poniedziałek, 28 sierpnia 2000

Przewodnik - czapla

Wiosło cicho i bezszelestnie zanurza drewniane pióro w ciemnej toni Biebrzy. Wokół niego tworzą się małe wiry. To wystarczy, żeby zwabić ryby. są  przeróżne. Małe i duże, ciemne i jasne. Największa ma chyba z 15 cm długości. Wędkarz na brzegu mówi, że trafiają się większe, ale:

- słabo dzisiej bierą, oj, słabo...



Na wędkowanie w Biebrzańskim Parku Narodowym trzeba mieć pozwolenie, ale mieszkańcy wsi nadbiebrzańskich nie mają problemów z jego uzyskaniem. Nad taflą wody unoszą się niebieskie ważki. Rozpiętość skrzydeł wynosi około 6 cm, a ich kolor jest granatowy. Soczyście granatowy. są  urocze i jak większość zwierząt w Biebrzańskim parku, unikatowe.

Raj ornitologa

Najzwyklejsze pod słońcem są  jedynie kaczki. Mnogość gatunków polskich dziwaczek właśnie chyba nad Biebrzą jest najbardziej widoczna. Zza trzcin wysuwa się błękitny czub jednej z nich, przekrzywia łepek, jakby pytając "A co ty tu robisz sama w tych stronach?" Pytanie jest chyba czysto retoryczne, bo odwraca się kuprem i znika w trzcinach. Widać nie stanowię dla niej zagrożenia. Inaczej uważa kaczka krzyżówka. Trzepocząc brązowymi skrzydłami wzbija się w powietrze przeraźliwie kwacząc. Turkot jej skrzydeł mobilizuje inne. Już po chwili cały klucz wiruje gdzieś nad moją głową. 

Z odległości kilkunastu metrów przypatruje się wszystkiemu czapla siwa. Nie przeraża jej wrzaś k kaczek. do pełnego godności odlotu zmusza ją dopiero głośniejszy plusk wiosła. Od tej pory towarzyszy mi aż do końcowego przystanku w Kamiennej Nowej. 

Za każdym zakolem rzeki czeka na mnie, a kiedy podpływam na odległość dogodną do zrobienia zdjęcia, macha skrzydłami, podkurcza nogi i już jej nie ma. Wiem, że będzie czekała za następnym meandrem...

Spomiędzy trzcin wychylają noski bobry ledwo widoczne zza zielonej ściany. W swym górnym biegu Biebrza nazywana jest właśnie Bobrą. Początkowo rzeka jest tak zarośnięta, że niedoświadczonemu kajakarzowi, którym niewątpliwie jestem, manewrowanie wśród splotu lilii wodnych sprawia niejakie trudności. 

Wkrótce rzeka rozlewa się w szeroką dolinę, a jedynie brzegi są  zarośnięte i niedostępne. Tu i ówdzie w tataraku butwieje łódka. Z nich często wędkarze korzystają przy łowieniu. Nie opłaca się stawiać pomostów, gdyż grząskie dno wnet połknęłoby bale wspierające. 

Tym razem szmer w zaroślach to nie kaczki. To małe ptaszki o ogromnych dziobach. Z wyglądu przypominające małe kolibry. Wiedząc, że ptaki mają bardzo słaby węch, mogłam, ukryta w trzcinach, obserwować do woli. Widziałam jak zimorodek pięknym pikowaniem zaatakował małą rybkę i jak zaczął ją jeść. Zimorodki to mądre ptaki. Żeby ryba nie utkwiła w gardle zaczynają ja od głowy. 

Przewodnik-czapla

Za kolejnym zakrętem rzeki nie czeka już na mnie czapla. Uznała, że opiekę nad intruzem przejął łoś. Nie widzę go, ale doskonale słyszę groźne, unoszące się wśród mgieł ryki. Nie jestem zoologiem. Dla mojego niewprawnego ucha nie słychać różnicy pomiędzy łosiem, a jeleniem w okresie rykowiska. Mógł to więc być jeleń. W tym wypadku, jednak, musiałby być to ogromny okaz. Nawet w okresie godów przeciętny jeleń nie jest w stanie wydobyć takiego ryku z płuc. 

Ekipa kajakarzy dobiła do pomostu. Cieszą się, płaczą, całują zmurszałe deski.
-ląd, ląd!- krzyczą- Ile ja czasu nie stałem na własnych nogach!
Zachowują się trochę za głośno. A może to tylko ja, przesiąknięta biebrzańską ciszą tak uważam...?


Sierpień'2000- Lipsk nad Biebrzą