środa, 30 listopada 2016

Znowu świt nas zastał... - III GSM w chacie - refleksje prywatne


Moi najmilejsi...
W imieniu własnym, żony i ojczyzny...
DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ



Za to, że znowu świt nas zastał...
Za szesnastą-zero-jeden...
Za gitar multum
(znacie mnie... hasło: nadmiar gitar dla mnie NIE ISTNIEJE),
za wspólne granie,
za wspólne spanie (nawet z piesiem:)...
za po prostu BYCIE.
Szczególne podziękowania dla Artystów (kolejność przypadkowa)
I dla wszystkich grających na czymkolwiek, śpiewających,
drących się lub nucących i wyjących....

Powróćmy do artystów:

Renacie Jaśkowskiej - Mazoń
uwielbiam Twój wokal.
I jest to jeden z nielicznych przypadków, kiedy lubię kobiecy śpiew.
A Twój - powtarzam - UWIELBIAM...
Włodzimierz Mazoń
Nie wyobrażam sobie GSM bez Waszej obecności,
I tak... pojawię się w końcu na OSPie. Na razie się ustawicznie wybieram :)
Yopek Roztropek
to chyba był Twój pierwszy raz w chacie za tej kadencji?
Ale ufam, że nie ostatni. Za rok kolejny GSM i wtedy KONIECZNIE musisz dotrzeć
na biforek. Już abstrahując od samej bytności (która mnie wybitnie ucieszyła)
to solóweczki do Włodkowego grania.... Ech...
 


Debiutantom GSM - owym: Raffee (Rafał Zięba), Janusz

Kurowski, Rado Barłowski (z wtórującą spod pieca Małgosią) oraz Wojtkowi w
czapce-niewidce, za przyjęcie zaproszenia i urozmaicenie imprezy o różne pieśni
- od piosenki poetyckiej po starocie znane i lubiane.

(Staram, ale jaram, jak mawia Robert Marcinkowski)

Przy okazji - jako, że to GSMowi debiutanci... to ja Wam
powiem, że niektóre z tych utworów NIGDY WCZEŚNIEJ nie były wykonywane
publicznie. Byliśmy zatem świadkami premiery, a właściwie premier...
Na następnym GSM już będziemy mogli nucić:)



Starym wyjadaczom GSMowym... - i nie kładę tu nacisku na "starym"... właściwie nie wiem co napisać, żeby oddało to moje uczucia, które "mną szarpają"... 
A napiszę bez szarpania, a co!


Całemu duetowi "Bez Zobowiązań" i każdemu z Was z osobna... wiem z kuluarowych rozmów jak dużo trzeba było samozaparcia i świetnej organizacji, aby móc w ogóle dotrzeć na GSM. W sumie do końca nikt z nas nie był pewien, czy Wam się uda. Udało się.

I wiem, że już dziękowałam, ale podziękuję szczególnie:

 

Robertowi Marcinkowskiemu
- Przecież wiesz, że za wszystko, ale... za Łopatkę Wojciecha szczególnie.
Śmiałemu
- Ty też wiesz. Ale za dwa utwory bardzo szczególnie. Za "Sanem", którego nigdzie nie ma... i za
"Karczmę", której moja szafa grająca jeszcze się nie nauczył grać w tej wersji.
I ostatnie podziękowania (a ostatni będą piersiami, czy cuś) kieruję właśnie do owej szafy grającej...
(Bartek Rydz) Bartuś - ja wiem, że Ty zagrasz wszystko. Ale duża część tego wszystkiego to jest właśnie to za co... powtarzam się... dziękuję bardzo.
Za piosenkę ze słowem klucz, a nawet z dwoma kluczami, za tego nie tak pijanego, za to że Cię kocham, a Ty śpisz :P
No i za Esmeraldę:)
PS. Powyższy post jest osobisty (MÓJ), a moje, jak mawiają w jakiejś reklamie, zmienia wszystko.
Podziękowała
Ziellona
PS. Zdjęcia autorstwa Meteora (te z podpisem) oraz Pauli
Przestworek (te bez podpisu)










