środa, 1 maja 2002

Bułki na plaży i autostop-taksówka

Kvarner i północna Dalmacja. Dalsze perypetie autostopowe. 
W Chorwacji nie da się jeździć normalnie- każdy stop to osobna historia...


Drugi stop miał na imię Leonard i był piekarzem. Przywiózł mi wieczorem piwo na plażę, gdzie spałam, a rano obudził mnie jego pracownik ze słowami:
- Leo przeprasza, ale nie mógł przyjechać, bo pracuje. Prosił, żebym zawiózł Cię do Malińskiej- to jest w połowie wyspy. I kazał Ci dać to:
Wyciągnął do mnie torbę pełną pysznego świeżutkiego pieczywa: burek, drożdżówki, bułka-pizza... nie przejadłam tego aż do Polski!

Z powrotem wiózł mnie Bożo - stolarz. Kiedy wsiadłam, prawie usiadłam na CD- rjećnik hrvatsko-engleski. Grzecznie się spytałam, gdzie można takie cudo kupić. Właściwie mogłam się spodziewać, że słownik dostanę w prezencie. Ci Chorwaci naprawdę są niesamowici... 
Z miasteczka Śmrika, gdzie pojechaliśmy na kawę, już bez problemów złapałam dwóch hippisów, którzy jechali na Rab. Po drodze zwiedziliśmy miasteczko Sveti Juraj – małe nadmorskie miasteczko, gdzie, choć sezon się zaczyna, wszystkie knajpki, kafejki, sklepy są pozamykane - w sumie jest pierwszy maja. Święto Pracy...

Wysadzili mnie w Jablonacu, przy skręcie na Rab. A tam stała policja. Mili policjanci zapytali dokąd idę i skąd jestem, kazali pokazać dokumenty, po czym stwierdzili:
- jedziemy. Z nami na karku niczego nie złapiesz...

Po drugiej stronie była mała benzinska pumpa. Stało tam olśniewające, szare BMW z rodzaju tych, na których nawet nie macham, bo i tak się nie zatrzymują. A jednak. 
Właściciel BMW zamachał do mnie – okazało się że był Bosancem z Sarajeva. Albo jakiś cud, albo mafiozo. Innego wyjścia niestety nie ma. Sam samochód mówił za siebie, do tego fabryka samochodów w Sarajevie, złom w Jajce i warsztat samochodowy również w Bośni. No i dom na wyspie koło Zadaru... Ani chybi mafiozo, ale dowiózł mnie do skrzyżowania przed Zadarem, a przecież to się liczy. Nie za bardzo mnie obchodziła przynależność pana do jakichkolwiek struktur. 

Stamtąd już bez problemów złapałam Pana, który najpierw dowiózł mnie na punkt widokowy, a potem zawiózł do centrum. Do środka wjechać nie mógł, gdyż w starej części miasta ruch samochodowy jest wstrzymany. Według jego informacji miasto ma 3000 lat;) Przewodnik  zdecydowanie tego nie potwierdza, mówiąc że fortyfikacje pochodzą z XVI wieku.

W Zadarze poszłam na upiornie drogą colę. Dalej i niezmiennie jest pierwszy maja i wszystko pozamykane. Pod wpływem ceny oprzytomniałam  i stwierdziłam, że jak teraz mi nie pozwoli zostawić plecaka, to będę musiała go zabić. Pozwolił. Dzięki czemu Zadar zwiedziłam bez obciążenia. A było co zwiedzać. W tak zwanym międzyczasie wysiadł mi obiektyw. Szlag mnie trafił ostry, ale wnet okazało się że przekręcił się tylko pierścień od przysłony. Chwalić Pana Boga. 

Od czasu zdecydowania się na Istrię z chłopakami wiedziałam że do Dubrovnika już nie dojadę. Miałam jednak wciąż nadzieję na Trogir i Split, o najstarszym mieście zawsze chorwackim Śibeniku, nawet nie wspominając...

Złapałam Duśana z kompanem. Duśko mówił bardzo dobrze po angielsku i w tym języku toczyliśmy sobie miłą konwersację, kontynuowaną w nadmorskiej knajpie w Pakośtanie. Jego kompan ciągle się wściekał.

- Po co ty mówisz po angielsku? Ja ją rozumiem, ona rozumie mnie. Bardzo dobrze mówi po chorwacku, a ty się tu wtryniasz z angielskim.

Pomimo że mój chorwacki polepszył się o 1000% to jeszcze wciąż nie zasługiwał na miano "dobrze" i  z pewnością w angielskim poruszałam się dużo składniej. Ale tak naprawdę... ja bym się też denerwowała, gdyby ktoś przy mnie rozmawiał w obcym języku.

Duśko miał kiedyś dziewczynę z Polski, też Kasię i natychmiast poznał akcent. Zaproponował mi nocleg w Biogradzie na Moru, ale ja nie za bardzo chciałam. Nie byli to moi chłopcy- nie był to ani Zlatko ani Gordan...

Zostawili mnie w końcu na drodze około dziewiątej wieczór. Było już ciemnawo. Wiedziałam, że nic nie złapie, ale odczekałam chwilkę, żeby Dusan z kompanem odjechali, a potem poszłabym nad morze się przespać. Nie dane mi było...
Zatrzymał się samochód z dwójką chłopaków w moim wieku- dwóch przesympatycznych mechaników samochodowych.
- Gdje idesz córo?
- Na Sibenik

Podwieźli mnie do centrum i poszliśmy sobie kulturalnie na soczek. W knajpce nie było kokty- tak wychwalanego przez Zlatka napoju. Wytłumaczyli mi jednak, ze w porządnych knajpach nie podaje się kokty, gdyż w połączeniu z papierosami działa jak środek odurzający. Niektórzy traktują ją jako używkę. Dorwałam ją w końcu w pizzerii w Biogradzie, kiedy przyjechaliśmy tam ze Stasiem, Agnieszką, Darusią i Krzysiem, ale to było kilkadziesiąt lat świetlnych później.

Spałam wtedy w porcie i był to zdecydowanie najgorszy nocleg tego wyjazdu. Ja leżałam pod murkiem na karimacie, na jedynym kawałku płaskiego, a mój plecak był przywiązany do drzewa, żeby się nie sturlał. Nie przywiązałam siebie i w połowie nocy ocknęłam się w połowie górki na drzewie. Trzeba się było nie wiercić...

Śibenik jest pięknym miastem. Pod katedrą św. Jakuba, wpisaną na listę UNESCO w 2000 roku, zakupiłam kartki od stareńkiej pani, która pozwoliła sobie zrobić zdjęcie. Plecak miałam zostawiony w jednej z knajp przydrożnych, więc chodziło mi się lekko i przyjemnie. Może tylko gdyby nie ten upał....

maj'2002 - Sibenik

MOJA TRASA:
[HR] Krk- Malinska- Śmrika- Sveti Juraj- Jablanac- Murvica- Zadar- pakostan- Sibenik [217 km]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz