niedziela, 16 listopada 2008

Katowickie familioki

Czy takie oblicze ma mieć nowoczesność? 

W Katowicach, tuż przy granicy z Sosnowcem, stoją urokliwe familoki. Ich lokatorzy, przeważnie mieszkający tam z dziada pradziada, dowiedzieli się, że właściciel chce je wyburzyć. są  zdesperowani.

Georg Wilhelm Friedrich Hegel zauważył błyskotliwie, że "z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego się z historii nie nauczyły". Teza ta szczególnie bolesne potwierdzenie znajduje na Górnym Śląsku. Ileż to razy kolejni administratorzy tej krainy ogłaszali, że jej historia rozpoczyna się wraz z nastaniem ich władzy i w imię kolejnych ideologii wymazywali ślady poprzedników.

Niestety, ta programowa amnezja z reguły przyjmowana była w milczeniu przez mieszkańców regionu, dla których przetrwanie, nieważne w jakiej kondycji, urastało do rangi naczelnej wartości. To milczenie stało się nieznośnym nawykiem. Nauczyliśmy się akceptować lekceważący stosunek władzy do naszej tożsamości, naszej kultury i dziejów. Kiedy wiatr historii zdmuchnął ekipę niszczycieli Świerklańca, bytomskich kamienic, Giszowca i willi Grundmanna, owa akceptacja utraciła Uzasadnienie w samozachowawczym instynkcie. Mimo to nadal milczeliśmy, kiedy złomiarze (za cichym przyzwoleniem władz) i buldożery rozprawiali się z kolejnymi świadectwami naszej przeszłości: z szopienicką hutą, zabrskim familokiem Janoscha, bytomskim browarem. Tym razem dzieło zniszczenia dokonywane jest nie w imię walki klas czy narodów, ale pod sztiarem modernizacji.

Walec postępu dotarł do kolejnego symbolu industrialnego Górnego Śląska- kolonii wznoszonych dla robotników i urzędników pod koniec XIX i w pierwszych dekadach XX w. Ostatnie miesiące dostarczyły dwóch przykładów urzędniczej ingerencji w egzystencję zamieszkujących te osiedla, zżytych od pokoleń społeczności. Mieszkańcy kolonii Mościckiego na katowickim Załężu mają zostać pozbawieni pasa zieleni, stanowiącego naturalną osłonę ich osiedla od strony Drogowej Trasy Średnicowej. W tym miejscu projektowane są  ponoć obiekty handlowe.

inną kolonię, położone na przeciwległym krańcu miasta szopienickie Borki, Hutniczo- górnicza Spółdzielnia Mieszkaniowa postanowiła całkowicie wymazać z górnośląskiego krajobrazu. Lokatorzy, których rodziny zajmują mieszkania w familokach często od ponad stulecia, mają zostać rozproszeni po różnych częściach Katowic- w większości przypadków wbrew swojej woli. Uwolniony od balastu przeszłości grunt, przeznaczony zostanie pod inwestycje. Nieodparcie nasuwa się skojarzenie z losami Giszowca, którego domki ustąpić musiały jednostkom mieszkaniowym z wielkiej płyty.

Czy takie oblicze ma mieć górnośląska nowoczesność? Czy owa nowa jakość ma wzrastać na wyjałowionym gruncie, pozbawionym zakorzenionych w tradycji wartości kulturowych? Szacunek dla tych ostatnich nie oznacza przecież zamknięcia w skansenie- ten, kto wie skąd przychodzi, łatwiej określi, dokąd zmierza. Jak zauważył Winston Churchill, "uważniej wpatrując się w przeszłość, lepiej widzimy przyszłość". Trudno oprzeć się wrażeniu, że na Górnym Śląsku błądzimy po omacku.


