiór zapoczątkowała w 1969 r. pisanka opoczyńska kupiona w Cepelii przez przyszłego męża pani Ireny Jerzego Jasiuka (podarował ją narzeczonej w prezencie na Wielkanoc).

 Muzeum Pisanki czynne w dni powszednie od 9 do 16, a w niedziele i święta od 9 do 18 (zamknięte tylko przez trzy dni w roku: w pierwszy dzień Wielkanocy i Bożego Narodzenia oraz 1 listopada). 

Dojazd:
Ciechanowiec leży na trasie Warszawa- Białowieża; dojazd z Warszawy przez Wyszków, Brok i Zuzelę, przez Liw, Węgrów i Sokołów Podlaski lub koleją do Czyżewa, a stamtąd autobusem do Ciechanowca.

Nocleg:
ponad 40 miejsc w pokojach gościnnych Muzeum Rolnictwa- w pałacu, oficynie, chatach, dworku myśliwskim i starym młynie. Informacje i rezerwacje tel. (086) 277 13 28



Pisanki w Lipsku robi się nie tylko przed Wielkanocą, ale przez cały rok. Niektóre z pisankarek w ciągu roku malują nawet kilka tysięcy pisanek. Kolorowe jajka trafiają potem na rozmaite targi rękodzieła ludowego, część z nich zdobi również wielkanocne stoły za granicą. 

Dekorowane są  rozgrzanym woskiem, który się nakłada za pomocą cienkiego gwoździka lub szpilki osadzonej na drewnianym patyczku. Jest to tzw. sposób batikowy. Na powierzchni jajka tworzone są  kompozycje w formie rozet, łańcuszków itp. Następnie jajo zanurzane jest w barwnikach. Dawniej były to wywary z kory dębu, olchy, łusek cebuli, czy młodego żyta. Obecnie używa się sztucznych barwników. Później usuwany jest wosk. W Lipsku nad Biebrzą znajdują się liczne pracownie pisankarskie udostępniane turystom oraz kolekcjonerom i miłośnikom sztuki ludowej.

Muzeum Lipskiej Pisanki znajduje się w miasteczku Lipsk, położonym przy granicy Białorusią, w otulinie Biebrzańskiego Parku Narodowego, w odległości 35 km. Od Augustowa, 85km. od Białegostoku, 67km. od Suwałk.


Najefektowniejsze są  pisanki kosmackie ze wsi Kosmacz, gdzie ulubionym kolorem jest intensywny pomarańcz. są  bogato zdobione w mikroskopijne wzorki, każda niepowtarzalna. Pięknie prezentują się też wydmuszki z Zakarpacia- białe z delikatnymi roślinnymi motywami, z dziurek wystają zwinięte z materiału kwiaty. A pisanki z Czarnego Potoku na Pokuciu odpowiadają kolorem nazwie wioski- na czarnym tle stoją krzyże, lecą ptaki, płyną ryby. 
W zbiorach muzeum znajdują się prace tylko jednego mężczyzny- Iwana Semczuka z okolic Werchowyny. Różnią się od pozostałych. Każda pisanka przedstawia inną historię, polowanie, galopujące konie. 

Muzeum Pisanki w Kołomyi, oddział Muzeum Pokucia i Huculszczyzny im. Josafata Kobrynskiego, czynne w godz. 10-18, z wyjątkiem poniedziałków, wstęp 4 hrywny, dzieci- 2, fotografowanie- 20, filmowanie- 30. Podróż Lwów- Kołomyja trwa 3-4 godz. z powodu fatalnej drogi- dalej w kierunku Czarnohory droga jest tylko gorsza;)- dane z początku 2008 

Wielki Tydzień – zwyczaje i obrzędy:

Wielki Tydzień to czas najważniejszych obrzędów i uroczystości związanych  z Wielkanocą i obchodami Męki i Zmartwychwstania Chrystusa. 

Niedziela Palmowa

Rozpoczyna się Niedzielą Palmową, inaczej zwaną Kwietną lub Wierzbną.  
To właśnie w Niedzielę Palmową w kościołach poświęcane są  palmy wielkanocne. Tradycja wiąże się z tym, że są  przygotowane z gałązek wierzbowych, powplatanych kosmyków siana, słomy, suchej trawy, a także kolorowych kwiatów z bibuły i wstążek. Ta piękna ozdoba symbolizuje nieśmiertelność duszy oraz zmartwychwstanie. Wierzba z kolei jest symbolem odradzającego się życia na wiosnę. Najpiękniejsze palmy wystawiane są w kościele na okres świąteczny, a później często trafiają do regionalnych muzeów. Niedziela Palmowa została ustanowiona na pamiątkę przybycia Jezusa do Jerozolimy. 

Bogate tradycje ma wykonywanie palm wielkanocnych. Szczególnie zwyczaj ten zachował się na Kurpiach w parafii Lipniki i Nysie oraz Łyse oraz w Małopolsce w Lipnicy Murowanej i w Limanowej gdzie odbywają się coroczne konkursy na najdłuższą i najpiękniej wykonaną palmę. Palmy osiągają wysokość kilkudziesięciu metrów i muszą samodzielnie stać. Zrobione z wikliny, nie mogą zawierać żadnych metalowych części. Zdobione są  baziami i kwiatami z bibuły. Poza Polską zwyczaj ten przetrwał w południowych Niemczech oraz Austrii.


Wierzenia palmowe:

  • Żeby zapewnić dobrobyt, kropiono nią (jak kropidłem) cały dom święconą wodą przyniesioną z kościoła. 
  • Potem klepano nią domowników- na zdrowie, urodę i szczęście. 
  • Smagano boki zwierząt, żeby nie imały się ich choroby. 
  • Wreszcie zatknięta za święty obrazek palma przez cały rok ochraniała dom. 
  • W czasie burzy wystawiano ją za okno, żeby strzegła od gromów. 
  • W chorobie na ból gardła pomagały kotki z jej bazi, a gdy krowa się ocieliła, z ziół palmy robiono dla niej napar. 
  • Palmy nie wolno było wyrzucać- co najwyżej spalić i użyć popiołu w środę popielcową albo wynieść na cmentarz i przystroić nią grób.

Na Szlaku Tradycji Wielkanocnych znajdą się następujące miejsca:


  • Łyse (Kurpiowszczyzna) – palmy kurpiowskie są  znane w całej Polsce, a i daleko poza jej granicami. Kurpiowskie palmy różnią się od tych z południa Polski, gdyż na całej długości (niejednokrotnie powyżej 2 metrów)  ozdobione sa zielenią i kwiatami z bibuły.
  • Gilowice (Żywiecczyzna) - Panie i panienki noszą tu palmy "drzewkowe", tzw. baby, a panowie- kawalerskie. Te męskie są  długie aż pod dach kościoła: na drążku uwity bukszpan, jałowiec, choiny i bibułkowe kwiaty. Baby to naręcza gałęzi i ziół (barwinek, kopytnik) plus jabłka, które potem przydają się w gospodarstwie.
  • Lipnica Murowana – Pogórze Lipnicko-Wiśnickie - Palmy Wielkanocne  z południowej Polski zrobione sa z pęków wiklinowych, wierzbowych lub leszczynowych – tu i ówdzie przetkane kolorową nicią, zwieńczone wielkim barwnym bukietem z kwiatów bibułowych, bazi, gałązek wierzbowych, bukszpanu i świerku.
  • Tokarnia – Beskid Makowski (Myślenicki) – w Tokarni, jedynym miejscu w Polsce – zachował się zwyczaj wożenia Jezuska Palmowego. W przeszłości wożenie Jezuska znane było w całej Polsce, do dziś zachowała się jedynie XVI- wieczna rzeźba Jezusa jadącego na ośle oraz – archaiczny można rzec – zwyczaj wożenia Jezusa w procesji palmowej. Kilka lat temu reaktywowano zwyczaj procesji z Jezusem na Osiołku w  Nowym Stawie województwo pomorskie, powiat malborski).
  • Sierpc (Mazowsze)- to nowa tradycja, bo muzealna:) Palmy robią tu sami turyści.
  • Bibice, Zielonki i Trojanowice (Małopolskie, okolice Krakowa) – to tutaj wciąż żywy jest zwyczaj kwestowania w Niedzielę Palmową. Nosi wdzięczną nazwę "Pucheroki" – to korowody barwnie poprzebieranych chłopaków (od kilku lat również dziewcząt), którzy z poczernionymi od sadzy twarzami, w wysokich czapach chodzą od domu do domu śpiewając krotochwilne śpiewki i prosząc o drobne datki. 


Sama nazwa wzięła się do łacińskiego słowa puer- chłopiec. Tytułowe Puchery, to żacy, którzy od czasów średniowiecza stanowili barwny choć czasem kłopotliwy element krakowskiej mozaiki społecznej.

Krakowscy akademicy w swych podróżach "po prośbie" często wyruszali do okolicznych podkrakowskich wsi. Tak zrodziła się tradycja, którą  po raz pierwszy spotykamy w źródłach w XVI w. Otóż w okolicy świąt Wielkiej Nocy, kiedy to jak wiadomo stoły zarówno mieszczan jak i kmieci uginały się od dobrego jadła, żacy wzmagali swą aktywność. Gromadzili się w grupy, przebierali się dziwacznie i wędrowali do domów i kościołów gdzie recytując przygotowane wcześniej wierszyki i składając świąteczne życzenia oczekiwali na datki. Z czasem tradycja ta związała się z jednym tylko dniem- z kwietną niedzielą, czyli niedzielą palmową. 