sobota, 26 listopada 2016

Park podworski Wodzickich - Poręba Wielka

Tekst i zdjęcie pochodzą z opisu skrzynki, którą znaleźliśmy w towarzystwie Wilczycy i Kazika podczas pobytu w Porębie na warsztatach wilczych... Tak naprawdę podczas pobytu na GSM w Gorczańskiej urwaliśmy się na owe warsztaty. I to było doświadczenie jedyne w swoim rodzaju...
Na razie wrzucam tekst z geocaching, ku pamięci... 
Żeby mnie skleroza nie zżarła z ciamlaniem, bo o Porębie planuję napisać już od dłuższego czasu... Zresztą... o wilkach też:)

=============================================================================
Od XVI wieku Poręba Wielka należała do dóbr królewskich. Na mocy konstytucji z 1607 roku klucz porębski* otrzymał Stanisław Lubomirski. W 1720 roku dobra odziedziczyła Marianna Lubomirska (Sanguszko). W 1749 roku Janusz Aleksander Sanguszko sprzedał dobra Michałowi Wodzickiemu. W 1764 roku dobra przeszły w ręce brata Michała - Piotra, a następnie odziedziczył je Eliasz Wodzicki. Ostatnim właścicielem majątku przed wybuchem II wojny światowej był Ludwik Wodzicki.
W czasie II wojny światowej dwór zajęli Niemcy, a w 1945 roku zabudowania dworskie zostały spalone przez partyzantów.
Wzmianki o istnieniu dworu pochodzą z XVII wieku. Wielokrotnie przebudowywany, w okresie przedwojennym przybrał formę klasycystycznego dworku polskiego: wzniesiony na planie prostokąta, dwutraktowy, z sienią i salonem na osi, otoczonymi czterema symetrycznie rozmieszczonymi pomieszczeniami. Wejście poprzedzał ganek. Budynek pokryty był czterospadowym, gontowym dachem mansardowym.

Park podworski Wodzickich
Początek historii parku dworskiego to druga połowa XIX wieku. Tradycyjna część parku - park dolny położona jest bliżej potoku Porębianka, na wysokości 510-540 m n.p.m., zaś park górny z fragmentem lasu grądowego i sad znajduje się na wysokości 510-540 m n.p.m. Granicę między nimi stanowi skarpa umocniona kamiennym murem, przez którą poprowadzona została aleja spacerowa.
W parku dolnym zachował się zabytkowy drzewostan (niestety często w opłakanym stanie), kamienny mur, umocnienia koryta potoku, mostki. Przez park prowadzi ścieżka przyrodnicza, kolejne tabliczki opisują m.in. gatunki drzew.
W odtworzonych stawach dworskich ma swoje stanowiska lęgowe wiele płazów m.in. żaba trawna i ropucha szara.
W 1934 roku park dworski został wpisany do rejestru zabytków Ministerstwa Kultury i Sztuki. Wpis ponowiono w 1992 roku. Od 1983 roku jest administrowany przez GPN.

Oficyna dworska
Została odbudowana w latach 40. XX wieku. Skarpę, na której stał budynek umocniono murem oporowym, zabudowywując pierwotne wrota wjazdowe. Wielką piwnicę podzielono ścianami działowymi.
Do 1973 roku w oficynie mieściła się siedziba Nadleśnictwa Poręba Wielka. W 1981 roku zabudowania przejął nowopowstały Gorczański Park Narodowy.



Wiąz Łokietka
Dożył prawie 320 lat i uznawany jest za najgrubszy okaz tego gatunku w Polsce. Według pomiarów z 1967 roku miał 33 metry wysokości, 212 cm średnicy, a obwód jego pnia wynosił 665 cm. Złamał się w latach 70. XX wieku pod wpływem silnego wiatru.



Lamus
Wybudowany pod koniec XVIII wieku lamus, umiejscowiony jest przy południowej bramie. Jest to jedyny zachowany obiekt w parku, który ocalał po pożarze. Drewniany budynek z piwnicami i kamienną przybudówką tzn. lodownią, pokryty jest gontem. Na dachu znajduje się sygnaturka, w której dawniej umieszczony był dzwon.



Kapliczka
Przy głównej alei parku dolnego, u podnóża skarpy warto zwrócić uwagę na kamienną kapliczkę krytę gontem. Została ona wybudowana przez Wodzickich w latach 30. XX wieku. W 2006 roku podczas wichury, została uszkodzona przez upadające drzewo. Odbudowano ją w 2007 roku.



Klucz Porębski - nazwa dla ośrodka administracyjno-gospodarczego (1200 ha), w którego skład w momencie jego powołania weszły: Niedźwiedź, Podobin, Witów, Zawada, Konina, Łostówka, Łętowe, Mszana Górna i Lubomierz.

Źródła i więcej...:
Strona GPN (polecam):http://www.gorczanskipark.pl/page,art,id,291,kategoria,Historia_dworu_w_Porebie_Wielkiej_.html
Dwory Małopolski w fotografii archiwalnej, Marzanna Raińska, Graf_ika, Warszawa 2013 (również polecam, piękna książka)
Tablice informacyjne rozmieszczone w parku

niedziela, 13 listopada 2016

Gwoździany - kościół drewniany

Kościół w Gwoździanach - opis pochodzi z geocaching.com


Kościół Nawiedzenia NPM w Kościeliskach wzmiankowany był już w 1394 r. Do naszych czasów przetrwała budowla z 1576r. Przekształcono go w XVII/XVIII wieku i odnowiono w 1878 r.
Kiedy w 1947r. ukończono w Kościeliskach nowy kościół parafialny, do którego przeniesiono wyposażenie ze starego, drewniany kościół zaczął stopniowo niszczeć. Po uzyskaniu zgody władz, przystąpiono w 1976 roku do rozbiórki kościoła w Kościeliskach następnie zinwentaryzowane i ponumerowane elementy drewnianej konstrukcji przewieziono na nowe miejsce w Gwoździanach. Nie są znane nazwiska budowniczych kościoła z 1576 roku, wiadomo jednak kto po 400 latach rekonstruował kosciół. Całością robót pod nadzorem konserwatora zabytków kierował mistrz ciesielski Paweł Lorenc, zaś budowę prowadzili m.in. Roman Ząjonc, Teodor Botor, Piotr Pawołka, Karol Szczygieł i Karol Polok przy aktywnym udziale wszystkich mieszkańców wsi. Kościółek stojący dawniej w Kościeliskach na wzgórzu, w nowym miejscu również ustawiono na wzniesieniu. Pod kościołem znajdują się sale katechetyczne, zamaskowane od zewnątrz piękną zielenią.
Świątynię odtworzono w sposób prawie doskonały tak, że stanowi ona w dalszym ciągu wysokiej klasy obiekt zabytkowy. Minister Kultury i Sztuki w 1982r. wyróżnił parafię w Gwoździanach w konkursie na najlepszego użytkownika obiektu zabytkowego nagrodą II stopnia. O starej świątyni wiemy, że była ona kościołem orientowanym, konstrukcji zrębowej na pomurowaniu z kamienia. Wieża, stanowiąca samodzielny element konstrukcyjny, została zbudowana w XVII bądź XVIII wieku. Protokół kanoniczny wrocławskiej Kurii z 1679 roku stwierdza m.in., że kościół w Kościeliskach był pod opieką ojców Augustynów z Olesna, posiadał sześć okien, dwoje drzwi, ołtarz z pomalowanych desek, „chorus”, małe organy i małą drewnianą zakrystię. Kościółek jest także wymieniony w protokóle kanonicznym z 1687 roku, w którym miejscowość nosi nazwę Kosteletz vulgo Kościeliska. W protokóle czytamy m.in.
„…kościół nie konserwowany, ołtarz nakryty obrusem, organy sprawne, w drewnianej zakrystii komoda, ambona ozdobiona…”  
Dzisiejszy kościółek, stojący w Gwoździanach od 1978 roku jest konstrukcyjnie wiernym obrazem dawnej świątyni, choć oryginalnymi częściami z dawnego kościoła są tylko belka nad drzwiami wejściowymi z datą 1576 oraz dwa krzyże znajdujące się na wieżach kościoła. Parafia dba jednak o to, by współczesne wyposażenie nie stanowiło dysharmonii z drewnianym, chociaż nieco innym od dawnego wnętrzem kościoła. Świadczą o tym rzeźbione w drewnie przez nie żyjącego już artystę z Rybnika Masorza stacje drogi krzyżowej, drewniany posoborowy ołtarz poświęcony Matce Bożej, figury świętych oraz rzeźbiona drewniana chrzcielnica.
Kościół pod wezwaniem Narodzenia NMP w Gwoździanach poświęcony został dnia 26 maja 1979r. przez Ordynariusza Diecezji Opolskiej ks. biskupa Alfonsa Nosolla. Do 1985r. stanowił on filię parafii Św. Marii Magdaleny w Dobrodzieniu, zaś od 1986r. jest kościołem nowo utworzonej parafii w Gwoździanach, w której od początku proboszczem jest ks. Henryk Kensy, który swoją funkcję sprawuje do dnia dzisiejszego a jego codzienne starania sprawiają, że parafia z dnia na dzień staje się piękniejsza.
(ze strony www.gwoździany.pl)