Artykuł pochodzi z Gazety Wyborczej'2008
Jerzy Gorzelik-  Autor jest historykiem sztuki z Uniwersytetu Śląskiego

piątek, 14 listopada 2008

Pałac w Kończycach Wielkich

Dawną posiadłość Gabrieli von Thun-Hohenstein kupili prywatni inwestorzy. chcą w niej urządzić hotel.

Piękny pałac w Kończycach Wielkich został wybudowany na przełomie XVII i XVIII wieku. Jego ostatnią właścicielką była uwielbiana na Śląsku Cieszyńskim Gabriela von Thun-Hohenstein. Słynna z działalności dobroczynnej arystokratka urodziła się w 1872 roku w Wiedniu. Wychowana wśród wygód i bogactwa była gwiazdą wiedeńskiej arystokracji. 

W 1893 roku wyszła za mąż za hrabiego Feliksa von Thun-Hohensteina, który został potem marszałkiem austriackiej armii. Gdy Gabriela dostała w spadku po rodzicach zamek w Kończycach Wielkich, małżonkowie osiedli tutaj na stałe. Wielu mieszkańców Śląska Cieszyńskiego przetrwało wojnę dlatego, że hrabina zatrudniła ich w swoim majątku. 

- Po wojnie, gdy sama była już chora, nadal podnosiła z ulic pijaków pytając, czy im nie pomóc- wspominają mieszkańcy. 

Pałac został zniszczony przez żołnierzy radzieckich, potem majątek przejęło państwo. Kilka lat po wojnie zaczął tam działać dom dziecka. Dwa lata temu cieszyńskie starostwo postanowiło sprzedać pałac, na którego utrzymanie rocznie wydawało kilkadziesiąt tys. zł. 
Bez efektu. 

- Kolejne przetargi kończyły się niczym, potencjalni chętni rezygnowali- mówi Paweł Brągiel, radny cieszyńskiego powiatu. Dopiero teraz udało się znaleźć nabywców. To trzej biznesmeni z Mazowsza. Za pałac zapłacili 1,6 mln zł. chcą w nim urządzić elegancki hotel. Wszystkie prace będą musieli przeprowadzać pod nadzorem konserwatora zabytków.

To już kolejny zabytek w regionie, który ma szansę na remont dzięki przejściu w prywatne ręce. Nabywców znalazły już m.in. XVIII- wieczny pałac Kotulińskich w Czechowicach-Dziedzicach i XVI- wieczny zamek w Grodźcu Śląskim.

MUWITowcy donoszą:

W Kończycach Wielkich znajduje się też drewniany kościół- zabytek i jeden z ładniejszych w okolicy. (Gall Anonim)

czwartek, 13 listopada 2008

Opolszczyzna miała swój Biskupin / In Opole district there was a hillfort like Biskupin

Jest niemal pewne, że na terenie dzisiejszej Opolszczyzny istniało przed niespełna trzema tysiącami lat grodzisko wielkości Biskupina.

[EN] It is almost sure that 3000 years ago in nowadays Opole district there was a hillfort like Biskupin.

Na jego ślad natrafił Franc Zalewski, który wyszedł z córeczką na spacer po Woskowicach Małych, miejscowości tuż przy granicy Opolszczyzny z woj. wielkopolskim. W oko wpadł mu przypadkowo leżący przy drodze kamień. Jak to geolog, obejrzał go ze wszystkich stron dokładnie i ze zdumieniem stwierdził, że to tatrzański granit.- Jak granit z Tatr przywędrował do Woskowic Małych?- zastanowił się, targając bryłę ze sobą. Było to dwa lata temu.

Odtąd szukał dalej. Kamieni przybywało i to z różnymi śladami ludzkiej obróbki. Jeden wypolerowany, inny ze śladami wiercenia, jeszcze dwa ze sobą spojone. Największy waży ok. 50 kg. 

- Skoro komuś się chciało wieźć tyle kilometrów kamienie, to może znaczyć tylko jedno: że było tu jakieś centrum kulturowe- uznał. 

Po konsultacji z kolegami geologami oraz profesorem krakowskiej AGH, u którego kończy właśnie doktorat, oszacował, że kamienie ludzka ręka obrabiała przed prawie trzema tysiącami lat (ok. 900 lat p.n.e.). Zalewski wie, co mówi, bo jest inżynierem, skończył też historię, a obecnie na co dzień bada piramidy - konkretnie bloki, z których są wykonane, oraz ślady ich obróbki.

Swymi domniemaniami zaciekawił jednak przede wszystkim kolegę archeologa z Krakowa, który zajmuje się tym okresem dziejów. Zaczęli razem szukać.

Tu znajdowano już skarby 

Ale nawet od najstarszych mieszkańców wsi niewiele się dowiedzieli, bo to ludność napływowa, nieznająca tak dobrze historii tych ziem. Zaczęli więc szperać w archiwum we Wrocławiu. I okazało się, że przed wojną ludzie wyKopali w tym miejscu trzy skarby.- Naszyjniki z brązu, naramienniki, wiadra etruskie, tzw. cysty- opowiada archeolog Radosław Czerniak.- Z przedwojennych zapisków wynika, że znaleźli coś na kształt wazy, wysypali jej zawartość i wzięli ją do domu, by służyła za doniczkę. Na szczęście temu, co wysypali, przyjrzał się miejscowy nauczyciel historii, dzięki czemu cenną biżuterię w ogóle odkryto. Niestety, kiedy Niemcy się wycofywali z Wrocławia (bo było to w tamtejszym muzeum), zabrali wszystko- dorzuca Zalewski.

Okazuje się, że takie skarby datowano na 600 lat p.n.e., pochodzą z okresu wczesnego brązu, zwanego fachowo halsztat C.- Takie skupiska skarbów występowały tylko przy grodziskach, i to sporych takich, jak np. w Biskupinie- mówią obaj poszukiwacze.

Przyglądali się wielokrotnie terenowi i przekonują, że nawet z jego ułożenia wynika, gdzie mogło być wejście do grodziska.

Okazało się ponadto, że już raz- w 1997 roku- naukowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego przymierzali się do poszukiwań prastarej budowli.- Ale zakończyli na badaniach powierzchniowych, bo nic nie znaleźli. Tyle że pomylili Woskowice Małe z Woskowicami Górnymi- opowiadają poszukiwacze.

Przekonują, że szybko trzeba do poszukiwań powrócić, bo sprzęt rolniczy czy czerpanie w tym miejscu piasku (a i wysypywanie śmieci) znaleziska uszkadzają.- Na jednym z okazałych kamieni już były cztery ślady pługa. Ludzie nieświadomi zbierają cenne kamienie i układają na skalniakach, a wybierając piasek, znajdują części ceramiki i je wyrzucają. Więc im szybciej przystąpimy do wyKopalisk, tym lepiej- zaznacza Zalewski.

Uważa, że w miejscu znalezienia pooranego kamienia trzeba ustawić jedno ze stanowisk archeologicznych, bo ewidentnie jest on oderwaną częścią większej budowli. 

Szukają pieniędzy, by szukać grodu 

Franc i Radek uzyskali już pozytywne opinie od opolskiego i kaliskiego konserwatora zabytków (jako że teren leży na styku ich rejonów działania). Uniwersytet Jagielloński zapewnił opiekę naukową, którą  pokieruje prof. Jan Chochorowski. Prace wyKopaliskowe będzie prowadzić firma Czerniaka In Stu (łac. "na miejscu"), jak archeolodzy określają wyKopalisko znalezione w miejscu, w którym zostało pozostawione.

Wystąpili o dofinansowanie prac rozpoznawczych do opolskiego wojewody, przekonując go, że przecież dzięki odkryćiu będzie głośno o regionie.- Będź wystawy, naukowe prelekcje o tym, co zostanie odkryte. To się naprawdę opłaci- wyliczają Zalewski i Czerniak, dodając, że wszystko, co zostanie znalezione, trafi do opolskiego muzeum.

- Wystartowaliśmy też w konkursie Ministerstwa Kultury, które ma pieniądze na ochronę zabytków archeologicznych. Ubiegamy się o 50 tys. zł. Konkurs ma się rozstrzygnąć w ciągu dwóch miesięcy. Kiedy tylko będą pieniądze, zaczniemy badać teren- zapewniają obaj poszukiwacze.

Muszą wykonać zdjęcia lotnicze terenu (cztery razy w różnych sezonach), następnie czekają ich badania geologiczne i geofizyczne (magnetyzm itp.), które dadzą odpowiedź, co jest pod ziemią.

- Jak tylko potwierdzą się nasze przypuszczenia, to wbijamy łopaty- zapowiadają.

Autor: Joanna Pszoń / Gazeta Wyborcza

poniedziałek, 10 listopada 2008

Krakowski Kazimierz: coraz więcej lukru

Mniej artystów, wariatów, biedaków. Więcej dudniących klubów, lanserko-danserki, apartamentowców. Kiedyś konflikty na Kazimierzu przebiegały na osi: biedni mieszkańcy z kwaterunku kontra artystyczne towarzystwo w knajpach. Dziś w najmodniejszej polskiej dzielnicy znów wybuchła awantura... ale już zupełnie inna...

Na dzisiejszym Kazimierzu zmiany galopują w szaleńczym tempie. "Nowi"- według pojęć sprzed paru lat- stali się już "starymi" i teraz jednym frontem z dawnymi mieszkańcami protestują przeciwko napływowi kolejnych knajp, biznesów, hałasowi i wyszynkowi piwa. Minęło przecież kilkanaście lat, odkąd diabeł przestał tu mówić "dobranoc". Zamiast diabelskiego pożegnania, słowa pozdrowień brzmią we wszystkich językach świata. Jak na rzymskim Trastevere, berlińskim Prenzlauer Berg, paryskim Marais, lizbońskich Bairo Alto i pełnej śpiewów faro Alfamie...



środa, 5 listopada 2008

Najdziksze zakątki Lasu Prudnickiego / The wildest nooks of Prudnik woodland

Najdziksze zakątki Lasu Prudnickiego, drewniane przeprawy przez zabagnione dolinki i górskie strumienie to prawdopodobnie główne atrakcje nowego szlaku pieszego, który już niedługo zostanie wytyczony.


Szlak, najprawdopodobniej żółty (czerwony i niebieski już są ) będzie niemalże obwodnicą Lasu Prudnickiego, ponieważ poprowadzony zostanie wokół całego tego kompleksu. Inicjatorami jego wytyczenia są  prudniccy turyści z Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, którzy po zrealizowaniu udanego projektu Szlaku Historycznego Lasów Królewskiego Miasta Prudnika (niebieski) postanowili stworzyć nowe trasy. Okazja ku temu jest znakomita, ponieważ Gmina Prudnik przyjęła program rozwoju turystyki na swoim terenie, którego jednym z priorytetów jest tworzenie nowych szlaków. 

Zgodnie ze sztuką znakowania szlaków trasa rozpocznie się w miejscu o łatwiej dostępności komunikacyjnej, za jaką uchodzi – przynajmniej na razie – dworzec kolejowy. Stąd szlak poprowadzony zostanie ul. Nyską, Pl. Wolności i ul. są dową, obok dworca autobusowego na plac przy altance, gdzie krzyżują się ze sobą szlaki: czerwony i niebieski. Ideą turystów jest stworzenie właśnie w tym miejscu głównego węzła szlaków turystycznych w Prudniku. Dalej szlak poprowadzony zostanie przez byłe koszary (obok nowej tablicy pamiątkowej i "Domu Weselnego" oferującego noclegi) i Osiedle Zacisze (obok basenu kąpielowego i hotelu "Oaza"). Gmina planuje na terenie koszar utworzenie nowego hotelu, dzięki czemu szlak zyska na swojej trasie kolejny punkt noclegowy. 

Z Prudnika tzw. żwirówką szlak dotrze do łąki. Tam, przy ul. Jana Pawła II znajdować się będzie szlak dojściowy do zamku Mettichów. W łące trasa "zaliczy" sąsiedztwo gospodarstwa agroturystycznego i Szopki Bożonarodzeniowej pana Trybuły. Trupina z pięknymi widokami to kolejny punkt trasy, po drodze turyści będą mieli okazję odkrywać ślady dawnego traktu z Wrocławia do Ołomuńca. Na stokach Trupiny znajdować się będzie kolejne odbicie od szlaku do bobrowiska. Na razie z uwagi na brak wyznaczonego miejsca do obserwacji bobrów szlak nie będzie obejmował tej atrakcji. 

W Wieszczynie kończyć się będzie polna część szlaku. Odtąd, niemal aż do Trzebiny trasa prowadzić będzie lasem. We wsi znajdować się będzie schronisko gminy, stąd szlak będzie dodatkową propozycją wędrówek dla osób tutaj nocujących. Atrakcją są  również tutejsze stawy, choć możliwość ich wykorzystania zależy już od ich właściciela. Również tutaj ma się znaleźć przejście graniczne i lokalna droga transgraniczna między Wieszczyną a Jindřichovem. 

Tymczasem szlak prowadzi aż do granicy i stąd wzdłuż słupków wiedzie na wschód. Początkowy odcinek to niemal "dżungla" poprzecinana mokradłami. Ten zdawałoby się minus szlaku być może stanie się jedną a atrakcji trasy. Turyści chcą tu bowiem odtworzyć kładkę dla pieszych, którą  zapewne przed laty ustawili tu żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza, a która jest w tej chwili w bardzo złym stanie. Na szlaku będą znajdowały się jeszcze co najmniej dwa miejsca, gdzie należałoby ustawić mostki podobne do tego, który znajduje się w dolinie Bystrego Potoku w Pokrzywnej. 

Szlak wzdłuż granicy jest bardzo malowniczy, roztaczają się stąd widoki na Czechy, łatwo tu spotkać zwierzynę. Z Wróblika będzie można zejść do miejsca, gdzie rozbił się amerykański samolot podczas  II wojny światowej. Niezwykle uroczo w zimie, a także wiosną i wczesną jesienią wygląda Dolina Marii w południowo-wschodniej części Lasu Prudnickiego. Zalety tego miejsca, gdzie Graniczny Potok wije się zakolami docenili już przedwojenni turyści, którzy temu miejscu nadali nazwę (właśnie Dolina Marii) i poprowadzili tędy szlak. Problem w tym, że droga wiodąca dnem dolinki jest podmokła, na dodatek trwa tam wycinka drzew, stąd poprowadzenie tamtędy szlaku byłoby możliwe jedynie w przypadku utwardzenia drogi, bądź położenia kładek w newralgicznych miejscach. 

Jeśli będzie to niemożliwe to turyści zrezygnują z doliny i poprowadzą szlak powyżej. Trasa kończyć się będzie w Trzebinie przy przystanku autobusowym obok ruin dworu Kotulińskich. Docelowo szlak nie będzie się tutaj kończyć, ponieważ w następnym etapie PTTK-owcy chcą go przedłużyć aż po Dytmarów, Krzyżkowice, a być może nawet Racławice Śląskie. Ideą tego działania jest poprowadzenie pierwszego szlaku pieszego w Lesie Trzebińskim. W Trzebinie dodatkową atrakcją szlaku będzie możliwość zwiedzenia prywatnego muzeum Tadeusza Kucharskiego. 

Artykuł pochodzi z NaszeSudety.pl

Aktualizacja:
Szlak jak wskazują tablice informacyjne, już został wytyczony. Czy jest dziki i nieprzebyty? Ha - trzeba sprawdzić :)