Stopniowo jednak pucherocy przenieśli się poza Kraków. W XIX w. obyczaj ten kwitł na podkrakowskiej wsi ale rolę żaków przejęli na siebie wiejscy chłopcy. Wykształcił się też wtedy "obowiązujący" strój pucheroka: wysoka czapka zwinięta w trąbkę, wykonana ze słomy, potem częściej z tektury, często ozdabiana wstążeczkami lub pasemkami bibuły, baranie kożuszki przepasane słomianymi warkoczami. Twarz umazana sadzą szczególnie w okolicy gdzie za kilka lat ma wyrosnąć broda i wąsy. Koniecznym atrybutem jest też koszyk, podobny do tych na "święcone" tylko większych rozmiarów i laska ozdobiona bibułkami. 
Strój taki można oglądać dzisiaj w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. 

Pucherocy ruszają z oratyką, od wczesnego ranka wędrując od wsi do wsi, zbierając po drodze datki w naturze, w głównej mierze jaja- często już w formie pisanek. Tak oto tradycja uniwersytecka, mająca odniesienie do historii akademickiej społeczności Krakowa, stała się tradycją ludową.

WIELKI CZWARTEK


Wielki Tydzień tradycyjnie związany jest z czasem wzmożonej pobożności i praktyk religijnych. Najbogatsze w zwyczaje i obrzędy są  trzy ostatnie dni: Wielki Czwartek, Wielki piątek oraz Wielka Sobota. 

W przeszłości, w całej niemal Polsce, odbywały się Judaszki – stary zwyczaj niszczenia, palenia i wieszania Judasza, opisywany już w XVIII i XIX wiecznych źródłach. Do dziś zwyczaj ten zachował się jedynie w niektórych miejscowościach. Na szlaku więc powinien się znaleźć zarówno Skoczów jak i podkarpacki Pruchnik.

  • Pruchnik (Podkarpacie) – Judaszki -  Punktualnie o północy z Wielkiego Czwartku na Wielki piątek, niedaleko kościoła wiesza się na drzewie kukłę symbolizującą Judasza, zdrajcę Jezusa Chrystusa. Kukłę tą  wcześniej mieszkańcy szyjąc ją z worków i wypychając słomą. Pod drzewem na którym wiesza się Judasza układa się 30 drewnianych pałek symbolizujących 30 srebrników. Kukła pozostaje na drzewie do popołudnia. Wtedy to o godzinie 15-tej, ściąga się z drzewa Judasza i na 30 pałkach niesie się go przed kościelną bramę. Tam odbywa się są d. Sędzia ogłaszając wyrok mówi. "Judaszu sprzedałeś Chrystusa za trzydzieści srebrników i teraz za to otrzymasz trzydzieści pał". Po ogłoszeniu wyroku sędzia wymierza karę. Potem ciągnięta przez chłopców do rzeki jest okładana kijem na skrzyżowaniach. Zajmuje się tym wybrany mieszkaniec. Po drodze Judasza okładają wszyscy. Na moście zapalają kukłę, wcześniej obcinając jej głowę, która zostanie wykorzystana w przyszłym roku. Płonące resztki wrzucają do rzeki. Mistrz ceremonii wraca do domu z głową pod pachą. Na tym kończy się sąd nad Judaszem.

  • Skoczów (Śląsk Cieszyński) -  Judosz ze Skoczowa - kukła przedstawiająca jednego z 12 apostołów Judasza, tradycyjnie wodzona po mieście Skoczów na Śląsku Cieszyńskim w Wielki piątek i Sobotę każdego roku na znak potępienia zdrady i wydania Jezusa na śmierć w czasie ostatniej wieczerzy. Początkowo był to zwyczaj mieszkańców Śląska Cieszyńskiego; do dzisiejszych czasów zachował się jedynie w Skoczowie. Pierwsze wzmianki o uroczystości spalenia Judosza w Skoczowie pochodzą z przełomu XVI-XVII w., z dziennika skoczowskiego burgrabiego Jana Tilgnera. Pierwszymi organizatorami wodzenia byli ludzie związani z kościołem, ministranci, kościelni i organiści. Zwyczaj był zakazany przez okupanta niemieckiego w czasie II wojny światowej. Po wojnie wodzenie Judasza odbywało się po terenie dzisiejszego osiedla Objazdowa, regularnie do lat 50-60 XX w., po czym zwyczaju poprzestano. Od lat 80 wskrzeszony przez Towarzystwo Miłośników Skoczowa i lokalny oddział Ochotniczej Straży Pożarnej. 

Kukła wykonana jest ze słomy ozdobionej kolorowymi wstążkami i naszyjnikiem z trzydziestoma srebrnikami za które Judasz wydał Jezusa. Kukła ma wysokość około 3 metrów. Procesja wyrusza spod miejscowej remizy w kierunku rynku. W czasie uroczystości Judosz jest niesiony ulicami miasta przez strażaka znajdującego się wewnątrz kukły. Podczas wodzenia Judosza w otoczeniu kukły znajduje się dwóch halabardników za którymi podąża tłum dzieci z klekotami. Klekoty symbolizują trzęsienie ziemi, jakie wystąpiło na Golgocie, gdy Chrystus umierał na krzyżu. W czasie obrzędu Judosz trzykrotnie kłania się dwóm najwyższym budynkom w mieście: ratuszowi i probostwu, oraz miejscowemu burmistrzowi i proboszczowi jako przedstawicielom władz świeckich i kościelnych. 

W Wielki piątek po przejściu przez miasto Judosz wraca do remizy. 

W Wielką Sobotę obrzęd jest powtarzany, a kulminacją uroczystości jest publiczne spalenie kukły, mające na celu wygnanie zła, swar i waśni z miasta. Według dyrektorki Muzeum Beskidzkiego w Wiśle – Małgorzaty Kiereś, wodzenie Judosza to zwyczaj ludowy, typowy dla czasu, kiedy zima przechodzi w wiosnę. Judosz jest symbolem zła, takim jak marzanna i w samym obrzędzie nie należy doszukiwać się żadnych dodatkowych podtekstów.

WIELKI PIĄTEK


Misterium męki Pańskiej lub Pasja, Sztuka pasyjna 

– misterium religijne o męce i śmierci Jezusa Chrystusa.  Misterium to widowisko teatralne powstałe na gruncie dramatu liturgicznego w Europie w XII w. W Polsce misteria męki Pańskiej były reprezentowane m.in. przez średniowieczną Historyję o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim złożoną przez Mikołaja z Wilkowiecka. Misteria zanikły w okresie reformacji, a odrodziły się w XX wieku. 

1) Cytadeli Poznańskiej- od 1998 r. Największe widowisko pasyjne na świecie - http://www.misterium.eu

2) Kalwarii Wejherowskiej wystawiane przez Misterników Kaszubskich od 2002 roku

3) Górze Kalwarii (zw. Kalwarią Mazowsza)- Tradycja misteryjna wznowiona w 2010 roku po dwustu latach przerwy. 

4) Kalwarii Zebrzydowskiej

5) Katowice-Panewniki

6) Kurzętniku

7) Kałkowie

8) Kalwarii Pacławskiej

9) Stadnikach (województwo Małopolskie)

10) Ołtarzewie przez tamtejszy pallotyński Teatr Seminaryjny

11) Bydgoszczy w Sanktuarium Królowej Męczenników Kalwarii Bydgoskiej- golgocie XX wieku

12) Górce Klasztornej

13) Lubawie

14) Węglówce 

Groby Chrystusa

Urządzanie w Wielki piątek w kościołach grobów Chrystusa jest starą polska tradycją. Zazwyczaj wartę honorową pełnią przy nich strażacy w galowych mundurach. 

Ale nie wszędzie: W Radomyślu, Woli Rzeczyckiej, Zaleszanach, Giedlarowej, Grodzisku, Gniewczynie i innych wsiach i miasteczkach w dolinie Sanu spotyka się uzbrojone oddziały nazywane Turkami. Poza pełnieniem warty przy Grobie Pańskim Turki asystują księdzu przy święceniu ognia, wody i pokarmów oraz w czasie mszy i procesji rezurekcyjnej. W Niedzielę Wielkanocną chodzą z życzeniami po domach. Turki, na wzór oddziałów wojskowych, uzbrojeni są w szable i atrapy karabinów. Popisują się musztrą, jak w Gniewczynie Łańcuckiej i Grodzisku, lub tańcem - w Radomyślu i Woli Rzeczyckiej.

  • W Zaleszanach jest to jednolicie umundurowany i uzbrojony w szable oddział kościuszkowski z własnym sztandarem.
  • W skład oddziału strażników z Radomyśla wchodzą dochtory oraz koguty odziani w wysokie, błyszczące czapy ozdobione pękiem kolorowych wstęg. W Niedzielę Wielkanocną porywają dziewczęta do tańca i zatrzymują samochody. Dowódcą Turków jest basza ubrany w kolorową kapę. Turki z Radomyśla nad Sanem są  orientalne: szarawary, jedwabne błyszczące bluzy, wysokie stożkowate czapki z półksiężycem i kogucimi piórami, szable i halabardy. Czasem porywają dziewczęta dla okupu- koszyka ze święconym jedzeniem.
  • W Woli Rzeczyckiej koguty mają czarne mundury i wysokie czapy ozdobione sztucznymi kwiatami. 
  • W Pruchniku straż sprawują Kilińszczacy (od bohatera powstania kościuszkowskiego) w strojach szlacheckich: kontusz, tkany pas, wisząca szabla. są  członkami organizacji patriotycznej założonej w mieście w 1892 r.



Według legendy kiedy po odsieczy wiedeńskiej rycerze triumfalnie wracali do domów w zdobycznych strojach tureckich, wszyscy myśleli, że to najazd, chowali się więc i uciekali. A że był to czas Wielkanocy, Groby Pańskie zostały opuszczone- "Turcy" przejęli więc nad nimi straż. 
Tak jest do dziś: strzegą grobów, usługują księdzu przy święceniu pokarmów, biorą udział w procesji. Każda grupa ma swego baszę-komendanta, kogutów-adiutantów, doradców, kwatermistrza i zwykłych turków. Po rezurekcji popisują się musztrą i maszerują na plebanię złożyć życzenia proboszczowi. Potem idź przez wieś z orkiestrą, często tańcząc i zapraszając do zabawy przechodniów, głównie dziewczęta. Basza częstuje "tureckim" napojem- mieszanką "zdobycznych" alkoholi (piwa, wina, miodów i wódki). W pierwszy i drugi dzień świąt Turki obchodzą wszystkie domy we wsi i składają życzenia.

WIELKA SOBOTA


Świecenie ognia w Wielką Sobotę  - Od wieków Wielka Sobota jest dniem przeznaczonym na święcenie pokarmów, domów i ogniska domowego. W wielu miejscowościach, przed wielkanocną mszą, święci się ogień, ciernie i wodę chrzcielną. 

Jednakże najbardziej spektakularna jest nocna procesja wiernych w Koprzywnicy pod Sandomierzem – kolejna miejscowość na trasie Tradycji Wielkanocnych. , przed którą  biegną strażacy i wydmuchują w ciemne niebo, oświetlające mrok, bziuki. Słupy ognia wysokie nawet na pięć, siedem metrów. Nigdzie w Polsce nie celebruje się w taki akurat sposób Zmartwychwstania Pańskiego. 

Strażacy są  ubrani w żaroodporne uniformy i kaski z długim knotem-pochodnią w jednej ręce i butelką z naftą w drugiej. Co kilkanaście kroków biorą w usta potężny łyk nafty i z podskokiem wypluwają ją w górę. Zapalona w locie nafta to bziuk- wysoki na 2-3 m płomień. Strażacy bziukają po kolei, aby iluminacja trwała przez całą procesję. Tradycja sięga powstania styczniowego. Po jego upadku władze carskie zabroniły salw na cześć zmartwychwstania Jezusa podczas wielkanocnych procesji, więc w Koprzywnicy wymyślono bezgłośne salwy- płomienne bziuki. 

Bziukacze, którzy puszczają z charakterystycznym sykiem bziuki oświetlają drogę. Cała tajemnica polega na umiejętnym wydmuchaniu haustu nafty na zapalone pochodnie. A żeby płomienie były jak najwyższe, jak najbardziej efektowne, wyskakują susami do góry i dmuchają, ile sił w płucach. Bziuuuu, bziuuu, bziuuuuuu. To robota trudna, żmudna i niebezpieczna zarazem.

Bziuki koprzywnickie doczekały się wpisu na listę dziedzictwa niematerialnego UNESCO. Zdjęcie z wp.pl

Lany poniedziałek


Poniedziałek Wielkanocny – upływa pod znakiem spotkań rodzinnych, lejącej się wody, zalotów, psot i żartów. Znany jest głównie jako Śmigus-Dyngus, choć początkowo były to nazwy dwóch zupełnie różnych obrzędów. Śmigusem zwano oblewanie wodą oraz smaganie się wierzbowymi gałązkami. Dyngusem zaś zwano pochody młodzieży męskiej, w przebraniach z różnymi rekwizytami, co oczywiście wiązał się z kwestą świąteczną. 

Zwyczaje te w dzisiejszych czasach często przypominają chuligańskie wybryki (szczególnie w miastach), ale w niektórych miejscowościach zachowały się piękne zwyczaje, dotyczące tego święta. Koniecznym jest umieszczenie ich na szlaku Tradycji Wielkanocnych, głównie ze względu na powolne, acz nieustępliwe, zamieranie tradycji regionalnych.
Wśród ogólnej wesołości nie brakuje również elementów poważniejszych, jak święcenie pól kropidłem z palmy wielkanocnej. Obyczaj ten jest zachowany dotychczas na ziemi Sądeckiej, tarnowskiej i rzeszowskiej.  

  • Na szlaku Tradycji Wielkanocnych polecamy wizytę w Pietrowicach Wielkich, gdzie odbywa się tradycyjny procesyjny objazd pól  – kawalkada złożona z kilkudziesięciu odświętni ubranych jeźdźców, na koniach ustrojonych wstęgami i kwiatami. PO procesyjnym objeździe pól, i poświęceniu plonów, odbywa się wyścig konny, na cześć Zmartwychwstania Pańskiego i jest wyrazem dziękczynienia i radości.


  • Dobra pod Limanową (Małopolskie) – Dziady Śmiguśne - W poniedziałek wielkanocny młodzi chłopcy, często w przebraniach i z rekwizytami, chodzą po domach i kwestują. W Dobrej pod Limanową i okolicznych wsiach małopolskich zwą ich dziadami śmigustnymi lub słomiakami- od słomianych czap i powróseł, którymi się opasają. Usmolone sadzą twarze zasłaniają pończochy. Nic nie mówią, tylko gwiżdżą i wydają nieartykułowane dźwięki. To dlatego, że wyobrażają żydowskich wysłanników, którzy nie chcieli uwierzyć w zmartwychwstanie Chrystusa ani głosić dobrej nowiny. Za karę stracili głos.


  • Wieliczka i Lednica Górna (Małopolskie) – Siuda Baba - Siuda Baba, jak sama nazwa wskazuje to... chłop, tyle tylko, że za babę przebrany. Postać paskudna, niechlujna, ubrana w podartą spódnicę, ustrojona koralami z ziemniaków, umorusana sadzą, pojawia się raz w roku, w lany poniedziałek. 


Zgodnie z legendą, w lany poniedziałek do domów gospodarzy w Lednicy Górnej zagląda umorusana baba w towarzystwie równie brudnego cygana. Podobnie jak przed wiekami obiektem poszukiwane są  młode dziewczęta, tyle tylko, że zamiast rocznej służby w świątyni grozi im konieczność wykupu. Wykup, w postaci wolnego datku wrzuconego do garnuszka, można zastąpić buziakiem. Jeżeli dziewczyna pocałuje...Siudą Babę to uwolni dom od jej obecności. Oczywiście przy okazji Siuda Baba przytuli dziewczynę serdecznie do siebie i uczerni ja sadzą noszoną na policzkach oraz w puszce, pełnej tego trudno zmywalnego paskudztwa.  Po Wieliczce kursuje w lany poniedziałek kilka bab, łapiąc dziewczęta, a w ostatnich latach także turystów, których przyciąga tu zapomniany gdzie indziej zwyczaj. Wielickie baby noszą czasem na rękach gałgan ki zwinięte w formie małego dziecka w beciku. Dlaczego? Któż to wie? Tradycja ma to do siebie, że dopóki jest żywa zmienia się, odchodzi od swych korzeni i znów do nich powraca. A skąd wzięła się nazwa Siuda Baba? Nie wiadomo. Zapewne jest jakiś związek pomiędzy tą  nazwą a popularnym śmigusem- dyngusem. Dodajmy, że ten zwyczaj, znany po dziś dzień, choć coraz częściej w chuligańskim wydaniu, także wywodzi się z czasów pogańskich i miał związek z przesileniem wiosennym. W średniowieczu na wsiach młodzi chłopcy "dyngowali" dziewczęta, czyli zaczepiali, wymuszali podarki oraz całusy, innymi słowy "podrywali". Ostatecznie więc rzecz sprowadza się do biegania za spódniczkami. Obyczaj Siuda Baba ma ten sam "damsko- męski" wymiar, tyle tylko, że na ziemi wielickiej za spódniczką goni spódniczka.


Legenda mówi, że w Lednicy Górnej, pod Kopcową Górą znajdowało się święte źródło. Tuż obok wzniesiono drewnianą świątynię ku czci bogini Ledy, w której płonął wieczny ogień. Strzec go miały kapłanki, które swoją zaszczytną, ale ciężka służbę pełniły "na zmiany", które w świetle dzisiejszego kodeksu pracy byłyby absolutnie sprzeczne z prawem. Zmiana jednej kapłanki trwała bowiem cały rok (!). W tym okresie czasu lud okoliczny znosił do świątyni opał, karmił świętą dziewicę- strażniczkę ognia, a ta zmuszona była do wiernej służby płomieniowi dniem i nocą. Gdy wreszcie wyznaczony czas minął strażniczka, usmolona ogniem, brudna, w odartych ubraniach, na wpół oszołomiona, musiała zdobyć się na jeszcze jeden wysiłek. Jej ostatnim zadaniem, które mogło ją uwolnić od pracy w świątyni, było złapanie innej dziewicy, która zostanie jej następczynią. 
Kapłanka wpadała więc do domów szukając ewentualnej kiydatki. Wszystkie dziewczęta chowały się gdzie popadło, wiedząc, że ta, którą  usmolona ręka kapłanki wskaże od służby płomieniowi wymówić się nie może. 

  • Wisła (Beskid Sląski) – Goik -  W lany poniedziałek dziewczęta z Wisły, Cisownicy czy Lesznej Górnej w Beskidach wkładają regionalne stroje, do Rąk biorą goik i idź składać życzenia. Goik to młode świerkowe drzewko przystrojone jak choinka. Zamiast bombek- kolorowe wydmuszki, zamiast świeczek- bibułkowe kwiaty, a zamiast gwiazdy na czubku- dzwoneczek. Dziewczęta zbierają się po trzy- jedna wkłada góralski ubiór panny młodej (biały fartuch i biały wianek na głowie; ta również trzyma goik), dwie pozostałe to drużki (różowy fartuch i wianek). Przed każdym domem, do którego są  zaproszone, śpiewają piosenkę złożoną z aż 17 zwrotek. Dawniej uboższe panny zarabiały w ten sposób parę groszy.
  • Mazowieckie wsie - Kurcarze: W okolicach Rawy Mazowieckiej, Łowicza, Sieradza i Łęczycy chodzą kurcarze- chłopcy z kurkiem dyngusowym. Kiedyś był to żywy kogut, dziś wypchany, gliniany lub z drewna. Wożą go na wózku ozdobionym wstęgami i błyskotkami. Mają też kosze na datki, sikawki z wodą i grzechotki zwane bocianami kurcarskimi, którymi robią straszny hałas. Za śpiewy, żarty, życzenia i polanie wodą (na zdrowie i urodzaj) gospodarze darowują im wykup: jajka, ciasto i pieniądze.


  • Kraków, Podgórze – Święto Rękawki

Rękawka to święto, którego obchody sięgają korzeniami czasów przedchrześcijańskich nawiązujące do pogańskich obrzędów związanych z zaduszkami wiosennymi, przypadającymi na okres przesilenia wiosennego. Rękawka związana jest także z legenda o kopcu Kraka, usypanym po śmierci króla – według tradycji ziemię, z której usypano kopiec noszono w rękawach- stąd nazwa święta. Współczesne obchody święta Rękawki organizowane są  od 2001 roku. W tym dniu krakowianie udawali się tłumnie na wzgórze na Krzemionkach (hipotetyczny kopiec króla Kraka) i zrzucali z góry jabłka, jajka i resztki święconego. Dziś święto Rękawki łączy się z tradycjami krakowskiego Emaus-a – wielkanocnego kiermaszu krakowskiego.


Bibliografia:

1. Barbara Ogrodowska "Polskie obrzędy i obyczaje", Muza SA, Warszawa 2004
2. Pisanki, Życie praktyczne, wyd. Bluszcz. 
3. Pisanki na Huculszczyźnie, Wł. Fisher [w:] Ziemia R. VII , nr 4, 1922
4. Pisanki, czyli Kraszanki Wielkanocne, Ulanowska St. [w:] Tygodnik Ilustrowany 1884
5. Pisanki, O. Kolberg, [w:] Tygodnik Powszechny 1882
6. Borejszo Maria (red), Wielkanoc w polskiej kulturze. Poznań
7. Wojciechowski M.: Wielkanoc, Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, Pascha. W: Religia. Encyklopedia PWN. T. Gadacz, B. Milerski (red. Naukowa). T. 9. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2003, s. 410-411.
8. Dowlaszewicz Wanda, Wielkanoc w tradycji polskiej, Płock 1993.
9. Ogrodowska Barbara, Zwyczaje, obrzędy i tradycje w Polsce. Mały słownik, Warszawa 2001.
10. Szymierska Hanna, Polskie tradycje świąteczne, Warszawa 2003.
11. Zawistowicz Kazimiera, Wielkanocne obrzędy i wierzenia, Warszawa 1933.
12. Ogrodowska B., Radujcie się, weselcie. O polskich zwyczajach i obrzędach wielkanocnych, Warszawa 1993.
13. Hanna Szymierska, Polska Wielkanoc, Poznań
14. Józef Smosarski, Świętowanie doroczne w Polsce
15. Seweryn T., Tradycje i zwyczaje krakowskie
16. Reinfuss Roman, Nad rzeką Ropą
17. Kolberg Oskar, Dzieła 1961-1977
18. Gloger Zygmunt, Rok polski w życiu, tradycji i pieśni, Warszawa 1907
19. Ciołek M., Olędzki J., Zadrożyńska A., Wyrzeczysko – o świętowaniu w Polsce


Chcesz urodzaju? Urządź tańce w Popielec

źródło: Gazeta.pl

Ale to propozycja tylko dla kobiet and tylko do południa. Taki był dawniej zwyczaj na wsiach: przed pójściem na mszę and posypaniem głowy popiołem kobiety tańczyły w karczmach.

Nie były to jednak tańce dla rozrywki, lecz obrzędowe, połączone ze skakaniem np. przez ławę. 
- Miały zapewnić dobre plony, sprawiać, by powiększały się rodziny - tłumaczy Andżelika Bilska, etnolog z Muzeum Częstochowskiego. Trzeba jednak podkreślić, że na wsiach bardzo pilnowano, by dokładnie o północy z wtorku zapustowego na tzw. wstępną środę skończyć karnawałowe zabawy. zaś spotkanie kobiet musiało się skończyć przed południem. Po mszy and posypaniu głów popiołem nieodwołalnie zaczynał się Wielki Post.
Zwyczaj ten zanikł z początkiem XX wieku.

W miastach z kolei Popielec był okazją do psot. Po wtorkowym śledziku zostawało sporo rybich resztek, głównie kręgosłupów z ośćmi. Te chłopcy and młodzi mężczyźni przyczepiali do okryć idącym ulicą, szykownie ubranym pannom and paniom - bez andch wiedzy oczywiście. - Mogły to być również nadpsute, paskudnie wyglądające kawałki mięsa - dodaje etnolog. Dowód znajdziemy w "Opisie obyczajów..." Jędrzeja Kitowicza: "zas przy kościołach w wstępną środę (...) chłopcy (...) czatowali na wchodzącą do kościoła białą płeć, której przypinali na plecach kurze nogi, skorupy od jajec, indycze szyje, rury wołowe and inne tym podobne materklasy".

Z czasem sprawcy tych dowcipów przerzucili się np. na kawałki drewna lub kartki papieru z rozmaitymi napisami. Zofia Kossak pisze: " Wieleż uciechy przyczyniali stąpający dumnie sławetny pan radca lub wykrygowana strojnisia, nieświadomi, że na plecach, zaczepiony o ubranie, dynda się fatalny klocek".

Był jeszcze jeden zwyczaj. 
Oto panny, które w karnawale nie znalazły męża, "zaprzęgano" do drewnianych kłód, tzw. popielcowych, będących symbolem jarzma małżeńskiego. Mało tego, przeganiano je z nimi po ulicach. Mogły się "wykupić" dopiero w karczmie. Czasami kłodę podczepiano również kawalerom.

Ale to tylko do południa. Potem robiło się coraz poważniej. Gospodynie, by na naczyniach nie został choćby smak mięsa, myły je and wyparzały, patelnie zaś ukrywały na strychu, a nawet wyrzucały przez okno. Był to znak, że domownicy są gotowi do Wielkiego Postu.




AB OVO - jajka, pisanki, kraszanki

"Starodawny zwyczaj malowania jaj na święta Wielkanocne, sporządzania malowanek, z ruska hałunek, kraszanek lub pisanej, przed laty powszechny na ziemiach słowiańskich, z biegiem czasu zanika coraz bardziej. W wielu okolicach naszego kraju zwyczaj ten jest całkowicie już nieznany, w innych zanika i jeszcze tylko najstarsi wiekiem ludzie utrzymują go..." - te słowa napisał Włodzimierz Fisher w 1922 roku. 

Ale jaja! Jajo wykonane przez Monikę Turską. Zdjęcie też.

Proroctwo kompletnego zaniku tradycji na szczęście się nie sprawdziło. Niemal w 90 lat później, wciąż istnieją regiony, w których pisankarstwo jest nie tyle popularne, co wręcz modne i w wielu przypadkach stanowi źródło zarobkowania dla specjalistek od pisania (rysowania) jaj. Kwestię nowego oblicza kultury ludowej poruszyłam w osobnym artykule ("Symbol szuka sponsora"), tu chciałam się skupić na zwyczajach kraszenia jaj oraz roli jajka w kulturze ludowej. Wydaje się bowiem pewne, że choć o samej tradycji wiadomo powszechnie, to jednak podstawy nam niejako umknęły - warto Chociaż zwrócić uwagę na drewniane, a co gorsza czekoladowe, jajka w koszyczkach wielkanocnych, nie mające nic wspólnego z tradycją. Na pytanie księdza, skąd bierzemy jajka, pięcioletni Staś z powagą odpowiada: Ze sklepu. Dla uniknięcia tego typu niewiedzy przyjrzyjmy się roli jajka w wierzeniach ludowych.

Skąd wziął się symbol jajka? - tego nie wiadomo. Uczeni do tej pory nie znaleźli odpowiedzi na to pytanie, przywołując to Grecję i Rzym, to Indie - jako kolebkę ludzkości. Choć pytanie o początki jaja w wierzeniach, znalazło swoje miejsce obok nieśmiertelnego "co było pierwsze: jajko czy kura?", jednak pewnym jest iż wierzenia w cudowną moc jajka są obecne u niemal wszystkich ludów świata. Co ciekawe podobne są też wierzenia - okadzanie skorupą od jajka przywraca krowom mleko, bądź usuwa choroby wymion, wmurowanie skorup jajka w podwaliny domu gwarantuje szczęście, barwionymi jajami obdarowuje się na szczęście - co ciekawe zazwyczaj barwione na kolor czerwony. Być może dlatego że jest to najłatwiej pozyskiwalny barwnik, być może najpopularniejszy, wierzenia jednak chcą inaczej - w Rzymie powiadano, że przy narodzinach Aleksandra Sewera kura zniosła czerwone jajko. Gdy zapytano wróżkę, ta stwierdziła ze młody człowiek zostanie cesarzem. Ponieważ tak się stało, od tego momentu obdarowywano się czerwonymi jajami.

W zdecydowanej większości podań początek kraszenia jaj przypisuje się Męce Pańskiej. Najpopularniejsze mówi, iż Matka Boska, na wieść o Zmartwychwstaniu rozdawała kolorowe jaja (które notabene same się ubarwiły) Apostołom - w ich rękach jaja zamieniły się w ptaki. Mówi się też, iż chcąc uratować syna Matka Boska zaniosła pięknie ukraszone jaja Piłatowi. Jest jednak podanie mówiące o tym, że Jezus bawił się pisanką już w kołysce, zaś najdawniejsze informuje, iż jaja kraszą się na pamiątkę wschodzącego słońca. Ważnym jednak jest iż w bardzo wielu regionach wierzy się, że gdyby zaprzestano kraszenia jaj, nadszedłby koniec świata. W powiecie przemyskim mawiali, iż w Jerozolimie żyje jeszcze czterech Żydów, którzy męczyli Chrystusa. Ponoć dręczą się ze zgryzoty i pytają ludzi czy jeszcze piszą pisanki - ponieważ gdyby zaprzestano pisania jaj, oni pomarliby, czym zakończyliby swoje męki i nastąpiłby koniec świata.

W Polsce zwyczaj pisania jaj znany jest co najmniej od czasów Kadłubka - on to bowiem pierwszy opisał, nie tylko zwyczaj kraszenia jaj, ale również zabaw pisankami. A zabawy te bywały przeróżne. Do dziś zachował się zwyczaj obdarowywania młodych chłopców przez dziewczęta, jak również gra w bitki. Zależnie od regionu nazywana była różnie "bitki", "na wykitki", "burda", "towkacz" czy "czokanie". Polegała jednak na tej samej zasadzie uderzania wzajemnie jajem o jajo. Kto stłucze pisankę przeciwnika wygrywa,a  czasem w nagrodę dostaje cały zasób pisanek przegranego.  Znana też jest gra polegająca na rzucaniu pisanką - kto ją złapie temu pisanka przypada, kto swoją rozbił - musi oddać swój zasób pisanek.

Skorupki z jaj święconych wykorzystywano w rożny sposób - najczęściej zakopywano w podwalinach domu (na szczęście) na grządkach, aby zioła lecznicze wyrosły, karmiono nimi bydło, rzucano w pole, co miało przynieść dorodne plony, lub też kąpano się w wodzie ze skorupami - miało to zapobiegać "pękaniu skóry". W regionach, w których skorupki nie były wykorzystywane w celach obrzędowych i magicznych, zwyczajnie je palono, co miało zapobiec profanacji.


Znane jest kilka sposobów ozdabiania jaj:

Jednokolorowe - zwane kraszankami, malowankami lub ałunkami (od roztworu ałunu). Jajka gotuje się na twardo w roztworze farby, w wielu miejscowościach używa się wciąż barwników naturalnych:

kolor żółty - daje kora jabłoni. Najładniejszy pochodzi z kory drzewka młodego. Przesądy mówią o korzystaniu TYLKO z jabłoni dzikiej, inne zaś o wybraniu najlepszej w całym sadzie.  Odcień z lekka zielonkawy daje dodana do roztworu jemioła. 

kolor zielony- najładniejszy powstaje z młodego żyta, zasuszonego fiołka lub kotków osiki (po dodaniu szczypty ałunu). często wykorzystywanym barwnikiem jest tez korzeń pokrzywy, widłak, ziarna słonecznika czy listki barwinka.

kolor czerwony - przede wszystkim z łupin cebuli. Pospolitym barwnikiem jest też burak ćwikłowy 

kolor fioletowy - tutaj prym wiedzie kwiat ciemnej malwy oraz kora z olchy czarnej. Doskonałym barwnikiem jest tez jagoda bzu czarnego oraz listki czarnego klonu 

kolor niebieski - w tradycji nie znamy żadnego barwnika roślinnego barwiącego na niebiesko - stąd też zapewne występuje praktycznie brak tego koloru na wszelakich pisankach ludowych

kolor czarny - przede wszystkim z kory dębowej, olszowej i szyszek olszowych. Znanym sposobem jest też barwienie ... woda deszczową odstałą w lesie w zagłębieniu pnia dębowego

Nakrapiane, pstrzone - ten rodzaj pojawił się w kulturze wraz z pojawieniem się farb. Polega na umaczaniu szczotki w barwniku i bryzganiu barwnikiem. Powstają wtedy kolorowe plamy na białym tle. Inną metoda jest bryzganie woskiem i zanurzanie jaja w barwniku. Ciekawym ludowym wynalazkiem jest położenie jaja w mrowisku - tam gdzie mrówka przejdzie, będzie (po ugotowaniu) ciemna kropka lub kreska.

Mazajki - tworzenie takich jaj polega na omotaniu jajka sznurkiem lub tkaniną i ugotowaniu w barwniku - farba przechodzi przez gałganek tworząc różnorakie wzory

Skrobanki - jaja deseniowe - ten rodzaj pisanek polega na wyskrobywaniu nożykiem wzoru na ubarwionym jajku. 

Pisanki to najpopularniejszy sposób tworzenia jaj wielkanocnych. Za pomocą narzędzia zwanego "pisakiem", "radełkiem" lub "dziadkiem" rozprowadza się płynny (ciepły) wosk po powierzchni jajka, tworząc różnorakie wzory. Tak opisane jajko wkłada się do barwiącego roztworu. Chcąc uzyskać wielokolorowość, należy stosować kilkukrotne nanoszenie wosku i kilkukrotne maczanie w roztworze barwiącym - od najjaśniejszego do najciemniejszego. W niektórych wioskach pisanie trwa więc nawet i kilka dni. Jajka ugotowane i ubarwione smaruje się skórką od słoniny aby nabrały połysku

Na koniec powiedzmy kilka słów o stosowanych wzorach. 

Dziś znajdziemy pisanki z wizerunkiem papieża, z obrazkiem lokomotywy, czy obrazujące wszystkie pokolenia w rodzinie, ale tradycyjnie wzory można było podzielić na kilka grup

- motywy geometryczne - linie proste (jako najłatwiejsze do wykonania), symbol koła, linie faliste

- motywy przyrodnicze - najczęstsze w regionach dawnej Galicji i na Podlasiu. Tu często występują kłosy zboża lub wazoniki z kwiatkami.
- częste są również motywy związane z kultem - zarówno słońce, jak i krzyże.

Warto na koniec zaznaczyć, że bogatsze wzornictwo występuje na ziemiach wschodnich (tu również występują ciemniejsze pisanki). Przegląd pisanek z ziem zza wschodniej granicy znaleźć można w - do niedawna jedynym - muzeum Pisanki w Kołomyi na Ukrainie. W Polsce powstało kilka lat temu pierwsze w Polsce i drugie na świecie, Muzeum Pisanki w Ciechanowcu. Również w Lipsku nad Biebrzą podziwiać można kolekcję pisanek podlaskich.

Kraków, marzec 2008

Bibliografia: 
  • Pisanki, Życie praktyczne, wyd. Bluszcz.
  • Pisanki na Huculszczyźnie, Wł. Fisher [w:] Ziemia R. VII , nr4, 1922
  • Pisanki, czyli Kraszanki Wielkanocne, Ulanowska St. [w:] Tygodnik Ilustrowany 1884
  • Pisanki, O. Kolberg, [w:] Tygodnik Powszechny 1882

czwartek, 26 marca 2020

#OstońWChołpie,- Masz czas na czytanie...

Zrodlo zdjecia - empik.com

O ogólnoświatowej sytuacji wiedzą już chyba wszyscy. Tym, którym nadal wydaje się, że jest to histeria, sugeruję przypomnienie sobie książki z czasów szkolnych. Mówię tu o Dżumie Camusa, rzecz jasna. 

Ale ni o tym chciałam... W związku z akcją #OstońWChołpie, a po polsku #ZostańWDomu", zapewne wielu z Was (bo wszyscy mamy te owsiki co nas pchają do łażenia) nie może usiedzieć. Zrozumiałe.

Dlatego proponuję Wam - uwaga - merytoryczne przygotowanie się do wycieczek"po epidemii", lub poczytanie książek, dziejących się w...  Skąd je brać, skoro biblioteki są zamknięte? W serwisie nakanapie.pl pojawił się artykuł #NieWychodzęZDomu, bo #TerazCzasNaCzytanie!, gdzie znajdziecie mnóstwo informacji, gdzie i co (i za ile) jest dostępne w ramach tej akcji.

Ponieważ ja się tam udzielam mocno (niekomercyjnie, jak to ja), bo wybitnie mi się ten portal podoba, to zrobiłam (na razie tylko kilka) wpisów pt "dzieje się w...", co może się przydać, jeśli tak jak ja lubicie czytać książki dziejące się w miejscach, do których jeździcie lub chcielibyście pojechać.

Na razie nie ma tego dużo, ale jest tak:
A gdyby ktoś chciał poczytać o krainach odległych... to z pełną odpowiedzialnością odsyłam Was do bloga Kazimierza Pawłowskiego, drogiego mojemu sercu kumpla, który zawodowo jest pilotem wycieczek. Wykorzystuje czas "#OstońWChołpie" na uzupełnianie arcyciekawego bloga.

Zostańcie w domu. 
Ziellona







piątek, 13 marca 2020

Kontrowersyjny Beskid - rzecz o nazwie

Gdzie leży Beskid Makowski?  Jakie są  jego granice? Co oferuje przeciętnemu turyście, a co wykwalifikowanemu krajoznawcy? Wiadomości na ten temat próżno szukać w internecie. Próżno też ich szukać w publikacjach naukowych oraz turystycznych. Przez długi czas zastanawiałam się dlaczego tak jest?

Więciórka - wieś, między Kotuniem, a Koskową


Czy te góry są  gorsze od innych? Nie mają tak spektakularnej historii jak Beskid Niski czy Bieszczady, ale czy tylko krzywda ludzka stała się powodem, modnego dziś, "odkrywania Beskidu Niskiego"? Nie mają charakteru alpejskiego, jak Tatry, ale czy w Tatrach w sezonie letnim nie-wspinacz znajdzie chwilę ciszy i spokoju? Nie są  tak wysokie jak Gorce, ale czy Gorce faktycznie powalają swoją wysokością na kolana? Nie chcę tu dyskredytować innych gór, wszak wszystkie te grupy górskie uwielbiam, ale...

Ale dlaczego co chwilę wydawany jest nowy przewodnik po Gorcach, Niskim, Pieninach, Żywieckim, a o Beskidzie Makowskim – cicho, głucho? Długo się nad tym zastanawiałam  i w końcu zrozumiałam sedno sprawy.

Beskidu Makowskiego po prostu ... nie ma...


Według Wolnej Encyklopedii Wikipedia Beskid Makowski to  grupa górska, część Beskidów Zachodnich. Położony jest między Koszarawą na zachodzie, a Rabą i jej dopływem Krzeczówką na wschodzie. Publikacje nazwijmy to turystyczne, przedstawiają ten problem nieco inaczej. I tu zaczyna się problem.

Zacznijmy od tego, co wie przeciętny turysta.

Ma on do dyspozycji mapy i przewodniki ogólnodostępne. W nich nazwa Beskid Makowski wymieniana jest na równi z Beskidem Średnim. Czytałam kiedyś pewien artykuł, gdzie wyjaśnione było, iż tereny te zostały nazwane Beskidem Średnim i łączyły w sobie zarówno Beskid Wyspowy oraz "nasz Makowski".

Naukowe kręgi krajoznawcze szybko jednak reaktywowały nazwę Beskid Wyspowy, dla grupy górskiej położonej między Rabą na zachodzie, a Dunajcem na Wschodzie. Tutaj różne środowiska i różni autorzy dyskutowali o przynależności pasma Lubomira i Łysiny oraz o paśmie Zębolowej (błędnie nazywanej Zębalową). Pozostałą, po "odłączeniu" Beskidu Wyspowego, część Średniego nazwano Beskidem Makowskim.
Problemy trwały nadal.


Kapliczka na Pękalach


Jedni uznawali za wschodnią granicę - dolinę Raby, inni włączali do tej grupy również pasmo Lubomira i Łysiny. Ciekawe dyskusje, przekształcające się niekiedy nawet w kłótnie, trwały w schroniskach górskich. No bo popatrzmy logicznie - skoro Beskid Wyspowy odżegnuje się od pasma Lubomira i Łysiny, a niektórzy krajoznawcy również tego pasma nie włączają do Beskidu Makowskiego- to powstaje nam nowa grupa górska...

Proponuję więc powołać się na dr Mieczysława Orłowicza, którego autorytetu chyba nikt nie zamierza kwestionować.
W swoim "Przewodniku po Galicji" z 1919 roku tereny położone między Skawą, a  Dunajcem zalicza do Gorców. Dokładniej rzecz ujmując, do Gorców zalicza tereny położone pomiędzy "Skawą, ewentualnie Rabą". Szczególnym słowem jest tu "ewentualnie"- co wtedy z terenami pomiędzy Skawą, a Rabą?
W 1938 roku Mieczysław Orłowicz wydziela region pomiędzy tymi dolinami jako Beskid Myślenicki, za granicę wschodnią określając dolinę Stradomki. Na ten podział powołują się autorzy przewodnika - jedynego w tym momencie kompleksowego opracowania - Beskid Myślenicki. . Nazwą Beskid Makowski posługiwali się Lencewicz i Kondracki i dzięki nim ta nazwa rozpowszechniła się na dobre.
Patrząc na całą kłótnie i dyskusje dotyczące tego regionu, niepojętym wydaje się, że tak naprawdę 

Rzecz idzie o nazwę...


Granice Beskidu Makowskiego, wyznaczone przez Lencewicza i Kondrackiego, pokrywają się niemal z Orłowiczowskim Beskidem Myślenickim. Niemal - gdyż do Myślenickiego dodatkowo należała "ta część Beskidu Wyspowego, do którego  "wyspowatości" nie ma najmniejszych wątpliwości". Oczywiście chodzi tu o Strzebel i Luboń Wielki oraz pasmo Lubogoszczy i Cietnia.

O problemy nazewnictwa potykali się wszyscy, którzy w ogóle chcieli poruszyć temat tego regionu. Zwolenników nazwy "Beskid Makowski" jest niemal równie dużo, jak jego przeciwników - podobnie rzecz się ma z nazwą Myślenicki. Jak młody przewodnik górski miał napisać cokolwiek na ten temat nie narażając się autorytetom?

W końcu w 1993 roku Dariusz Dyląg wydał swój pierwszy "Beskid Myślenicki". Równocześnie (okazją było 650 lecie Myślenic) pojawiła się publikacja Juliana Zinkowa "Myślenice i okolice" i tak drgnęła tematyka regionu. Wciąż były to jednak wydawnictwa lokalne, niedostępne dla przeciętnego turysty.
W 10 lat później do współczesnego znawcy tematyki Beskidu Myślenickiego, Dariusza Dyląga, dołączył młody historyk, specjalizujący się w historii "Żelbetu" na ziemi myślenickiej - Piotr Sadowski (od niego pochodzi 99% wiadomości na temat partyzantki w tych regionach). Współpraca obu panów zaowocowała unikatowym przewodnikiem - tym razem o wydanie pokusiła się Oficyna Wydawnicza Rewasz. 


Z widokiem na Wyspowy



Ten region- obojętne jak go nazwiemy- ISTNIEJE


 Problemy wynikają z ogromnego zróżnicowania terenów położonych pomiędzy doliną Skawy na Zachodzie, a Krzyworzeki na wschodzie oraz szlakami komunikacyjnymi (po polsku: głównymi drogami)  Dobczyce- Myślenice- Wadowice na północy oraz Rabka- Jordanów- Maków Podhalański na południu. Ten teren bowiem staramy się objąć naszym portalem- bynajmniej nie dlatego, ze uważamy że nazwa Beskid Makowski jest nazwą poprawną (prywatnie jestem zdania, że autorytet Orłowicza jest niekwestionowalny i przyjmuję jego nazewnictwo), ale ze względu na jej popularność i chęć pokazania szerszemu gronu, że ten region- obojętne jak go nazwiemy- ISTNIEJE.

Jesteśmy zdecydowanym przeciwnikiem tendencji "pustki turystycznej w tym regionie - że pozwolę sobie przekształcić słynne zdanie.

Ujmijmy to w sposób mało naukowy: nieważne, czy zaliczymy do B.M. (obojętne jak go nazwiemy) pasmo Lubomira i Łysiny, czy dopuścimy Zębolową, nieważne czy zamek w Dobczycach będziemy opisywać jako atrakcję regionu, czy okolic.
Z punktu widzenia turysty to wszystko jest nieważne.

Ważne jest natomiast to, że nie jest to biała plama na mapie, że żyją tu cudowni ludzie (czy nazwiemy ich Kliszczakami, Góralami Myślenickimi, Zagórzanami czy Gaciorzami); że w pięknych pachnących żywica lasach roi się od grzybów, czernic i borówek; że odpoczywając na łące wśród chabrów i rumianków niejednokrotnie spod nóg wyfrunie nam skowronek. I choć w okolicy jest mnóstwo miejsc chronionych i pomników przyrody to jednak nie ma tu Parku Narodowego, dzięki czemu nie ma nakazu poruszania się tylko po znakowanych szlakach. Beskid M. jak żaden inny region w małopolskim oferuje wspaniałe widoki, cudowne góry, przepiękne lasy, pola pszenicy – a to wszystko z pełną dowolnością wypoczynku. Jedyne zasady tu panujące to są  tak zwane zasady "zdroworozsądkowe"- nie śmiecić, nie niszczyć roślin i grzybów, nie straszyć zwierząt.
Zobacz piękno Beskidu M., poczytaj trochę co możesz tu znaleźć, a potem...

Spakuj plecak  

lub włóż kilka potrzebnych rzeczy do bagażnika samochodu i pojedź nie więcej niż 60 km od Krakowa. I na własne oczy zobacz, ze to co opisujemy to prawda, ale... zobaczysz o wiele więcej, bo piękna tego regionu nie da się ani opisać, ani pokazać – trzeba go poczuć...

Zawadka'2006
  • Opublikowane również na portalu czytelniczym - www.nakanapie.pl, bo tam, za chwil parę, będzie pełne zestawienie książek o Myślenickim (jak zrobię)

piątek, 10 stycznia 2020

ZAPOMNIANY KONIEC POLSKI

Kilka lat temu na baraku nad Negrylowem wisiała tabliczka "Koniec Świata". Powiesili ją jacyś turyści. Kiedy pojawiłam się tutaj w 1997 w sierpniu, tabliczki już nie było. Ale zostało poczucie innego świata. Zostało to ulotne "coś", wyczuwalne w każdej opuszczonej wiosce, ale zapach granicy dodaje to, co stwarza z tego miejsca jedyne na świecie...

Prawdziwy "koniec świata". 
Mieszkańcy Sianek bardzo nie lubią tej nazwy. Chociaż tutaj rzeczywiście wszystko się kończy. 
Czas. Zakazy. Odpowiedzialność.

Ale tylko dla nas. 
Dla drwali znad Negrylowa toczy się tutaj walka o przetrwanie...

Puk- puk- rozległo się delikatnie.

- Oho, turyści.- uśmiechnął się Jasiek- ostatnio ich tu coraz więcej. Ale to dobrze nie nudzi nam się. Może to jakaś dziewczyna?- rozmarzył się, a mnie zastanowiło czy tak samo zareagował, kiedy trzy lata temu do tych samych drzwi rozległo się moje "puk- puk..."
Miał szczęście. Już za chwilę drugi z drwali, Zbyszek, wprowadził do kuchni całkiem sympatycznie wyglądającą dziewczynę.

- Przepraszam, czy to jest ten sławny koniec świata?- zapytała.
Zgodnie wytrzeszczyliśmy na nią oczy. 

- Oglądałaś pewnie ten reportaż - zaśmiał się Zbyszek - Kilka lat temu przyjechała ekipa z Warszawy robić opowieść o jedynym żyjącym tu, na odludziu, człowieku. O Tadku, leśniczym. Jakoś tak się stało, że doszli do niego do chałupy, a opuścili ten nasz barak. A tu przez całą zimę toczyło się życie... pod śniegiem...- zaśmiał się. - mieliśmy zrobione takie okienka w dachu, przez które wychodziło się...- wyraźnie szukał słowa, którego można użyć w towarzystwie pań...-... za potrzebą.


Zima na końcu świata

Trzy miesiące siedzieli za zaspami śnieżnymi, odcięci od świata. Po dwóch tygodniach skończył się chleb i sery. Zostały ogromne ilości mąki, z której robili podpłomyki, i niezliczone ilości konserw. 

- Puszek to my nawet nie otwarli- wpadł mu w słowo Jasiek- Było tak zimno, że mięso trzymało się samo: Warstwa trotów, warstwa śniegu, znowu troty i śnieg i jest lepiej niż w lodówce. Na polowanie to my nawet nie wychodzili. Zwierzęta same podchodziły. Przybyło mi tamtej zimy 6 kilogramów. Dopiero w połowie lutego skończyło się wino i wtedy zaczęła się bieda.

Połowa życia "moich" drwali upłynęła w towarzystwie niedźwiedzi, kilku strażników z posterunku Straży Granicznej w Tarnawie i ogromnej ilości wina z jeżyn domowej roboty. Do najbliższego sklepu jest stąd 18 kilometrów, a do przystanku PKS- 26. Dlatego ludzie rzadko tu zaglądają. czasem zbłąkani turyści w poszukiwaniu ciszy i spokoju zajrzą na chwilę do Sianek. 

Podziwiają stałych mieszkańców i ...zazdroszczą. 

- Nie ma czego.- przekonuje Zbyszek- To ciężka harówa. Wyrąb lasu w dzień, a w nocy... my śpimy, ale strażnicy niekoniecznie... czasem mają akcję, jak nie to... mamy dobre wino- dodaje na wytłumaczenie. W okolicach Negrylowa, w najbardziej na południowy wschód wysuniętym kawałku Polski, znajduje się główny "punkt przerzutowy". Szmugluje się papierosy, broń, ale głównie ludzi, Azjatów, szukających pracy w Niemczech.

Anegdotyczne transporty

- ... pewnego dnia złapaliśmy transport aż z Chin.- powiedział pan pogranicznik, który przyszedł wieczorem na odwiedziny- Trzeba mieć pecha. Przejść cały Sojuz i zostać złapanym tutaj- o krok od granicy niemieckiej. 

Opowiadał również o dziadku, który przeszedł na polską stronę w poszukiwaniu zagubionej kozy. Wszyscy WOP-iści, zamiast szukać uciekinierów, poszukiwali zbiegłego zwierzątka... Podobnych anegdot można opowiadać wiele, wszak rocznie nielegalnie przekracza granicę około pół tysiąca osób, przy czym około 75% zostaje złapanych. Granica pilnowana jest naprawdę świetnie. Każdy krok obserwowany jest przez kilku strażników, a przekonałam się o tym w sposób bardzo prosty, wręcz przyziemny. Będąc następnego dnia na rzadko odwiedzanej połoninie Kińczyka powiedziałam , ot tak sobie:

- Miłej pracy, panowie.- Na połoninie byłam sama, mogłam mówić wszystko. Ale taki obrót sprawy nie przyszedł mi na myśl...

- Dzień dobry pani- powiedział strażnik, który pojawił się nagle, rzec by można , u moich stóp. Jak wygląda połonina, chyba nie trzeba tłumaczyć. Trawy, trawy, wszędzie trawy. skąd on się tam wziął i gdzie był schowany, dalibóg nie wiem!!! Wtedy miałam w kieszeni zezwolenie, ale bez zezwolenia taka wyprawa może się skończyć karą w wysokości 500 PLN, jeżeli złapie strażnik polski, albo przymusową wizytą na Ukrainie, sprawą karną tamże i odpowiednią karą pieniężną. Szczęśliwy strażnik ukraiński dostaje dwa tygodnie urlopu.

Strażnicy graniczni potrafią nawet zapukać do schronu w środku nocy, żeby sprawdzić tożsamość nocujących tu turystów. czasem wydaje się, że na każdym drzewie mają rozwieszone kamery- tak dokładnie wiedzą ile osób przeszło do grobu Hrabiny...

Corocznie przychodzi tu kilkadziesiąt turystów, aby oglądać mogiły Andrzeja i Klary Stroińskich, ostatnich właścicieli Sianek, oraz resztki dworu, leżące nad potokiem Niedźwiedzim. Zbyszek, choć mieszka tu od kilkunastu lat, na grobie Hrabiny nigdy nie był.

- Bo i po co? Hrabiny już tam dawno nie ma...

Ja jednak poszłam odwiedzić hrabinę. To już taka mała tradycja. Stojąc w tym opuszczonym przez ludzi miejscu, mając pod nogami wijącą się niebieską wstęgę Sanu, aż trudno uwierzyć, że jeszcze pięćdziesiąt lat temu Sianki były centrum turystycznym. 1500- set mieszkańców oferowało ponad 2000 miejsc noclegowych w "dziesięciu domach letniskowych, sześciu pensjonatach i schronisku PTN"W roku 1937 było tutaj 7 sklepów spożywczych, dziś do najbliższego należy iść 26 kilometrów.. W połowie drogi między schronem, a grobem znajduje się jedyne stanowisko świerka karpackiego- jest to jedno z niewielu miejsc w okolicy, gdzie nie mają wstępu siekiery. Specjalną ochroną otoczone są  również torfowiska. Największe znajduje się w Tarnawie (34 ha). Torfowiska wysokie porośnięte są  mchami torfowcami, wełnianką pochwowatą, bagnem zwyczajnym i rosiczką okrągłolistną. W rezerwacie "Litmirz" znajduje się jedyne w Polsce stanowisko turzycy bagiennej.

Kolejką przez dolinę Sanu


W dawnych czasach torfowiska okrążała kolejka wąskotorowa, o której istnieniu często się zapomina. Zwożono nią drewno z Sokolików, gdzie łączyła się ona z normalnotorową koleją w Siankach. Trasa kolejki biegła z Ustrzyk przez Bereżki, Muczne, Tarnawę właśnie do Sokolików. Ze względu na uciążliwe pertraktacje z okolicznymi chłopami, kolejka miała bardzo kręty przebieg i, niekiedy, spadek powyżej 35 stopni, czyli "znacznie przekraczający normatyw". Ów "przekroczony normatyw" powodował liczne wykolejenia, a nawet pojawiały się ofiary śmiertelne. 

Po drugiej wojnie światowej mostki zostały mocno zniszczone, także kolejka pokonywała je na wolnych obrotach, a obsługa, łącznie z maszynistą, przechodziła je na piechotę. Stary drwal, do teraz mieszkający w Sokolikach, opowiadał, że każda kolejka miała swój charakterystyczny gwizd i po nim orientowano się z czym i skąd jedzie. Do naszych czasów dotrwały tylko resztki mostu pomiędzy Mucznem, a Tarnawą oraz kawałki nasypu niedaleko Sokolików. 


Po drugiej stronie


Po drugiej stronie mocno dziurawej, ale asfaltowej drogi Muczne- Tarnawa przewija się więcej osób. Jako turyści głównie przyjeżdżają myśliwi, dla których w latach 70-tych został wybudowany gigantyczny hotel w Mucznem, a tereny Dźwiniacza, Łokcia i Tarnawy poprzecinano, też z myślą o wygodzie myśliwych, ogromną ilością betonowych dróżek do dziś straszących swoją brzydotą. W latach późniejszych wybudowano tu dwie myśliwskie chatki, udostępniane również dla turystów: w Dydiowej i pod Obnogą. 

Cisza i spokój królują wszędzie, aż w głowie się nie mieści, ze w latach 1921-22, kiedy przeprowadzano tu rejestr ludności mieszkało tu prawie 3000 osób!!! W ramach oczyszczania pasma granicznego wywieziono mieszkańców na Ukrainę, na ziemie Odzyskane. Rozdzielano wsie, sąsiadów, rodziny. Po Bojkach, góralach ruskich, zostały tylko krzyże..., choć Czasami można znaleźć coś więcej...

Przyszłość? Tu jest tylko przeszłość...


W Bukowcu wytrawne oko wypatrzy ślady potaszni- wytwórni potażu (węglanu potasowego, służącego do wyrobu mydła i stali), w Beniowej obok cmentarza i szopy z wydrapanym na desce napisem w języku ukraińskim "dziękuję za nocleg" stoi również kilkusetletnia lipa, w której cieniu na pewno wylegiwał się jakiś Bojko, pasąc krowy. W okolicach cmentarza w Siankach, w głębokich zaroślach znaleźć można pozostałości pensjonatu, a podobno łóżka, na których śpią turyści w schronie nad Negrylowem pochodzą z tutejszego szpitala sprzed kilkudziesięciu lat...

Łąki dolin Górnego Sanu, zniszczone przez wieloletnią gospodarkę leśną i barbarzyńską rekultywację materiałami wybuchowymi, odżywają. Użytkowane jeszcze w latach czterdziestych pola uprawne porosły już krzakami i olszyną. Stare drzewa ustępują pod siekierami drwali, a na ich miejsce leśnicy zasadzają nowe. Zanim jednak młody las wyrośnie, mini wiele lat, a starych drzew do wyrębu starczy na 7, może 8 lat.

Co zrobią wtedy drwale, którzy w schronie nad Negrylowem spędzili 18 lat? 

Z dala od ludzi. 

Z dala od cywilizacji.

Czy za te kilka lat rozlegnie się ciężkie "puk-puk", które każe im się spakować i wyprowadzić nie wiadomo dokąd? 

Wrzesień'1999- Sianki


Komentarz pana Witolda Augustyna

Zamieszczony komentarz jest autorstwa pana Witolda Augustyna i przedstawia jego punkt widzenia i jego krytykę dotyczącą mojego artykułu Zapomniany koniec Polski. Została zachowana oryginalna pisownia.

Zdenerwowały mnie bardzo Pani oceny i sugestie, że dla myśliwych został wybudowany przeze mnie hotel a drogi przez mojego nieżyjącego juz kolegę Eugeniusza Potaczałę. Dlatego gwoli prawdy napisałem ten komentarz do Pani artykułu.
Pozdrawiam
Witold Augustyn

"Jako turyści głównie przyjeżdżają myśliwi, dla których w latach 70-tych został wybudowany gigantyczny hotel w Mucznem",- tak pisze Katarzyna Turska w swych wspomnieniach z Bieszczad.
Nie wielu z nas żyje tych, którzy budowali Osiedle Robotnicze Muczne. 
Wybudowali drogi jak pisze Katarzyna Turska ... tereny Dźwiniacza, Łokcia i Tarnawy poprzecinano, też z myślą o wygodzie myśliwych, ogromną ilością betonowych dróżek do dziś straszących swoją brzydotą.
Pisanie takich bzdur przez Katarzyne Turska jest obrazą dla bieszczadzkich pionierów, którzy poświęcili swoją młodość, zdrowie, żyjąc i pracując w niewyobrażalnie trudnych warunkach po to, aby tą  dziką i zapomniana przez Boga i ludzi krainę przywrócić gospodarce leśnej i turystyce. Też i po to, aby autorka po tych / betonowych???/ drogach w trakcie ich budowy przesyconych ludzkim potem, pęcherzami na dłoniach od łopaty i kilofa, samochodem mogła jeździć 

Z tym gigantyzmem hotelu to wielka przesada i z tymi myśliwymi też
Budując leśniczówki, gajówki, domy robotnicze, hotele robotnicze, drogi leśne, kolejkę wąskotorowa Nowy Łupkow Moczarne nikt nie myślał o myśliwych. 
Wszystkie te inwestycje nakierowane były na rozwój gospodarki leśnej.
Zaludnienia tej opustoszałej krainy, bo tam potrzeba było osiedlić stałych pracowników..
Owszem myślistwo dewizowe i elitarne rozwijano, ale wyłącznie na terenie Arłamowa. Myślistwo-rozwinięto go dopiero po zmianach ustrojowych, kiedy z tej dziedziny zrobiono wielki biznes.

Do Mucznego pod koniec 1971 przyjechałem wraz załogą budowlaną na gołą trawę z zadaniem wybudowania Osiedla Robotniczego Muczne, osiedla dla drwali i leśników oraz hotelu robotniczego dla robotników leśnych.
Hotelami robotniczymi były zawsze drewniane baraki z studnią wyposażoną w korbę i wiadro wygódkami na zewnątrz, W zimie rano z zamarzniętym wiadrem z wodą obok pieca kuchennego...

Ten hotel w Mucznym miał być pierwszym w Lasach Państwowych hotelem o wysokim standarcie jak na ówczesne warunki.
Ta cześć Bieszczadów w okolicach Mucznego otoczona była niemalże dziewiczymi borami.
Kto chodził tam na grzyby to wie, że największą trudności było przekraczanie powalonych ze starości drzew? Setki tysięcy m3 przestarzałych drzew planowano wykorzystać dla gospodarki Narodowej. Po za tym kornik zaatakował lasy powyżej Tarnawy w Sokolikach. To legło u podstaw decyzji o budowie osiedla i dróg i nic innego jak złośliwie myśli autorka.

Niszczone przez kornik świerki należało jak najszybciej ze względów sanitarnych wyciąć przetrzeć i tym sposobem uzyskać tarcice potrzebna przede wszystkim budownictwu. Też w tym celu uruchomiłem tartak przewoźny w Sokolikach, gdzie prze 3 lata przecierano zniszczone przez kornika świerki. 

Jako ciekawostkę wspomnienie z Bieszczad, chce podać, że w tych Sokolikach tam na wygnaniu pracowali wyłącznie nasi pracownicy, którzy podpadli za alkoholizm i mieli do wyboru dyscyplinarkę albo 6 –mcy czasem więcej pracy w tartaku w Sokolikach. 
To była taka karna kompania. Pracowali tam w absolutnej trzeźwości, bo dwa razy w m-cu jeździli furmanką do Czarnej po zaopatrzenie i tam tez zaopatrywali się w potrzebna Im ilość alkoholu na dwa tygodnie. Częstowali się już w drodze powrotnej i jak mi mówił kierownik tego tartaku nie było ani jednego przypadku, aby ktoś dowiózł pół litra do Sokolik.
Po zakończeniu budowy hotelu w Mucznym poprosiłem leśniczego, aby przeniósł swoich pracowników do hotelu, bo to dla nich został wybudowany. Chyba po moim trupie odpowiedział mi. Ja tych ludzi nigdy tam nie wpuszczę.
Z uwagi na poziom kulturowy, jaki prezentowali ci drwale miał rację. 
Po ich przekwaterowaniu ponownie stwierdziłem, że środowisko kształtuje człowieka. 
Byłem zaskoczony, że Ci ludzie, którzy w izbach, w których sypiali gotowali i jadali, kloc do rąbania drewna stał na środku izby a na sznurach rozwieszonych pod sufitem stale suszyły się przemoczone potem onuce – po przeprowadzce do hotelu zachowywali się wzorowo.
standard Ich ucywilizował, a który wracał do hotelu pijany to w obawie, aby Go nie wyrzucono i pozbawiono luksusu sypiał w kotłowni na węglu.

A co się po ty z ty wszystkim stało? Może kiedyś opowiem 

Witold Augustyn