zobacz również:
Architektura drewniana na Górnym Śląsku

niedziela, 6 listopada 2016

Pierwsze wzmianki o mieszkańcach Lublińca będących wyznania mojżeszowego, zawarte są w danych statystycznych z drugiej połowy XVIII wieku. Z roku na rok liczba Żydów w mieście wzrastała i tak np. według spisu z 1787 r. odnotowano ich 81 a niecały wiek później 441. Wkrótce liczna i zasobna ludność żydowska zadecydowała o budowie własnej synagogi w obrębie miasta. 
 
Opis i zdjecie pochodza z https://www.geocaching.com/geocache/GC6TX3E

Dzięki zawartej umowie o zamianie posesji w 1821 r. między Mojżeszem Koenigsbergerem a Tomaszem Reinogą uzyskano teren pod jej budowę przy ul.Rosenbergerstrasse (obecnie ul. Mickiewicza). Synagoga była otoczona ogrodem, na terenie którego stał mały budynek, gdzie dokonywano uboju rytualnego, domek mieszkalny kantora, łaźnia oraz altanka. Na fotografii pochodzącej z 1922 r. można wnioskować, iż synagoga była budynkiem o dachu dwuspadowym krytym dachówką. 

W ścianie frontowej, skierowanej ku ulicy, znajdowały się nad drzwiami wejściowymi trzy duże okna, każde u góry zamknięte półkoliście. Pierwszym rabinem społeczności żydowskiej w Lublińcu był Jakub Caro. Natomiast funkcję kantora oraz rytualnego rzeźnika żydowskiego objął 1830 r. Józef Burhard (był on pradziadkiem Edyty Stein od strony matki; jego córka Adelajda wyszła za mąż za Salomona Couranta). 

Po przyłączeniu Lublińca do Polski w 1922 r. w mieście pozostało zaledwie kilku Żydów. Większość rodzin wyprowadziła się już wcześniej do większych miast z powodu braku możliwości dalszego rozwoju swych przedsięwzięć. Budynek synagogi i należne do niej obiekty spalili Niemcy w niedzielne popołudnie 3 września 1939 r. Gruz z budynku wywieziono między innymi do utwardzenia ścieżek gruntowych wzdłuż północnej zabudowy ówczesnej ul. Powstańców (dzisiejsza ul. Plebiscytowa). Gmina żydowska w Lublińcu przestała istnieć. Obecnie w miejscu gdzie stała synagoga stoi blok mieszkalny, a teren dawnego ogrodu zajmuje pawilon meblowy. Wiele osób idących wzdłuż ul. Mickiewicza w stronę rynku ul. Edyty Stein nawet nie wie, że kiedyś w tym miejscu znajdowała się synagoga. Może kiedyś to miejsce zostanie w jakiś choć bardzo skromny sposób oznaczone. 

PS. Archiwalna fotografia pochodzi z książki o historii Lublińca nieżyjącego już Pana Jana Fikusa seniora, miłośnika historii Lublińca.

czwartek, 3 listopada 2016

Na nielegalu w Piorunkowicach...

Lubimy opuszczone miejsca, choć - przyznaję - wchodzenie na teren lekko (bądź bardzo) niebezpieczny wywołuje u mnie stres.... co i tak nie zmienia faktu, że dalej to lubię. A chciałabym, a boję się. Tym razem jechałam z Maćkiem - eksploratorem mega sort... 

Podejrzewałam, że Piorunkowice padną u naszych stóp.
No ale ludzi Ci była masa - tłoczyli się, przejeżdżali, chodzili... 
Odpuściliśmy. 
Pałac oglądnęliśmy jedynie z zewnątrz. 

Chwilę później byliśmy już w Gryżowie, gdzie PONOĆ zachowały się resztki założenia zamkowego (zachowały się, choć na mapach ich nie ma). Wracając - kiedy już było ciemno - przypuściliśmy atak na Piorunkowice ponownie. Kłopot polegał na tym, że posiadaliśmy jedną latarkę (bo ja się wybierałam na pizzę do Głuchołaz:) a nie łazić po ruinach - nauczka na przyszłość: ZAWSZE miej ze sobą sprzęt...), a na samym końcu zoczyliśmy borsuka - pierwszy raz w życiu widziałam borsuka...

Wróćmy do Piorunkowic... 

Istnieje obawa, że pomyliły nam się wejścia - inaczej rzecz ujmując: chcieliśmy wejść do środka, ale o keszyku nawet nie marzyłam (Maciek do dziś był non-keszerem). Zamurowane okna, wejścia zakratowane i ja - z uszkodzoną nogą... Kiedy Maciek był już w środku powiedział "Ty... tu są schody na górę". 
Noga nie noga... przelazłam (jeśli ktoś nas obserwował musiał mieć niezły ubaw...) Środek jest zaniedbany, ruiniasty, choć wyraźnie było tu coś robione. Zaskoczyła mnie wielkość zamku i ilość pomieszczeń. Z zewnątrz sprawia wrażenie dużo mniejszego...
Po pół godzinie zwiedzania wnętrza doszliśmy do wniosku, że może jednak znajdziemy tego kesza. W tym celu przeczytaliśmy w końcu hinta... 
I tu nastąpił zonk - gdzie ten balkon? 

Mamy go!
W pomieszczeniu z balkonem
Wspinaczka na komin - może tam?
Od środka jest niewidoczny:) 
Ciemno jest, jedna latarka słabo świeci itd itd... 
Znalezienie kesza zaskoczyło mnie tak bardzo, że po prostu nie znajduję słów:)
Co więcej znalazł go fizycznie Maciek, który za Chiny Ludowe nie wiedział czego szuka - szukaj skrytki. Ukryta intuicyjnie.To była jedyna podpowiedz jaką dostał.
===============================================

Kapka informacji ze strony opecaching.pl

Pałac w Piorunkowicach zbudowali w XVII lub XVIII w. przedstawiciele rodziny von Mettich.
Przebudowany w 1820 r. w stylu klasycystycznym.
Po drugiej wojnie światowej pałac użytkowała miejscowa stadnina koni, a od lat siedemdziesiątych XX w. Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna. Do 1989 r. pałac był w dobrym stanie technicznym, potem doprowadzony do ruiny. Budynek jest własnością prywatną jednak nie jest ogrodzony ani zabezpieczony przed wejściem. Właściciel nie wykazuje żadnego zainteresowania jego losem. Do dawnej rezydencji przylegają resztki zdewastowanego parku krajobrazowego

=======================================
Znalezione w sieci: